<?xml version="1.0" encoding="utf-8" standalone="yes"?><rss version="2.0" xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"><channel><title>Liryka on Andrzej Waligórski</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/</link><description>Recent content in Liryka on Andrzej Waligórski</description><generator>Hugo</generator><language>pl-PL</language><lastBuildDate>Sun, 23 Apr 2006 16:32:30 +0000</lastBuildDate><atom:link href="https://staging.waligorski.art/liryka/feed.xml" rel="self" type="application/rss+xml"/><item><title>Ach, to była historia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/1/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/1/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ach, to była historia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach, to była historia bardzo drobnomieszczańska,&lt;br&gt;
Schemat przez recenzentów filmowych tępiony -&lt;br&gt;
Mąż wrócił o dzień wcześniej niż miał wrócić z Gdańska&lt;br&gt;
I zaskoczył kochanka w objęciach swej żony.&lt;br&gt;
Ach, to była historia niesmaczna nad wyraz,&lt;br&gt;
Żona jęła natychmiast spazmować i szlochać,&lt;br&gt;
Ten nieszczęsny kochanek z łóżka prędko wyłazi,&lt;br&gt;
A wyglądał, że tylko wziąć i się odkochać!&lt;br&gt;
Ach, to była historia plugawa i brzydka,&lt;br&gt;
W popielniczce przy łóżku fajczył się papieros,&lt;br&gt;
Ten facet dostał drgawek w chuderlawych łydkach&lt;br&gt;
Zaś mąż stwierdził naocznie, że to nie był heros.&lt;br&gt;
Przez sekundę w milczeniu spoglądali obaj,&lt;br&gt;
A mąż myślał: - &lt;i&gt;Ej, gdybym miał spluwę i kule!&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
A tamten facet myślał: - &lt;i&gt;Moja garderoba!&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
l ukradkiem, ogródkiem, sięgał po koszulę.&lt;br&gt;
Ach, to była historia na pozór codzienna.&lt;br&gt;
Takich zdarzeń wokoło zdarza się obfitość,&lt;br&gt;
Lecz nagle się zrobiła od innych odmienna.&lt;br&gt;
Bo mąż - choć sam się dziwił - jął odczuwać litość.&lt;br&gt;
Ach, to była historia niezupełnie wredna -&lt;br&gt;
- Tusz na twarzy tej żony rozmazał się z pudrem.&lt;br&gt;
To ten mąż się rozczulił i pomyślał: - &lt;i&gt;Biedna...&lt;br&gt;
... Skąd ona wytrzasnęła takiego łachudrę?&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
Ach, to była historia ciekawa i nowa.&lt;br&gt;
Mąż podał temu panu jego nędzne getry,&lt;br&gt;
Podszedł do tej nieszczęsnej, dłoń jej ucałował.&lt;br&gt;
Wskazał gościa oczami i spytał: - &lt;i&gt;Elektryk?&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
Ach, to była historia z cholernym fasonem.&lt;br&gt;
Facet zaczął się tyłem cofać w drzwi otwarte.&lt;br&gt;
Lecz gdy chciał je przekroczyć z niepewnym ukłonem &lt;br&gt;
O próg potknął się, wrzasnął i zleciał na parter.&lt;br&gt;
Ach, to była historia najwyższej jakości.&lt;br&gt;
Gdy gość spadał, swą odzież pogubiwszy w locie,&lt;br&gt;
Mąż schylił twarz, by ukryć uczucie radości,&lt;br&gt;
Zaś żonie usta drgnęły w bezgłośnym chichocie.&lt;br&gt;
Ach, to była historia! I z jaką puentą!&lt;br&gt;
Kochanek cicho jęcząc po upadku wstawał,&lt;br&gt;
Spojrzał w górę i ujrzał, że już drzwi zamknięto.&lt;br&gt;
To właśnie mąż je zamknął. I umarł na zawał.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Apelacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/2/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/2/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Apelacja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wysoki Sądzie, cóż mogę powiedzieć na temat rodziny?&lt;br&gt;
Nie wiem, jak ma wyglądać rodzina dziennikarza...&lt;br&gt;
Moja - o, tam, o - siedzi i robi głupie miny.&lt;br&gt;
Ale ja też mam dość głupią, więc wcale się nie uskarżam.&lt;br&gt;
Jeżeli chodzi o żonę, to obrzuca mnie wyzwiskami&lt;br&gt;
Co trzy i pół tygodnia... jest wzorem regularności...&lt;br&gt;
A syn, jak ma się uczyć, to płacze rzewnymi łzami,&lt;br&gt;
A jak się cały ubrudzi, to wyłazi znienacka na gości.&lt;br&gt;
Jest także pewna kuzynka, dziewczyna raczej duża,&lt;br&gt;
Cokolwiek stuknięta na punkcie chłopców, filmów i samochodów. &lt;br&gt;
Jak czasem się zamyśli, to idąc - ściany wyburza, &lt;br&gt;
A jak raz klepnęła ciotkę, to ciotka zleciała ze schodów. &lt;br&gt;
W opowiadaniu kawałów jesteśmy raczej świntuchy, &lt;br&gt;
Niepotrzebnie gaz wypalamy i wyświecamy prąd, &lt;br&gt;
Lubimy się wszyscy przebierać w wygodne stare ciuchy &lt;br&gt;
I patrzeć, jak męczą się ludzie wystrojeni z okazji świąt. &lt;br&gt;
I co by tu jeszcze... a, jeszcze jest rudy pies, rasy kundel,&lt;br&gt;
Złodziej, karmiciel pięciuset - jak mówi sprzątaczka - pchłów. &lt;br&gt;
Jak lecę dokądś ze Staszkiem, to kręcimy nad domem rundę &lt;br&gt;
I myślę: - Dom, kurdebele, żeby tam być już znów... &lt;br&gt;
No bo co? Inni mają Bardotkę czy jakąś Dżinę, &lt;br&gt;
Samochody i tyle forsy, że nie wiedzą, gdzie ją położyć, &lt;br&gt;
A rodzina to tylko mnie ma, a ja mam tylko rodzinę, &lt;br&gt;
Więc bądź łaskaw, Wysoki Sądzie, i daj jeszcze trochę pożyć.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>A Rosołowski nie przychodzi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/3/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/3/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
A Rosołowski nie przychodzi
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Za oknem wicher nostalgiczny&lt;br&gt;
Ponuro szumi i zawodzi,&lt;br&gt;
A Rosołowski frenetyczny &lt;br&gt;
Miał dzisiaj przyjść, i nie przychodzi.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jak statek on oceaniczny,&lt;br&gt;
Który do różnych portów wchodzi,&lt;br&gt;
I jak wodewil on muzyczny&lt;br&gt;
I jak kolęda "Bóg się rodzi".
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Taki jest mądry, taki śliczny&lt;br&gt;
Czy śpi, czy grzmi, czy gździ, czy chodzi,&lt;br&gt;
O, Rosołowski egzotyczny&lt;br&gt;
O, ratunkowa moja łodzi!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto już księżyc lunatyczny&lt;br&gt;
Nad garsonierą pustą wschodzi,&lt;br&gt;
A Rosołowski gigantyczny&lt;br&gt;
I niebotyczny nie przychodzi.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Asceta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/4/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/4/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Asceta
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie pił ani nie palił, nigdy nie grał w karty,&lt;br&gt;
Nie chodził do Zenobii, nie chodził do Marty,&lt;br&gt;
Nigdy nie zjadł do syta, chociaż o tym marzył,&lt;br&gt;
Łykał mnóstwo witamin, codziennie się ważył,&lt;br&gt;
Spać chadzał bardzo wcześnie, więc nie bywał w kinie,&lt;br&gt;
Z książek zdołał przeczytać Krzyżaków jedynie,&lt;br&gt;
Na więcej nie miał czasu, albowiem od świtu&lt;br&gt;
Musiał przysiadać, padać, biegać do przesytu,&lt;br&gt;
Gigantyczne ciężary wznosić ciągle w górę&lt;br&gt;
Lub jak malutki chłopczyk skakać poprzez sznurek.&lt;br&gt;
Przeto myśleli ludzie, a zwłaszcza kobiety,&lt;br&gt;
W imię czego prowadzi ten żywot ascety?&lt;br&gt;
W imię ojca i syna? W imię wyższej sprawy?&lt;br&gt;
W imię samozaparcia lub dobrej zabawy?&lt;br&gt;
W imię dobra pokoleń, upiększania życia?&lt;br&gt;
Nie, on to wszystko robił w imię mordobicia!&lt;br&gt;
Jak rąbnie, to przeciwnik nogi w górę zadrze!&lt;br&gt;
Tak tak, ciężki chleb mają zawodnicy w kadrze!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Baczki i broda</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/5/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/5/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Baczki i broda
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na wiosnę wszystko lepiej rośnie,&lt;br&gt;
Wszystko rozwija się z kopyta,&lt;br&gt;
Fryzjer klienta grzecznie pyta:&lt;br&gt;
- Baczki, pan, prosto chcesz czy skośnie?&lt;br&gt;
Więc żądaj - skośnie albo prosto,&lt;br&gt;
Na wiosnę wszystko pięknie kwitnie,&lt;br&gt;
Fryzjer, chwyciwszy brzytwę ostrą,&lt;br&gt;
I tak jak zechce baczki przytnie!&lt;br&gt;
Kwitną krokusy i forsycje,&lt;br&gt;
Wkrótce popłynie woń akacji,&lt;br&gt;
Fryzjer jest panem sytuacji&lt;br&gt;
I ma fryzjerskie swe ambicje.&lt;br&gt;
Ogranicz krzyki i protesty,&lt;br&gt;
Wróciły grzdyle i rybitwy,&lt;br&gt;
Opanuj zbyt gwałtowne gesty,&lt;br&gt;
Fryzjer ma, a ty nie masz brzytwy.&lt;br&gt;
Może ci przyciąć nawet w ząbki&lt;br&gt;
Albo nos urżnąć w jednej chwili,&lt;br&gt;
Na piękne wczasy do Porąbki&lt;br&gt;
Ci się wybiorą, co przeżyli.&lt;br&gt;
Fryzjer ma własną swą manierę,&lt;br&gt;
Styl, z którym w zgodzie wszystko czyni!&lt;br&gt;
Patrz, na ulicach tyle mini...&lt;br&gt;
Poprawisz baczki polsilverem!&lt;br&gt;
Smukłe dziewczęta mkną po bieżni,&lt;br&gt;
Świat aż pęcznieje od urody,&lt;br&gt;
Wszyscy od brzytwy-śmy zależni&lt;br&gt;
Z wyjątkiem tych, co mają brody,&lt;br&gt;
A w brodach tajemnice skryte,&lt;br&gt;
I fryzjer gapi się ponura,&lt;br&gt;
Gdy brodacz staje przed razurą&lt;br&gt;
Niczym komandos wśród szarytek,&lt;br&gt;
I przez lustrzaną taflę szyby&lt;br&gt;
Jeden drugiemu w oczy patrzy,&lt;br&gt;
A fryzjer wzdryga się jak gdyby...&lt;br&gt;
I czuje się jak gdyby słabszy,&lt;br&gt;
A kaczki się pluskają w wodzie,&lt;br&gt;
A ciepły wiatr nad miastem wieje,&lt;br&gt;
A za optymizm i nadzieję&lt;br&gt;
Baczki składają ukłon brodzie.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bajarz Jajarz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/6/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/6/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Bajarz jajarz
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Komu bozia poskąpiła&lt;br&gt;
I rozumu dała pół,&lt;br&gt;
Kogo niania upuściła&lt;br&gt;
W niemowlęctwie główką w dół,&lt;br&gt;
Kto się uczyć nie chciał w szkole&lt;br&gt;
I pan mówił "ty matole",&lt;br&gt;
Komu aż trzeszczała pupka,&lt;br&gt;
Bo tak wszyscy lali głupka -&lt;br&gt;
Niech się wstydem nie rumieni,&lt;br&gt;
Łzami doli swej nie zrasza,&lt;br&gt;
Do tłuczenia niech kamieni&lt;br&gt;
Ochotniczo się nie zgłasza,&lt;br&gt;
Może bowiem żyć jak książę&lt;br&gt;
I kwitnąć jak kwiatek&lt;br&gt;
Z układania durnych książek&lt;br&gt;
Dla nieszczęsnych małych dziatek :&lt;br&gt;
- o Muchomorku - bandziorku,&lt;br&gt;
- o Karaluszku - świntuszku,&lt;br&gt;
- o Kotce - kompletnej idiotce,&lt;br&gt;
- o Krokodylku - imbecylku,&lt;br&gt;
- o Bażancie - malwersancie,&lt;br&gt;
- o Wilku - debilku,&lt;br&gt;
- o Kosie co dłubał w nosie,&lt;br&gt;
- o Mrówkojadzie co lubił w przysiadzie,&lt;br&gt;
- o Szopie Praczu - rozpruwaczu,&lt;br&gt;
- o Tasiemcu w jednym Niemcu,&lt;br&gt;
- o Pasożycie w jednym Izraelicie,&lt;br&gt;
- o Owsiku w jakimś Chińczyku,&lt;br&gt;
- o Myszce w kiszce,&lt;br&gt;
- o Gliździe,&lt;br&gt;
- o Smierdzielu - gwałcicielu,&lt;br&gt;
- o Lilijce - lesbijce,&lt;br&gt;
- o Lisku - syfilisku,&lt;br&gt;
- o Gorylu - pedrylu,&lt;br&gt;
- o Niedźwiadku - pierdziadku,&lt;br&gt;
- o Mewce - kurewce,&lt;br&gt;
- o Matołku na wysokim stołku,&lt;br&gt;
- o Krecie w komitecie,&lt;br&gt;
- o Tajniaczku - bydlaczku,&lt;br&gt;
- I o Mendzie w urzędzie!&lt;br&gt;
A ja też zapalę fajkę&lt;br&gt;
I gdzieś koło wtorku&lt;br&gt;
Machnę lewą nogą bajkę&lt;br&gt;
O autorku - upiorku!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bajeczki Babci Pimpusiowej</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/7/</link><pubDate>Sun, 23 Apr 2006 16:32:30 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/7/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Bajeczki Babci Pimpusiowej
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz lubieżny lis niecnota&lt;br /&gt;
Dorwał małą mysz u płota.&lt;br /&gt;
Ale poczuł się bezsilny,&lt;br /&gt;
Bo był niekompatybilny.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Siedziała zającowa raz na kretowisku,&lt;br /&gt;
A zając to zobaczył i bęc ją po pysku.&lt;br /&gt;
Za co bijesz? - jęknęła nieszczęsna kobieta.&lt;br /&gt;
Bo znam ja - odrzekł zając - tego świnię kreta.
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś tak muchę tse-tse niecnotę przyparło,&lt;br /&gt;
Że z jednym samcem tse-tse pognała na tarło.&lt;br /&gt;
Dalej zetseć się z tsaskiem (strasny to wysiłek),&lt;br /&gt;
Ona tse-tse, on tse-tse, aż się starli w pyłek.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bakcyl</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/8/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/8/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BAKCYL
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w jednym instytucie uczeni na wszelkie sposoby&lt;br&gt;
Robili doświadczenia, jak by tu osłabić mikroby,&lt;br&gt;
Na przykład jeden uczony budził bakterię śpiączki,&lt;br&gt;
Szczypiąc tę śpiączkę pęsetką w pośladki, nóżki i rączki.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Drugi uczony czerwonkę podłączał po pompek i dętek,&lt;br&gt;
Aż się robiła blada jak jaki biały krętek,&lt;br&gt;
Krętka natomiast skręcano i rozkręcano biedaczka,&lt;br&gt;
Od czego był bardziej żólty niż najżółciejsza żółtaczka,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Odnośnie zaś do żółtaczki, wprowadzono ją w taką rozpacz,&lt;br&gt;
Że poczerniała zupełnie i była jak czarna ospa,&lt;br&gt;
Podczas gdy ospę - tę czarną - macerowano w wódkach,&lt;br&gt;
Więc była ciągle na kacu, jak białaczka bialutka...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada ćwiczebna na tempo i dykcję</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/9/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/9/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BALLADA ĆWICZEBNA NA TEMPO I DYKCJĘ WZÓR 0815/66&lt;/p&gt;
 &lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden optyk mieszkał z synem&lt;br&gt;
A ten syn był synoptykiem&lt;br&gt;
I ten syn miał konkubinę&lt;br&gt;
Ożenioną z pewnym prykiem.&lt;br&gt;
Pryk okazem był sceptyka&lt;br&gt;
Jak po cichu mawiał optyk,&lt;br&gt;
A pryk mawiał do optyka&lt;br&gt;
Że sceptykiem jest synoptyk.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz objadłszy się papryką&lt;br&gt;
Poszedł w miasto syn z patykiem&lt;br&gt;
I zerwawszy z synoptyką&lt;br&gt;
Zajął się wyłącznie prykiem.&lt;br&gt;
Wtedy dwaj posterunkowi&lt;br&gt;
Przyskrzynili syna za to&lt;br&gt;
I donieśli optykowi:&lt;br&gt;
- Syn synoptyk tkwi za kratą!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o damie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/10/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/10/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o damie&lt;/p&gt;
 &lt;p class="zwrotka"&gt;
Była sobie pewna dama &lt;br&gt;
Co nie żyła nigdy sama &lt;br&gt;
Tylko zawsze to Adama&lt;br&gt;
Miała to znów Abrahama &lt;br&gt;
Innych też bywała gama &lt;br&gt;
Słowem istna panorama. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Miała również owa dama&lt;br&gt;
Takie stroje jak Halama&lt;br&gt;
Tu srebrzyście lśni piżama&lt;br&gt;
Tu i ówdzie złota lama&lt;br&gt;
Biustonosze to aż dwa ma&lt;br&gt;
Tudzież futro z psa ma.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A jadała owa dama &lt;br&gt;
Więcej od hipopotama &lt;br&gt;
Ciągle siedzi i coś szama&lt;br&gt;
Aż ją boli ustna jama &lt;br&gt;
Przy czym tyje, cóż za drama &lt;br&gt;
Co sekundę o pół grama. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o Józiu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/11/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/11/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o Józiu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Słychać w ciszy jakiś szmer&lt;br&gt;
Czy to myszy gryzą ser? Oho! Oho!&lt;br&gt;
Czy to meble skrzypią tak,&lt;br&gt;
Czy to rolnik sieje mak? Oho! Oho!&lt;br&gt;
Czy to szumi w muszli spłuczka,&lt;br&gt;
Czy to wuj ma szmery w płuckach? Oho! Oho!&lt;br&gt;
Sprawdzić także nie zawadzi&lt;br&gt;
Czy się coś nie sypie z dziadzi. Oho! Oho!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie wie nawet sama mama&lt;br&gt;
Skąd te szmery dziś od rana,&lt;br&gt;
Tata lata ze świcą,&lt;br&gt;
Myśli sobie bógwico,&lt;br&gt;
Dziadzio staruszek nadstawia uszek...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o Legnicy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/12/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/12/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o Legnicy
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;alternatywnie: "Ballada o bitwie pod Legnicą"&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dawnemi czasy we grodzie Legnicy&lt;br&gt;
Żył rycerz Dreptak, okaz pijanicy;&lt;br&gt;
Zbroi nie naszał, pohańców nie bijał,&lt;br&gt;
Jeno popijał.&lt;br&gt;
Właśnie w tym czasie na Polskę był natarł&lt;br&gt;
Nader ohydny i krwiożerczy Tatar&lt;br&gt;
I dotarł aże pod legnickie pole;&lt;br&gt;
Ja cię przepraszam...&lt;br&gt;
Przeciw najeźdźcom ruszył rycerz możny&lt;br&gt;
I wódz roztropny, kneź Henryk Pobożny,&lt;br&gt;
A przy nim Dreptak zalany na trupa,&lt;br&gt;
Aże w nim chlupa.&lt;br&gt;
Wtem się wzdrygnęli on i jego wałach,&lt;br&gt;
Bo wokół okrzyk zabrzmiał: - Ałłach, Ałłach!!!&lt;br&gt;
I zewsząd natarł był Tatarzyn skośny&lt;br&gt;
Żółty a sprośny!&lt;br&gt;
Zatrząsł się Dreptak, wybił z butli korek,&lt;br&gt;
Zasadził flaszkę w przyłbiczny otworek&lt;br&gt;
I aby nerwy trochę ustatkować&lt;br&gt;
Zaczął tankować.&lt;br&gt;
Nagle się zdało nieszczęsnej ofierze&lt;br&gt;
Że jakieś straszne spogląda nań zwierzę,&lt;br&gt;
Zawrzasnął przeto w średniowiecznej mowie:&lt;br&gt;
- Chodu panowie!&lt;br&gt;
Pierzcha rycerstwo, pęka szyk stalowy,&lt;br&gt;
Henryk Pobożny już leży bez głowy,&lt;br&gt;
Z wszystkich rycerzy nie wiem czy i stówka&lt;br&gt;
Uszła do Lwówka.&lt;br&gt;
Wiodą Dreptaka w kajdanach do grodu:&lt;br&gt;
- To ten skubaniec pierwszy krzyknął "chodu!"&lt;br&gt;
Pewno dywersant, szpion, albo i zdrajca!&lt;br&gt;
Obciąć mu głowę!&lt;br&gt;
Nieszczęsny Dreptak ze strachu się wije:&lt;br&gt;
- Niech mnie szlag trafi, widziałem bestyję!&lt;br&gt;
- Jaką? Tygrysa, smoka, bazyliszkę?&lt;br&gt;
- Nie! Białą myszkę!!!&lt;br&gt;
Zagrzmiała śmiechem kresowa stanica:&lt;br&gt;
- Jakże go karać, gdy to pijanica?&lt;br&gt;
Ot, kopnąć w tyłek, wytargać za pirze&lt;br&gt;
I won za dźwirze!&lt;br&gt;
Morał tu widać jasno jak na dłoni:&lt;br&gt;
Bohater zginie, świnia się uchroni!&lt;br&gt;
Czemże być lepiej: żyjącym prosięciem&lt;br&gt;
Czy martwym księciem?&lt;br&gt;
Ja żadnej rady dawać tu nie mogę;&lt;br&gt;
Musisz słuchaczu sam wybrać swą drogę,&lt;br&gt;
Najgorzej wszakoż, licz się z tą opinią,&lt;br&gt;
Być martwą świnią!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o mumiach</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/13/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/13/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o mumiach
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dwaj znakomici uczeni,&lt;br&gt;
w Gizeh czy też w Chartumie,&lt;br&gt;
nałogowo spod ziemi&lt;br&gt;
wydobywali mumie.&lt;br&gt;
Jeden mumię wykopał&lt;br&gt;
i krzyknął: - Cha, cha, cha!&lt;br&gt;
Oto jest mumia chłopa,&lt;br&gt;
czyli mumia fellacha!&lt;br&gt;
Drugi mumię otrzepał,&lt;br&gt;
spojrzał przez okulary:&lt;br&gt;
- To mumia Amenotepa,&lt;br&gt;
pomyliłeś się stary!&lt;br&gt;
I rzucili robotę,&lt;br&gt;
i zaczęli się kopsać&lt;br&gt;
krzycząc: - To Amenotep!&lt;br&gt;
- Nie, poznaję Cheopsa!&lt;br&gt;
Żarli się niesłychanie,&lt;br&gt;
już było z nimi krucho,&lt;br&gt;
a wtem mumia, jak wstanie,&lt;br&gt;
jak ci ich buchnie w ucho!&lt;br&gt;
I każdemu na głowie&lt;br&gt;
nabiła dużą śliwkę...&lt;br&gt;
Spojrzeli staruszkowie:&lt;br&gt;
- Ona ma rogatywkę!&lt;br&gt;
To nie żadna pokraka&lt;br&gt;
w staroegipskim stylu,&lt;br&gt;
to mumia krakowiaka&lt;br&gt;
tu nad brzegami Nilu.&lt;br&gt;
Zaczęli ją odwijać,&lt;br&gt;
już widna głowa, szyja,&lt;br&gt;
o, już zaczyna cijać:&lt;br&gt;
- Hej krakowiaczek ci ja!&lt;br&gt;
- Leżymy tu i czekamy,&lt;br&gt;
bośmy dumni i szumni,&lt;br&gt;
co prawda serc już nie mamy,&lt;br&gt;
lecz na cóż serce mumii...?&lt;br&gt;
A jakżeż tam w ojczyźnie,&lt;br&gt;
czekają na nas do dzisiaj?&lt;br&gt;
Wtem, jak się nie obliźnie,&lt;br&gt;
o rany, ale cizia!&lt;br&gt;
Brzuch wciągnął, dopiął pasa,&lt;br&gt;
już znika za nią w bluszczach.&lt;br&gt;
Hej, starsza nasza rasa&lt;br&gt;
niż się przypuszcza!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o pierwszej łamiglowce</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/14/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/14/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o pierwszej łamigłówce
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niszczeją miecze, zbroje,&lt;br&gt;
Rdza żre cenny surowiec,&lt;br&gt;
Zakończył już swoje boje&lt;br&gt;
Rycerz Dreptak-krzyżowiec.&lt;br&gt;
Siadł na pobojowisku,&lt;br&gt;
Rozdział się do bielizny...&lt;br&gt;
Chlubne szramy na pysku,&lt;br&gt;
Wszędy chwalebne blizny.&lt;br&gt;
Dmą pustynne samumy&lt;br&gt;
I piaskowe pasaty,&lt;br&gt;
Nogi ma Dreptak z gumy,&lt;br&gt;
A głowę ma jak z waty,&lt;br&gt;
Głos jak u błędnej owcy&lt;br&gt;
I oczy ma baranie...&lt;br&gt;
Wyginęli krzyżowcy,&lt;br&gt;
Wygrali muzułmanie.&lt;br&gt;
Same zwłoki i gruzy,&lt;br&gt;
Mało kto ostał cały...&lt;br&gt;
Oto Jean Pierre z Tuluzy&lt;br&gt;
Pocięty na kawały,&lt;br&gt;
Ówdzie Bolko z Katowic,&lt;br&gt;
Który w boju był szatan,&lt;br&gt;
I Miećko Kolbuszowic&lt;br&gt;
Po przekątnej rozpłatan...&lt;br&gt;
Obejrzał Dreptak trupy,&lt;br&gt;
Otarł łzę rąbkiem gaci:&lt;br&gt;
- Trzeba jakoś do kupy&lt;br&gt;
Poskładać zacnych braci...&lt;br&gt;
Ujął jeden kadłubek,&lt;br&gt;
Dołożył nieco szczątków:&lt;br&gt;
- Nogi jakby za grube,&lt;br&gt;
Trzeba by od początku...&lt;br&gt;
Dawaj składać na nowo,&lt;br&gt;
Praca mu w dłoniach chrzęści,&lt;br&gt;
Gania z nogą i głową,&lt;br&gt;
Wymienia różne części,&lt;br&gt;
Klei, ubija, gniecie,&lt;br&gt;
Pomaga ciut rapierem,&lt;br&gt;
Krzyżuje Bolka z Mieciem,&lt;br&gt;
A znów Miecia z Jean Pierre'em...&lt;br&gt;
Skończył i padł na piaski,&lt;br&gt;
By skonać na pustyni,&lt;br&gt;
Aż tu naraz oklaski&lt;br&gt;
Biją mu Beduini!&lt;br&gt;
Zaś sułtan muzułmanów&lt;br&gt;
Rzekł z grzbietu swego siwka:&lt;br&gt;
- Cóż, gratuluję panu,&lt;br&gt;
Bardzo ładna rozrywka!&lt;br&gt;
Dotychczas były szachy&lt;br&gt;
Lub polowania w buszu,&lt;br&gt;
Miałem ich już po pachy,&lt;br&gt;
A nawet wyżej uszu.&lt;br&gt;
Ma pan tutaj naszywki,&lt;br&gt;
Mundur i etat chana,&lt;br&gt;
Jest pan szefem rozrywki,&lt;br&gt;
Na dworze u sułtana!&lt;br&gt;
Tak to owego ranka&lt;br&gt;
Latami pradawnemi&lt;br&gt;
Najpierwsza układanka&lt;br&gt;
Powstała w dziejach ziemi.&lt;br&gt;
Potem Dreptak natchniony&lt;br&gt;
Wymyślił szyfrogramy,&lt;br&gt;
Kwadraty, palindromy,&lt;br&gt;
Wirówki i anagramy.&lt;br&gt;
Pomyśl przeto czasami,&lt;br&gt;
Młody, dziarski rodaku,&lt;br&gt;
Siedząc nad krzyżówkami -&lt;br&gt;
O krzyżowcu-Dreptaku!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o północy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/15/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/15/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o północy
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pradawnym czasom hołd i cześć,&lt;br&gt;
Tyle w nich krzepkiej mocy!&lt;br&gt;
Miał porwać dziewkę Dreptak-kneź&lt;br&gt;
W godzinę po północy.&lt;br&gt;
Więc ubrał się w żelazny złom&lt;br&gt;
I siadł w kozackie czółno&lt;br&gt;
I na zegarek spojrzał on,&lt;br&gt;
A ten wskazywał północ!&lt;br&gt;
Zepchnęli łódź na rwący prąd&lt;br&gt;
Kneziowi dwa wasale&lt;br&gt;
I oto kneź opuścił ląd&lt;br&gt;
I puścił się na fale.&lt;br&gt;
I dzielnie z nurtem walczył chwat,&lt;br&gt;
Aż dnem o piasek szurnął,&lt;br&gt;
I spojrzał znów na cyferblat,&lt;br&gt;
A tam znów była północ...&lt;br&gt;
Lecz oto zarżał w krzakach koń&lt;br&gt;
Ukryty tam przemyślnie -&lt;br&gt;
Kneź skoczył, chwycił cugle w dłoń&lt;br&gt;
I cwałem jak nie pryśnie!&lt;br&gt;
I pędził tak przez dłuższy czas,&lt;br&gt;
Bo drogę miał okólną,&lt;br&gt;
A kiedy wreszcie z konia zlazł&lt;br&gt;
Zegar wskazywał północ...&lt;br&gt;
Gdy zaś u zamku stanął bram,&lt;br&gt;
By porwać swą dzierlatkę,&lt;br&gt;
Nie zastał wcale panny tam,&lt;br&gt;
Tylko niedużą kartkę:&lt;br&gt;
"Przemarzłam i chce mi się jeść,&lt;br&gt;
Znajdź sobie inną durną&lt;br&gt;
Panie spóźnialski! Buźka, cześć!"&lt;br&gt;
Kneź spojrzał - znowu północ.&lt;br&gt;
Zaryczał Dreptak niczym lew&lt;br&gt;
Lub jak armatni wystrzał&lt;br&gt;
I pomknął tam, gdzie widniał sklep&lt;br&gt;
Starego zegarmistrza.&lt;br&gt;
I wszedł i stanął chrobry mąż&lt;br&gt;
I pośród łez wyjąkał:&lt;br&gt;
- Dlaczego u mnie północ wciąż?&lt;br&gt;
- Bo to - rzekł mistrz - jest k o m p a s...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o rycerzu Ćwoku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/16/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/16/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BALLADA O RYCERZU ĆWOKU
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, przed sześciuset laty&lt;br&gt;
W dobrym mieście Opolu&lt;br&gt;
Kneź Bolko Zezowaty&lt;br&gt;
Zebrał ludność na polu&lt;br&gt;
I oznajmił po pańsku,&lt;br&gt;
Że urządza festiwal,&lt;br&gt;
i spytał po hiszpańsku&lt;br&gt;
- Kto bude pirszy spiwal?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Błysnęły kirysy&lt;br&gt;
Stanęli w szeregu&lt;br&gt;
Pan Ksiutosław z Nysy,&lt;br&gt;
Diuk Pyskomir z Brzegu,&lt;br&gt;
Każdy taki cudny,&lt;br&gt;
Kieby Wiesław Golas,&lt;br&gt;
A jeden - paskudny:&lt;br&gt;
Miećko Ćwok z Głuchołaz.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, przed sześciuset laty&lt;br&gt;
W Opolu na skwerze&lt;br&gt;
Kneź Bolko Zezowaty&lt;br&gt;
Dał znak swym koncerzem,&lt;br&gt;
Poczem włożył bambosze,&lt;br&gt;
Usiadł przy sekretarce,&lt;br&gt;
Zawarczeli dobosze&lt;br&gt;
I zaczęty się harce.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o spalonym czołgu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/17/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/17/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o spalonym czołgu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...a gdy ustąpił strach i mrok&lt;br&gt;
I wojna ścichła wokół,&lt;br&gt;
Wywindowano stary czołg&lt;br&gt;
Na granitowy cokół.&lt;br&gt;
I stanął czołg u miasta bram&lt;br&gt;
Jak pomnik i jak bastion,&lt;br&gt;
I tylko wiatr mu w lufie grał,&lt;br&gt;
Tocząc ziarenka piasku.&lt;br&gt;
W całym kraju są podmiejskie drogi,&lt;br&gt;
Nad drogami zielone pagórki,&lt;br&gt;
I zielone trzydziestki czwórki,&lt;br&gt;
W których śpią spopielałe załogi.&lt;br&gt;
Zielona górka - to nie step&lt;br&gt;
Z lejami od granatów!&lt;br&gt;
W zetlałej lufie wiatru szept,&lt;br&gt;
A może i nie wiatru?&lt;br&gt;
W szczelinach strzelnic - oczy gwiazd,&lt;br&gt;
A może czyjeś inne?&lt;br&gt;
Czasami drga stalowy właz,&lt;br&gt;
Zarosły dzikim winem.&lt;br&gt;
W całym kraju są podmiejskie drogi,&lt;br&gt;
Nad drogami zielone pagórki,&lt;br&gt;
I zielone trzydziestki czwórki,&lt;br&gt;
W których śpią spopielałe załogi.&lt;br&gt;
...więc słysząc blach pogiętych głos&lt;br&gt;
Dźwięczący w nocnej głuszy,&lt;br&gt;
Myślę, że kiedy każe los -&lt;br&gt;
Czołg znowu z miejsca ruszy,&lt;br&gt;
I pomknie przez wystrzałów blask&lt;br&gt;
Jak wtedy, z brzegów Wołgi...&lt;br&gt;
...to dobrze, że z nowymi wraz -&lt;br&gt;
Czuwają stare czołgi!&lt;br&gt;
W całym kraju są podmiejskie drogi,&lt;br&gt;
Nad drogami zielone pagórki,&lt;br&gt;
I zielone trzydziestki czwórki,&lt;br&gt;
W których śpią&lt;br&gt;
spopielałe&lt;br&gt;
załogi...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o starych portkach i glinianym świeczniku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/18/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/18/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o starych portkach i glinianym świeczniku
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A jeżeli żyć zamierzasz &lt;br&gt;
Bardzo długo i wygodnie &lt;br&gt;
Nie mieć zmartwień i kompleksów &lt;br&gt;
I wogóle czuć się zdrowy 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Musisz mieć psa, synka, świecznik&lt;br&gt;
I poczciwe stare spodnie&lt;br&gt;
I koszulę trykotową&lt;br&gt;
A na zimę flanelową
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Pies i synek muszą umieć &lt;br&gt;
 Pięknie bawić się ze sobą &lt;br&gt;
 I rozumieć się tak dobrze &lt;br&gt;
 Jakby znali wspólny szyfr 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Spodnie muszą stać na baczność&lt;br&gt;
 Kiedy je postawisz obok&lt;br&gt;
 Świecznik musi być gliniany&lt;br&gt;
 Bo żelazny zły ma wpływ
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o straszliwej rzezi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/19/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/19/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o straszliwej rzezi
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kneź Dreptak rozgiął kraty,&lt;br&gt;
przeciął mieczem firanki,&lt;br&gt;
wszedł oknem do komnaty,&lt;br&gt;
zastał żonę z kochankiem.&lt;br&gt;
Zakrzyknął: - Wielkie nieba! -&lt;br&gt;
potrząsł gachem jak listkiem&lt;br&gt;
i uciął mu co trzeba,&lt;br&gt;
a głowę przede wszystkim.&lt;br&gt;
Hej, uciął mu ją, jejku, jej,&lt;br&gt;
głowę przede wszystkim...&lt;br&gt;
Tu spojrzeniem okrutnym&lt;br&gt;
swą małżonkę obrzucił,&lt;br&gt;
wrzasnął: - Tobie też utnę!&lt;br&gt;
I rzeczywiście uciął.&lt;br&gt;
Lecz nadal czując dreszcze&lt;br&gt;
mordercze, wciąż się pieklił,&lt;br&gt;
mruczał: - Kogo by jeszcze?&lt;br&gt;
Przeto wszyscy uciekli.&lt;br&gt;
O jejku, jejku, jej,&lt;br&gt;
przeto wszyscy uciekli...&lt;br&gt;
Podstoli wlazł pod stolik,&lt;br&gt;
pod konia wlazł koniuszy,&lt;br&gt;
a wojski alkoholik&lt;br&gt;
do wojska pędem ruszył.&lt;br&gt;
Hetman schował się w muszli&lt;br&gt;
udając, że jest rybką,&lt;br&gt;
lecz daleko nie uszli,&lt;br&gt;
bo kneź ich dognał szybko.&lt;br&gt;
Hej, dognał ci ich, jejku, jej,&lt;br&gt;
kneź dognał ich szybko...&lt;br&gt;
Warknął: - Co, macie stracha?&lt;br&gt;
Czknął, poprawił pluderki,&lt;br&gt;
i jak mieczem zamacha -&lt;br&gt;
to dosłownie w plasterki.&lt;br&gt;
Stanął, odpoczął chwilę,&lt;br&gt;
pot z czoła otarł czapką,&lt;br&gt;
spojrzy, a tu krwi tyle,&lt;br&gt;
że mógłby krytą żabką.&lt;br&gt;
O, jejku, jejku, jej,&lt;br&gt;
że mógłby krytą żabką...&lt;br&gt;
Tu kończy się ballada,&lt;br&gt;
wszystko już w pień wycięte...&lt;br&gt;
Przepraszam, lecz wypada&lt;br&gt;
dodać jeszcze pointę.&lt;br&gt;
Nie! Pointy nie będzie&lt;br&gt;
i żądać jej na próżno,&lt;br&gt;
bo w morderczym zapędzie&lt;br&gt;
kneź pointę też urżnął.&lt;br&gt;
Hej, urżnął ci ją, jejku jej!&lt;br&gt;
Znaczy się, pointę też urżnął...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o Zenku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/20/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/20/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o Zenku
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na basztę wlazłszy, chrobry kneź&lt;br&gt;
Zawołał po łacinie:&lt;br&gt;
Drużyno! Nowe szaty weź&lt;br&gt;
I przybądź na dziedziniec, hej,&lt;br&gt;
I przybądź na dziedziniec!&lt;br&gt;
Ożywił się kneziowy dwór,&lt;br&gt;
Już zbiega się rycerstwo,&lt;br&gt;
A każdy silny niczym tur,&lt;br&gt;
I każdy twarz ma czerstwą, hej,&lt;br&gt;
Bardzo a bardzo czerstwą!&lt;br&gt;
A kneź nerwowo zmierzwił wąs&lt;br&gt;
I zadął w róg specjalny,&lt;br&gt;
I spytał:&lt;br&gt;
- Czy już wszyscy są?&lt;br&gt;
Niech sprawdzi personalny, hej,&lt;br&gt;
Niech sprawdzi personalny!&lt;br&gt;
A gdy sprawdzono cały dwór,&lt;br&gt;
Rzekł tonem zatroskanym:&lt;br&gt;
Najstarsza z moich licznych cór&lt;br&gt;
Dojrzała dziś nad ranem, hej,&lt;br&gt;
Dojrzała dziś nad ranem!&lt;br&gt;
Tu się na zamku zrobił szum,&lt;br&gt;
Brzęknęły miecze w pięściach...&lt;br&gt;
- Kogo dojrzała? - pytał tłum.&lt;br&gt;
Dojrzała do zamęścia...hej!&lt;br&gt;
Dojrzała do zamęścia!&lt;br&gt;
A ten jej mężem będzie mógł&lt;br&gt;
Mienić się w sposób hardy,&lt;br&gt;
Kto napnie ten prastary łuk&lt;br&gt;
Niewiarygodnie twardy, hej,&lt;br&gt;
O, patrzcie, jaki twardy!&lt;br&gt;
Już ktoś wyciąga krzepką dłoń&lt;br&gt;
Wierząc, że cel osiągnie,&lt;br&gt;
Ujmuje zabytkową broń,&lt;br&gt;
Zapiera się i ciągnie, hej,&lt;br&gt;
O rany, jak on ciągnie!&lt;br&gt;
A wtem się rozległ głośny trzask...&lt;br&gt;
Lud chciał zawołać "hurra",&lt;br&gt;
Ale zawodnik podniósł wrzask:&lt;br&gt;
- Joj, wyszła mi ruptura, hej,&lt;br&gt;
Wylazła mi ruptura!&lt;br&gt;
Lecz oto drugi stawa w szrank,&lt;br&gt;
Naciągnie łuk azaliż ?&lt;br&gt;
Drży cały... stęka... a wtem bang!&lt;br&gt;
I trafił go paraliż, hej!&lt;br&gt;
I trafił go paraliż!&lt;br&gt;
A kneź na ganku blady stał&lt;br&gt;
I było mu niedobrze,&lt;br&gt;
A trup się na dziedzińcu słał&lt;br&gt;
Tak gęsto niczym w "Kobrze", hej,&lt;br&gt;
Dosłownie tak jak w "Kobrze"!&lt;br&gt;
Lecz nim zaczęto serię styp,&lt;br&gt;
Wystąpił na arenę&lt;br&gt;
Cherlawy i szabrawy typ,&lt;br&gt;
Niejaki Dreptak Zenek, hej,&lt;br&gt;
Niejaki Dreptak Zenek!&lt;br&gt;
Odłożył chleb, co właśnie żuł,&lt;br&gt;
Odchrząknął, brzucho wciągnął,&lt;br&gt;
I łuk palcami chwycił wpół,&lt;br&gt;
I ciach! I go naciągnął... hej...&lt;br&gt;
Bez nikakich naciągnął!!!&lt;br&gt;
Następnie czknął, dokończył chleb,&lt;br&gt;
Poprawił zgrzebne gacie,&lt;br&gt;
Piękną kneziównę wziął za łeb&lt;br&gt;
I zamknął się z nią w chacie, hej,&lt;br&gt;
I zamknął się z nią w chacie!!!&lt;br&gt;
A kneź o mury głową bił&lt;br&gt;
I głośno biadał z płaczem:&lt;br&gt;
Któż mógł przewidzieć, że on był&lt;br&gt;
Aż takim naciągaczem, ha???&lt;br&gt;
Aż takim naciągaczem?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o żołnierzyku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/21/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/21/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o żolnierzyku
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W długi, śmieszny karabin&lt;br&gt;
I w stary bagnet zbrojny,&lt;br&gt;
Zjawił się u mnie żołnierz&lt;br&gt;
Z pierwszej światowej wojny.&lt;br&gt;
I stanął w okienku strychu&lt;br&gt;
Z tym karabinem w dłoni,&lt;br&gt;
I strzela przez to okienko&lt;br&gt;
I widać się przed kimś broni.&lt;br&gt;
Na próżno mu tłumaczę&lt;br&gt;
Że teraz to nie ma sensu,&lt;br&gt;
I żeby sobie odpoczął&lt;br&gt;
Bo ręce mu się trzęsą&lt;br&gt;
I żeby przestał strzelać&lt;br&gt;
Bo wszędzie jest spokojnie,&lt;br&gt;
I jest nie tylko po pierwszej&lt;br&gt;
Ale i po drugiej wojnie.&lt;br&gt;
On milczy i patrzy w przestrzeń&lt;br&gt;
Nieruchomymi oczami,&lt;br&gt;
I strzela często i gęsto&lt;br&gt;
Zardzewiałymi kulami.&lt;br&gt;
Do wrogów nieistniejących&lt;br&gt;
Lecz wciąż tak samo złych,&lt;br&gt;
I czasem mój mały synek&lt;br&gt;
Idzie do niego na strych.&lt;br&gt;
Zanosi mu miskę zupy&lt;br&gt;
Albo trzy - cztery bułki,&lt;br&gt;
A idąc zawsze zabiera&lt;br&gt;
swój łuk i strzały z półki.&lt;br&gt;
A żołnierz jest bardzo głodny,&lt;br&gt;
Lecz nim się rzuci na żarcie,&lt;br&gt;
Ustawia mojego synka&lt;br&gt;
Na niepotrzebnej warcie.&lt;br&gt;
Więc synek wkłada hełm,&lt;br&gt;
W którym wygląda śmiesznie,&lt;br&gt;
I strzela z łuku, a żołnierz&lt;br&gt;
Jedzeniem się dławi pośpiesznie,&lt;br&gt;
Lecz jedząc spogląda czujnie&lt;br&gt;
Ku ciemniejącym polom,&lt;br&gt;
Posłuszny przebrzmiałym rozkazom&lt;br&gt;
Żałosny i smutny dziwoląg.&lt;br&gt;
A mnie wcale nie śmieszy&lt;br&gt;
Tej sprawy absurd niezmierny,&lt;br&gt;
Mnie imponuje ten żołnierz,&lt;br&gt;
Przynajmniej jest czemuś wierny.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bastard</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/22/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/22/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BASTARD
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Akurat zeszłego wtorku&lt;br&gt;
Szał opętał Dreptaka Edwarda,&lt;br&gt;
Bo krzyknął przy podwieczorku&lt;br&gt;
- Ja muszę mieć bastarda!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wkurzyło to bardzo małżonkę,&lt;br&gt;
Więc rzekła tonem wyrzutu:&lt;br&gt;
- Dopiero żeś kupił jesionkę,&lt;br&gt;
A ja nie mam zimowych butów,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poza tym wyszła mi pasta&lt;br&gt;
I szklanki się pobili!&lt;br&gt;
...a co to jest ten bastard? -&lt;br&gt;
Zapytała po chwili.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zaś Dreptak odparł w gniewie&lt;br&gt;
Zły, że go na tym zagięli:&lt;br&gt;
- Tak detalicznie nie wiem,&lt;br&gt;
Ale to wszyscy mieli,
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bawiąc uczyć</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/23/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/23/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Bawiąc - uczyć
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Drogą okólną, niepozorną&lt;br&gt;
Ktoś się podkrada jak padalczyk:&lt;br&gt;
To tatuś niesie album porno,&lt;br&gt;
Co mu pożyczył pan Kowalczyk!&lt;br&gt;
To tatuś porno w dom przemyca,&lt;br&gt;
A nie chcąc mamie wpaść do rączek,&lt;br&gt;
Od tyłu, od ogródka kica&lt;br&gt;
Jakby króliczek lub zajączek!&lt;br&gt;
Kica po grządce i po skwerku,&lt;br&gt;
I strach, i zachwyt ma na licu,&lt;br&gt;
Czasem w ten album zerku - zerku,&lt;br&gt;
A potem dalej kicu - kicu!&lt;br&gt;
Album jest piękny i wesoły,&lt;br&gt;
Różne w nim rzeczy są podane,&lt;br&gt;
Na przykład są dwie panie gole,&lt;br&gt;
Które się bawią w panią z panem!&lt;br&gt;
Aż się tatkowi uszki pocą&lt;br&gt;
Aż rączki w podnieceniu ściska...&lt;br&gt;
W swoim łóżeczku, późną nocą,&lt;br&gt;
Obejrzy to dokładnie z bliska.&lt;br&gt;
Lecz jaki chytrus bywa z tatki!&lt;br&gt;
Zanim się weźmie za czytanie -&lt;br&gt;
Wsadzi ten album do okładki&lt;br&gt;
Z książki uczonej niesłychanie,&lt;br&gt;
Żeby mieć haka na mamusię,&lt;br&gt;
Kiedy się zbudzi nieprzytomnie&lt;br&gt;
I spyta: - Co ty czytasz, Niusiek?&lt;br&gt;
To on odpowie: - Ekonomię...!&lt;br&gt;
I zacznie dukać różne słowa,&lt;br&gt;
Takie jak: - Procent, strajk, recesja,&lt;br&gt;
Rentowność, wartość dodatkowa,&lt;br&gt;
Polucja... O pardons, progresja...&lt;br&gt;
Noc płynie... Gdzieś tam sowa huczy...&lt;br&gt;
Czasami wiatr przez szpary gwiźnie...&lt;br&gt;
Nasz tatko się i seksu uczy,&lt;br&gt;
I ekonomii przy tym liźnie,&lt;br&gt;
I grzeje sobie w łóżku kości,&lt;br&gt;
Zamiast się gdzieś po knajpach włóczyć.&lt;br&gt;
Tak wzrasta poziom świadomości,&lt;br&gt;
I o to chodzi:&lt;br&gt;
Bawiąc - uczyć!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Baza</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/24/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/24/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Baza
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wracam szczęśliwie do bazy, &lt;br&gt;
Wykonałem bojowe zadania. &lt;br&gt;
Baza to jest mój azyl, &lt;br&gt;
Podchodzę do lądowania.&lt;br&gt;
Lądować w bazie łatwo,&lt;br&gt;
Wiem to z doświadczeń wielu,&lt;br&gt;
Przyjazne i jasne światło&lt;br&gt;
Prowadzi mnie do celu&lt;br&gt;
Tak, jak już tyle razy.&lt;br&gt;
Tak, jak każdego dnia.&lt;br&gt;
Wracam szczęśliwie do bazy,&lt;br&gt;
Wracam szczęśliwie do bazy,&lt;br&gt;
Wracam szczęśliwie do bazy,&lt;br&gt;
Jak się masz, bazo, to ja!&lt;br&gt;
W bazie już szklanki dzwonią,&lt;br&gt;
Pachnie parzona kawa,&lt;br&gt;
Za chwilę popchnę dłonią&lt;br&gt;
Drzwi twoje, bazo łaskawa,&lt;br&gt;
Zobaczę znajome obrazy,&lt;br&gt;
Usłyszę znajomy głos, &lt;br&gt;
Wracam szczęśliwie do bazy &lt;br&gt;
Przez strefy wichrów i trosk. &lt;br&gt;
Są w świecie kraksy i burze, &lt;br&gt;
Jest nieszczęść i klęsk kołowrót;&lt;br&gt;
Nie zgadnę i nie wywróżę &lt;br&gt;
Czy to ostatni mój powrót... &lt;br&gt;
Nieważne. Grunt, że na razie &lt;br&gt;
Drzwi otwieram ostrożnie i miękko, &lt;br&gt;
I oto już jestem w bazie, &lt;br&gt;
I oto już jestem w bazie, &lt;br&gt;
Co się składa z dwóch pokoi. Z łazienką!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Betonissima</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/25/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/25/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Betonissima
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wiatr historii wieje szumno,&lt;br&gt;
Przyszłość za zakrętem -&lt;br&gt;
Wicuś betonuje gumno&lt;br&gt;
Portlandzkim cementem.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kupił go trzydzieści worków,&lt;br&gt;
Rozmieszał go ładnie&lt;br&gt;
I tak od zeszłego wtorku&lt;br&gt;
Chlapie gdzie popadnie!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wykończona już chałupa&lt;br&gt;
Z fasonem i szwunkiem,&lt;br&gt;
I podwórko jak skorupa&lt;br&gt;
I sraczyk jak bunkier!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wszędzie twardo, nawet w szopie&lt;br&gt;
I w budzie dla psiska,&lt;br&gt;
Pies ma z tego płaskostopie&lt;br&gt;
I zadek w odciskach.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Skoczył Wicuś, patrzy dziwnie,&lt;br&gt;
Palcem w nosie wierci:&lt;br&gt;
- Co ja jeszcze tu usztywnię,&lt;br&gt;
Jak już wszystko fertig?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bez aluzji</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/26/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/26/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Bez aluzji
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, nie ma rady na to,&lt;br&gt;
Chodzi wódka za tatą,&lt;br&gt;
Taka z niej bestia chytra.&lt;br&gt;
Na przedzie tata drepta,&lt;br&gt;
A za nim o pół metra&lt;br&gt;
Tupta sobie pół litra...&lt;br&gt;
Już nam się to nie przykrzy,&lt;br&gt;
Bo jużeśmy "przywykłszy",&lt;br&gt;
Jak mawia wuj znad Niemna,&lt;br&gt;
Zwłaszcza że te pół basa,&lt;br&gt;
Co tak za tatką hasa,&lt;br&gt;
To istotka przyjemna.&lt;br&gt;
Nie złości się, nie rzuca,&lt;br&gt;
O nic się nie wykłóca,&lt;br&gt;
Nikomu nic przeszkodzi.&lt;br&gt;
I tylko czasem tacie&lt;br&gt;
Okrzyk się wyrwie w chacie:&lt;br&gt;
- Znów wódka za mną chodzi!&lt;br&gt;
Mamusia robi fochy.&lt;br&gt;
Mówiąc: - Za mną pończochy,&lt;br&gt;
Też chodzą od tygodnia!&lt;br&gt;
Sprawdzaliśmy to z bratem -&lt;br&gt;
Nie widać... A za tatem&lt;br&gt;
Wódka posuwa co dnia!&lt;br&gt;
Badały tatkę wszędy&lt;br&gt;
Kliniki i urzędy,&lt;br&gt;
Wyszła taka konkluzja:&lt;br&gt;
W wyniku tych analiz&lt;br&gt;
U tatki to realizm&lt;br&gt;
A u innych - aluzja!&lt;br&gt;
Inni myślą umownie,&lt;br&gt;
A nasz tatko - dosłownie,&lt;br&gt;
Obce mu są przenośnie:&lt;br&gt;
"Wódka chodzi" gdy stwierdzi,&lt;br&gt;
To fakt! Ba, nawet śmierdzi,&lt;br&gt;
I tupie coraz głośniej!&lt;br&gt;
Więc cieszymy się szczerze,&lt;br&gt;
Myśląc o charakterze&lt;br&gt;
Prostym naszego tatki.&lt;br&gt;
Zwłaszcza że i za nami&lt;br&gt;
Chodzą już wieczorami&lt;br&gt;
Dwie śliczne, małe ćwiartki!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Biała linia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/27/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/27/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Biała linia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dla międzynarodowych zbliżeń&lt;br&gt;
I żeby móc pomóc nagle,&lt;br&gt;
Moskwę połączy się z Paryżem&lt;br&gt;
Telefonicznym ekstra-kablem.&lt;br&gt;
Ta wieść radości nam przyczynia,&lt;br&gt;
Będziemy mieć częściowo linię,&lt;br&gt;
Przez Polskę musi iść ta linia,&lt;br&gt;
W żaden jej sposób nie ominie.&lt;br&gt;
Rzucona wszerz naszego kraju&lt;br&gt;
Drga lekko w zagranicznych szeptach -&lt;br&gt;
Moskwa z Paryżem rozmawiają&lt;br&gt;
A w samym środku stoi Dreptak!&lt;br&gt;
A Dreptak stoi gdzieś pod Kutnem&lt;br&gt;
Nerwowo szarpie sprzączki szelek&lt;br&gt;
I myśli sobie:&lt;br&gt;
- Chyba utnę,&lt;br&gt;
Z piętnaście metrów, kuchnia Felek!&lt;br&gt;
W GS-ie z kablem bardzo marnie.&lt;br&gt;
Do województwa nie pojadę,&lt;br&gt;
A tu podłączyć trza młocarnię,&lt;br&gt;
Więc chyba utnę, kurcze blade!&lt;br&gt;
Już dłoń się skrada do tasaka&lt;br&gt;
Co w chacie wisiał se na sznurku,&lt;br&gt;
Gdy nagle w duszy u Dreptaka&lt;br&gt;
Jak coś nie krzyknie:&lt;br&gt;
- Oż ty, burku!&lt;br&gt;
Tak spieszno ci do owych kabli?&lt;br&gt;
Chcesz poprzerzynać - kit ci w brodę! -&lt;br&gt;
Porozumienie - niech cię diabli! -&lt;br&gt;
Kablowe, Wschodu ze Zachodem?&lt;br&gt;
Zaś Dreptak ukląkł na podwórzu,&lt;br&gt;
Łzy mu polały się wielgachne&lt;br&gt;
I jęknął: - o aniele stróżu!&lt;br&gt;
Już mnie nie śtorcuj! Dyć nie ciachnę!&lt;br&gt;
I w tym momencie niebo szare&lt;br&gt;
Się rozchmurzyło, słonko błysło,&lt;br&gt;
Widać przyjęło tę ofiarę&lt;br&gt;
Złożoną nad słowiańską Wisłą.&lt;br&gt;
Świt wstaje, budzi się nadzieja&lt;br&gt;
Co nie jest złudną ani próżną,&lt;br&gt;
Bo oto, po raz pierwszy w dziejach,&lt;br&gt;
Polak mógł urżnąć, a nie urżnął!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Biały najemnik</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/28/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/28/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Biały najemnik
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dziwne marzenie często mnie przenika,&lt;br&gt;
Nie żebym chciał się wkraść do wyższych sfer,&lt;br&gt;
Lecz chciałbym mieć białego najemnika,&lt;br&gt;
Co by najemny i biały był jak ser.&lt;br&gt;
Koledzy by po wywalali gały,&lt;br&gt;
W ich wzroku podziw błyszczałby i hołd -&lt;br&gt;
Na przedzie ja, za mną - najemnik biały,&lt;br&gt;
I ja chwilami mu wypłacam żołd.&lt;br&gt;
Powiedzmy, w knajpie siadam przy stoliku&lt;br&gt;
I wykonuję dłonią władczy gest:&lt;br&gt;
- Kelnera sprowadź, biały najemniku! &lt;br&gt;
A on z angielska mówi krótko - Yes! &lt;br&gt;
I już mi go dostarcza szybkościowo. &lt;br&gt;
A kelner - lufę kolta czując tuż &lt;br&gt;
Oraz trzymając ręce ponad głową&lt;br&gt;
- Co podać? - pyta. - Kaszanka! Ale już!!!&lt;br&gt;
Lub weźmy wiec. Zebrali się faceci,&lt;br&gt;
Ktoś rezolucję swą na siłę pcha,&lt;br&gt;
A potem groźnie pyta: - Kto jest przeciw?&lt;br&gt;
A wówczas w ciszy mówię głośno: - Ja...!&lt;br&gt;
A gdy mnie nazwać chcą degeneratem,&lt;br&gt;
To chwytam gwizdek, gwiżdżę fiu fiu fiu&lt;br&gt;
I wchodzi mój najemnik z taaakim gnatem,&lt;br&gt;
I z białoruska pyta krótko: - Nu?&lt;br&gt;
Ach, ten najemnik, jakież daje szansę,&lt;br&gt;
Z jakąż pewnością mogę liczyć nań,&lt;br&gt;
Jakież finezje stwarza i niuanse&lt;br&gt;
Odnośnie pensji, strojów - ba! - i pań!&lt;br&gt;
Więc najemnika chyba sprawię sobie,&lt;br&gt;
To jest marzeniem moim skrytym, lecz&lt;br&gt;
Uprzednio sobie na ten szpas zarobię,&lt;br&gt;
Bo ten najemnik to kosztowna rzecz.&lt;br&gt;
Napiszę o Panamie, Zanzibarze,&lt;br&gt;
Że tu jest dobry rząd, a tam jest zły,&lt;br&gt;
Względnie przeciwnie, tak jak szef mi każe,&lt;br&gt;
Szef mnie wynajął... płaci... C'est la vie!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Biuro spraw beznadziejnych</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/29/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/29/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Biuro Spraw Beznadziejnych
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Posłuchaj, o nocy blada &lt;br&gt;
I zwierzu ukryty wśród traw:&lt;br&gt;
Oto jest smętna ballada &lt;br&gt;
O Biurze Beznadziejnych Spraw! &lt;br&gt;
Niewielkie to biuro się mieści &lt;br&gt;
We wnętrzu mego mieszkania &lt;br&gt;
Przy Beznadziejnej Czterdzieści, &lt;br&gt;
Parter, wstęp bez pukania. &lt;br&gt;
Przychodzą tam po kolei &lt;br&gt;
Albo po kilka osób, &lt;br&gt;
Ci co nie mają nadziei &lt;br&gt;
Na polepszenie losu, &lt;br&gt;
Na przykład nieuleczalnie &lt;br&gt;
Chorzy, co muszą skonać, &lt;br&gt;
Albo ci, co fatalnie &lt;br&gt;
Kochają się w cudzych żonach, &lt;br&gt;
A zwłaszcza w żonach ministrów, &lt;br&gt;
Które się nie chcą rozwieść, &lt;br&gt;
I mnóstwo niedoszłych artystów, &lt;br&gt;
I takich, co piszą powieść &lt;br&gt;
Skazaną na niewydanie &lt;br&gt;
Już w embrionalnym stanie, &lt;br&gt;
I śliczne, choć smutne, panie, &lt;br&gt;
Więc pełne jest moje mieszkanie... &lt;br&gt;
Posłuchaj, o nocy blada, &lt;br&gt;
Ty, zwierzu, posłuchaj ballady, &lt;br&gt;
Jak z tymi ludźmi gadam, &lt;br&gt;
Jakie im daję rady... &lt;br&gt;
Lecz najpierw herbatkę im daję, &lt;br&gt;
Która jest słodka i czarna, &lt;br&gt;
I mówię z udanym żalem,&lt;br&gt;
Że muszę wyjść na kwadrans,&lt;br&gt;
Że chwilę zostaną sami,&lt;br&gt;
Więc niech się nie gniewają...&lt;br&gt;
A potem schowany za drzwiami&lt;br&gt;
Słucham jak rozmawiają...&lt;br&gt;
A w ich rozmowach jest smutek&lt;br&gt;
I żal, i ból, i łzy,&lt;br&gt;
Ale tych rozmów skutek&lt;br&gt;
Nie jest bynajmniej zły,&lt;br&gt;
Bo sobie mnóstwo pocieszeń&lt;br&gt;
Mówią, podają sposoby:&lt;br&gt;
A to na pustą kieszeń, &lt;br&gt;
A to na wszystkie choroby. &lt;br&gt;
I mogą się wygadać, &lt;br&gt;
Ponarzekać, pobiadać &lt;br&gt;
I sprawdzić wielokrotnie, &lt;br&gt;
Że nie cierpią samotnie. &lt;br&gt;
O, zwierzu, który nocą &lt;br&gt;
Błądzisz, wyjąc ponuro, &lt;br&gt;
Posłuchaj teraz, po co &lt;br&gt;
Prowadzę to całe biuro? &lt;br&gt;
Po to, że moje prywatne &lt;br&gt;
Zmartwienia i rozpacze &lt;br&gt;
Wyglądają przy tamtych &lt;br&gt;
Całkiem, całkiem inaczej. &lt;br&gt;
O, takie są malutkie, &lt;br&gt;
O, takie są niewielkie, &lt;br&gt;
Już po prostu nie smutki &lt;br&gt;
Tylko komary lub pchełki &lt;br&gt;
Rozpatrywania nie warte... &lt;br&gt;
Dlatego otwieram w kolejny &lt;br&gt;
Każdy (z wyjątkiem świąt) czwartek &lt;br&gt;
Swe Biuro Spraw Beznadziejnych. &lt;br&gt;
Więc - żebyś w trosce nie żył - &lt;br&gt;
Więc - żebyś nie żyła w płaczu - &lt;br&gt;
Przyjdź do mnie, ponury zwierzu, &lt;br&gt;
Przyjdź, nocy, targana rozpaczą...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Błędny rycerz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/30/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/30/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BŁĘDNY RYCERZ
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rycerz Zenobi Dreptak w szmelcowanej zbroi&lt;br&gt;
Stanął zbrojnie i konno u zamku podwoi,&lt;br&gt;
Miał pancerz, hełm i kopię, jak zwykle rycerze,&lt;br&gt;
I miecz, którym uderzył o zamkowe dźwierze!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, odegrzmiało echo o gotyckie blanki!&lt;br&gt;
Skoczył na nogi książę, spojrzał zza firanki,&lt;br&gt;
Skoczył, spojrzał, oniemiał i zadrżał ze strachu;&lt;br&gt;
Stoi pod drzwiami rycerz Dreptak na wałachu!!!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stoi Dreptak wśród blasków, szczęków oraz zgrzytań&lt;br&gt;
I zasuwa monolog, co się składa z pytań,&lt;br&gt;
O taki: - Hej, kto mężny, odpowiedzieć musi,&lt;br&gt;
Która z pań jest piękniejsza od mojej Magdusi?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bramkarzu, młody bramkarzu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/31/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/31/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
"BRAMKARZU, MŁODY BRAMKARZU"
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz bramkarz młody sobie żył,&lt;br&gt;
Co nigdy bramki nie puścił,&lt;br&gt;
Był chlubą swojej drużyny,&lt;br&gt;
Więc mu śpiewały dziewczyny:
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bramkarzu, młody bramkarzu,&lt;br&gt;
Ty pilnuj bramki metrażu,&lt;br&gt;
Uważaj, by jakiś wróg&lt;br&gt;
Nie strzelił ci w krótki róg!&lt;br&gt;
Bramkarzu młody, mocarzy,&lt;br&gt;
Obronisz ty nawet rzut karny,&lt;br&gt;
Sukcesów tyś znany kolekcjoner,&lt;br&gt;
Więc kocha cię trener selekcjoner,&lt;br&gt;
Odniesiesz niejeden sukces,&lt;br&gt;
Bo masz błyskawiczny refleks!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz kiedy atak na bramkę sunie,&lt;br&gt;
Zobaczył lubą swą na trybunie,&lt;br&gt;
Siedział z nią jeden stary i łysy,&lt;br&gt;
Ale bogaty, bo trzymał lisy.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cel</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/32/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/32/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CEL
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A kiedy jest jeszcze szaro i bardzo wcześnie rano,&lt;br&gt;
I każdy normalny człowiek do poduszki się jeszcze garnie,&lt;br&gt;
Wtedy pan w pewnym wieku wstaje niechętnie z tapczanu,&lt;br&gt;
Przeciąga się i myśli: - No, teraz się zaczną męczarnie...&lt;br&gt;
Jakoż i rzeczywiście; za oknem jeszcze świt blady,&lt;br&gt;
We mgle nieprzyjaznej i zimnej majaczą wilgotne dachy&lt;br&gt;
A ten pan w pewnym wieku zaczyna robić przysiady&lt;br&gt;
Potem kolejno skłony, podskoki i wymachy.&lt;br&gt;
Jeszcze się na zachodzie tli anemiczny księżyc,&lt;br&gt;
Dopiero pierwsi mleczarze stawiają pod drzwiami butelki,&lt;br&gt;
A ten pan w pewnym wieku, nie mając ćwiczebnych sprężyn,&lt;br&gt;
Rozciąga z ogromnym wysiłkiem poczwórnie złożone szelki,&lt;br&gt;
A potem spocony i blady, z ogromnym szumem w głowie,&lt;br&gt;
Stać pod prysznicem nie może, więc ze zmęczenia siada&lt;br&gt;
I kłamie przed sobą: - To po to, żeby zachować zdrowie,&lt;br&gt;
Kondycję i chęć do pracy...&lt;br&gt;
Ale to wszystko nieprawda.&lt;br&gt;
Po prostu ten pan przypuszcza, że kiedyś w przyszłych godzinach,&lt;br&gt;
Kiedy się zdarzy wyjazd na delegację w teren,&lt;br&gt;
To może się zdarzy również jakaś prześliczna dziewczyna,&lt;br&gt;
Która nie wzgardzi tym panem i małym, brzydkim hotelem,&lt;br&gt;
I patrząc na odrapane z lakieru pręty łóżka&lt;br&gt;
Powie, dłoń smukłą oparłszy na fantastycznym biodrze:&lt;br&gt;
- No proszę, masz lat czterdzieści i ani śladu brzuszka!&lt;br&gt;
Nie wiedziałam, że w twoim wieku można wyglądać tak dobrze...&lt;br&gt;
Więc dla tej wizji, co pewnie się nigdy nie ucieleśni&lt;br&gt;
Pan w pewnym wieku zadaje tortury własnemu ciału,&lt;br&gt;
Gimnastykując się co dzień niewiarygodnie wcześnie&lt;br&gt;
Na własnych szelkach, na kocu i na krawędzi zawału...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cel i środki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/33/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/33/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CEL I ŚRODKI
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz jeden rycerz Dreptak długo się zastanawiał&lt;br&gt;
Jak uczcić i jak uświetnić kolejne Dni Wrocławia,&lt;br&gt;
Aż wreszcie wykombinował zupełnie nie najdurniej,&lt;br&gt;
Że można by urządzić wspaniały rycerski turniej,&lt;br&gt;
W którym by bractwo walczyło na kopie i na rąbankę&lt;br&gt;
I nawet na pierwszą nagrodę ofiarował był swoją kochankę,&lt;br&gt;
Niejaką Dzyndzyk Eulalię, płaską i twardszą od deski,&lt;br&gt;
Lecz jeszcze całkiem na fleku, tak jakoś koło czterdziestki&lt;br&gt;
(no, góra pięćdziesiątki), o kształcie i barwie serdelka,&lt;br&gt;
! wszędzie wywiesił afisze: "Joj, ludzie, okazja wielka!"&lt;br&gt;
Jakoż się wnet i zgłosili, potknąwszy niebacznie haczyk,&lt;br&gt;
Nipolit Dyćko z Kleciny, a ze Swojca Zdziś Samotraczyk&lt;br&gt;
I jęli rozgrywać mecze i walczyć w sposób odważny&lt;br&gt;
Systemem turniejowym, czyli że każdy z każdym.&lt;br&gt;
Wpierw Dreptak dosiadłszy wałacha pokonał do zera Dyćka,&lt;br&gt;
Następnie zaś Samotraczyk onegoż Dyćka też zryćkał,&lt;br&gt;
Stentegowawszy go z siodła niezwykle śmiałym atakiem,&lt;br&gt;
I wreszcie ostatnią potyczkę miał Samotraczyk z Dreptakiem.&lt;br&gt;
Już opuścili przyłbice, ostrogi już koniom wparli,&lt;br&gt;
Już się złożyli kopiami, już się potężnie starli!!!&lt;br&gt;
Kurz się zakłębił w szrankach, krzyknęli z emocji widzowie&lt;br&gt;
I patrzą, a Samotraczyk siedzi jak głupi w rowie,&lt;br&gt;
Zaś Dreptak cwałuje po polu, wiatr w pióropuszu mu świszcze,&lt;br&gt;
I słychać gromkie okrzyki: - Niech żyje nam mistrz nad mistrze!&lt;br&gt;
Prowadzą go do prezydium nagrodę by pokwitował,&lt;br&gt;
A on zbladł, bo zapomniał że nagroda to ta Dzyndzykowa,&lt;br&gt;
I - chociaż chciał się wymigać wołając: - Jam jej nie godzien!&lt;br&gt;
Wetknęli mu babę siłą i ma ją z powrotem na codzień,&lt;br&gt;
Zaś Dyćko i Samotraczyk żyją jak dawniej magnaci...&lt;br&gt;
... tak bywa, kiedy wśród walki - cel walki się z oczu utraci!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Choinka knezia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/34/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/34/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Choinka knezia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz na zamku w Kocmyrzu okrutny kneź Dreptak&lt;br&gt;
Kazał był burgrabiego powiesić na trzepak,&lt;br&gt;
Za to, że ten burgrabia kradł wprost niesłychanie,&lt;br&gt;
Lecz księżna zawołała: - Ja mam dziś trzepanie!&lt;br&gt;
Muszę na święta z kurzu oczyścić kobierce,&lt;br&gt;
Chcesz wieszać - szubienicę wystaw, moje serce!&lt;br&gt;
- E, zaraz szubienicę! - krzyknął książe w gniewie&lt;br&gt;
- Weźcie go i powieście, o, na tamtym drzewie!&lt;br&gt;
Jakoż i powieszono skazańca na świerku&lt;br&gt;
Stojącym przede zamkiem, na niedużym skwerku,&lt;br&gt;
A skazaniec był w szaty świecące odziany&lt;br&gt;
I miał na sobie śliczne, błyszczące kajdany&lt;br&gt;
Z długimi łańcuchami, które przez igliwie&lt;br&gt;
Zwisając, wśród zieleni lśniły migotliwie.&lt;br&gt;
Kneź patrzył, a do serca mu wpełzały smutki&lt;br&gt;
I wspomnienia, jak jeszcze był całkiem malutki,&lt;br&gt;
I przypomniała mu się babcia starowinka,&lt;br&gt;
Rodzice, stół, opłatek i śliczna choinka,&lt;br&gt;
I łzy mu się polały, i chcąc przeszłość wskrzesić,&lt;br&gt;
Zawołał: - Proszę jeszcze kucharkę powiesić!&lt;br&gt;
Powieszono kucharkę, co w białym fartuchu&lt;br&gt;
Wyglądała jak jeden z owych czystych duchów&lt;br&gt;
Skrzydlatych, które zwykle w okresie choinki&lt;br&gt;
Przynoszą dzieciom różne śliczne upominki...&lt;br&gt;
Zaś książę pił i płakał i wołał wzruszony:&lt;br&gt;
- Dowiesić kogoś z prawej...! teraz z lewej strony...!&lt;br&gt;
Hetman wyżej...!, pan ochmistrz mi zasłania dwórkę...&lt;br&gt;
Teściową koło pieńka, a wujka na górkę!&lt;br&gt;
Właśnie śnieżek jął padać i wszystko przyprószył,&lt;br&gt;
A kneź Dreptak do reszty urżnął się i wzruszył,&lt;br&gt;
I wybełkotał: - Ludzie! Hej, czy mnie słyszycie?&lt;br&gt;
Zasadźcie jeszcze kogoś tam, na samym szczycie,&lt;br&gt;
I fertig, można siadać do świętej wigilii!&lt;br&gt;
Lecz wszyscy albo zwiali, albo już nie żyli,&lt;br&gt;
Więc kneź, co był od wódki zupełnie zaczadział,&lt;br&gt;
Wylazłszy na choinkę - sam na szpic się nadział,&lt;br&gt;
Bo choinka bez szpica - to już jednak nie to!&lt;br&gt;
... to dobrze, gdy dyktator jest również estetą!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Chuda Ruda</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/35/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/35/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Chuda ruda
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Marynarz Maksymilian Faja&lt;br&gt;
Na koi siadł w kajucie swej,&lt;br&gt;
Już bryzgi wody na bulajach&lt;br&gt;
Świadczą, że statek ruszył w rejs.&lt;br&gt;
Marynarz Faja Maksymilian&lt;br&gt;
Cygaro ssie i patrzy w sufit,&lt;br&gt;
Coś tam wspomina, coś przeklina&lt;br&gt;
I płacze, płacze jak głupi.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To było rude i chude&lt;br&gt;
Stworzenie portowe,&lt;br&gt;
Lubiło białą wódę&lt;br&gt;
A ciuchy fioletowe.&lt;br&gt;
Gdzie tam fiolety&lt;br&gt;
Do rudych włosów,&lt;br&gt;
Jak kastaniety&lt;br&gt;
Do bigosu.&lt;br&gt;
Opalona była na brązowo,&lt;br&gt;
Na rudo, na fioletowo,&lt;br&gt;
Ruda chuda i fioletowa,&lt;br&gt;
Więc marynarz wziął i zwariował.&lt;br&gt;
Już nie kusi go Hamburg i Londyn,&lt;br&gt;
Już nie musi mieć dużych blondyn,&lt;br&gt;
Taki był mocny,&lt;br&gt;
Taki miał luz,&lt;br&gt;
A tu chuda, a tu ruda,&lt;br&gt;
A tu ruda chuda blues.&lt;br&gt;
Aż po miesiącu czy po roku&lt;br&gt;
Przebywszy mnóstwo mil i burz&lt;br&gt;
Statek ponownie wszedł do portu,&lt;br&gt;
Ale tej rudej nie ma już,&lt;br&gt;
Podobno zwiała z jakimś szejkiem,&lt;br&gt;
A drudzy mówią, że to z Czechem.&lt;br&gt;
Więc nie wiadomo, z szejkiem czy Szwejkiem.&lt;br&gt;
A może ze szpiegiem lub Szwedem?&lt;br&gt;
Nie kochaj rudych i chudych,&lt;br&gt;
Panie Boże broń cię,&lt;br&gt;
Płyń lepiej na Bermudy,&lt;br&gt;
Utop się w Trójkącie.&lt;br&gt;
Jak ktoś do rudych włosów&lt;br&gt;
Nosi ciuchy fiolet,&lt;br&gt;
Najlepszy na to sposób -&lt;br&gt;
Pistolet.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cieplarniane warunki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/36/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/36/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Cieplarniane warunki
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy dyrektor przechodził przez biuro to zrobiła się taka cisza,&lt;br&gt;
Że było słychać nawet jak pchły oddychają na myszach&lt;br&gt;
Siedzących w biurowych norach, i jak muchom zginają się łokcie&lt;br&gt;
I jak księgowej Maniusi odrastają gwałtownie paznokcie&lt;br&gt;
I jak kierownik w myślach robi podwładnych na szaro,&lt;br&gt;
I jak księgowemu Kopcimęckiemu sypie się pierwszy zarost&lt;br&gt;
Oraz jak kontystce Miętusik starzeją się ciepłe papucie,&lt;br&gt;
I jak w buchalterze Serojdaku budzi się nagłe uczucie&lt;br&gt;
Do wspomnianej uprzednio Maniusi, i jak Maniusia myśli: "a chała!"&lt;br&gt;
I jak w zaszczepionym na dur brzuszny Samotraczyku wytwarzają się przeciwciała,&lt;br&gt;
I jak Pipulskiej robią się zmarszczki, i jak Kupścia zgaga piecze&lt;br&gt;
I jak łysieje Superfajczak i mnóstwo innych rzeczy,&lt;br&gt;
Ale to były odgłosy ciche, więc faktycznie panowało milczenie&lt;br&gt;
W którym trzeszczały artretycznie kroczącego dyrektora golenie&lt;br&gt;
I kolana, i w ten sposób dyrektor już się zbliżał do wyjściowych drzwi&lt;br&gt;
Gdy wtem Dreptakowi w żołądku jak zapiszczy coś "pi pi pi..."&lt;br&gt;
A zabrzmiało to w ciszy śmiertelnej jak bomba wodorowa,&lt;br&gt;
Lub raczej - jak się okaże - jak salwa honorowa,&lt;br&gt;
Bo dyrektor, nie przywykły do huku, pomyślał, że coś wybucha&lt;br&gt;
Więc zbladł, zatrzepotał rękami, zadarł nogi i oddał ducha.&lt;br&gt;
I leżał. A żołądek Dreptaka śpiewał nad nim jak zespół "Mazowsze"&lt;br&gt;
Tak, tak... cieplarniane warunki nie zawsze bywają najzdrowsze!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Co jest grane</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/37/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/37/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Co jest grane
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy czasem muzyk z filharmonii,&lt;br&gt;
Który dotychczas grał wspaniale,&lt;br&gt;
Wypuści nagle puzon z dłoni,&lt;br&gt;
Fałszywym bekiem trwożąc salę,&lt;br&gt;
I gdy przeżywa swój upadek&lt;br&gt;
Z ust (i z rozpaczy) tocząc pianę,&lt;br&gt;
Klasycznie prosty to przypadek:&lt;br&gt;
-Ten facet nie wie, co jest grane!&lt;br&gt;
Gdy brydż u lorda trwa Artura&lt;br&gt;
Of Birmingham i sir do sira&lt;br&gt;
Znienacka się odezwie: - Fura!&lt;br&gt;
Lub chce wziąć lewą na jokera,&lt;br&gt;
A potem w nagłym pomieszaniu&lt;br&gt;
Wychodzi miast przez drzwi - przez ścianę,&lt;br&gt;
Rzecz można ująć w jednym zdaniu:&lt;br&gt;
- Ten facet nie wie, co jest grane!&lt;br&gt;
Gdy Zyzio Dreptak przy herbacie&lt;br&gt;
Do młodej ozwie się rodaczki:&lt;br&gt;
- Rad jestem gościć panią w chacie,&lt;br&gt;
Mam bowiem bardzo ładne znaczki!&lt;br&gt;
I gdy faktycznie wyjmie klaser,&lt;br&gt;
A dziewczę wyjdzie zapłakane,&lt;br&gt;
Prawda jaśniejsza to niż laser:&lt;br&gt;
- Ten facet nie wie, co jest grane!&lt;br&gt;
Gdy zaś satyryk pisze wierszyk,&lt;br&gt;
A w nim piętnuje, jątrzy, pyta,&lt;br&gt;
Śmiechem cukrując ból najszczerszy,&lt;br&gt;
I gdy to Znawca Satyr czyta,&lt;br&gt;
A potem prędko mu przykleja&lt;br&gt;
Napis: "intencje podejrzane"!&lt;br&gt;
Satyryk mówi: - Beznadzieja!&lt;br&gt;
Ten facet nie wie, co jest grane!&lt;br&gt;
... ale przeminą dni i lata,&lt;br&gt;
Minie satyryk, minie Znawca,&lt;br&gt;
Ten drugi osieroci fiata,&lt;br&gt;
Ten pierwszy - psa i dług u krawca.&lt;br&gt;
I gdy powiodą ich przed Zbawcę&lt;br&gt;
Marsza Chopina dźwięki znane,&lt;br&gt;
Satyryk trąci w ramię Znawcę:&lt;br&gt;
- Stary, wciąż nie wiesz, co jest grane?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Co o nas myślą</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/38/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/38/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CO O NAS MYŚLĄ?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Taki sam problem odwiecznie&lt;br&gt;
Niezdrową ciekawość w nas budzi:&lt;br&gt;
Pragniemy wiedzieć koniecznie,&lt;br&gt;
Co o nas myślą Francuzi.&lt;br&gt;
Czy chwalą nas, czy z nas szydzą,&lt;br&gt;
Szanują nas, czy gardzą,&lt;br&gt;
W ogóle jak nas widzą,&lt;br&gt;
I czy są dumni z nas bardzo?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tymczasem to prawda niezbita,&lt;br&gt;
Że od czasu soboru w Konstancji&lt;br&gt;
Nikt nigdy nas się nie spytał,&lt;br&gt;
Co my sądzimy o Francji,&lt;br&gt;
Przeto dość smutna obawa&lt;br&gt;
Czasem mnie nagle nachodzi,&lt;br&gt;
Że Francuzów cała ta sprawa&lt;br&gt;
Kompletnie nic nie obchodzi,
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Corrida</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/39/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/39/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CORRIDA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chcąc zdobyć jakieś środki&lt;br&gt;
Na ściągnięcie zagraniczników,&lt;br&gt;
Sołtys gromady Grzmotki&lt;br&gt;
Urządził walki byków&lt;br&gt;
Ściśle według hiszpańskich wzorów,&lt;br&gt;
A tamtejszy klub KS "Riviera"&lt;br&gt;
Miał mu spośród swoich seniorów&lt;br&gt;
Dostarczyć jakiegoś torrera.&lt;br&gt;
No i dostarczył jednego Dreptaka,&lt;br&gt;
Zaś logika tej decyzji była prosta:&lt;br&gt;
Po pierwsze Dreptak był konus i pokraka,&lt;br&gt;
Po drugie nie wywiązał się z obowiązkowych dostaw,&lt;br&gt;
Po trzecie bardzo ładną żonę w domu chował,&lt;br&gt;
Więc jakby go byk zadźgał, toby go nikt nie żałował,&lt;br&gt;
Nie wyłączając tej żony,&lt;br&gt;
Organisty oraz jeszcze paru innych gości.&lt;br&gt;
... stoi Dreptak uzbrojony&lt;br&gt;
W nóż nie najlepszej jakości.&lt;br&gt;
Wójt gwizdnął, skrzypnęły zawiasy i z obory wypadł w mig&lt;br&gt;
Ogromny, krasy byk!!!&lt;br&gt;
Rozpłodowiec, własność Kwiatkowskiego,&lt;br&gt;
Osobnik jurny i zdrowy,&lt;br&gt;
Któremu aż z województwa poznańskiego&lt;br&gt;
Przyprowadzano krowy.&lt;br&gt;
Wyleciał, zaryknął czule,&lt;br&gt;
Zapewne przypuszczając,&lt;br&gt;
Że ujrzy jakąś krasulę&lt;br&gt;
A ujrzał coś ala zając.&lt;br&gt;
Pokrytego wyliniałym włosem,&lt;br&gt;
Stojącego na krzywych nogach,&lt;br&gt;
Węszącego czerwonym nosem&lt;br&gt;
Oraz jęczącego: Łolaboga.&lt;br&gt;
Byk, który nie jadł obiadu,&lt;br&gt;
Więc ze złości był w morderczym nastroju,&lt;br&gt;
Mruknął: - Dam ja ci, dziadu! -&lt;br&gt;
Zadarł ogon i pognał do boju.&lt;br&gt;
Biedny Dreptak na kolana gruchnął,&lt;br&gt;
Bo sądził, że to ostatni jego dech,&lt;br&gt;
I ten dech by wydać - mocno chuchnął!&lt;br&gt;
Byk poniuchał ten oddech i zdechł.&lt;br&gt;
Ot zupełnie nieoczekiwanie&lt;br&gt;
Przewrócił się do góry nogami.&lt;br&gt;
Próżno Kwiatkowski z trzema szwagrami&lt;br&gt;
Mu robili sztuczne oddychanie&lt;br&gt;
Metodą usta - usta,&lt;br&gt;
A Kwiatkowska zawodziła jak płaczka:&lt;br&gt;
- Ludzie, Co stoita? Dyć się rusta,&lt;br&gt;
Ratujcie tego biedaczka!&lt;br&gt;
Ale nikt się z pomocą nie kwapił,&lt;br&gt;
Wszyscy w krzyk: - Hej, kumie Dreptaku,&lt;br&gt;
Puść no farbę, gdzieś to się napił&lt;br&gt;
Takiego zacnego koniaku?&lt;br&gt;
Co? Koniaku? - rzekł Dreptak. Ot, durak!&lt;br&gt;
Koniak nie ma takiej krzepy mocnej,&lt;br&gt;
To jest oryginalny amerykański denaturat&lt;br&gt;
Ze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej!&lt;br&gt;
Tu pokazał zebranym flaszkę,&lt;br&gt;
Zaś ludność wyciągając szyję&lt;br&gt;
I podziwiając prześlicznie wyrysowaną czaszkę,&lt;br&gt;
Mruczała: Holinder! Tam to się żyje!!!
&lt;i&gt;(alternatywnie: Mówiła: - Tam to się kurwa żyje!"&lt;/i&gt;).

&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Co tak pachnie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/40/</link><pubDate>Sun, 21 Apr 2002 12:47:09 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/40/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Co tak pachnie ?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kto poczuje, ten się żachnie:&lt;br&gt;
- Co tak prześlicznie pachnie?&lt;br&gt;
Czy fijołek, czy róża&lt;br&gt;
Piękną wonią nas odurza?&lt;br&gt;
Może to jest zapach piżma?&lt;br&gt;
Może to dziadunia ciżma?&lt;br&gt;
Może drogich perfum szereg&lt;br&gt;
Lub szwajcarski zdrowy serek?&lt;br&gt;
Może piecze się indyczka?&lt;br&gt;
Może trzeba zbić Ludwiczka?&lt;br&gt;
Może zapach to radosny&lt;br&gt;
Nadchodzącej z wolna wiosny?&lt;br&gt;
Każdy biada i się głowi,&lt;br&gt;
Szukają daleko i blisko,&lt;br&gt;
A to tylko tatusiowi&lt;br&gt;
Pachnie jakiś lewy wyskok!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cykl</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/41/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/41/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Cykl
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ludzie dbają o siebie,&lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie,&lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie stale.&lt;br&gt;
Uważają na siebie&lt;br&gt;
I chuchają na siebie,&lt;br&gt;
Noszą ciepłe skarpety i szale.&lt;br&gt;
Zażywają mikstury,&lt;br&gt;
Wybierają się w góry,&lt;br&gt;
By oddychać pełnymi płucami,&lt;br&gt;
Zabijają kurczaki,&lt;br&gt;
Przyrządzają przysmaki&lt;br&gt;
I wzmacniają swój wątły organizm.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A tu lata mijają,&lt;br&gt;
A ci ludzie wciąż dbają;&lt;br&gt;
Góry, kury, mikstury, et cetera,&lt;br&gt;
Lecz rzecz dziwna tym niemniej,&lt;br&gt;
Choć to nie brzmi przyjemnie,&lt;br&gt;
Coraz gdzieś jakiś człowiek umiera.&lt;br&gt;
Inni wzrokiem go mierzą,&lt;br&gt;
Patrzą, ale nie wierzą,&lt;br&gt;
Czasem któryś z nich westchnie: "o rany!"&lt;br&gt;
Szepcą do siebie w sieniach&lt;br&gt;
Józek popatrz na Henia&lt;br&gt;
Choć nieboszczyk a jaki zadbany!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cysorz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/42/</link><pubDate>Tue, 05 Apr 2005 17:52:29 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/42/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Cysorz
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Cysorz to ma klawe życie&lt;br&gt;
Oraz wyżywienie klawe!&lt;br&gt;
Przede wszystkim już o świcie&lt;br&gt;
Dają mu do łóżka kawę,&lt;br&gt;
A do kawy jajecznicę,&lt;br&gt;
A jak już podeżre zdrowo,&lt;br&gt;
To przynoszą mu w lektyce&lt;br&gt;
Bardzo fajną cysorzową.&lt;br&gt;
Słychać bębny i fanfary,&lt;br&gt;
Prezentują broń ułani:&lt;br&gt;
- Posuń no się trochę, stary!&lt;br&gt;
Mówi Najjaśniejsza Pani.&lt;br&gt;
Potem ruch się robi w izbach,&lt;br&gt;
Cysorz z łóżka wstaje letko,&lt;br&gt;
Siada sobie w złoty zycbad,&lt;br&gt;
Złotą goli się żyletką&lt;br&gt;
I świeżutki, ogolony,&lt;br&gt;
Rześko czując się i zdrowo&lt;br&gt;
Wkłada ciepłe kalesony&lt;br&gt;
I koszulkę flanelową.&lt;br&gt;
A tu przyjemności same&lt;br&gt;
Oraz niespodzianek wiele:&lt;br&gt;
Przynoszą mu "Panoramę",&lt;br&gt;
"WTK" i "Karuzelę",&lt;br&gt;
"Filipinkę" i "Sportowca"&lt;br&gt;
I skrapiają perfumami&lt;br&gt;
I może grać w salonowca&lt;br&gt;
z Marszałkiem i Ministrami.&lt;br&gt;
Salonowiec sport to miły,&lt;br&gt;
Lecz cesarska pupa - tabu!&lt;br&gt;
On ich może z całej siły,&lt;br&gt;
A oni go muszą słabo...&lt;br&gt;
Po obiedzie złota cytra&lt;br&gt;
Gra prześliczną melodyjkę,&lt;br&gt;
Cysorz bierze z szafy litra&lt;br&gt;
I odbija berłem szyjkę.&lt;br&gt;
Sam popije - starej niańce&lt;br&gt;
Da pociągnąć dla ochoty.&lt;br&gt;
A kiedy już jest na bańce,&lt;br&gt;
To wymyśla różne psoty&lt;br&gt;
Potem ciotkę otruć każe&lt;br&gt;
Albo cichcem zakłuć stryjca...&lt;br&gt;
...dobrze, dobrze być cysorzem,&lt;br&gt;
Choć to świnia i krwiopijca!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Członkostwo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/43/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/43/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Członkostwo
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Polska jest krajem wierzb, skowronków,&lt;br&gt;
Kuronia, Tatr, Czerwonej Łodzi,&lt;br&gt;
Lecz przede wszystkim krajem członków,&lt;br&gt;
Co obrodziły nam nad podziw.&lt;br&gt;
Dymią fabryki i kombajny,&lt;br&gt;
Wszędzie wysiłek twórczy furczy,&lt;br&gt;
Tu stoi Członek Nadzwyczajny,&lt;br&gt;
A ówdzie się Zwyczajny kurczy.&lt;br&gt;
Najczęstszy z polskich członków listy&lt;br&gt;
(jak głosi nam społeczna sonda)&lt;br&gt;
Jest szary Członek Rzeczywisty&lt;br&gt;
(bo rzeczywiście tak wygląda),&lt;br&gt;
Tuż za nim dublet (pozytywny,&lt;br&gt;
bo oba członki - luminarze!):&lt;br&gt;
To Honorowy Członek sztywny&lt;br&gt;
Z Członkiem Korespondentem w parze.&lt;br&gt;
Obok, romantyk i marzycie],&lt;br&gt;
Wierzący w dobro i w człowieka,&lt;br&gt;
Pręży się Członek Założyciel&lt;br&gt;
- Stanął, założył, teraz czeka.&lt;br&gt;
Bokami, niby to niechcący,&lt;br&gt;
Ni to pociotek, ni pomagier,&lt;br&gt;
Skrada się Członek Wspierający,&lt;br&gt;
Czyli tak zwany Członek-Szwagier.&lt;br&gt;
A po wertepach, gdzieś się błąka&lt;br&gt;
Żałosny, skompleksiały maluch,&lt;br&gt;
Nie Członek, lecz Zastępca Członka,&lt;br&gt;
Smutny jak mops towarzysz Paluch...&lt;br&gt;
Lecz ponad wszystkie sterczy głowy&lt;br&gt;
Twór z wazeliny i z papieru,&lt;br&gt;
Potężny buc, Członek Zbiorowy&lt;br&gt;
Trzon PRON-u i TPPR-u. &lt;br&gt;
Tak dzionek mija im za dzionkiem &lt;br&gt;
I pożytecznie, i rozumnie, &lt;br&gt;
Śpiewają Gdyby rannym członkiem, &lt;br&gt;
Wołają "Członek - to brzmi dumnie!" &lt;br&gt;
Zaś w czasie buntów i sprzeczności, &lt;br&gt;
Co atakują ich bezwzględnie, &lt;br&gt;
Lubią się odciąć od przeszłości, &lt;br&gt;
Z tym, że odcięty członek więdnie, &lt;br&gt;
Więc potem napis lśni, wyrżnięty &lt;br&gt;
Tam, gdzie on żył lub był na żołdzie:&lt;br&gt;
TU BYŁY CZŁONEK ŚPI, ODCIĘTY! &lt;br&gt;
PRZECHODNIU! WYSTAW SWEGO W HOŁDZIE!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czworokąty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/44/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/44/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CZWOROKĄTY
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Idą żołnierze środkiem ulicy,&lt;br&gt;
W oknach dziewczyny i urzędnicy!&lt;br&gt;
Dziewczyny dały co która miała,&lt;br&gt;
A urzędnicy dali im sztandar,&lt;br&gt;
Aby nie poszli na wojnę sami&lt;br&gt;
Sformowanymi czworokątami.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stąpa czworokąt po czworokącie:&lt;br&gt;
Pierwszy czworokąt jest już na froncie,&lt;br&gt;
Drugi czworokąt właśnie dochodzi,&lt;br&gt;
Trzeci wysyła listy do rodzin,&lt;br&gt;
Czwarty w namiotach głęboko zasnął,&lt;br&gt;
A piąty właśnie idzie przez miasto.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Idą żołnierze, bęben im bębni,&lt;br&gt;
A z tyłu biegnie jeden urzędnik&lt;br&gt;
Co miał od innych umysł odrębny&lt;br&gt;
I bardzo lubił wojenne bębny,&lt;br&gt;
A urzędnikom innym był obcy...&lt;br&gt;
Biegnie i krzyczy: - Weźcie mnie chłopcy!&lt;br&gt;
Dajcie mi szablę, dajcie mi rapier,&lt;br&gt;
Nie dla mnie uwiąd starczy i papier!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czyściec i piekło</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/45/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/45/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Czyściec i piekło
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tak sobie czasami myślę &lt;br&gt;
Po zatargu z żoną lub z władzą:&lt;br&gt;
Jak będzie wyglądał czyściec, &lt;br&gt;
Do którego mnie kiedyś wsadzą? &lt;br&gt;
Tradycyjny kocioł ze smołą, &lt;br&gt;
Diabły szopkowe i śmieszne, &lt;br&gt;
I przypiekane na goło &lt;br&gt;
Członki najbardziej grzeszne? &lt;br&gt;
A może zszarpią mi nerwy &lt;br&gt;
W sposób i nowszy, i lepszy - &lt;br&gt;
Na przykład sto lat bez przerwy &lt;br&gt;
Transmisji z hodowli wieprzy, &lt;br&gt;
Czyli kompletna klapa. &lt;br&gt;
A w górze gdzieś śmiech wesoły - &lt;br&gt;
To sobie Flipa i Flapa &lt;br&gt;
Oglądają w niebiesiech anioły! &lt;br&gt;
Zaś jeszcze bardziej bezdennie &lt;br&gt;
Wykoleiłby mnie system fatalny, &lt;br&gt;
Gdybym musiał przez wieki, codziennie, &lt;br&gt;
Udowadniać, że jestem lojalny. &lt;br&gt;
I męczyłbym się straszliwie &lt;br&gt;
W piekielnej tej atmosferze, &lt;br&gt;
A diabeł by podejrzliwie &lt;br&gt;
Patrzył na mnie i mruczał: - Ejże? &lt;br&gt;
I głosy brzmiałyby w mroku, &lt;br&gt;
Od których bym cierpiał i cierpiał:&lt;br&gt;
- A coście robili w roku&lt;br&gt;
Pięćdziesiątym, ósmego sierpnia,&lt;br&gt;
Między szesnastą dziewięć&lt;br&gt;
A osiemnastą czternaście?&lt;br&gt;
Ja na to pokornie, że nie wiem,&lt;br&gt;
A głosy: Ha ha! A, no właśnie:&lt;br&gt;
Ha, lepiej niech mnie już spalą &lt;br&gt;
Albo nadzieją na drążek. &lt;br&gt;
...a może czyściec jest salą &lt;br&gt;
Pełną tapczanów i książek, &lt;br&gt;
Z lampką przy każdym tapczanie, &lt;br&gt;
Więc czego mi więcej trzeba? &lt;br&gt;
Widocznie przez zamieszanie &lt;br&gt;
Trafiłem przypadkiem do nieba! &lt;br&gt;
Ale daremnie się korcę, &lt;br&gt;
Wnet wpadam w depresję wściekłą:&lt;br&gt;
- Tapczany fakt, stoją, lecz sztorcem, &lt;br&gt;
A książki są moje...&lt;br&gt;
	To piekło.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Decyzja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/46/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/46/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Decyzja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz rycerz Dreptak z Ciążyna po niebezpiecznej wyprawie&lt;br&gt;
Wrócił do zamku i kazał upiec natychmiast dwa pawie,&lt;br&gt;
A zanim się dranie upieką, rozkazał podawać kiełbasę&lt;br&gt;
Z musztardą sarepską lub z chrzanem, atoli koniecznie z półbasem.&lt;br&gt;
Następnie skrzyżował na piersiach obydwie mocarne pięście,&lt;br&gt;
Przeciągnął się i pomyślał, że tak właśnie wygląda szczęście.&lt;br&gt;
I przeszedł się wolnym krokiem przed rozpalony kominek,&lt;br&gt;
I wtedy mu przyniesiono wyzwanie na pojedynek.&lt;br&gt;
A w owym wyzwaniu pisało, iż Dreptak jest świntuch stary,&lt;br&gt;
Bo splamił był cześć dziewiczą wojewodzianki Barbary.&lt;br&gt;
Uszczypnął ją bowiem boleśnie, i to, broń Boże nie w liczko,&lt;br&gt;
A przy tym mruknął lubieżnie: - Ciao, synogarliczko!&lt;br&gt;
Więc narzeczony panienki czeka na niego przed borem&lt;br&gt;
Z kopią, koncerzem, pancerzem, toporem i semaforem,&lt;br&gt;
I mają się tam potykać godzinę lub nawet i dwie,&lt;br&gt;
Do ostatniego oddechu, względnie do nagłej krwie.&lt;br&gt;
...no, chyba żeby ten Dreptak, jak każe rycerska opinia,&lt;br&gt;
Oznajmił całemu światu, iże jest podlec i świnia!&lt;br&gt;
Przeczytał Dreptak wyzwanie, przez chwilę się zastanawiał,&lt;br&gt;
A tu już tymczasem wnoszą pachnącą pieczeń z pawia,&lt;br&gt;
I Zuzia, ponętna dwórka, kusząco oczkiem doń mruga,&lt;br&gt;
Natomiast na dworze słota, wiatr i w ogóle szaruga...&lt;br&gt;
...więc rycerz gotyckie okno otworzył szerokim gestem,&lt;br&gt;
Wychylił się i zahuczał: - W porządku! Świnia jestem!!!&lt;br&gt;
Zaczym nałożył bambosze i legł na niedźwiedziej skórce&lt;br&gt;
Przy polędwicy z pawicy, denaturacie, bandurce i dwórce.&lt;br&gt;
Zaś okrzyk z wieży poleciał po górach i po dolinach,&lt;br&gt;
I każdy, kto go usłyszał, powiadał: - Też mi nowina!&lt;br&gt;
Wiadomo, że Dreptak jest świntuch, co gwałci, szachruje i łupi!&lt;br&gt;
...a narzeczony Barbary rdzewiał na deszczu jak głupi...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Deliberacje Ojca Chudzielaka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/47/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/47/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Deliberacje ojca Chudzielaka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na kominku ogień strzela,&lt;br&gt;
Skrzypi w butach mikroguma,&lt;br&gt;
Spaceruje ksiądz Chudzielak&lt;br&gt;
I o celibacie duma.&lt;br&gt;
Duma, umysł swój natęża,&lt;br&gt;
Utkwił w ziemię wzrok natchniony&lt;br&gt;
- Ponoć holenderscy księża&lt;br&gt;
Postulują, by mieć żony ?&lt;br&gt;
Gruby śpiewnik gregoriański&lt;br&gt;
Tłoczeniami lśni złociście,&lt;br&gt;
Kancelaria w stylu gdańskim,&lt;br&gt;
Fikus stroszy sztywne liście.&lt;br&gt;
Ogród śniegiem przyprószyło,&lt;br&gt;
Ciepły blask rozsiewa lampa...&lt;br&gt;
- Hm... ciekawe, jak by było...&lt;br&gt;
Myśli sobie zacny kapłan.&lt;br&gt;
- Człowiek miałby z kim pogadać,&lt;br&gt;
Gości by się przyjmowało:&lt;br&gt;
- Witam, witam, proszę siadać,&lt;br&gt;
Ż o n a zaraz da kakao...&lt;br&gt;
Wicher wzmaga się na dworze,&lt;br&gt;
Zahuczało coś w kominie -&lt;br&gt;
- Własny synuś byłby może&lt;br&gt;
W tyciej, śmiesznej sutańczynie.&lt;br&gt;
I łatwiejszą miałbym pracę,&lt;br&gt;
I wieczorem nastrój lepszy:&lt;br&gt;
- Podlicz dziś, kochana, tacę,&lt;br&gt;
A ja sprawdzę dziecku zeszyt...&lt;br&gt;
Ktoś by myślał o ubraniu,&lt;br&gt;
O lekarstwach i o plombach,&lt;br&gt;
Ktoś by mówił po kazaniu:&lt;br&gt;
- Wiesz, dziś byłeś dla mnie bomba!&lt;br&gt;
Ksiądz Chudzielak pierś swą pręży,&lt;br&gt;
Po czym znów się zwija w sobie:&lt;br&gt;
- Wymyślili ci Holendrzy,&lt;br&gt;
Przewróciło im się w głowie...&lt;br&gt;
I zapada w głąb fotela&lt;br&gt;
O rozmiarach refektarza...&lt;br&gt;
...niech śpi, dobry ksiądz Chudzielak,&lt;br&gt;
U nas nic mu nie zagraża.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dementi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/48/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/48/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DEMENTI
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz Miziak Kwiatkowskiego odwołał na stronę&lt;br&gt;
I powiedział: - Wiesz, stary, Dreptak bija żonę!&lt;br&gt;
A to była nieprawda, nikt temu nie wierzył,&lt;br&gt;
Bo Dreptak już ćwierć wieku w zgodzie z żoną przeżył,&lt;br&gt;
Natomiast plotkarz Miziak - ten, który tak bujał -&lt;br&gt;
Był znany jako swołocz, padalec i szuja.&lt;br&gt;
Ale choć nikt nie wierzył - jako się już rzekło -&lt;br&gt;
Dreptak wrócił do domu z twarzą złą i wściekłą,&lt;br&gt;
Żona mu tak jak zwykle skoczyła na szyję,&lt;br&gt;
A on rzekł: - Miziak gada, że ja ciebie biję!&lt;br&gt;
- Ha ha! - krzyknęła żona - Ty mnie? Dobry Boże!&lt;br&gt;
- Tym niemniej - mruknął Dreptak - ktoś uwierzyć może,&lt;br&gt;
Trzeba prędko uprzedzić jego machinacje!&lt;br&gt;
Tutaj bez dłuższych wahań wsiadł na dementacje,&lt;br&gt;
Po całym mieście latał całkiem jak szalony&lt;br&gt;
I przysięgał się wszystkim, że nie leje żony...&lt;br&gt;
Początkowo, do ucha gdy to wszystkim szeptał,&lt;br&gt;
Każdy mówił z uśmiechem: - Wiemy, panie Dreptak!&lt;br&gt;
Niestety, biedny Dreptak w swoim idiotyźmie&lt;br&gt;
Postanowił rzecz ująć także i na piśmie,&lt;br&gt;
I wydrukował afisz - wziąwszy wielkie czcionki -&lt;br&gt;
Że nigdy w życiu nie bił swej ślubnej małżonki.&lt;br&gt;
Następnie - jeszcze głupszą powziąwszy decyzję -&lt;br&gt;
Nadał o tym przez radio i przez telewizję,&lt;br&gt;
Więc ludzie jęli szeptać: - Oj, coś się w tym kryje,&lt;br&gt;
Jeśli on tak zaprzecza, to ją pewnie bije!&lt;br&gt;
Teraz się biedny Dreptak na próżno wykręca,&lt;br&gt;
Wszyscy mówią, że w domu się nad żoną znęca,&lt;br&gt;
I że oboje razem bez przerwy się tłuką...&lt;br&gt;
Tak, tak, kontrpropaganda nie jest łatwą sztuką...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Deszcz w Wiedniu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/49/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/49/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Deszcz w Wiedniu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ktoś przez radio mówi mi &lt;br&gt;
Że dziś w Wiedniu deszcz i mgły &lt;br&gt;
Skąd to wzruszenie i dreszcz &lt;br&gt;
Wiedeń i ty i deszcz 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nad dunajski mokry bruk&lt;br&gt;
Kroków twoich znany stuk&lt;br&gt;
Blade latarnie na gaz&lt;br&gt;
A w tle zapewne walc
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Ten sam, ten sam, jak echo, jak sen&lt;br&gt;
 Ten walc, ten walc, a jakby nie ten&lt;br&gt;
 Raz, dwa, raz, dwa, zbyt smutny to walc&lt;br&gt;
 Tak jakby w Chopina zasłuchał się Straus
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dobra rada</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/50/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/50/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DOBRA RADA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bardzo się zdziwił&lt;br&gt;
Na swoim zamku&lt;br&gt;
Książę Radziwiłł&lt;br&gt;
"Panie Kochanku".&lt;br&gt;
Stojąc pod kranem&lt;br&gt;
Stwierdził raz rankiem,&lt;br&gt;
Że wciąż jest panem,&lt;br&gt;
Lecz nie kochankiem...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przyszedł medykus,&lt;br&gt;
Zbadał troskliwie,&lt;br&gt;
Zapisał fikus&lt;br&gt;
Moczony w piwie.&lt;br&gt;
Gdy ten nie pomógł,&lt;br&gt;
Zapisał potem&lt;br&gt;
Wywar ze stonóg&lt;br&gt;
I spanie z kotem.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przybył też rabin,&lt;br&gt;
Rady udzielił:&lt;br&gt;
- Każden karabin&lt;br&gt;
Kiedyś nie strzeli,&lt;br&gt;
Użyj pan sztuczek,&lt;br&gt;
Bądź pan ten pucer,&lt;br&gt;
Żeby był huczek,&lt;br&gt;
Choć pusty sztucer...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dom na przełęczy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/51/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/51/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dom na przełęczy
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chciałbym mieć dom na przełęczy,&lt;br&gt;
Dom godny starego kowboja.&lt;br&gt;
Niech przy tym domu jęczy&lt;br&gt;
Wiatr w jodłach i sekwojach.&lt;br&gt;
Domowi i sekwojom&lt;br&gt;
Niech mruczy czasem grom&lt;br&gt;
I wyje w krzakach kojot...&lt;br&gt;
Chciałbym mieć taki dom.&lt;br&gt;
Gdybym dom taki dostał&lt;br&gt;
W jakichś skałach i stepach&lt;br&gt;
To przy domu wodospad&lt;br&gt;
Musiałby spadać w przepaść&lt;br&gt;
I ryczeć w ciszę nocną,&lt;br&gt;
I w blasku słońca grzmieć...&lt;br&gt;
Nie do wiary jak mocno&lt;br&gt;
Chciałbym dom taki mieć.&lt;br&gt;
Konia chciałbym mieć również&lt;br&gt;
Barwy ognistoryżej,&lt;br&gt;
Koń pasłby się śród równin&lt;br&gt;
Położonych poniżej,&lt;br&gt;
Przybiegałby na sygnał,&lt;br&gt;
Na sobie znany ton...&lt;br&gt;
Ten dom by mi się przydał,&lt;br&gt;
To byłby piękny dom!&lt;br&gt;
Izb byłoby niewiele,&lt;br&gt;
Ot, trzy, cztery pewno,&lt;br&gt;
Lecz moi przyjaciele&lt;br&gt;
Zmieściliby się wewnątrz,&lt;br&gt;
Paliłoby się fajki,&lt;br&gt;
Gadało to i sio,&lt;br&gt;
Dobry byłby dom taki,&lt;br&gt;
Dobry jak nie wiem co!&lt;br&gt;
Gdzieś za jakąś przełęczą&lt;br&gt;
Nie wiadomą nikomu,&lt;br&gt;
Pod księżycem, pod tęczą&lt;br&gt;
Czekasz na mnie mój domu,&lt;br&gt;
I kiedyś oprę ręce&lt;br&gt;
O twój sosnowy płot,&lt;br&gt;
Jeśli wytrzyma serce -&lt;br&gt;
Zdezelowany colt.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Domokrążca</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/52/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/52/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Domokrążca
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nieprzejezdne wszystkie drogi,&lt;br&gt;
Deszcz zacina, wieje halny,&lt;br&gt;
Przez kałuże brnie ubogi&lt;br&gt;
Domokrążca seksualny.&lt;br&gt;
Nazywa się Dreptak Leszek,&lt;br&gt;
Ma fatalne pochodzenie,&lt;br&gt;
Z trudem wlecze chudy mieszek&lt;br&gt;
A w nim ubożuchne mienie...&lt;br&gt;
Smutny płód życiowej kraksy&lt;br&gt;
I niemęski obraz beksy -&lt;br&gt;
Raźniej nasi szli na saksy -&lt;br&gt;
Niż on idzie dziś na seksy...&lt;br&gt;
Brudną wodą płaczą dachy,&lt;br&gt;
Wilgoć mu z nogawek ciurka...&lt;br&gt;
Dreptak dzwoni w kawał blachy&lt;br&gt;
Po ulicach i podwórkach.&lt;br&gt;
Czasem dojrzy go służąca&lt;br&gt;
Czuła na tułaczą dolę:&lt;br&gt;
- Proszę pani, domokrążca&lt;br&gt;
Seksualny jest na dole...&lt;br&gt;
- Nie Marysiu, dziś nie trzeba...&lt;br&gt;
Roztargniona pani rzecze.&lt;br&gt;
Macie tu kawałek chleba,&lt;br&gt;
Idźcie z Bogiem, dobry człecze.&lt;br&gt;
Pierś westchnieniem mu uniosło,&lt;br&gt;
Jęknął głucho, nos przeczyścił...&lt;br&gt;
- Więdnie, więdnie nam rzemiosło,&lt;br&gt;
Wygryzają nas hobbyści...&lt;br&gt;
Zawył w nim żołądek próżny&lt;br&gt;
Jak gong ostatniego aktu:&lt;br&gt;
- Dziś w Spółdzielni Usług Różnych&lt;br&gt;
Odmówiono mu kontraktu...&lt;br&gt;
piękna matko, śliczna córko,&lt;br&gt;
Ciotko, niezbyt jeszcze stara!&lt;br&gt;
Gdy na waszym się podwórku&lt;br&gt;
Zjawi kiedyś ta ofiara&lt;br&gt;
Urodzona przed półwiekiem&lt;br&gt;
- To dla różnych wyższych racji&lt;br&gt;
Bądźcie, bądźcie dlań człowiekiem&lt;br&gt;
W imię rehumanizacji.&lt;br&gt;
Do bawialni go zaproście&lt;br&gt;
Lecz nie gdy będziecie same!&lt;br&gt;
Właśnie kiedy przyjdą goście -&lt;br&gt;
Wtedy zróbcie mu reklamę!&lt;br&gt;
Niech szeroko opowiada&lt;br&gt;
Odczuwając szczęścia pełnię&lt;br&gt;
O minionych swych przewagach&lt;br&gt;
- To wystarczy mu zupełnie!&lt;br&gt;
A wy w czasie tej prelekcji&lt;br&gt;
Odczujecie w głębi ducha&lt;br&gt;
Satysfakcję bez erekcji&lt;br&gt;
I sapania koło ucha...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Doping</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/53/</link><pubDate>Sun, 21 Apr 2002 12:22:21 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/53/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DOPING
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jan Dreptak, mierny literat w jednym z odległych województw,&lt;br&gt;
Studiował życiorysy innych znakomitych kolegów,&lt;br&gt;
Chcąc do nich się upodobnić w najmniejszych nawet rysach,&lt;br&gt;
Bo myślał: Żyjąc podobnie, będę podobnie też pisał.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przeczytał o Hemingway'u, że zawsze pracował stojąc,&lt;br&gt;
Więc zaraz też zrobił sobie specjalny pulpit w pokoju,&lt;br&gt;
Ale długo stać nie mógł, ponieważ miał platfuska,&lt;br&gt;
Więc się przerzucił na system leżący Marcelka Prousta&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I leżał ku rozpaczy żony na najpiękniejszej z otoman,&lt;br&gt;
I jeszcze w dodatku przeczytał, że Witkacy był podobnież narkoman,&lt;br&gt;
Więc powlókł się do apteki, a aptekarz Zenobi Wdowiak&lt;br&gt;
- Czym mogę służyć? - pyta. - Proszę coś szkodliwego dla zdrowia!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Do przodu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/54/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/54/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Do przodu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wydano raz kiedyś okólnik z licznymi podpisami,&lt;br&gt;
Że wolno wchodzić do biura wyłącznie prawymi drzwiami,&lt;br&gt;
Wychodzić natomiast - lewymi. Gdy wszyscy go odczytali&lt;br&gt;
i podpisali, naradę zwołano w największej sali,&lt;br&gt;
Przerwawszy w tym celu pracę, by - jak kazała praktyka -&lt;br&gt;
Omówić z urzędnikami treść tego okólnika.&lt;br&gt;
Naczelnik wszedł na mównicę i powiedział: - Zgodnie z ustawą&lt;br&gt;
Wychodzimy od dziś na lewo, wchodzimy natomiast na prawo!&lt;br&gt;
Tu się rozległy oklaski, naczelnik przez chwilę się kłaniał,&lt;br&gt;
A potem dorzucił łaskawie: - Są może jakieś pytania?&lt;br&gt;
Zebrani przez dłuższą chwilę medytowali w cichości,&lt;br&gt;
Bo jakby pytań nie było, to naczelnik by mógł się rozzłościć...&lt;br&gt;
Wreszcie poważny Dreptak odezwał się uroczyście:&lt;br&gt;
- Znaczy, na lewo jest wejście, na prawo zaś mamy wyjście?&lt;br&gt;
Naczelnik zaczął coś sprawdzać i w swoim brulionie kreślić,&lt;br&gt;
Obliczył i rzekł: - Tak w zasadzie można by to określić!&lt;br&gt;
Są może jakieś wnioski? A urzędnicy, wśród wrzawy,&lt;br&gt;
Uchwalili wniosek dziękczynny za załatwienie tej sprawy,&lt;br&gt;
Która już była nabrzmiała, a teraz jest czysta i śliczna...&lt;br&gt;
Jeszcze tylko jedna pani spytała, czy będzie część artystyczna.&lt;br&gt;
- Nie będzie - odrzekł naczelnik - bo chwilowo funduszu nie mamy!&lt;br&gt;
Ale za to, zgodnie z tradycją, na koniec coś odśpiewamy!&lt;br&gt;
I odśpiewali prześlicznie: "Myśmy przyszłością narodu".&lt;br&gt;
...są jeszcze u nas usterki, ale w sumie jesteśmy do przodu!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dreptak i lew</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/55/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/55/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dreptak i lew
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Neron dzisiaj przeklina,&lt;br&gt;
Poppea także zła,&lt;br&gt;
Zamiast lew chrześcijanina -&lt;br&gt;
To chrześcijanin zjadł lwa.&lt;br&gt;
Lew był zły, prosto z Nubii,&lt;br&gt;
Bestia wielka i chytra,&lt;br&gt;
Ogromnie chrześcijan lubił,&lt;br&gt;
Nawet bez żadnych przypraw.&lt;br&gt;
Chrześcijanin był mizerak,&lt;br&gt;
Ni pętelka, ni hetka,&lt;br&gt;
Wyglądał na fryzjera,&lt;br&gt;
A nazywał się Dreptak.&lt;br&gt;
Cyrk, publiczność, arena,&lt;br&gt;
Zespół gra na formingach,&lt;br&gt;
A Dreptak, ta gangrena,&lt;br&gt;
Zeżarł lwa jak piklinga.&lt;br&gt;
Nawet nie posmakował,&lt;br&gt;
Spojrzał na gnatów kupę.&lt;br&gt;
Podniósł ogon i schował&lt;br&gt;
- To - powiada - na zupę.&lt;br&gt;
Siadł, szpik z kości wysysa&lt;br&gt;
I dozorcy się pyta:&lt;br&gt;
- Widziałem też tygrysa,&lt;br&gt;
Może go wypuścita?&lt;br&gt;
Wiodą go przed cesarza,&lt;br&gt;
Przez tłum dostojnych gości.&lt;br&gt;
- No, chyba żeś się nażarł?&lt;br&gt;
Rzekł Neron nie bez złości.&lt;br&gt;
- Uwolnię cię od stosu.&lt;br&gt;
Mąk i innych opresji.&lt;br&gt;
Lecz powiedz, w jaki sposób&lt;br&gt;
Dałeś radę tej bestii?&lt;br&gt;
Dreptak z zadowoloną&lt;br&gt;
Miną udzielił wywiadu:&lt;br&gt;
- Bardzo źle nas karmiono,&lt;br&gt;
Trzy dni żem nie jadł obiadu.&lt;br&gt;
Lew jadł trzy razy na dzień,&lt;br&gt;
Był tłusty jak perszeron,&lt;br&gt;
No więc w takim układzie...&lt;br&gt;
- Rozumiem - mruknął Neron -&lt;br&gt;
- Lecz jaka na to recepta?&lt;br&gt;
Podyktuj mi ją, proszę.&lt;br&gt;
- Lew ma być głodny - rzekł Dreptak&lt;br&gt;
- A chrześcijanin tłuścioszek!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Droga do domu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/56/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/56/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Droga do domu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W mym starym domu, który dawno już spłonął,&lt;br&gt;
Do dziś na pewno nie zapomniał o mnie nikt.&lt;br&gt;
I jest w nim półmrok, a za oknem zielono,&lt;br&gt;
I jest w nim cisza, a za oknem ptasi krzyk.&lt;br&gt;
Zapewne rano ktoś rozsuwa kotary,&lt;br&gt;
Zapewne słychać w kuchni głosy i brzęk szkła,&lt;br&gt;
A co godzinę biją zegary,&lt;br&gt;
A co wieczora na pianinie ktoś tam gra.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
	W tym moim domu, utraconym Bóg wie kiedy, &lt;br&gt;
	Jest dla mnie miejsce na wprost drzwi. &lt;br&gt;
	Kiedyś tam wejdę, aby nigdy więcej nie wyjść, &lt;br&gt;
	I głos znajomy cicho spyta: - Czy to ty? &lt;br&gt;
	Znowu się zwrócą ku mnie dobrze znane twarze, &lt;br&gt;
	Znów ktoś jak dawniej powie: - Chodź... &lt;br&gt;
	...tylko ta droga, pod górę i w skwarze &lt;br&gt;
	...tylko tak trudno, bardzo trudno mi tam dojść. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Duch ateisty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/57/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/57/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Duch ateisty
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...a w każdy wieczór mglisty &lt;br&gt;
Coś u mnie w domu zgrzyta, &lt;br&gt;
A jest to duch ateisty, &lt;br&gt;
Więc się zazwyczaj go pytam:&lt;br&gt;
Duszo, duszo pokutna! &lt;br&gt;
Co tak siedzisz i jęczysz? &lt;br&gt;
Czemu żeś taka smutna, &lt;br&gt;
Żeż czemu tak się męczysz? &lt;br&gt;
Na to mi z narożnika &lt;br&gt;
Tak odpowiada dusza:&lt;br&gt;
Jam jest duch bezbożnika,&lt;br&gt;
Czyli że ateusza,&lt;br&gt;
Jeśli mam mówić szczerze,&lt;br&gt;
Faktycznie nie ma tu mnie,&lt;br&gt;
Bo sam w siebie nie wierzę...&lt;br&gt;
Pan szanowny rozumie?&lt;br&gt;
Tutaj piszczelem skinął,&lt;br&gt;
Wypuścił z gęby dyma,&lt;br&gt;
W powietrzu się rozpłynął&lt;br&gt;
I faktycznie go ni ma...&lt;br&gt;
Tyle że smród zostawił&lt;br&gt;
I kawałek zasłony...&lt;br&gt;
Oko lśni jak latarnia,&lt;br&gt;
Błyszczy łańcuch ze srebra...&lt;br&gt;
Panie, cóż za męczarnia!&lt;br&gt;
- jęknął, drapiąc się w żebra.&lt;br&gt;
Ot, niesmaczne kawały.&lt;br&gt;
Czy zemsta? Diabli wiedzą!&lt;br&gt;
Nie ma mnie przez dzień cały&lt;br&gt;
Zgodnie ze ścisłą wiedzą,&lt;br&gt;
Aż tu na pół minuty&lt;br&gt;
Zjawiam się jako strzyga... &lt;br&gt;
Duch ze mnie psu na buty, &lt;br&gt;
Skąd więc cała intryga? &lt;br&gt;
Tu znów cieniutko kwiknął, &lt;br&gt;
Siadł przed telewizorem, &lt;br&gt;
Chciał popatrzeć, lecz zniknął, &lt;br&gt;
Cuchnąc siarkowodorem... &lt;br&gt;
Myślę, że facet taki, &lt;br&gt;
Co zjawia się i znika, &lt;br&gt;
Musiał mieć jakieś braki &lt;br&gt;
W wykształceniu laika... &lt;br&gt;
Mógł dźwigać sentymenty &lt;br&gt;
Z czasów, gdy był malutki, &lt;br&gt;
Może nie wierzył w świętych, &lt;br&gt;
Lecz wierzył w krasnoludki? &lt;br&gt;
O... znowu z jakiejś szpary &lt;br&gt;
Wyłazi na podłogę... Cześć! &lt;br&gt;
No, co powiesz, stary? &lt;br&gt;
Panie! Ja już nie mogę!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dusza kaszuba</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/58/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/58/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dusza Kaszuba
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nad brzegiem morza tuman wilgotny&lt;br&gt;
wszystko dokoła okrywał,&lt;br&gt;
A na swej łódce Kaszub samotny&lt;br&gt;
swoją kochankę tak wzywał:
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- Płyń, wdzięczny głosie, po morskiej fali,&lt;br&gt;
Usłysz, ach, usłysz mnie, luba,&lt;br&gt;
i na wezwanie przybądź z oddali&lt;br&gt;
Tu, do swojego Kaszuba.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- Przybądź, ach, przybądź, bo nie mam czasu,&lt;br&gt;
Ciebie, kochanko ma, wzywam,&lt;br&gt;
bowiem ja jestem twój miły Kaszub,&lt;br&gt;
Co na tej łódce tu pływam!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tak młody Kaszub wołał ze łzami,&lt;br&gt;
Żeby przybyła tam wkrótce,&lt;br&gt;
a jednocześnie ruszał wiosłami,&lt;br&gt;
pływając po morzu w łódce.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dwie opinie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/59/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/59/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dwie opinie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
O, dylemacie wielki,&lt;br&gt;
O, sceno z kiepskiego kina -&lt;br&gt;
Za komisarza jaczejki&lt;br&gt;
Uważa mnie moja rodzina&lt;br&gt;
Głęboko przekonana,&lt;br&gt;
Że gdy idę do pracy -&lt;br&gt;
Czeka tam na mnie nagan&lt;br&gt;
I brodaci kozacy.&lt;br&gt;
Że wkładam strój kałmucki,&lt;br&gt;
I że spędzam wieczory&lt;br&gt;
Mordując Dzieduszyckich,&lt;br&gt;
I podpalając dwory.&lt;br&gt;
Zaś mój szef - wprost przeciwnie&lt;br&gt;
Niejednokrotnie gdera:&lt;br&gt;
- Rozumujecie dziwnie,&lt;br&gt;
Jak, powiedzmy, liberał&lt;br&gt;
Lub socjaldemokrata&lt;br&gt;
Czy jakiś takiś podobny.&lt;br&gt;
Czyście wy - dajmy na to -&lt;br&gt;
Mieszczanin średniodrobny?&lt;br&gt;
Takie poglądy macie,&lt;br&gt;
Że aż coś we mnie skuczy.&lt;br&gt;
A tam, u siebie w chacie,&lt;br&gt;
Toście pewnie piłsudczyk?&lt;br&gt;
I tak jakoś dryfuję&lt;br&gt;
Pośród tych Scyll i Charybd.&lt;br&gt;
Tutaj gwałcę, tam knuję,&lt;br&gt;
Tu ruble, tam dolary,&lt;br&gt;
I tu, i tam opinia&lt;br&gt;
Dość zgodna co do brzmienia,&lt;br&gt;
Że jeżelim nie świnia,&lt;br&gt;
To mętniak bez wątpienia.&lt;br&gt;
Cóż... wiem, co piszczy w trawie&lt;br&gt;
I skąd takie mniemanie:&lt;br&gt;
Ot, czasem w jakiejś sprawie &lt;br&gt;
Usiłuję mieć własne zdanie...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dyskretny urok burżuazji</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/60/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/60/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dyskretny Urok Burżuazji
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Coraz w nas mniej klimatu Azji,&lt;br&gt;
Surowych, zdrowych obyczajów.&lt;br&gt;
Dyskretny Urok Burżuazji&lt;br&gt;
Powoli wkrada się do kraju.&lt;br&gt;
Polaryzują się maniery,&lt;br&gt;
Estetyzuje się ubranie,&lt;br&gt;
Jadamy sery i desery&lt;br&gt;
Jak zniewieściali paryżanie:&lt;br&gt;
Więcej koniaków, mniej małmazji &lt;br&gt;
Z czerwoną, tradycyjną kartką... &lt;br&gt;
Dyskretny Urok Burżuazji &lt;br&gt;
Wciąga nas miękko, ale wartko. &lt;br&gt;
Wyposażamy się na raty, &lt;br&gt;
Posługujemy obcą mową, &lt;br&gt;
Miewamy fiaty i SEAT-y &lt;br&gt;
I telewizję kolorową. &lt;br&gt;
I nawet problem eutanazji &lt;br&gt;
Dyskutujemy w swym salonie:&lt;br&gt;
Dyskretny Urok Burżuazji &lt;br&gt;
W najlepszym, postępowym tonie! &lt;br&gt;
Już więcej biżuterii, futer &lt;br&gt;
I narkotyków na receptę, &lt;br&gt;
I już wymawia się "kompjuter", &lt;br&gt;
Nie zaś "komputer", tak jak przedtem. &lt;br&gt;
I dobrze nie mieć jest fantazji, &lt;br&gt;
By nie wyróżniać się w swej klasie... &lt;br&gt;
Dyskretny Urok Burżuazji &lt;br&gt;
Niezwykle dobrze u nas ma się! &lt;br&gt;
Adresujemy listy kodem, &lt;br&gt;
Łączymy automatem Szczecin, &lt;br&gt;
I pederastia wchodzi w modę,&lt;br&gt;
I zmniejsza się pogłowie dzieci, &lt;br&gt;
Trwa dwutorowość apostazji:&lt;br&gt;
Krzyżyk na szyi towarzyszki... &lt;br&gt;
Dyskretny Urok Burżuazji, &lt;br&gt;
Gdy już nie grają marsza kiszki... &lt;br&gt;
A jeśli grają to nie marsza, &lt;br&gt;
A jeśli marsza - to nie kichy. &lt;br&gt;
I coraz bardziej wszystkim starcza &lt;br&gt;
Na doktoraty i zagrychy, &lt;br&gt;
I to w zasadzie jest w porządku, &lt;br&gt;
Cały świat bardziej dba o schedę, &lt;br&gt;
Nie można ciągle od początku &lt;br&gt;
Miast sekretarki - klepać biedę. &lt;br&gt;
Lecz chociaż to uczucie głupie, &lt;br&gt;
Mój ciągły stan idiosynkrazji, &lt;br&gt;
Co ja poradzę, że mam w dupie &lt;br&gt;
Dyskretny Urok Burżuazji?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dziadziuś</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/61/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/61/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dziadziuś
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Prosił dziadziuś miłą Gosię: &lt;br&gt;
&lt;i&gt;- Miła Gosiu, nie dłub w nosie.&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Ale Gosia nie słuchała, &lt;br&gt;
Tylko w nosie wciąż dłubała. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A dziadziuś był obrzydliwy,&lt;br&gt;
Więc wpadł nagle w gniew straszliwy.&lt;br&gt;
I po krótkiej z Gosią walce,&lt;br&gt;
Obciął tej gówniarze palce
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Teraz Gosia z wielkim smutkiem &lt;br&gt;
Dłubie w swym nosku kikutkiem.&lt;br&gt;
Morał: Kto nie słucha dziadzi,&lt;br&gt;
Ten już nigdy nic nie wsadzi. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dziewczyna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/62/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/62/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dziewczyna
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I co ma - prawdę mówiąc - dziewczyna?&lt;br&gt;
Kiepską posadę, trochę pretensji&lt;br&gt;
Że tylko czasem chodzi do kina,&lt;br&gt;
Bo za sam pokój - połowa pensji.&lt;br&gt;
Bilet miesięczny, stołówka w pracy,&lt;br&gt;
Listowny kontakt z ojcem i matką.&lt;br&gt;
Czasem bywają u niej chłopacy&lt;br&gt;
Ale do rana zostają rzadko.&lt;br&gt;
Zbiera na płaszczyk, na parę butów,&lt;br&gt;
Swetry zamienia czasem z Tereską.&lt;br&gt;
W ogóle to ma mało atutów&lt;br&gt;
A i te straci gdzieś przed trzydziestką.&lt;br&gt;
W piątek dziewczyna parzy herbatę,&lt;br&gt;
Robi kanapki w dużej ilości,&lt;br&gt;
Nastawia bardzo kiepski adapter&lt;br&gt;
I podniecona czeka na gości.&lt;br&gt;
Przychodzi Jola, a może Ola,&lt;br&gt;
I może Ala i pewnie Lala,&lt;br&gt;
Jola ze sklepu, Ola z przedszkola,&lt;br&gt;
Ala i Lala są ze szpitala.&lt;br&gt;
Mieli przyjść chłopcy, ale nie przyszli,&lt;br&gt;
Bez nich też fajnie jest, że o rany,&lt;br&gt;
Bo można szczerze wymienić myśli,&lt;br&gt;
Z tym, że niewiele jest do wymiany.&lt;br&gt;
Dziewczęta ładnie szklanki wymyły&lt;br&gt;
Pewnie za tydzień znów się spotkają...&lt;br&gt;
Dziewczyna sobie przecina żyły&lt;br&gt;
A socjolodzy się zdumiewają.&lt;br&gt;
Trzeszczą od listów kąciki porad,&lt;br&gt;
Dyskusje mnożą się na ekranie,&lt;br&gt;
Ktoś na dziewczynie zrobił doktorat&lt;br&gt;
I ktoś wygłosił o niej kazanie.&lt;br&gt;
Uspokoiła się już rodzina,&lt;br&gt;
I etat dano komu innemu,&lt;br&gt;
Nikt nie wspomina: - Była dziewczyna!&lt;br&gt;
Nie ma dziewczyny - nie ma problemu.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Eksperyment</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/e/63/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/e/63/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
EKSPERYMENT
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden znany dyrektor wpadł raz na myśl śliczną,&lt;br&gt;
Humanistyczną, nową i oryginalną,&lt;br&gt;
Żeby na akademii dać najpierw część artystyczną,&lt;br&gt;
A dopiero potem część oficjalną.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Koledzy mu odradzali, błagali go co chwila&lt;br&gt;
I prawie na kolana przed nim upadali,&lt;br&gt;
Wołając: - Zobaczysz, wszyscy dadzą dyla&lt;br&gt;
I będziesz trzymał mowę do całkiem pustej sali!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nikt jednakże nie zdołał zwątpienia w nim wzbudzić,&lt;br&gt;
I gdy tylko zobaczył, że publiczność siada,&lt;br&gt;
Rzekł do przyjaciół: - Nie martwcie się, znam swoich ludzi!&lt;br&gt;
I dał sygnał do rozpoczęcia występów państwowego - przedsiębiorstwa "Estrada"!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ekspiacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/e/64/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/e/64/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ekspiacja&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Już wszyscy wrócili z wakacji &lt;br&gt;
Bliżsi i dalsi sąsiedzi &lt;br&gt;
I nadszedł okres ekspiacji &lt;br&gt;
Tudzież ogólnej spowiedzi 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mężowie zdenerwowani &lt;br&gt;
Tłumaczą zawile i długo &lt;br&gt;
Skąd się wziął damski stanik &lt;br&gt;
Numer 6 w klatce z papugą 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Że może zmyślny ptaszek &lt;br&gt;
 Skądś przyniósł tę rzecz intymną &lt;br&gt;
 W ramach ptaszęcych igraszek &lt;br&gt;
 A żony uśmiechają się zimno 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 A mężom wzrok dziwnie biega &lt;br&gt;
 I całkiem upada w nich dusza &lt;br&gt;
 Aż wreszcie krzyk się rozlega &lt;br&gt;
 Ajoj, tylko nie po uszach 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Eksport i import</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/e/65/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/e/65/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
EKSPORT I IMPORT
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Polak pęcznieje jak balon z gumy,&lt;br&gt;
Czeka na podziw i poważanie,&lt;br&gt;
Widzi w tym bowiem powód do dumy,&lt;br&gt;
Że cudzoziemcy rwą nasze panie.&lt;br&gt;
Ot, mój pradziadek tak mawiał z łezką,&lt;br&gt;
Patriotycznego pełen prestiżu:&lt;br&gt;
Sam Napoleon panią Walewską&lt;br&gt;
Raczył używać w mieście Paryżu!&lt;br&gt;
Wuj, co Francuzom był raczej anty,&lt;br&gt;
Odczuwał radość nie mniej kretyńską:&lt;br&gt;
Co tam Walewska! Książę Konstanty&lt;br&gt;
Był łaskaw ciupciać panią Grudzińską!&lt;br&gt;
Na to pradziadek powiadał w gniewie,&lt;br&gt;
Za orientacją będąc francuską:&lt;br&gt;
Honoriusz Balzac w mieście Genewie&lt;br&gt;
Spał z Ewą Hańską, z domu Rzewuską!&lt;br&gt;
Każdy argument jak piorun gromki&lt;br&gt;
Przeciwnikowi grozi awarią;&lt;br&gt;
Szczęsna Potocka i kneź Patiomkin!&lt;br&gt;
Ludwik Piętnasty z Leszczyńską Marią!&lt;br&gt;
Z kart historycznych wstają wspaniali&lt;br&gt;
Króle, wodzowie, nawet biskupy,&lt;br&gt;
Którzy w przeszłości importowali&lt;br&gt;
Nie tyle nasze głowy, co pupy...&lt;br&gt;
Wyciągam z tego ponure wnioski:&lt;br&gt;
Nietędzy widać z nas zalotnicy;&lt;br&gt;
Rewanż wziął tylko Staś Poniatowski&lt;br&gt;
Na Katarzynie Wielkiej, carycy!&lt;br&gt;
Był dobry w łóżku, nikt nie zaprzeczy,&lt;br&gt;
Z werwą rozegrał całą imprezę,&lt;br&gt;
Ale że Polak, więc za te rzeczy&lt;br&gt;
Dał wrednej babie zbyt drogi prezent...&lt;br&gt;
By więc uniknąć wstydu i sromu,&lt;br&gt;
I nie wpaść więcej w takie pułapki,&lt;br&gt;
Błagam: Polacy, siedźcie żesz w domu!&lt;br&gt;
Eksportujemy wyłącznie babki!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Faraon, faraonowa i architekt</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/f/66/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/f/66/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Faraon, faraonowa i architekt
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś do faraona&lt;br&gt;
Przybiegła jego żona&lt;br&gt;
Co miała na imię Izys&lt;br&gt;
I dawaj, na architekta&lt;br&gt;
Skarżyć (co zwał się Dreptak)&lt;br&gt;
Że ma paskudną fizys.&lt;br&gt;
Że latają mu oczki,&lt;br&gt;
Że spogląda na boczki,&lt;br&gt;
Że milczy ustawicznie,&lt;br&gt;
Że ruchy ma niepewne,&lt;br&gt;
Więc musi być zapewne&lt;br&gt;
Niepewny politycznie.&lt;br&gt;
Faraon, facet z głową,&lt;br&gt;
Przerwał musztrę wojskową,&lt;br&gt;
Odstawił na bok dzidę&lt;br&gt;
I rzekł: - Ten Dreptak przecie&lt;br&gt;
Największą na całym świecie&lt;br&gt;
Wystawił nam piramidę!&lt;br&gt;
Na to faraonowa:&lt;br&gt;
- Piramida bombowa,&lt;br&gt;
Wzbudza podziw ludu i szlachty,&lt;br&gt;
Cóż z tego, gdy inżynier&lt;br&gt;
Ma fatalną opinię,&lt;br&gt;
I - być może - z opozycją konszachty?&lt;br&gt;
Faraon odrzekł zaraz:&lt;br&gt;
- Wracaj do garnków stara&lt;br&gt;
Nie wtrącaj się w zarządzanie!&lt;br&gt;
Toć przecie dobrze wiemy&lt;br&gt;
Ze kiedyś i tak pomrzemy,&lt;br&gt;
A piramida - zostanie!&lt;br&gt;
Inni faraonowie&lt;br&gt;
Przyjdą, nasi wnukowie,&lt;br&gt;
A potem wnuków dzieci,&lt;br&gt;
Wszystko się zmieni wszędzie,&lt;br&gt;
I kogo obchodzić będzie&lt;br&gt;
Czy Dreptak był za, czy przeciw?&lt;br&gt;
Historia to nie blekaut -&lt;br&gt;
Kamień przetrwa człowieka,&lt;br&gt;
Sztuka zostanie żywą!&lt;br&gt;
Kto ma władzę i glorię,&lt;br&gt;
Ten musi na historię&lt;br&gt;
Spoglądać z perspektywą!&lt;br&gt;
Idź mi wyczyść garnitur,&lt;br&gt;
Usmaż trochę konfitur,&lt;br&gt;
Lecz nie pętaj się więcej przy tronie!&lt;br&gt;
....faraonowie czasem&lt;br&gt;
Miewają dużą klasę!&lt;br&gt;
Więcej takich nam daj, o Amonie!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Filut Dyzio</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/f/67/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/f/67/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Filut - Dyzio
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pragnąc podczas upałów ulżyć utrudzeniu &lt;br&gt;
Rozdziała się Małgosia i siadła w strumieniu &lt;br&gt;
Spostrzegł to Dyzio młody, pot mu czoło rosi &lt;br&gt;
Duma jak tu podglądnąć cudeńka Małgosi 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Głowa wprawdzie nad wodą, aleć w wodzie nóżki&lt;br&gt;
Pupka gładko toczona i jędrne cycuszki&lt;br&gt;
Mam - krzyknął filut Dyzio - zbawienną metodę&lt;br&gt;
Powyżej zrobię tamę i zatrzymam wodę.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wtedy poniżej poziom natychmiast opadnie &lt;br&gt;
A ja owe cudeńka obejrzę dokładnie 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wziął się chłopak do dzieła, tak się zajął pracą &lt;br&gt;
Iż mu uciekło ze łba po co to i na co &lt;br&gt;
Atoli choć zapomniał nadobną dziewczynę &lt;br&gt;
Lecz za to dzisiaj mamy Rożnów i Solinę &lt;br&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Funaberalia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/f/68/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/f/68/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Funaberalia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gra orkiestra, wszystko jest jak trzeba,&lt;br&gt;
Przypszczółkowski idzie do nieba.&lt;br&gt;
Płacze głośno Przypszczółkowska - wdowa,&lt;br&gt;
Niesie wieniec rada zakładowa,&lt;br&gt;
Dyrektor wygłasza homilię,&lt;br&gt;
Pocieszając zbolałą familię,&lt;br&gt;
Ze tu winna sytuacja międzynarodowa.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Długo leżał Przypszczółkowski w szpitalu,&lt;br&gt;
Gdzie badano go w każdym detalu,&lt;br&gt;
Badał go sam prymariusz,&lt;br&gt;
Maca go - a on zmarł już,&lt;br&gt;
Zesztywniał jak sztachety,&lt;br&gt;
Więc teraz mu kuplety&lt;br&gt;
Śpiewa głosem melodyjnym wikariusz...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poleż sobie, Przypszczółkowski, poleż,&lt;br&gt;
My niesiemy w kondukcie twój oręż -&lt;br&gt;
Klej, flamastry, całe sterty papieru,&lt;br&gt;
Twą ankietę prostoduszną i szczerą,&lt;br&gt;
Twój wierny arytmometr...&lt;br&gt;
A okrutny termometr&lt;br&gt;
Wciąż ustala twą ciepłotę za zero...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Fuzja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/f/69/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/f/69/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Fuzja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Leci listek z drzewa, na ziemię opada, &lt;br&gt;
Noc nabiera czerni, dnie jesienne bledną, &lt;br&gt;
My się pałujemy, Rosja się rozpada, &lt;br&gt;
Dwa niemieckie państwa robią fuzję w jedno. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Idzie, idzie zima, chcemy czy nie chcemy, &lt;br&gt;
Czas opatrzyć okna, zapuścić żaluzje... &lt;br&gt;
Rosja się rozpada, my się pałujemy, &lt;br&gt;
Zjednoczeni Niemcy robią wielką fuzję. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na bezlistnym drzewie kracze czarna wrona, &lt;br&gt;
Nad rozbitą Rosją wiatr chmury przegania, &lt;br&gt;
Fuzja zmontowana, dobrze wymierzona, &lt;br&gt;
My się pałujemy na temat skrobania.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Gdyby</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/70/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/70/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Gdyby...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdyby mój jeden znajomy, niesamowity cwaniak,&lt;br&gt;
Hasłami i sloganami naładowany jak bania,&lt;br&gt;
Demagog o moralności gdaczący jak pozytywka,&lt;br&gt;
A nieprzytomny z wrażenia, gdy mija go ładna dziwka,&lt;br&gt;
Cyniczny niuchacz wiatrów, gość z niezawodną sondą,&lt;br&gt;
Która go ochroniła od stawania na poprzek prądom,&lt;br&gt;
Kosmiczny asekurant, co nigdy się nie wychylił,&lt;br&gt;
Nigdy pierwszy nie zabrał głosu, więc nigdy się nie omylił,&lt;br&gt;
Który innym, mądrzejszym od siebie, tak umiał zawrócić w głowie, &lt;br&gt;
Że patrzą na niego z dumą i mówią o nim "nasz człowiek", &lt;br&gt;
Więc gdyby ten mój znajomy kiedyś się zdrowo upił, &lt;br&gt;
I wylazłby na mównicę, i by się kompletnie wygłupił, &lt;br&gt;
Pomieszał Engelsa z Andersem, miast Homera cytował Hemara, &lt;br&gt;
A kończąc swą mowę-trawę wzniósł okrzyk na cześć nieboszczyka Salazara, &lt;br&gt;
I zacząłby rzucać na salę popielniczki, jak również butelki, &lt;br&gt;
I gdyby mu wreszcie pękły sfatygowane szelki, &lt;br&gt;
I gdyby mu portki spadły, gorsząc zebranych gości &lt;br&gt;
I demaskując legendę o jego rzekomej męskości, &lt;br&gt;
I gdyby do dyrektora zawołał: - Już ja cię stłamszę!!! &lt;br&gt;
To, jak jestem niewierzący, tak dałbym natychmiast na mszę...!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Górnicze tango</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/71/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/71/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Górnicze tango
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pusto na krzesłach,&lt;br&gt;
Pijak nad szklanką,&lt;br&gt;
Tłucze orkiestra&lt;br&gt;
Górnicze tango,&lt;br&gt;
Tango górnicze&lt;br&gt;
Orkiestra gra,&lt;br&gt;
Saksofon krzyczy,&lt;br&gt;
Harmonia tka.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tłum na ulicy,&lt;br&gt;
Brama zamknięta,&lt;br&gt;
Tańczą górnicy&lt;br&gt;
I ich dziewczęta,&lt;br&gt;
Górnik się stara,&lt;br&gt;
Górnik ma szmal,&lt;br&gt;
A innym wara -&lt;br&gt;
To nie ich bal!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Szalone bandżo&lt;br&gt;
Tnie noc wałbrzyską,&lt;br&gt;
Może tak tańczą&lt;br&gt;
Po jednym Zbyszku?&lt;br&gt;
Może po Heńku,&lt;br&gt;
Cholerny świat...&lt;br&gt;
A skrzypce cienko,&lt;br&gt;
A bęben w takt.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Perkusja wali,&lt;br&gt;
Papieros dymi,&lt;br&gt;
Może na sali&lt;br&gt;
Są dzisiaj z nimi&lt;br&gt;
Heniek z Jedliny&lt;br&gt;
I z Gorców Zbych?&lt;br&gt;
Piękne dziewczyny,&lt;br&gt;
Kochajcie ich!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Grzybobranie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/72/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/72/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Grzybobranie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Grzybów było w brud: chłopcy biorą krasnolice,&lt;br&gt;
Tyle w pieśniach ludowych sławione lisice,&lt;br&gt;
Panienki za wysmukłym gonią borowikiem,&lt;br&gt;
Lecz wszyscy rozglądają się za sromotnikiem,&lt;br&gt;
Którego chłopi zowią grzybów pułkownikiem&lt;br&gt;
W stanie spoczynku. Grzyb ten - zarówno suszony,&lt;br&gt;
Jak też marynowany lub w maśle duszony&lt;br&gt;
Niezwykłym wśród Polaków cieszy się popytem,&lt;br&gt;
Choć dla inszych narodów bywa jadowitem.&lt;br&gt;
Hrabia, pojąć nie mogąc, w las czym prędzej rusza&lt;br&gt;
I chwyciwszy Wojskiego za poły kontusza&lt;br&gt;
Spytał: - Wybacz, waść, proszę, to moje nieuctwo,&lt;br&gt;
Lecz jakże jeść możecie trujące paskudztwo?&lt;br&gt;
Zaśmiał się Wojski, sięgnął w kieszeni odmęty,&lt;br&gt;
Wyjął stamtąd sromotnik cętkowany, kręty,&lt;br&gt;
Połknął, mlasnął i mruknął: - A teraz odtrutka!&lt;br&gt;
- Rozumiem - krzyknął hrabia - pewnie gdańska wódka!&lt;br&gt;
- Gdańska po sromotniku? - rzekł Wojski - akurat!&lt;br&gt;
Na truciznę - trucizna! Vivat denaturat!&lt;br&gt;
I łyknąwszy pół basa rzucił w krzaki flaszkę,&lt;br&gt;
Kędy legła, z naklejki szczerząc trupią czaszkę.&lt;br&gt;
- Lubię też - dodał szlagon - gdy sobie dogodzę,&lt;br&gt;
Odpocząć w strudze spalin przy ruchliwej drodze,&lt;br&gt;
I gdy tlenek ołowiu moje płuco wchłania,&lt;br&gt;
Wspominać dawne walki w okresie powstania&lt;br&gt;
Kościuszkowskiego... owe szarże, rejterady...&lt;br&gt;
Ja dumam - a w mym wnętrzu zżerają się jady!&lt;br&gt;
Sromotnik w denaturat wpadłszy fioletowy&lt;br&gt;
Za łeb go! Za nim goni tlenek ołowiowy!&lt;br&gt;
Już go dopadł! Już srogie czynią się fermenty!&lt;br&gt;
Tną się krzyżową sztuką! Cios prosty! Raz cięty!&lt;br&gt;
Tym sposobem - gdy wzajem zniszczą się trucizny,&lt;br&gt;
Wytwarza się z nich pokarm wyborny a żyzny,&lt;br&gt;
Chociaż nie znany nigdzie, prócz naszej ojczyzny...&lt;br&gt;
Słysząc te wynurzenia - dziwnie zbladł Horeszka,&lt;br&gt;
Widać, że w nim płynęła zbyt mała domieszka&lt;br&gt;
Krwi polskiej, gdyż wśród śmiechu szlachty-mosterdziejów&lt;br&gt;
Z krzykiem do Włoch uciekał pośród swych dżokejów,&lt;br&gt;
Zaś Gerwazy, usiadłszy wygodnie na skwerku,&lt;br&gt;
Jął smażyć sromotnika plaster po plasterku&lt;br&gt;
Na kilku izotopach, ukradzionych w Świerku...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Gusła</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/73/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/73/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Gusła
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W noc Bożego Narodzenia&lt;br&gt;
Gdy świat cały spał jak suseł&lt;br&gt;
Zacna, stara ciotka Gienia&lt;br&gt;
Zabierała się do guseł.&lt;br&gt;
Siadywała pod choinką,&lt;br&gt;
Butelczynę miała w ręku,&lt;br&gt;
Pociągała sobie winko&lt;br&gt;
I wróżyła z różnych dźwięków.&lt;br&gt;
Ja, co cztery latka miałem,&lt;br&gt;
A więc jeszcze byłem głupek,&lt;br&gt;
Z przerażeniem siadywałem&lt;br&gt;
U ciocinych zacnych stópek.&lt;br&gt;
Gdy w obórce u sąsiada&lt;br&gt;
Zaryczała nagle krowa,&lt;br&gt;
Ciotka Gienia tak powiada:&lt;br&gt;
- Pewnie umrze Maciejowa!&lt;br&gt;
A znów kiedy pies zawyje,&lt;br&gt;
Ciotka inną mówi bajkę:&lt;br&gt;
- O, Krupczatko się upije&lt;br&gt;
I Dreptaka dziabnie majchrem!&lt;br&gt;
Zaś gdy spadł ze ściany obraz,&lt;br&gt;
Ciotka Gienia w krzyk: - O rany!&lt;br&gt;
Znowu będzie kiepska kobra&lt;br&gt;
Albo pomór na barany!&lt;br&gt;
Wystraszony chciałem czmychnąć,&lt;br&gt;
Patrzę jak tu wyjść po cichu,&lt;br&gt;
Aż tu pech: musiałem kichnąć,&lt;br&gt;
Ciotka zaś wnet wróży z kichu! -&lt;br&gt;
Gdy wyrośniesz duży, duży,&lt;br&gt;
To jak wykazują gusła,&lt;br&gt;
Z których ci ciotunia wróży&lt;br&gt;
Będziesz śpiewał różne głupstwa!&lt;br&gt;
Zaczniesz śpiewać je już w szkole,&lt;br&gt;
Zaś w późniejszym życia stadium&lt;br&gt;
Będziesz, biednyż ty matole,&lt;br&gt;
Śpiewał te głupoty w radiu!!!&lt;br&gt;
Tu wrzasnąłem jak szalony&lt;br&gt;
I ze strachu hop za dźwierze!&lt;br&gt;
Choć w nijakie zabobony&lt;br&gt;
Nie wierzyłem i nie wierzę!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Halibut</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/h/74/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/h/74/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Halibut
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W radio śpiewa pan Grechuta,&lt;br&gt;
A za plebaniją&lt;br&gt;
Pasie Maryś halibuta,&lt;br&gt;
Co go przywiózł stryjo.&lt;br&gt;
Halibuta Maryś pasie&lt;br&gt;
I cztery barany,&lt;br&gt;
I namawia: Jedz, grubasie,&lt;br&gt;
Boś kontraktowany!&lt;br&gt;
Szedł opodal agent skupu&lt;br&gt;
Walery Bratrura,&lt;br&gt;
Stanął, przyjrzał się zza słupów:&lt;br&gt;
- Ależ macie knura!&lt;br&gt;
Skłoniła się Maryś nisko&lt;br&gt;
Przede majestatem:&lt;br&gt;
- Dyć-żeż to halibucisko,&lt;br&gt;
Tyle że dupiate!&lt;br&gt;
Już ze trzy niedziele chyba&lt;br&gt;
Hoduję bidaczka,&lt;br&gt;
Na początku był jak ryba,&lt;br&gt;
Potem był jak kaczka,&lt;br&gt;
Potem zrobił się jak zając,&lt;br&gt;
Cięgiem strzygł uszami&lt;br&gt;
I wcale się nie stydając&lt;br&gt;
Gnat za dziewuchami,&lt;br&gt;
Wreszcie wczoraj z organistą&lt;br&gt;
Znalazł się w konszachtach,&lt;br&gt;
Z którym złożył się no czystą&lt;br&gt;
I pił bruderszafta!&lt;br&gt;
Na te słowa zdumiał agent,&lt;br&gt;
Przybliżył się wolno,&lt;br&gt;
Po czym wziąwszy tęgą lagę&lt;br&gt;
Halibuta kolnął.&lt;br&gt;
Zakręciła się bestyja,&lt;br&gt;
Najeżyła kła,&lt;br&gt;
I powiada: - A chcesz w ryja,&lt;br&gt;
	Ty taki a taki?&lt;br&gt;
Wonczas agent kontraktacji&lt;br&gt;
Bratrura Walery&lt;br&gt;
Złożył rodzaj deklaracji&lt;br&gt;
W sprawie tej afery:&lt;br&gt;
- Niech ja nawet się zrujnuję,&lt;br&gt;
Niech mnie grom porazi,&lt;br&gt;
Ale nie zakontraktuję&lt;br&gt;
Tego, co tu łazi,&lt;br&gt;
Bo jak rzekł pan Karol Darwin&lt;br&gt;
Jeszcze przede wiekiem -&lt;br&gt;
Każde bydle się potrafi&lt;br&gt;
Z czasem stać człowiekiem.&lt;br&gt;
A halibut dziewki goni,&lt;br&gt;
Pije i przeklina,&lt;br&gt;
Ilustrując jak na dłoni&lt;br&gt;
Teorię Darwina!&lt;br&gt;
Zwilgotniały wszystkim oczy&lt;br&gt;
Od tego gadania,&lt;br&gt;
Jeden, drugi sąsiad skoczył&lt;br&gt;
Przynieść coś z ubrania.&lt;br&gt;
Jeden buty, drugi gacie,&lt;br&gt;
By nie chodził goło,&lt;br&gt;
A sam sołtys z krzykiem:&lt;br&gt;
- Bracie!&lt;br&gt;
Cmoknął bydlę w czoło...&lt;br&gt;
Bo od wieków w sobie mamy&lt;br&gt;
Ten piękny pozytyw,&lt;br&gt;
Że tym bardziej się staramy,&lt;br&gt;
Im większy prymityw!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Hamowanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/h/75/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/h/75/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Hamowanie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poczciwiejemy, mój stary, poczciwiejemy,&lt;br&gt;
Marzą nam się podmiejskie dworce,&lt;br&gt;
Nie nam stawiać na ostrzu problemy&lt;br&gt;
I nie nam się ustawiać sztorcem.&lt;br&gt;
Marzą się nam dworce podmiejskie,&lt;br&gt;
Dzikie wino, w oknach begonie,&lt;br&gt;
Nie nam trasy europejskie.&lt;br&gt;
Coraz mądrzej, mój stary, coraz wolniej&lt;br&gt;
Hamujemy, mój stary, na wirażach,&lt;br&gt;
Nie kochamy już tak żarliwie,&lt;br&gt;
Nie wierzymy w świątki na ołtarzach&lt;br&gt;
Choć patrzymy na nie życzliwie.&lt;br&gt;
Przystajemy pod dębem lub klonem,&lt;br&gt;
Na ławeczkach siadamy sennie,&lt;br&gt;
Marzą nam się stacyjki zielone&lt;br&gt;
Z jednym pociągiem dziennie,&lt;br&gt;
W województwie - powiedzmy - białostockim,&lt;br&gt;
A w powiecie - powiedzmy - suwalskim.&lt;br&gt;
Zawiadowca, żeby był Kwiatkowski,&lt;br&gt;
A dyżurny, żeby był Kowalski.&lt;br&gt;
Żeby obaj mieli ładne córki,&lt;br&gt;
Żeby cieszył nas widok tych córek,&lt;br&gt;
Jakaś krówka żeby, żeby kurki,&lt;br&gt;
Piesek żeby, koniecznie Burek.&lt;br&gt;
Żeby groszek się wspinał po kijkach,&lt;br&gt;
Żeby wdzięcznie, żeby poręcznie,&lt;br&gt;
Żeby taka mała stacyjka&lt;br&gt;
Z jednym tylko pociągiem miesięcznie,&lt;br&gt;
A pociąg z jednym wagonem&lt;br&gt;
A ten wagon z jednym przedziałem,&lt;br&gt;
Starzejemy się, mój stary, z fasonem,&lt;br&gt;
Wymieramy, mój stary, z nabiałem,&lt;br&gt;
Trochę-śmy jak kresowa warta,&lt;br&gt;
Trochę-śmy jak kanarek z ciocią,&lt;br&gt;
A właściwie, to raz na kwartał&lt;br&gt;
Też wystarczyłby dla nas pociąg,&lt;br&gt;
Za to więcej udanych pasjansów,&lt;br&gt;
Za to bardziej odległa sceneria -&lt;br&gt;
Marzą nam się stacje dyliżansów&lt;br&gt;
Zagubione na niebieskich preriach,&lt;br&gt;
Ułożone mrocznie, ubocznie,&lt;br&gt;
Oblężone przez upały lub zimy,&lt;br&gt;
Żeby jeden dyliżans rocznie,&lt;br&gt;
Żeby nikt nie pytał, co myślimy...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Hermetyka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/h/76/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/h/76/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Hermetyka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mój kraju eksperymentów, sprzecznych ze sobą decyzji,&lt;br&gt;
Kraju złych ekspedientek, miast budowanych na nowo,&lt;br&gt;
Ojczyzno wspaniałych ludzi, niedobrej telewizji,&lt;br&gt;
Szkół, w których usypia się dzieci, czytając im Orzeszkową,&lt;br&gt;
Kraino węgla i siarki, i samogonu, i miedzi,&lt;br&gt;
Szumiąca cudnymi lasami, kipiąca wiecznymi swarami,&lt;br&gt;
Gdzie powyrzynać nawzajem potrafią się nagle sąsiedzi&lt;br&gt;
O to, że kocur Dreptaków stentegował się Dziopskim przed drzwiami.&lt;br&gt;
O wylęgarnio geniuszy, azylu niezwykłych wariatów,&lt;br&gt;
Domeno orkiestr strażackich, skarbcu beztroskich cyników,&lt;br&gt;
O posiadaczko sześciu prawdziwych literatów,&lt;br&gt;
Krytykowanych przez tysiąc sześciuset fałszywych krytyków,&lt;br&gt;
O poligonie przemian, które przetrwają wieki&lt;br&gt;
I będą z czcią wspominane nawet w najdalszych krainach -&lt;br&gt;
Niech nikt, kto naszym sprawom był obcy i był daleki,&lt;br&gt;
Nie waży się pobłażliwie mówić o Tobie przy nas...&lt;br&gt;
Bo samiśmy się urządzali i wyłaziliśmy z biedy,&lt;br&gt;
A przeto nam wolno zapytać przybyszów z odległych stron,&lt;br&gt;
Gdzie byli i co robili, i jak jadali wtedy,&lt;br&gt;
Gdyśmy chleb mieli na kartki i nie ogrzany dom?&lt;br&gt;
Śmieszne to i dziecinne, lecz właśnie kiedy ktoś obcy&lt;br&gt;
Wtrąci się w nasze sprawy, to czuję, jak kocham mocno&lt;br&gt;
Te ekspedientki, te huty płonące banalnie wśród nocy,&lt;br&gt;
Sąsiadów i Orzeszkową... to co na co dzień jest Polską.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Horacy, Książę Miedoni</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/h/77/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/h/77/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Horacy, książę Miedoni
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...w radio ucichła symfonia&lt;br&gt;
I głosik speakerki wyszeptał:&lt;br&gt;
- Brzeg Dolny - trzy metry, Miedonia&lt;br&gt;
Trzy całe, sześć ósmych metra...&lt;br&gt;
Miedonia! Zapewne mieścina&lt;br&gt;
Wioska, lub mała osada,&lt;br&gt;
Lecz wyobraźnia zaczyna&lt;br&gt;
Wspaniały obraz układać:&lt;br&gt;
- Nad miodopłynną Miedonią&lt;br&gt;
Zamku obronne wieże,&lt;br&gt;
O bruk kopytami dzwonią&lt;br&gt;
Przybrani w blachy rycerze,&lt;br&gt;
I róg się odzywa i naraz&lt;br&gt;
Wśród szczęku pancerza i broni&lt;br&gt;
Wychodzi przez bramę na taras&lt;br&gt;
Horacy, książę Miedoni!&lt;br&gt;
Twarz ma niezwykle łaskawą,&lt;br&gt;
Pozdrawia serdecznie publikę&lt;br&gt;
Swą lewą dłonią, a prawą&lt;br&gt;
Dzierży ogromną tykę.&lt;br&gt;
Nikt tak nie umie skakać&lt;br&gt;
Sprężyście, wysoko i chytrze,&lt;br&gt;
Jak książę, gdy na rumaka&lt;br&gt;
Wskakuje skokiem o tyczce!&lt;br&gt;
Pochyla tę tykę jak kopię,&lt;br&gt;
I konia wędzidłem spina,&lt;br&gt;
I rzuca w bieg, a po tropie&lt;br&gt;
Książęcym, rusza drużyna.&lt;br&gt;
I jadą nie bardzo daleko,&lt;br&gt;
Bo książę Horacy młody&lt;br&gt;
Przystaje z tyką nad rzeką&lt;br&gt;
I wtyka tę tykę do wody.&lt;br&gt;
Tu brzmią zazwyczaj fanfary,&lt;br&gt;
I werble biją na domiar,&lt;br&gt;
I herold szacowny i stary&lt;br&gt;
Głośno ogłasza pomiar,&lt;br&gt;
I na tym się kończy zajęcie&lt;br&gt;
Zwijają książęcy proporzec&lt;br&gt;
I cały orszak w tętencie&lt;br&gt;
Powraca na złoty dworzec...&lt;br&gt;
Więc lubię ten komunikat&lt;br&gt;
I marzę, by mnie do pracy&lt;br&gt;
Wziął jako - powiedzmy - pazika&lt;br&gt;
Książę Miedoni, Horacy!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Hydraulik dźwięku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/h/78/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/h/78/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Hydraulik dźwięku
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A jeśli przyjdzie kiedyś po mnie&lt;br&gt;
Hydraulik dźwięku fioletowy&lt;br&gt;
Żeby mi odbić szajbę w głowie,&lt;br&gt;
To będę czysty i różowy,&lt;br&gt;
Otworzę lufty i lufciki,&lt;br&gt;
Spłoną hydranty i nocniki,&lt;br&gt;
Na wszystko jeszcze raz popatrzę&lt;br&gt;
I wyjdę, ale nie na zawsze!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A jeśli przyjdzie innym razem&lt;br&gt;
Gazownik uczuć znakomity&lt;br&gt;
Żeby mnie napompować gazem -&lt;br&gt;
Będę umyty i utyty,&lt;br&gt;
Wycisnę wągry, spuszczę wodę,&lt;br&gt;
Minister wręczy mi nagrodę,&lt;br&gt;
Prasa mi zrobi analizę,&lt;br&gt;
I wtedy na sam szczyt wylizę!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Inspekcja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/79/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/79/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Inspekcja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W nocy nieoczekiwanie zgoła&lt;br&gt;
Przyszedł do mnie święty Mikołaj.&lt;br&gt;
Stanął w progu, przyjrzał się Mani&lt;br&gt;
I zapytał: - A co to za pani?&lt;br&gt;
Mania ślicznie zarumieniona&lt;br&gt;
Powiedziała z wdziękiem: - Narzeczona...&lt;br&gt;
Dociekliwy jak większość staruszków&lt;br&gt;
Święty na to: - Czegoż ona w łóżku?&lt;br&gt;
Uszy mi zapłonęły z gorąca&lt;br&gt;
I odrzekłem głupio: - A bo śpiąca...&lt;br&gt;
Ten argument wcale mi nie pomógł:&lt;br&gt;
- Czemuż nie śpi u siebie w domu?&lt;br&gt;
Chytra Mania szepnęła słodko:&lt;br&gt;
- Bo ja jestem bezdomną sierotką...&lt;br&gt;
Dobry święty się podrapał po nosie:&lt;br&gt;
- W takim razie gdzież ty śpisz, młokosie,&lt;br&gt;
Jeśli łóżko odstąpiłeś pannie?&lt;br&gt;
- Na słomiance proszę pana, albo w wannie!&lt;br&gt;
Święty brodą ze wzruszeniem porusza:&lt;br&gt;
- Ot, szlachetna jakaś z ciebie dusza,&lt;br&gt;
Obydwoje warciście prezentów...&lt;br&gt;
Tutaj sięgnął do worka z brezentu.&lt;br&gt;
Wręczył Mańce kawałek piernika,&lt;br&gt;
A mnie dał popiersie Kopernika.&lt;br&gt;
Spojrzał jeszcze na Mańki nogę,&lt;br&gt;
Którą właśnie opuściła na podłogę,&lt;br&gt;
I powiedział wychodząc za dźwierze:&lt;br&gt;
- Pax vobiscum, cześć, ciężki frajerze!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Inscenizacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/80/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/80/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Inscenizacja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zbudził się Dreptak, światło zaświecił,&lt;br&gt;
I sam już nie wie - sen to czy bajka?&lt;br&gt;
W białych koszulach dziwni faceci&lt;br&gt;
Grają czastuszki na bałałajkach,&lt;br&gt;
Tłum znanych osób wokół się snuje -&lt;br&gt;
Czarniecki, Berent, Nobel, Pastrana,&lt;br&gt;
A między nimi Dreptaka wujek,&lt;br&gt;
Co zamiast jajka ugryzł raz granat.&lt;br&gt;
Siadł Dreptak w łóżku, trzęsie nim trema,&lt;br&gt;
Taki się czuje nikły i drobny,&lt;br&gt;
A tu orkiestra rąbie je t'aime'a&lt;br&gt;
Względnie Niemena Rapsod żałobny.&lt;br&gt;
Kręci się Dreptak, składa ukłony,&lt;br&gt;
I myśli sobie: - Cóż to za strefa?&lt;br&gt;
A tu tymczasem przez megafony&lt;br&gt;
Słychać wezwanie: - Dreptak do szefa!&lt;br&gt;
I dwaj anieli zdobni w ordery&lt;br&gt;
Zastosowawszy pewien chwyt krzepki,&lt;br&gt;
Znany gdzie trzeba jako "B 4",&lt;br&gt;
Wyprowadzają jego z izdebki.&lt;br&gt;
I wiodą ci go środkiem alei&lt;br&gt;
Pośród okrzyków oraz owacji,&lt;br&gt;
Aż przystanęli z nim u wierzei&lt;br&gt;
Biura miejscowej organizacji.&lt;br&gt;
Tu coś sapnęło jak saturator,&lt;br&gt;
Dźwierze ozwały się zawiasami,&lt;br&gt;
Wyszedł z nich z wolna organizator&lt;br&gt;
I spytał groźnie: - Co ze składkami?&lt;br&gt;
A Dreptak prawie przytomność stracił,&lt;br&gt;
Pobladł jak ściana z wielkiego sromu,&lt;br&gt;
Padł na kolana, wszystko zapłacił&lt;br&gt;
I jak niepyszny wrócił do domu.&lt;br&gt;
Organizator zaś, ze swych planów&lt;br&gt;
Skreśliwszy ową wpłatę klienta,&lt;br&gt;
Mruknął do siebie: - Bez tego szpanu&lt;br&gt;
Bym nie wydusił z nich ani centa!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Interwencja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/81/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/81/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Interwencja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz Jan Sebastian Dreptak zadzwonił do dyrektora&lt;br&gt;
I głosem pełnym szacunku rzekł: - Panie dyrektorze,&lt;br&gt;
Na medycynę chce wstąpić moja córka Eleonora&lt;br&gt;
W wieku lat osiemnastu, więc niech pan zrobi co może!&lt;br&gt;
Dyrektor wspomniał młodość górną i durną nader&lt;br&gt;
I całą - wspólnie z Dreptakiem - przebytą życiową drogę&lt;br&gt;
I poczuł, że dźwiga wdzięczność tak jak garb dźwiga dromader,&lt;br&gt;
I przyrzekł z całą powagą: - No dobra, zrobię co mogę!&lt;br&gt;
Następnie słuchawkę odłożył i zaczął się zastanawiać,&lt;br&gt;
Co by właściwie mógł zrobić i jakie rozwinąć talenta?&lt;br&gt;
Lecz nie znał profesora, żeby z nim porozmawiać,&lt;br&gt;
Ani żadnego docenta... ba, nawet asystenta!&lt;br&gt;
Ba! Nie znał na medycynie nawet żadnego woźnego!&lt;br&gt;
Bo nie chorował nigdy od czasów, kiedy był malcem!&lt;br&gt;
Więc doszedł do wniosku, że właściwie nie może zrobić niczego&lt;br&gt;
W tej sprawie, najwyżej że może pokiwać w bucie palcem...&lt;br&gt;
A że miał piękny zwyczaj dotrzymywania przyrzeczeń,&lt;br&gt;
Więc zwlókł się niechętnie z tapczana przełażąc przez śpiącą żonę,&lt;br&gt;
Podreptał do szafy, w której miał ubraniowe rzeczy,&lt;br&gt;
But włożył, palcem w nim kiwnął i z ulgą rzekł: Załatwione!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Inwentarz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/82/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/82/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Inwentarz
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A gdy poszedł Jaś na wojnę &lt;br&gt;
Wziął ze sobą od niechcenia &lt;br&gt;
Trzy rasowe krówki dojne, &lt;br&gt;
Klipę, pipę, pół grzebienia, 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jakieś dwa lub trzy dziurkacze,&lt;br&gt;
Obok legło zaś w plecaku &lt;br&gt;
Jajo kurze, drugie kacze, &lt;br&gt;
Brzytwa i pół kilo maku. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dalej kosa, dziennik ustaw,&lt;br&gt;
Niezbyt gruby kij dębowy,&lt;br&gt;
Szklanka do połowy pusta,&lt;br&gt;
Ale próżna od połowy.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wziął też kota, psa, telefon,&lt;br&gt;
Kalichlorek, laryngofon,&lt;br&gt;
Sztylpy, flaczki, kit, patefon,&lt;br&gt;
Wasserwagę, magnetofon.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Toaletkę, kaktus, flaszkę,&lt;br&gt;
Obermutrę, klej, fistaszki,&lt;br&gt;
Blaszkę tudzież kałamaszkę,&lt;br&gt;
Zaprzężoną w dwa wałaszki.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jagienka i orzechy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/83/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/83/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Jagienka i orzechy
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żyła raz jedna panienka&lt;br&gt;
Która zwała się Jagienka;&lt;br&gt;
Wiele z niej było pociechy,&lt;br&gt;
Bo tłukła pupą orzechy.&lt;br&gt;
Opisał ją, że jest taka,&lt;br&gt;
Sam pan Sienkiewicz w Krzyżakach&lt;br&gt;
Wpierw żyła w cnocie jak mniszka,&lt;br&gt;
A potem wyszła za Zbyszka.&lt;br&gt;
I wiodło im się chędogo,&lt;br&gt;
Chociaż, niestety, ubogo,&lt;br&gt;
Bo się pokończyły wojny,&lt;br&gt;
Zaczął się okres spokojny,&lt;br&gt;
A rycerz - rzecz znana wszędzie -&lt;br&gt;
Żyje z tego, co zdobędzie.&lt;br&gt;
Ruszył więc Zbyszko konceptem&lt;br&gt;
I wpadł na taką receptę:&lt;br&gt;
Przywiesił na bramie druczek,&lt;br&gt;
Że tu się orzechy tłucze&lt;br&gt;
I od każdego orzecha&lt;br&gt;
Zgarniał taryfę do miecha.&lt;br&gt;
Laskowy orzech maleńki&lt;br&gt;
To nie problem dla Jagienki;&lt;br&gt;
Mogła za jednym przysiadem&lt;br&gt;
Stłuc całe pół kilo zadem,&lt;br&gt;
A gdy dorwała fistaszka&lt;br&gt;
Zostawała z niego kaszka.&lt;br&gt;
Niewiele też większej troski&lt;br&gt;
Przysparzał jej orzech włoski.&lt;br&gt;
Aż raz przybył jakiś młokos,&lt;br&gt;
Przywożąc z Afryki kokos,&lt;br&gt;
I zwrócił się do Jagusi,&lt;br&gt;
Że mu tę rzecz roztłuc musi.&lt;br&gt;
Spłoniła się żwawa młódka,&lt;br&gt;
Wzięła dech, napięła udka,&lt;br&gt;
Pomodliła się przelotnie&lt;br&gt;
I w ten kokos jak nie grzmotnie!&lt;br&gt;
Niestety twarda skorupa&lt;br&gt;
Nawet przy tym nie zachrupa...&lt;br&gt;
Wrzasła Jaguś wniebogłosy,&lt;br&gt;
Podskoczyła pod niebiosy&lt;br&gt;
I jak drugi raz przywali!&lt;br&gt;
...a ten bydlak jak ze stali!&lt;br&gt;
Natomiast biedna dziewczyna&lt;br&gt;
Zrobiła się całkiem sina,&lt;br&gt;
Oddech jej się jakby urwał,&lt;br&gt;
Wymamrotała: - O kurwa...&lt;br&gt;
Potem się zaniosła wyciem&lt;br&gt;
I się pożegnała z życiem!&lt;br&gt;
Wniosek: Na ogół umiemy&lt;br&gt;
Rozgryzać własne problemy,&lt;br&gt;
Lecz zagraniczne nowości&lt;br&gt;
Przysparzają nam trudności!&lt;br&gt;
Morał: Tylko wzrost oświaty&lt;br&gt;
Może zmniejszyć nasze straty.&lt;br&gt;
I hasło bezwarunkowo:&lt;br&gt;
Mniej dupą, a więcej głową!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jak stworzyć tekst</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/84/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/84/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Jak stworzyć tekst
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
By tekst stworzyć, niepotrzebne jest natchnienie et cetera&lt;br&gt;
I zbyteczna jest znajomość światłych ksiąg i pięknych sztuk,&lt;br&gt;
Byle paczka ekstramocnych, takich mocnych jak cholera,&lt;br&gt;
Byle brzydki wierny kundel, który zasnął u twych nóg.&lt;br&gt;
By tekst stworzyć, niepotrzebne kaloryczne odżywianie&lt;br&gt;
Ani biurko, które świeżą politurą w mroku lśni,&lt;br&gt;
Byle paczka ekstramocnych, rakotwórczych niesłychanie,&lt;br&gt;
I ten pies, co poszczekuje, bo mu właśnie coś się śni.&lt;br&gt;
Żona może być kłótliwa, może drzeć się wniebogłosy,&lt;br&gt;
A na dworze deszcz być może i najniższy z niżów niż,&lt;br&gt;
Lecz gdy masz starego kundla i swe stare papierosy,&lt;br&gt;
Weź ołówek ogryziony, jakiś papier, siądź i pisz.&lt;br&gt;
Radio wyje u sąsiada, wicher wyje za oknami,&lt;br&gt;
Chandra wyszła w smutne miasto, tak jak wilk wychodzi w step,&lt;br&gt;
Wciągnij w płuca ekstramocnych dym szarpiący jak dynamit,&lt;br&gt;
Pogładź ręką zażółconą wsparty o twe stopy łeb...&lt;br&gt;
By tekst stworzyć, trzeba kochać, cierpieć oraz obserwować,&lt;br&gt;
Więc psa kochaj, choćby za to, że jest wierny tak jak pies,&lt;br&gt;
Cierp z powodu ekstramocnych, z których zwykle boli głowa,&lt;br&gt;
I obserwuj to, co piszesz. Bo to właśnie zwie się "tekst".
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ja mam czas</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/85/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/85/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ja mam czas...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Po ulicach Wrocławia chodzą śliczne dziewczyny, &lt;br&gt;
Moim zdaniem w trzech czwartych składające się z nóg. &lt;br&gt;
Człowiek patrzy i wzdycha, w gardle braknie mu śliny, &lt;br&gt;
I rozmyśla, że dużo później na świat przyjść mógł... &lt;br&gt;
A dziewczęta przechodzą postrojone w sweterki &lt;br&gt;
Czarne, złote, brunatne albo rude jak lis, &lt;br&gt;
By się spotkać z chłopcami, którzy noszą farmerki, &lt;br&gt;
I wystarczy im skuter, bułka z masłem i twist.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To nic, poczekam trzydzieści lat, &lt;br&gt;
Mnie, kochanki, nigdzie nie spieszno... &lt;br&gt;
Siedemdziesięcioletni będę dziad, &lt;br&gt;
A wy będziecie mieć po pięćdziesiąt... &lt;br&gt;
Inaczej będziecie patrzeć, na świat, &lt;br&gt;
Piękne dziewczęta, jakby zdjęte z reklam... &lt;br&gt;
Do widzenia za trzydzieści lat, &lt;br&gt;
Ja mam czas, ja poczekam!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Japoński list</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/86/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/86/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Japoński list
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pewnego razu samuraj Paptaku Kurkinasadze,&lt;br&gt;
Co żółte i skośne miał wszystko od nóg aż do oczu i uszu,&lt;br&gt;
Rozkazał wydobyć z pieca co najczarniejsze sadze&lt;br&gt;
I z dużą wprawą przyrządził z nich przeszło dwa litry tuszu.&lt;br&gt;
Następnie odprawił gejszę, popuścił cokolwiek szelek,&lt;br&gt;
Popatrzył na Fudżi jamę, wypił ogromną herbatę,&lt;br&gt;
Wtranżolił dwie garście ryżu, umoczył w tuszu pędzelek&lt;br&gt;
I zaczął pisać do księcia Typryku Mamapchatate:&lt;br&gt;
- Ja, nędzny potomek szakala ożenionego z hieną,&lt;br&gt;
Ewentualnie nygusa skrzyżowanego z wywłoką,&lt;br&gt;
Błagam cię głosem ochrypłym, z gardła zżartego gangreną,&lt;br&gt;
By na tym liście spoczęło twoje wspaniałe oko,&lt;br&gt;
Które jest, mówiąc nawiasem, piękniejsze od morskiej toni&lt;br&gt;
I błyszczy jakoby księżyc, co nocą na niebo wypływa,&lt;br&gt;
A przy tym wydziela z siebie bukiet czarownych woni,&lt;br&gt;
Podczas gdy moje przy nim wygląda jak zlewozmywak.&lt;br&gt;
Otóż w tym liście niegodnym chcę cię różnymi sposoby&lt;br&gt;
Upraszać, błagać oraz zaklinać na wszystkie świętości,&lt;br&gt;
Abyś nie kalał niebacznie swojej świetlanej osoby,&lt;br&gt;
Która jest dumą, ozdobą, a zwłaszcza nadzieją ludzkości!&lt;br&gt;
Ty, tylu wielkimi czynami herosów godnymi znużony,&lt;br&gt;
Zmuszałeś się w swej dobroci, istoto zaiste boska,&lt;br&gt;
By chadzać co piątek wieczorem do mej ohydnej żony,&lt;br&gt;
Przy której nawet krokodyl wygląda jak Schuetz-Trojanowska!&lt;br&gt;
Lecz ja cię ocalę, o synu słońca, choćby i siłą,&lt;br&gt;
Chociem najmniejszy z padalców i najnędzniejszy z robaków.&lt;br&gt;
Więc gdy znów przyjdziesz, to z żalem będę ci musiał dać w ryło.&lt;br&gt;
Tu się podpisał:
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jesień idzie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/87/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/87/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Jesień idzie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz staruszek, spacerując w lesie,&lt;br&gt;
Ujrzał listek przywiędły i blady&lt;br&gt;
I pomyślał: - Znowu idzie jesień,&lt;br&gt;
Jesień idzie, nie ma na to rady!&lt;br&gt;
I podreptał do chaty po dróżce,&lt;br&gt;
I oznajmił, stanąwszy przed chatą,&lt;br&gt;
Swojej żonie, tak samo staruszce:&lt;br&gt;
- Jesień idzie, nie ma rady na to!&lt;br&gt;
A staruszka zmartwiła się szczerze,&lt;br&gt;
Zamachnęła rękami obiema:&lt;br&gt;
- Musisz zacząć chodzić w pulowerze.&lt;br&gt;
Jesień idzie, rady na to nie ma!&lt;br&gt;
Może zrobić się chłodno już jutro&lt;br&gt;
Lub pojutrze, a może za tydzień&lt;br&gt;
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro,&lt;br&gt;
Nie ma rady. Jesień, jesień idzie!&lt;br&gt;
A był sierpień. Pogoda prześliczna.&lt;br&gt;
Wszystko w złocie trwało i w zieleni,&lt;br&gt;
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał&lt;br&gt;
O mającej nastąpić jesieni.&lt;br&gt;
Ale cóż, oni żyli najdłużej.&lt;br&gt;
Mieli swoje staruszkowie zasady&lt;br&gt;
I wiedzieli, że prędzej czy później&lt;br&gt;
Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jeszcze</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/88/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/88/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Jeszcze
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...więc jak się już ma psa i kota, i miłe mieszkanko spółdzielcze,&lt;br&gt;
I wszystko się w naszym życiu układa tak plus minus znośnie, &lt;br&gt;
I gdy się w tym życiu już miało tę - pewną ilość - dziewczyn, &lt;br&gt;
I właśnie jest popołudnie, i słońce świeci skośnie, &lt;br&gt;
To dobrze jest usiąść w fotelu, a kot niech się zwinie obok, &lt;br&gt;
I żeby w zasięgu ręki było koniecznie pół czarnej, &lt;br&gt;
A radio niech gra Gershwina, a my, kiwając nogą, &lt;br&gt;
W ten skośny promień puszczamy dym z papierosa carmen. &lt;br&gt;
Na półkach piętrzą się książki i pył z nich wiruje w słońcu, &lt;br&gt;
I wszystko jest złotobrunatne, a tylko rapsodia błękitna, &lt;br&gt;
I trochę smutno, że trzeba to będzie zostawić w końcu, &lt;br&gt;
I już się nie siądzie w fotelu, żeby Trzech Muszkieterów poczytać, &lt;br&gt;
Bo może się kiedyś tak zdarzyć, że patrzysz - a ciebie już nie ma, &lt;br&gt;
Chociaż jest kawa i fotel, i słońce na kociej sierści, &lt;br&gt;
I chociaż wciąż jeszcze w powietrzu snuje się dym z carmena, &lt;br&gt;
I równie jak dym błękitny wciąż snuje się ten Mister Gershwin. &lt;br&gt;
...pies podniósł głowę i warknął, ale nikt jakoś nie wszedł, &lt;br&gt;
Choć ktoś stał jakby za drzwiami, i jakby zamykał parasol... &lt;br&gt;
Kot otwarł oko, popatrzył i mruknął: - Jesteś tu jeszcze? &lt;br&gt;
Jeszcze tu jestem, mój kocie. I jeszcze wciąż trzymam fason.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jeżeli cię przygnębi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/89/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/89/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Jeżeli cię przygnębi...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...jeżeli cię przygnębi troska, &lt;br&gt;
Gdy oczy twe zalewa pot, &lt;br&gt;
Gdy jęczysz w bólu "Matko Boska"! &lt;br&gt;
A serce wali ci jak młot, &lt;br&gt;
Stosuj się ściśle do apelu, &lt;br&gt;
Który ze strony naszej padł - &lt;br&gt;
Podkręcaj wąs obywatelu, &lt;br&gt;
Tak jak podkręcał go twój dziad! &lt;br&gt;
...a jeśli dusza twa się szasta, &lt;br&gt;
Gdy cię miłosny dręczy szał, &lt;br&gt;
Gdy odepchnęła cię niewiasta, &lt;br&gt;
Którejś przychylić nieba chciał, &lt;br&gt;
Gdy widzisz, że chybiłeś celu, &lt;br&gt;
To także nie niszcz w męce szat, &lt;br&gt;
Lecz podkręć wąs, obywatelu, &lt;br&gt;
Tak jak podkręcał go twój dziad! &lt;br&gt;
...zdarzają ci się niewypały, &lt;br&gt;
Różne humory miewa szef, &lt;br&gt;
Czasami nastrój ma wspaniały, &lt;br&gt;
Czasem - bez racji wpada w gniew, &lt;br&gt;
Więc - kiedy siedząc w swym fotelu &lt;br&gt;
Rzuca na ciebie obelg grad - &lt;br&gt;
Ty podkręć wąs, obywatelu, &lt;br&gt;
Tak jak podkręcał go twój dziad! &lt;br&gt;
Podkręcał wąsa król Sobieski, &lt;br&gt;
Swej Marysieńki gdy się bał, &lt;br&gt;
Podkręcał także pan Walewski &lt;br&gt;
(bo co biedaczek robić miał?) &lt;br&gt;
I Piast, objąwszy po Popielu &lt;br&gt;
Etat na parę ładnych lat... &lt;br&gt;
Ty podkręć też, obywatelu,&lt;br&gt;
Tak jak podkręcał go twój dziad! &lt;br&gt;
Podkręcaj w deszcze i zamiecie, &lt;br&gt;
I w mrozy, gdy zamarza rtęć, &lt;br&gt;
Wiosną podkręcaj go i w lecie, &lt;br&gt;
W tramwaju go i w domu kręć! &lt;br&gt;
Wy kręćcie też, obywatele, &lt;br&gt;
W kręceniu jakaś mądrość jest! &lt;br&gt;
...wprawdzie pomaga to niewiele, &lt;br&gt;
Lecz jakiż piękny polski gest!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kajakowcy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/90/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/90/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Kajakowa wycieczka&lt;/p&gt;
 &lt;p class="zwrotka"&gt;
Lśnią promienie słoneczka, &lt;br&gt;
Kajakowa wycieczka &lt;br&gt;
Już za chwilę wyruszy daleko. &lt;br&gt;
Personalny załogę &lt;br&gt;
Błogosławi na drogę,&lt;br&gt;
A na pierwszym kajaku - dyrektor!&lt;br&gt;
A na drugim naczelnik, &lt;br&gt;
A na trzecim dwaj dzielni&lt;br&gt;
Kierownicy ubrani we slipy,&lt;br&gt;
A na czwartym referent &lt;br&gt;
Siedzi wraz z buchalterem,&lt;br&gt;
A za nimi cała reszta ekipy!&lt;br&gt;
Już zabrzmiały sygnały, &lt;br&gt;
Wiosła już zapluskały, &lt;br&gt;
Ruszył w drogę stubarwny peleton. &lt;br&gt;
Tylko w oczach się migli &lt;br&gt;
I znikają wśród figli, &lt;br&gt;
Chlapiąc wodą w dekolty kobietom... &lt;br&gt;
Skrzypią mięśnie sprężane &lt;br&gt;
Gładkie i prążkowane, &lt;br&gt;
Ciut zwiotczałe od pracy przy biurkach, &lt;br&gt;
A gdy łódź się przechyli, &lt;br&gt;
Zaraz słychać w tej chwili &lt;br&gt;
Trwożny okrzyk: Ojej! Wodna kurka!!! &lt;br&gt;
Mkną po gładkiej powierzchni &lt;br&gt;
I podwładni i zwierzchni,&lt;br&gt;
Już ogromnie daleko są stąd,&lt;br&gt;
A wtem referent Dreptak &lt;br&gt;
Zbladł i cicho wyszeptał:&lt;br&gt;
- Jezu, taż my płyniemy pod prąd! &lt;br&gt;
Tu wybuchła panika, &lt;br&gt;
Dyrektor przewodnika&lt;br&gt;
Sklął za taki niepoważny stosunek.&lt;br&gt;
Nawet zażądał fuzji &lt;br&gt;
I krzyczał: - Ja aluzji &lt;br&gt;
Sobie nie życzę, proszę zmienić kierunek.&lt;br&gt;
Dobrze - przewodnik odrzekł. &lt;br&gt;
- Z prądem także być może,&lt;br&gt;
Droga równie ciekawa i prosta,&lt;br&gt;
Ale jestem zmuszony &lt;br&gt;
Ostrzec, że z tamtej strony&lt;br&gt;
Jest ogromny i rwący wodospad.&lt;br&gt;
Lecz ci go nie słuchają, &lt;br&gt;
Kajaki zawracają, &lt;br&gt;
Dwoją ilość wioślarskich uderzeń. &lt;br&gt;
I znikają w otchłani, &lt;br&gt;
Mocno uradowani,&lt;br&gt;
Że nikt już mieć nie będzie zastrzeżeń...&lt;br&gt;
Jakoż nikt nie narzeka, &lt;br&gt;
A już szczególnie rzeka,&lt;br&gt;
Która takie zasady ma mądre,&lt;br&gt;
Że obchodzi ją mało, &lt;br&gt;
Czy jakaś garść cymbałów&lt;br&gt;
Pod prąd płynie, czy zgodnie z jej prądem...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kariera</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/91/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/91/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KARIERA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedy szef pośle cię po piwo,&lt;br&gt;
To pomyśl sobie: - Niech ja stracę!&lt;br&gt;
I kopnij się do kiosku żywo,&lt;br&gt;
Bo coraz trudniej dziś o pracę.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Szef to tak prawie jak twój tato;&lt;br&gt;
Raz skarci, raz pieszczotą muśnie,&lt;br&gt;
Gdy szef oznajmi ci, żeś matoł,&lt;br&gt;
Przyozdób twarz w barani uśmiech.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I bądź matołem w danej chwili,&lt;br&gt;
Choćbyś miał cztery fakultety,&lt;br&gt;
Bo szef przenigdy się nie myli,&lt;br&gt;
Dlatego on jest szefem, nie ty...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kariera Marysi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/92/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/92/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Kariera Marysi
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Po szumiącym pięknym lesie&lt;br&gt;
Idzie dziewczę, koszyk niesie.&lt;br&gt;
Niesie dziewczę kosz z grzybami,&lt;br&gt;
Przekomarza się z ptaszkami.&lt;br&gt;
Siedzi czyżyk na patyku:&lt;br&gt;
- Co tam niesiesz w tym koszyku?&lt;br&gt;
Może rybki albo pipki?&lt;br&gt;
- Nie, mój ptaszku, niosę grzybki!&lt;br&gt;
Będą dobre niesłychanie,&lt;br&gt;
Gdy uduszę je w śmietanie!&lt;br&gt;
Zajrzał lisek przez paprocie:&lt;br&gt;
- Jakie grzybki niesiesz, trzpiocie?&lt;br&gt;
Borowiki, czy rydzyki?&lt;br&gt;
- Nie, mój lisku, sromotniki.&lt;br&gt;
Będzie dużo śmiechu w chacie,&lt;br&gt;
Gdy je ugotuję tacie!&lt;br&gt;
Wylazł wilk, drżą pod nim udka:&lt;br&gt;
- Maryś, dyćżeż to jest trutka,&lt;br&gt;
Może z tego być ambaras,&lt;br&gt;
Bo ci tatko kojfnie zaraz...&lt;br&gt;
Toż powali nawet byka&lt;br&gt;
Taka porcja sromotnika!&lt;br&gt;
Roześmiała się dziewczyna&lt;br&gt;
Jak ten strumyk, jak kalina...&lt;br&gt;
- Toć wszystkiego jeść nie musi,&lt;br&gt;
Gdyż połowę dam mamusi!&lt;br&gt;
Załkał gorzko jesion dumny:&lt;br&gt;
- Hej, porobią ze mnie trumny!&lt;br&gt;
Nie bądź Maryś, taki psotnik,&lt;br&gt;
Wyrzućżeż won ten sromotnik!&lt;br&gt;
Duma Maryś, drapiąc nogę:&lt;br&gt;
- Choćbym chciała, to nie mogę,&lt;br&gt;
Nie chcę robić wszak awarii&lt;br&gt;
Pani Konopnickiej Marii,&lt;br&gt;
Dzięki niej mam szanse duże&lt;br&gt;
Znaleźć się w literaturze,&lt;br&gt;
A w tej całej polityce&lt;br&gt;
Przeszkadzają mi rodzice...&lt;br&gt;
Tu tupnęła z mazowiecka,&lt;br&gt;
Zafurczała za nią kiecka,&lt;br&gt;
Pomarszczyły się pończochy&lt;br&gt;
I pobiegła w stronę wiochy.&lt;br&gt;
...a las cały szemrał słodko:&lt;br&gt;
- Z Bogiem, Marysiu Sierotko...!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Karnawał w Soplicowie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/93/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/93/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Karnawał w Soplicowie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zagrano poloneza. Podkomorzy rusza&lt;br&gt;
I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza&lt;br&gt;
Podaje rękę Zosi odzianej w atłasy&lt;br&gt;
Gdy wtem stanął i mruknął: - Cóż to za hałasy?&lt;br&gt;
Faktycznie, w sali trwała wrzawa niepojęta,&lt;br&gt;
Ci stronę asesora, ci brali rejenta,&lt;br&gt;
Jedni byli za Kusym, drudzy za Sokołem,&lt;br&gt;
Już też pierwsze butelki fruwały nad stołem,&lt;br&gt;
Już Jankiel, który właśnie szedł podlewać kwiatki&lt;br&gt;
Dostał nagle po pejsach półmiskiem sałatki,&lt;br&gt;
Kiedy zacny ksiądz Robak wskoczył na kominek&lt;br&gt;
I krzyknął: - Niech rozstrzygnie ten spór pojedynek!&lt;br&gt;
- Tak racja, pojedynek! - goście zakrzyknęli&lt;br&gt;
I obu adwersarzów ku sobie popchnęli.&lt;br&gt;
Rejent za bok się schwycił, lecz nie miał rapieru&lt;br&gt;
Więc warknął: - Ha, sprowadzę ja cię do parteru!&lt;br&gt;
Jakoż i rzeczywiście, złapawszy za kłaki&lt;br&gt;
Szarpnął i asesora stawił na czworaki,&lt;br&gt;
Ten jednakże na atak odpowiedział godnie -&lt;br&gt;
Dwakroć kłapnął zębami i przegryzł mu spodnie.&lt;br&gt;
Ugodzony w słabiznę, biedny rejent z bolu&lt;br&gt;
Wrzasnął, skoczył i zawisł był na żyrandolu.&lt;br&gt;
Chwilę wisiał, jednakże żyrandol starawy&lt;br&gt;
Urwał się i wpadł z trzaskiem we środek zastawy.&lt;br&gt;
Rozprysły się po izbie mięsiwa i sosy.&lt;br&gt;
Aromatyczne miody, treściwe bigosy.&lt;br&gt;
Obie podkomorzanki spryskała musztarda,&lt;br&gt;
Telimenie za dekolt wskoczyła pularda&lt;br&gt;
Tylko co upieczona i jeszcze skwiercząca,&lt;br&gt;
Ta zasię, gdy nie mogła wytrzymać gorąca&lt;br&gt;
Zrzuciła przyodziewek, tracąc prawie zmysły,&lt;br&gt;
Aż hrabia mruknął kwaśno: - Hm... biuścik obwisły,&lt;br&gt;
Teraz widać dopiero, gdy braknie stanika,&lt;br&gt;
Że przypomina uszy mojego jamnika,&lt;br&gt;
Którym szczułem niedźwiedzie z Nalibockich lasów&lt;br&gt;
Wraz z baronem Dreptakiem i z księciem Denasów!&lt;br&gt;
Nie skończył jeszcze mówić, kiedy wpadł nań Ryków,&lt;br&gt;
Skłębiony z całą kupą innych biesiadników,&lt;br&gt;
Zaś staruszek Gerwazy wydał grzmiący poryk,&lt;br&gt;
Wsadził w omszałą pochwę prastary scyzoryk&lt;br&gt;
I mruknął, uśmiechnięty od ucha do ucha:&lt;br&gt;
- Nu ot, miał być karnawał - wyszła rozpierducha!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kaszka manna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/94/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/94/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KASZKA MANNA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niedobrze się robi ptaszkom, odbija się myszce&lt;br&gt;
Mamcia karmi dziecko kaszką łyżeczka po łyżce.&lt;br&gt;
Karmi, nuci coś radośnie: "Jedz, jedz ty łobuzie..."&lt;br&gt;
Kaszka dziecku w buzi rośnie i wydyma buzię.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ma już kaszki pełen brzuszek i płucka, i nereczki,&lt;br&gt;
Kaszka sączy mu się z uszek i rozpycha majteczki.&lt;br&gt;
Słyszy dziecię matki piosenkę i myśli figlarnie:&lt;br&gt;
"Jak cię dorwę, gdy dorosnę, to też cię nakarmię..."
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zaśmiało się miłe dziecię na myśl o igraszkach.&lt;br&gt;
Mamcia na to: "A więc przecie smakuje ci kaszka".&lt;br&gt;
Dam ci jeszcze, żebyś przytył i miał pulchne policzki!!!"&lt;br&gt;
Dziecko żuje myśląc przy tym: "Ach, dajcie mi nożyczki!!!"
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kataklizm</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/95/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/95/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KATAKLIZM
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pachnie maciejką, naftą i serkiem,&lt;br&gt;
Cipritykowscy kopią w ogrodzie,&lt;br&gt;
Dreptak po wódkę idzie spacerkiem,&lt;br&gt;
- Można powiedzieć, że dzień, jak codzień!&lt;br&gt;
W radio referat na temat NEP-u,&lt;br&gt;
Gwiździejkiewiczom skradli dwie dętki,&lt;br&gt;
A Dreptak właśnie wchodzi do sklepu&lt;br&gt;
I się uśmiecha do ekspedientki.&lt;br&gt;
Kićkowiakowie jadą w Bieszczady,&lt;br&gt;
Świstalski przysłał pocztówkę z Rytra,&lt;br&gt;
Dreptak podchodzi wolno do lady&lt;br&gt;
Z sakramentalnym: proszę półlitra!&lt;br&gt;
Od Kościobrzyckiej - Proć się wykrada,&lt;br&gt;
Ratajczak nogi w miednicy trzyma&lt;br&gt;
A ekspedientka ręce rozkłada&lt;br&gt;
I do Dreptaka powiada: - Nima!&lt;br&gt;
W zupie się kraulem porusza mucha,&lt;br&gt;
Pies Karapystki gna za rencistką...&lt;br&gt;
A Dreptak mówi: - Coś pani głucha?&lt;br&gt;
Nie chciałem wcale chleba, lecz czystą!&lt;br&gt;
Gwizdalska wlazła z trudem w bikini,&lt;br&gt;
Do Serojadków Brzdęccy przyleźli...&lt;br&gt;
- Toż słyszę! - mówi ta sprzedawczyni,&lt;br&gt;
- Ale dziś wódki nam nie dowieźli.&lt;br&gt;
Pipkowski kończy współczesną powieść,&lt;br&gt;
Rybkowski spuszcza synowi wały&lt;br&gt;
- Jakże tak można wódki nie dowieźć?!&lt;br&gt;
Pyta się Dreptak cały zdrętwiały.&lt;br&gt;
Wilkołak zjawił się na rozstaju;&lt;br&gt;
Marsjanin wyjrzał zza lewatywy...&lt;br&gt;
Pierwszy raz wódki zabrakło w kraju.&lt;br&gt;
Dreptak zrozumiał. I padł nieżywy.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kiepski film</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/96/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/96/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KIEPSKI FILM
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To był obraz z kiepskiego filmu: ona brała ślub przed ołtarzem&lt;br&gt;
Z milionerem, głównym księgowym, dyrektorem lub aptekarzem&lt;br&gt;
Nieważne. I była biała, jak świeżo wyprana firanka,&lt;br&gt;
Bo nie kochała męża, tylko swojego kochanka.&lt;br&gt;
Szwoleżera, motocyklistę, zduna, albo sprzedawcę bakalii,&lt;br&gt;
Nieważne, i ten kochanek był już od dawna w Australii,&lt;br&gt;
Ale ona miała poczekać, i - jak widać - nie poczekała,&lt;br&gt;
Więc dlatego jest teraz taka smutna, taka łzawa i taka biała.&lt;br&gt;
A w kościele grają organy, chór prześliczne głosy natęża,&lt;br&gt;
A ksiądz właśnie zwraca się do niej: - Czy chcesz tego pana&lt;br&gt;
Ona wolno otwiera usta, chce powiedzieć, że tak, a tu trach!&lt;br&gt;
Drzwi kościelne się otwierają i kochanek staje we drzwiach!&lt;br&gt;
Stoi bardzo piękny i blady, nic nie mówi, ani nie kroczy,&lt;br&gt;
Tylko zaplótł ręce na piersiach i w jej oczy wbił swoje oczy.&lt;br&gt;
I tak patrzą na siebie w milczeniu, w każdym serce głośno łomoce,&lt;br&gt;
A on pyta się dziewczyny wzrokiem, czy pamięta jeszcze tamte noce?&lt;br&gt;
Tamte chwile, tamte godziny, tamte wspólne przebudzenia z rana!&lt;br&gt;
Aż ksiądz się znowu wtrącił: - Czy ty dziecko chcesz tego pana?&lt;br&gt;
A ten pan, wąsaty i gruby, aż się cały spocił z oburzenia&lt;br&gt;
I powiada do niej: - Kochana, nie rób żesz z siebie przedstawienia...&lt;br&gt;
Ale oni patrzą i patrzą. Tylko wzrok im się wciąż bardziej rozgwieżdża&lt;br&gt;
Aż ten młody do tego grubego mówi strasznym głosem: - Jazda, zjeżdżaj!&lt;br&gt;
Gruby zbladł, zmiął błyszczący cylinder, zrobił minę głupią i biedną,&lt;br&gt;
A ci naraz jak się nie rzucą i przez kościół ku sobie biegną,&lt;br&gt;
Biegną, biegną, aż się spotkali, aż się mocno, mocno objęli,&lt;br&gt;
Całowali się i płakali, i mówili coś i się śmieli.&lt;br&gt;
Potem wyszli z tych śpiewów i dymów na powietrze, na biedę i na grzech.&lt;br&gt;
To był obraz z kiepskiego filmu, ale widzom zaparło dech.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kłopoty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/97/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/97/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Kłopoty
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dreptakowie mają finansowe kłopoty,&lt;br&gt;
Cała ulica to zauważa.&lt;br&gt;
Dreptakowie nie wykupili w sobotę&lt;br&gt;
Czasopism u kioskarza.&lt;br&gt;
Dreptakowie prowadzą rozmowy nocne&lt;br&gt;
Słychać do późna głosy ściszone,&lt;br&gt;
Dreptak na kredyt bierze ekstra mocne,&lt;br&gt;
Dreptakowa ma oczy czerwone,&lt;br&gt;
Dreptaczęta chodzą posmutniałe,&lt;br&gt;
Widać dzielą rodzicielskie smutki,&lt;br&gt;
Mały Dreptak nie przyniósł w poniedziałek&lt;br&gt;
Piętnastu złotych na wycieczkę do Sobótki.&lt;br&gt;
Dreptakowie mają finansowe kłopoty,&lt;br&gt;
Dreptak dzwonił wczoraj do teścia,&lt;br&gt;
Wyrażał się do niego per "mój złoty",&lt;br&gt;
Czy by teścio pomóc im nie zechciał?&lt;br&gt;
Ach, niestety, teścio ma zobowiązania,&lt;br&gt;
Musi właśnie płacić ratę w ORS-ie&lt;br&gt;
I należność za wynajem mieszkania,&lt;br&gt;
Więc na razie też nie -jest przy forsie...&lt;br&gt;
Dreptakowie chociaż bez pieniędzy&lt;br&gt;
I okropnie się gryzą dzień po dniu.&lt;br&gt;
Dreptakowi się należy pięć tysięcy,&lt;br&gt;
Miały przyjść jeszcze w zeszłym tygodniu.&lt;br&gt;
Dreptakowie konferują z listonoszem&lt;br&gt;
Co dzień się powtarza ten sam temat:&lt;br&gt;
- Niech pan dobrze sprawdzi, bardzo proszę,&lt;br&gt;
Nie ma dla nas przekazu? - Nie ma.&lt;br&gt;
Dreptakowie w tej ciężkiej potrzebie&lt;br&gt;
Najwyraźniej ulegli odmianie,&lt;br&gt;
Jakby naraz się zbliżyli do siebie,&lt;br&gt;
Jedno mówi do drugiego "kochanie",&lt;br&gt;
Kładą sobie na ramionach dłonie,&lt;br&gt;
Spostrzegają siwiejące skronie,&lt;br&gt;
Wspominają młodzieńcze zaloty...&lt;br&gt;
Dreptakowie mają finansowe kłopoty.&lt;br&gt;
Aż tu nagle listonosz i wieść:&lt;br&gt;
Na poczcie czeka pięć tysięcy złotych,&lt;br&gt;
Do podjęcia przy okienku numer sześć!&lt;br&gt;
Koniec smutkom, zmartwieniom i męce.&lt;br&gt;
Jutro światło się zapłaci i gaz...&lt;br&gt;
Dreptakowie się trzymają za ręce&lt;br&gt;
Przypuszczalnie ostatni raz...&lt;br&gt;
Już nie będzie więcej takich nawrotów,&lt;br&gt;
Już nie będą się gładzić po głowie...&lt;br&gt;
Bo na ogół nie gniewają kłopotów&lt;br&gt;
Finansowych państwo Dreptakowie.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kogo lubię</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/98/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/98/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Kogo lubię
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Lubię gdy piosenkarka, com ją znał w bieliźnie&lt;br&gt;
I com poznał głupotę jej, godną barana,&lt;br&gt;
Zaśpiewała coś o bliźnie, albo 0 ojczyźnie.&lt;br&gt;
A Iudzie mówią o niej: - Zaangażowana!&lt;br&gt;
Uwielbiam kiedy aktor, bywalec burdeli&lt;br&gt;
Zwanych też kawiarniami, lub klubami czasem,&lt;br&gt;
Wykona repertuar o tych co ginęli,&lt;br&gt;
I potem jest niezwykle chwalony przez prasę.&lt;br&gt;
Kocham też żurnalistę, co nam daje rady&lt;br&gt;
Jak żyć, a równocześnie, przy pomocy lupy&lt;br&gt;
Ogląda personalne trendy i układy&lt;br&gt;
By wiedzieć, komu warto wcisnąć się do grupy.&lt;br&gt;
Podziwiam naukowca niezbyt lotnej myśli&lt;br&gt;
Który jednym numerem od wielu lat jedzie:&lt;br&gt;
Wszyscy wiedzą, że facet prochu nie wymyśli,&lt;br&gt;
Ale że "w razie czego" również nie zawiedzie...&lt;br&gt;
Szanuję decydentów, co porozkładali&lt;br&gt;
Dziesiątki instytucji na obie łopatki,&lt;br&gt;
Lecz mocą jakiejś dziwnej, obłąkanej fali&lt;br&gt;
Wracają, i w fotele znów wtykają zadki...&lt;br&gt;
Bliski mi jest polityk, który w nosie dłubie&lt;br&gt;
I działacz robotniczy co nie kocha pracy,&lt;br&gt;
Aż dziwnie jak ich lubię.&lt;br&gt;
A najbardziej lubię&lt;br&gt;
	Gdy mi mówią, że wszyscyśmy bracia-Polacy.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kompleks Cezara</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/99/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/99/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Kompleks Cezara
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie za bardzo lubię Zdzisia,&lt;br&gt;
Ile razy mnie gdzieś spotka&lt;br&gt;
Woła: - Ale żeś wyłysiał!&lt;br&gt;
(a sam kudły ma jak szczotka).&lt;br&gt;
Cóż, nie jestem taki młody,&lt;br&gt;
Sporo latek mi już zeszło,&lt;br&gt;
Nieraz miało się powody&lt;br&gt;
By wyłysieć (miłe zresztą ...)&lt;br&gt;
Pewnie, sprawa niewesoła,&lt;br&gt;
Lecz tym niemniej Zdziś to świnia!&lt;br&gt;
Czy ja - widząc jego - wołam:&lt;br&gt;
- Jejku! Aleś ty skretyniał?!&lt;br&gt;
Albo cóżby Zdziś uczynił&lt;br&gt;
Gdybym wśród miejskiego ruchu&lt;br&gt;
Wrzasnął: - Aleś się ześwinił&lt;br&gt;
W zeszłym roku, stary druhu!&lt;br&gt;
Pewnie padłby, zadarł nogi&lt;br&gt;
I zmarł w rezultacie wica,&lt;br&gt;
Lub by jęknął: - Kumplu drogi!&lt;br&gt;
Ciszej! - Toż to tajemnica!&lt;br&gt;
...gładzę uwłosienie skąpe&lt;br&gt;
Lecz humoru wciąż nie tracę -&lt;br&gt;
Cezar także miał ten kompleks,&lt;br&gt;
Napoleon też miał glacę!&lt;br&gt;
Zresztą mam swe wyliczenie -&lt;br&gt;
Wkrótce koniec całej hecy!&lt;br&gt;
Kropka! Skończy się łysienie!&lt;br&gt;
D a l e j są już tylko plecy! Hi hi!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kompleks Trypućki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/100/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/100/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOMPLEKS TRYPUĆKI
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jedni ludzie mają żywot znakomity,&lt;br&gt;
Innym ludziom skąpi wrażeń los ich zły.	&lt;br&gt;
U Trypućki - i tygrysy, i termity, &lt;br&gt;
U mnie tylko sporadycznie pies ma pchły.	
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ja gdy wracam zaraz muszę wdziać papućki,	&lt;br&gt;
Bo inaczej - wredna żona ruga mnie,	&lt;br&gt;
A tymczasem proszę państwa u Trypućki &lt;br&gt;
Szansonety, kabarety itepe.&lt;br&gt;
 &lt;br&gt;
Rzadko bywam w Kaczych Dołach lub w Kocmyrzu,&lt;br&gt;
A Trypućko - to do Oslo, to do Bonn,&lt;br&gt;
To w Paryżu, drodzy państwo, to w Asyżu,&lt;br&gt;
Gdzie wyłącznie dolce vita i bon - ton.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kompleks wdzięczności</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/101/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/101/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Kompleks wdzięczności
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie wiem, gdzie się mam schronić ani gdzie się mam schować&lt;br&gt;
Oraz jakie zatrzasnąć okna, bramy lub drzwi,&lt;br&gt;
Bym nie musiał co chwilę za coś komuś dziękować,&lt;br&gt;
Nie powtarzać "spasibo", "thank you", "gratia", "merci"...&lt;br&gt;
Płyną z ust profesorów, dyrektorów, pastorów&lt;br&gt;
Słowa, których słuchając jużem szczerniał i schudł,&lt;br&gt;
Żeśmy winni czuć wdzięczność wielką dla plantatorów,&lt;br&gt;
Marynarzy, lekarzy, tych, co ciągną drut z hut,&lt;br&gt;
Tudzież dla pedagogów, producentów obręczy,&lt;br&gt;
Dla facetów, co światło wytwarzają i gaz...&lt;br&gt;
Boże, kiedy się człowiek za to wszystko odwdzięczy,&lt;br&gt;
Kiedy dług ów wyrówna, co mu ciąży jak głaz`?&lt;br&gt;
Jeden pan, dość nerwowy, to się wziął i utopił,&lt;br&gt;
Dzięki czemu nie musi już powtarzać na dnie,&lt;br&gt;
Ile czego zawdzięcza sortowaczom konopi,&lt;br&gt;
Praczkom, tkaczkom, spawaczkom, rwaczkom lnu i te de...&lt;br&gt;
Wleźliśmy aż po pachy w kompleks całkiem niewąski,&lt;br&gt;
W koszmar stałej wdzięczności bez wyjść, drzwiczek i bram.&lt;br&gt;
Dziękujemy za zwykłe sprawy i obowiązki&lt;br&gt;
I czekamy, by także podziękował ktoś nam...&lt;br&gt;
Dzisiaj w nocy ma żona siadła naraz na łóżku,&lt;br&gt;
Wykazując, że stać ją na gest piękny i takt,&lt;br&gt;
I szepnęła - &lt;i&gt;Dziękuję za pieszczoty, staruszku...!&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
&lt;i&gt;- Nie ma za co...&lt;/i&gt; - bąknąłem. Żona rzekła: - &lt;i&gt;To fakt...&lt;/i&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kompromitacja wieszcza</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/102/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/102/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOMPROMITACJA WIESZCZA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
SŁOWACKI: Witam!&lt;br&gt;
REDAKTOR: Witam uprzejmie!&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Pan jest redaktorem?&lt;br&gt;
REDAKTOR: Ja...&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Ten poemat wczoraj machnąłem wieczorem,&lt;br&gt;
	Zechciej waszmość zamieścić. Gdy będzie gotowy,&lt;br&gt;
	Proszę przesłać egzemplarz jeden okazowy&lt;br&gt;
	Mej matce. Honorarium wezmę zaraz w kieszeń.&lt;br&gt;
REDAKTOR: Przepraszam, lecz jak godność?&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Kaducznie się spieszę,&lt;br&gt;
	Nie mam czasu na żarty!&lt;br&gt;
REDAKTOR: Żarty? Niby z czego?&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Że nibyś pan nie poznał mistrza Słowackiego,&lt;br&gt;
	Dowcip mierny, lecz niech tam. Teraz płać i kwita.&lt;br&gt;
REDAKTOR: Może nawet zapłacę, lecz niech pan odczyta.&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Czyś pan zdrowy?&lt;br&gt;
REDAKTOR: Zupełnie.&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Masz przed sobą wieszcza.&lt;br&gt;
REDAKTOR: Pięknie, lecz muszę słyszeć, nim co pozamieszczam,&lt;br&gt;
	A zwłaszcza nim zapłacę...&lt;br&gt;
SŁOWACKI: O literaturo!&lt;br&gt;
	Jakże nisko upadłaś... Dobrze, słuchaj, ciuro:&lt;br&gt;
	Uspokojenie!&lt;br&gt;
REDAKTOR: Tytuł jak w sam raz do prasy.&lt;br&gt;
	Zwłaszcza że mamy bardzo niespokojne czasy...&lt;br&gt;
	Proszę czytać!&lt;br&gt;
SŁOWACKI: "Jest u nas kolumna w Warszawie,&lt;br&gt;
	Na której usiadają podróżne żurawie,&lt;br&gt;
	Spotkawszy jej liściane czoło..."&lt;br&gt;
REDAKTOR: Kto tam siada?&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Żurawie, a waść niech mi co chwilkę nie wpada!&lt;br&gt;
	"Spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka,&lt;br&gt;
	Taka zda się odludna..."&lt;br&gt;
REDAKTOR: Toć żuraw nie sroka,&lt;br&gt;
	Na kolumnie nie siędzie!&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Nie siędzie?&lt;br&gt;
REDAKTOR: Broń Boże!&lt;br&gt;
	Choćby nawet chciał usiąść, to nijak nie może,&lt;br&gt;
	Siada tylko na stepy, względnie na mokradła!&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Ta ptaszyna?&lt;br&gt;
REDAKTOR: Ptaszyna? Jakby panu spadła&lt;br&gt;
	Na głowę, to pan życie straciłbyś z tą chwilą.&lt;br&gt;
	Wielka jak struś, a waży ze czterdzieści kilo!&lt;br&gt;
SŁOWACKI: To straszne!&lt;br&gt;
REDAKTOR: Żyje w Azji i w części Europy,&lt;br&gt;
	Na drzewie też nie siada, bo ma takie stopy,&lt;br&gt;
	Że niczego nie może się przyczepić niemi,&lt;br&gt;
	I nawet swoje gniazdo buduje na ziemi.&lt;br&gt;
	Reasumując...&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Oszczędź wstydu i sromoty!&lt;br&gt;
REDAKTOR: Napisz pan, że kolumnę obsiadają koty&lt;br&gt;
	lub wrony...&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Milcz, bo padnę...&lt;br&gt;
REDAKTOR: Może podać wody?&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Dzięki... żegnam...&lt;br&gt;
REDAKTOR: Pan dokąd?&lt;br&gt;
SŁOWACKI: Uczyć się przyrody.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Konsekwencja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/103/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/103/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KONSEKWENCJA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rzecz się zdarzyła taka, ujmując w jednym zdaniu:&lt;br&gt;
Sierżant Miziak Dreptaka złapał na skrzyżowaniu.&lt;br&gt;
Gwizdnął na niego gwizdkiem, pokiwał mu przed nosem&lt;br&gt;
I wsiadł na niego z pyskiem: -Nie wolno iść ukosem!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tu spojrzał jak król Dariusz na helleńską ofiarę,&lt;br&gt;
Wyjął dury kwitariusz i mruknął: - Płać pan karę!&lt;br&gt;
Lecz ku zdumieniu świata Dreptak zareplikował:&lt;br&gt;
- Bez mego adwokata nie powiem ani słowa!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zaś sierżant biedaczyna struchlał i tylko dyszał,&lt;br&gt;
Bo chodził wszak do kina i nieraz to zdanie słyszał,&lt;br&gt;
Kiedy przeróżni gangsterzy żądali adwokatów,&lt;br&gt;
Lecz tu przy naszym skwerze i przy płaceniu mandatu???!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Konstrukcja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/104/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/104/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Konstrukcja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nasz gotyk jest nieczysty, nasz renesans skażony,&lt;br&gt;
Różni obcy najeźdźcy gwałcili nasze żony,&lt;br&gt;
Cudzych kultur i wpływów wszędzie widzi się dotyk:&lt;br&gt;
Renesans bizantyjski, a krzyżacki jest gotyk.&lt;br&gt;
Nasz jadłospis jest dziwny, szwedzko-czesko-madziarski,&lt;br&gt;
Temperament angielsko-izraelsko-tatarski,&lt;br&gt;
Nasz klimat jest mieszany, syberyjsko-kongijski,&lt;br&gt;
Duma starohiszpańska, a sentyment rosyjski.&lt;br&gt;
Flamandzkie falsyfikaty sprzedaje nasza Desa,&lt;br&gt;
Nasz gotyk jest nieczysty, skażony nasz renesans.&lt;br&gt;
Jagiełło był Litwinem, Chopin był pół-Polakiem,&lt;br&gt;
Książę Pepi był Włochem, Czechem i Austriakiem.&lt;br&gt;
Nasze polskie nazwiska także nie trącą sztampą:&lt;br&gt;
Tuwim, Longchamps, Bierdiajew, Lem i Scipio del Campo..&lt;br&gt;
Pokalanie poczęci, krzyżowani od wieków&lt;br&gt;
Tureccyśmy są święci i udawacze Greków.&lt;br&gt;
Raz nam plagi egipskie, a raz sumy bajońskie,&lt;br&gt;
Jeździmy na Targi Lipskie, lubimy filmy japońskie,&lt;br&gt;
Nasz uśmiech jest promienny, nasz handel jest fatalny,&lt;br&gt;
Nasz renesans - odmienny, gotyk - oryginalny.&lt;br&gt;
Seryjnie nieprostolinijni, aluzyjnie niewinni,&lt;br&gt;
Przez wszystkie analogie całkiem od innych inni,&lt;br&gt;
Nie tacy i nie jacy, lecz właśnie jacy tacy,&lt;br&gt;
Bądź co bądź i gdzie niebądź, co niebądź Polacy.&lt;br&gt;
Kędy sesje, procesje, stocznie i niewypały,&lt;br&gt;
Renesans najśliczniejszy i gotyk wspaniały.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jadą, jadą wozy z żytem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/105/</link><pubDate>Sun, 31 Mar 2002 12:46:28 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/105/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Jadą, jadą wozy z żytem
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jadą, jadą wozy z żytem i tramwaje mkną ze zgrzytem,&lt;br&gt;
Warczą tryby, kopalniane rosną szyby. &lt;br&gt;
Ale Polak zamiast cieszyć się tym wspólnym dobrobytem&lt;br&gt;
Kombinuje ciągle, co by było gdyby.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dobra władza transmituje to Kołobrzeg, to znów Sopot&lt;br&gt;
A on martwi się i myśli pełen zgrozy:&lt;br&gt;
"&lt;i&gt;Gdyby babcia miała kółka, to dopiero byłby kłopot,&lt;br&gt;
Bo na zimę trzeba by jej wkręcać płozy&lt;/i&gt;".
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nieopodal inny rodak, zatrzasnąwszy się w łazience,&lt;br&gt;
Taką skraca dywagacją swój w niej pobyt:&lt;br&gt;
"&lt;i&gt;Gdyby konus, król Łokietek, wpadł w Ojcowie Czechom w ręce,&lt;br&gt;
To dziś byśmy mieli knedle i dobrobyt&lt;/i&gt;".
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kraina starszych panów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/106/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/106/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Kraina starszych panów
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jest gdzieś kraina starszych panów,&lt;br&gt;
Ciepła, wesoła i różowa.&lt;br&gt;
I kiedy tam się zbudzisz rano&lt;br&gt;
Nie musisz się gimnastykować.&lt;br&gt;
Możesz poleżeć wśród poduszek&lt;br&gt;
Zanim zakipi świeża kawa,&lt;br&gt;
I tak ci nie wyrośnie brzuszek,&lt;br&gt;
I tak ci nie zagrozi zawał.&lt;br&gt;
Czystej pościeli czujesz dotyk,&lt;br&gt;
Bułeczki z masłem ci podają,&lt;br&gt;
Nie musisz spieszyć do roboty,&lt;br&gt;
Nie musisz pchać się do tramwaju.&lt;br&gt;
Nie grozi ci gderanie żony&lt;br&gt;
Uszu nie wierci gwar ulicy,&lt;br&gt;
Wstajesz od razu ogolony,&lt;br&gt;
Wyprężasz ciało pod prysznicem,&lt;br&gt;
I oto już po trotuarze&lt;br&gt;
Stąpasz zerkając na kobiety,&lt;br&gt;
Wypijasz jeden koniak w barze&lt;br&gt;
Przerzucasz pisma i gazety.&lt;br&gt;
Po pół godzinie - syty wiedzy -&lt;br&gt;
Odwiedzasz szereg pięknych sklepów.&lt;br&gt;
Aż spotykają cię koledzy,&lt;br&gt;
Dobrane grono starych repów....&lt;br&gt;
Więc chichy-śmichy, gadu gadu:&lt;br&gt;
- Pamiętasz Manię, Franię, Zosię?&lt;br&gt;
I tak czas zleci do obiadu,&lt;br&gt;
A dziś jest ozór w szarym sosie.&lt;br&gt;
Cóż, portfel pełen masz gotówki,&lt;br&gt;
A dla swych kumpli wiele serca,&lt;br&gt;
Więc od żubrówki do wiśniówki,&lt;br&gt;
A może być i vice versa.&lt;br&gt;
Niewinne, przyjacielskie waśnie&lt;br&gt;
Uprzyjemniają tylko sjestę...&lt;br&gt;
A wtem - jak coś ci we łbie trzaśnie!&lt;br&gt;
O rany - myślisz - gdzie ja jestem?&lt;br&gt;
Zniknęła miła knajpka w lesie,&lt;br&gt;
Oliwne się rozwiały gaje,&lt;br&gt;
Przy łóżku budzik wrednie drze się&lt;br&gt;
Za oknem auta i tramwaje,&lt;br&gt;
Dwudniowy zarost masz na twarzy,&lt;br&gt;
W ogóle czujesz się do chrzanu...&lt;br&gt;
Wytrwaj! Wieczorem znów pomarzysz:&lt;br&gt;
...jest gdzieś kraina starszych panów...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Krnąbrny Dyzio</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/107/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/107/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Krnąbrny Dyzio
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mama jęczy, tato kwęka,&lt;br&gt;
Babcia lamentuje&lt;br&gt;
Dyzio nie chce kuszać mięska,&lt;br&gt;
Od wczoraj głoduje!&lt;br&gt;
Nie chce także zjadać zupki,&lt;br&gt;
A nawet piernika,&lt;br&gt;
Nie ma z czego zrobić kupki,&lt;br&gt;
Prawie nic nie sika.&lt;br&gt;
Dyzio dawno już się żalił&lt;br&gt;
Że go nie kochają,&lt;br&gt;
Wreszcie w przejściu się uwalił,&lt;br&gt;
Pół chałupy zajął.&lt;br&gt;
Wuj miał jechać w delegację&lt;br&gt;
A tu drzwi zaparte,&lt;br&gt;
Dalejż więc w negocjacje&lt;br&gt;
Z upartym bękartem!&lt;br&gt;
Gadu-gadu, radu-radu,&lt;br&gt;
Mecz na postulaty:&lt;br&gt;
- Możesz leżeć bez obiadu,&lt;br&gt;
Lecz nie blokuj chaty!&lt;br&gt;
- Dyziu, ja do sklepu muszę,&lt;br&gt;
Posuń się, nie szalej!&lt;br&gt;
- A ja kurwa się nie ruszę,&lt;br&gt;
Błagajta mnie dalej!&lt;br&gt;
Wreszcie zawezwano stryja&lt;br&gt;
A stryj był osiłek,&lt;br&gt;
Jedną ręką łaps za ryja,&lt;br&gt;
Drugą łaps za tyłek!&lt;br&gt;
Poczem Dyzia jak nie kopnie&lt;br&gt;
Kościstym kolanem!&lt;br&gt;
Dyzio wrzasnął raz okropnie&lt;br&gt;
I znikł pod tapczanem.&lt;br&gt;
Wnet mu przeszło głodowanie,&lt;br&gt;
Innym już nie szkodzi,&lt;br&gt;
Ożywiło się mieszkanie&lt;br&gt;
Można po nim chodzić!&lt;br&gt;
Mamy z tego konstatację,&lt;br&gt;
A nawet myśl złotą:&lt;br&gt;
Że dobre są pertraktacje,&lt;br&gt;
Ale nie z idiotą.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Krtka opowiest o pripadkowe demokrace w czechoslowace</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/108/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/108/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Krtka opowiest o pripadkowe demokrace w Czechosłowace
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czesko ta se bala, że ledwi ruchala,&lt;br&gt;
Ne melo svobody (oprocz generala)&lt;br&gt;
Na krku jeim sidili zbrojowany Rusak,&lt;br&gt;
Na Hradczanach rzidil wrdny prnik Husak.&lt;br&gt;
Hawel sidil w prdlu. Dupczek sidil w pace,&lt;br&gt;
Bilak bral penizki za kolaborace,&lt;br&gt;
Priroda zatruta, zdichla każda pticzka,&lt;br&gt;
Do Polsko spuskano smrdena wodiczka.&lt;br&gt;
Przisel Jakesz, takeż swinja a piekielnik,&lt;br&gt;
Kraj bił simpaticzen ako czeski celnik.&lt;br&gt;
Czesi se ne mieli do boju priuczki,&lt;br&gt;
Kdy kto do nich strejlau - podnimali ruczki,&lt;br&gt;
Woleli pociupciać jako krasnu holku,&lt;br&gt;
Prdnut po knedliczkach, a stancowat polku.&lt;br&gt;
Wtem jak coś ne dupne!.... Hawel ostal w polu,&lt;br&gt;
Zarozki podyrdal podlizat se Kohlu.&lt;br&gt;
Teraz Czech uż ne da sobi srat do kaszy,&lt;br&gt;
Chyba że go znowuż ktoś mocno nastraszy, konec.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kuchnia polska</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/109/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/109/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Kuchnia polska
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bekwarku, z zazdrości spuchnij&lt;br&gt;
I nogi za pas weź -&lt;br&gt;
Oto jest pieśń o kuchni,&lt;br&gt;
Wysokich lotów pieśń!&lt;br&gt;
Nad sadybami Słowian&lt;br&gt;
W dorzeczu Odry i Brdy&lt;br&gt;
Wicher historii, gdy powiał -&lt;br&gt;
Zapachy kuchenne z nim szły.&lt;br&gt;
Piekły się w skalnych bratrurach&lt;br&gt;
Jesiotry, niedźwiedzie lub&lt;br&gt;
Udźce z łosia i tura,&lt;br&gt;
Jak również żubr, względnie bóbr.&lt;br&gt;
Wrzucano do owej dziczyzny&lt;br&gt;
To brukiew, to pencak, to groch,&lt;br&gt;
A później - pęczki włoszczyzny&lt;br&gt;
(gdy Bona przywiozła ją z Włoch).&lt;br&gt;
Pan Kolumb odkrył ziemniaczki,&lt;br&gt;
Car Iwan kabaczki nam dal,&lt;br&gt;
Gdy Henryk Walezjusz zjadł flaczki,&lt;br&gt;
To zaraz do Francji zwiał.&lt;br&gt;
Batory się otruł rzodkiewką,&lt;br&gt;
Król Staś wydawał obiady,&lt;br&gt;
Horeszko czarną polewką&lt;br&gt;
Nakłonił Soplicę do zdrady.&lt;br&gt;
Przez Polskę, gdy jechał, Suworow&lt;br&gt;
Do adiutantów rzekł swych:&lt;br&gt;
Ech, skolko zdzieś pomidorów, &lt;br&gt;
A skolko witamin w nich! &lt;br&gt;
Stek, zrazy, pierogi, kołduny, &lt;br&gt;
Wędzonych kiełbas dym... &lt;br&gt;
Ułani jak jasne pieruny&lt;br&gt;
Walczyli po wikcie tym! &lt;br&gt;
Nasz rodak popuszczał szelek &lt;br&gt;
(gdy nie stać go było na pas) &lt;br&gt;
I mawiał: - O, kuchnia Felek, &lt;br&gt;
To kuchnia w sam raz dla mas! &lt;br&gt;
Dziś w kuchni też nie jest pusto, &lt;br&gt;
Lecz nudno, że niech ja zdechnę:&lt;br&gt;
- Poproszę schabowy z kapustą, &lt;br&gt;
Pół litra i "Słowo Powszechne"!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ku wiosnie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/110/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/110/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ku wiośnie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ma się już ku wiośnie,&lt;br&gt;
Dmie ciepły wiaterek,&lt;br&gt;
Wkrótce nam wyrośnie&lt;br&gt;
Rzepka i selerek.&lt;br&gt;
Kolorowe kwiatki&lt;br&gt;
Będą klomb okalać&lt;br&gt;
I córka sąsiadki&lt;br&gt;
Wyjdzie się opalać.&lt;br&gt;
Siądzie na leżaku&lt;br&gt;
W mini lub bikini&lt;br&gt;
I będzie ją z krzaków&lt;br&gt;
Podglądać Puccini,&lt;br&gt;
Ale nie Giacomo&lt;br&gt;
Tylko Jan Bazyli&lt;br&gt;
Z sąsiedniego domu,&lt;br&gt;
A właściwie willi.&lt;br&gt;
Jana Bazylego&lt;br&gt;
Podgląda natomiast&lt;br&gt;
Kociutko z kolegą&lt;br&gt;
Co się wabi Wdowiak.&lt;br&gt;
Bowiem chcą go wspólnie&lt;br&gt;
wysadzić z posady&lt;br&gt;
Za - mówiąc ogólnie -&lt;br&gt;
Niezdrowe zasady.&lt;br&gt;
Wdowiaka z Kociutką&lt;br&gt;
Też na szaro zrobi&lt;br&gt;
Pielący w ogródku&lt;br&gt;
Trypućko Zenobi.&lt;br&gt;
Zenobiego - cizia&lt;br&gt;
Superfajczak Fela,&lt;br&gt;
Felę - sierżant Miziak,&lt;br&gt;
Jego - ksiądz Chudzielak.&lt;br&gt;
Ja zaś pooskarżam&lt;br&gt;
Księdza Chudzielaka&lt;br&gt;
Że zamiast brewiarza&lt;br&gt;
Czytuje Balzaka.&lt;br&gt;
Dzięcioł puka w sosnę,&lt;br&gt;
Rośnie niezabudka...&lt;br&gt;
Łatwiej nam na wiosnę,&lt;br&gt;
Gdy wszyscy w ogródkach!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Łączność</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ll/111/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ll/111/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Łączność
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Brzmią mazury, polonezy,&lt;br&gt;
Trzeszczy w stawach i w platfusach,&lt;br&gt;
Lśnią łysiny i protezy -&lt;br&gt;
Przyjechali nasi z USA!!!&lt;br&gt;
Duje sobie wietrzyk świeży,&lt;br&gt;
Słonko gości opromienia,&lt;br&gt;
Przyjechali do macierzy&lt;br&gt;
Z dularami po kieszeniach!&lt;br&gt;
Dolar - pieniądz niezbyt pewny,&lt;br&gt;
Podupada coś ostatnio,&lt;br&gt;
Lecz my ocalimy krewnych,&lt;br&gt;
Ochronimy dłonią bratnią!&lt;br&gt;
Tu nie wpadną w żadną bidę,&lt;br&gt;
Tutaj Bush ich nie dopadnie:&lt;br&gt;
- Dawać, dawać tę ohydę,&lt;br&gt;
Niech ten ciężar na nas spadnie!&lt;br&gt;
Ileż krzyku i wesela,&lt;br&gt;
Wszędzie radość, śmiech, zadyszka,&lt;br&gt;
Góralskiego rżnie kapela,&lt;br&gt;
Bigos rżnie rodaków w kiszkach,&lt;br&gt;
Gospodyni rżnie kurczęta,&lt;br&gt;
Rzeźnik wieprzki rżnie seryjnie,&lt;br&gt;
Rodak - patrzy na dziewczęta&lt;br&gt;
Nostalgiczno-aluzyjnie,&lt;br&gt;
Rżną juhasy smrek wspaniały&lt;br&gt;
Na ognisko polonijne,&lt;br&gt;
Huta "Julia" rżnie kryształy&lt;br&gt;
Na prezenty tradycyjne.&lt;br&gt;
Ech, potężnie, ochędożnie&lt;br&gt;
Rżną hołubce, rżną zychycka,&lt;br&gt;
Jutro srogi katz ich dorżnie,&lt;br&gt;
Niczym rezun - obszarnika.&lt;br&gt;
No a teraz bez litości&lt;br&gt;
Mimo krzyków "rany boskie!"&lt;br&gt;
Poubierać trzeba gości&lt;br&gt;
W stroje chińskie lub krakowskie.&lt;br&gt;
Próżno wije się staruszek,&lt;br&gt;
Nie uniknie tej mordęgi:&lt;br&gt;
Już mu wiążą koło uszek&lt;br&gt;
Wielobarwne, długie wstęgi,&lt;br&gt;
Rogatywkę mu na włosy&lt;br&gt;
Tak wbijają, że nie spadnie&lt;br&gt;
I piór pawich całe stosy&lt;br&gt;
Mu wtykają, gdzie popadnie,&lt;br&gt;
I dzwoneczki, żeby dzwonił&lt;br&gt;
I gumiaki mu czerwone,&lt;br&gt;
I powstaje cud: lajkonik&lt;br&gt;
Skrzyżowany z pataszonem.&lt;br&gt;
Już po takich dwóch tygodniach&lt;br&gt;
Pozostawszy prawie nago,&lt;br&gt;
Rodak w pożyczonych spodniach&lt;br&gt;
Daje dyla do Chicago.&lt;br&gt;
Ale długo nie posiedzi,&lt;br&gt;
Nie wyleczy bólu głowy,&lt;br&gt;
Bo już wkrótce go odwiedzi&lt;br&gt;
Polski zespół rozrywkowy!&lt;br&gt;
Trzeszczy w stawach i platfusach,&lt;br&gt;
Lśnią łysiny i protezy,&lt;br&gt;
Odwiedzili nasi USA!&lt;br&gt;
Duje sobie wietrzyk świeży,&lt;br&gt;
Słonko gości opromienia,&lt;br&gt;
Przyjechali wprost z macierzy&lt;br&gt;
Z... paprochami po kieszeniach.&lt;br&gt;
I wnet w parafialnej sali&lt;br&gt;
Gdzie bilety po dolarze,&lt;br&gt;
Będą dziadka rozśmieszali&lt;br&gt;
Scen stołecznych luminarze.&lt;br&gt;
Ale to już będzie miłe,&lt;br&gt;
Bo pomyśli rodak raźnie:&lt;br&gt;
W Polsce - ja się wygłupiłem,&lt;br&gt;
Tutaj - ty się szmacisz, błaźnie!&lt;br&gt;
Błazen tańczy, zespół smuci,&lt;br&gt;
Jaka praca, taka płaca,&lt;br&gt;
Grunt, że się ten wyjazd zwróci!&lt;br&gt;
Mnie - na samą myśl się zwraca...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lajkonik</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/112/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/112/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Lajkonik
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Podobno po kraju się pęta&lt;br&gt;
Ze śmieszną buławą w dłoni&lt;br&gt;
Pijany polski centaur,&lt;br&gt;
Czyli krakowski lajkonik.&lt;br&gt;
Ród jego z dziada-pradziada,&lt;br&gt;
Od wielu długich stuleci,&lt;br&gt;
Strój Lajkonika wkładał&lt;br&gt;
I straszył, i śmieszył dzieci.&lt;br&gt;
Tak to szło z ojca na syna,&lt;br&gt;
Latali cudacznie przebrani,&lt;br&gt;
Aż wreszcie teoria Darwina&lt;br&gt;
Uwidoczniła się na nich.&lt;br&gt;
Cóż, zmiany są nawet w pietruszce,&lt;br&gt;
Zmienia się koń, słoń i aster&lt;br&gt;
(jak to Darwin stwierdził na muszce&lt;br&gt;
Drosophila Melanogaster),&lt;br&gt;
Więc oni też w ciągu pokoleń&lt;br&gt;
Ewolucji poddali się prawom -&lt;br&gt;
Jeden wujek miał końską goleń,&lt;br&gt;
Pewien stryjo dokarmiał się trawą,&lt;br&gt;
Prapradziadek żarł owies w kuble&lt;br&gt;
I rżał jak stepowe ogiery,&lt;br&gt;
Za szwagierką latały wróble&lt;br&gt;
(dodajmy - nie bez kozery...),&lt;br&gt;
A nasz nieszczęsny bohater,&lt;br&gt;
Gdy nocą wszedł do remizy,&lt;br&gt;
By zdjąć owłosienie kosmate&lt;br&gt;
I cały swój koński rekwizyt,&lt;br&gt;
Zesztywniał ze strachu jak wiosło,&lt;br&gt;
A nawet jak wielka płyta,&lt;br&gt;
Bo wszystko to mu przyrosło,&lt;br&gt;
Od łba po same kopyta.&lt;br&gt;
O niesłychane skutki,&lt;br&gt;
O jejku, jej, o raju!&lt;br&gt;
Lajkonik popił wódki&lt;br&gt;
I poszedł, w poprzek kraju!&lt;br&gt;
W zaroślach zaszeleścił,&lt;br&gt;
Oddala się... blednie... znika...&lt;br&gt;
Tylko czasami wieści&lt;br&gt;
Czytamy w periodykach,&lt;br&gt;
Że ktoś, odziany w burnus,&lt;br&gt;
Wynurzywszy się z lasu,&lt;br&gt;
Skrzywdził pod Kutnem turnus&lt;br&gt;
Działaczek "Caritasu",&lt;br&gt;
Że gdzieś tam dzieci naiwne&lt;br&gt;
Widziały rzekomo czarta,&lt;br&gt;
Że żubry latoś są dziwne,&lt;br&gt;
Bo jeden cytował Lenarta,&lt;br&gt;
Że pewien profesor, genetyk,&lt;br&gt;
Który krzyżował tarpany,&lt;br&gt;
Nawrócił się - choć heretyk -&lt;br&gt;
I krzyczał: - O Jezu! O rany!&lt;br&gt;
Ale żem pokrzyżował!&lt;br&gt;
Ja chyba zwariuję! O zgrozo!&lt;br&gt;
(i rzeczywiście zwariował,&lt;br&gt;
zgodnie ze swoją prognozą).&lt;br&gt;
Zaś ta afera cała&lt;br&gt;
Wyraźnie nas ostrzega&lt;br&gt;
Że ten lajkonik gdzieś działa,&lt;br&gt;
Że może gdzieś blisko przebiega?&lt;br&gt;
Że może zza narożnika&lt;br&gt;
Wyskoczy i w nas uderzy?&lt;br&gt;
O, strzeżmy się lajkonika,&lt;br&gt;
Który sam w siebie uwierzył,&lt;br&gt;
W swą inność, w swoje zadanie,&lt;br&gt;
W swą misję, w swą wyższość być może,&lt;br&gt;
I wrósł w swe dziwaczne ubranie,&lt;br&gt;
I zrzucić go już nie może.&lt;br&gt;
I pewnie już nie pamięta,&lt;br&gt;
Że jako błazen zaczynał -&lt;br&gt;
Lajkonik, żałosny centaur,&lt;br&gt;
Ofiara wymysłów Darwina...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lamentacja posiadaczy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/113/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/113/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Lamentacja posiadaczy
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zasypia świat umęczony,&lt;br&gt;
Czerni się noc bezgwiezdna,&lt;br&gt;
A żony, niewierne żony,&lt;br&gt;
W samochodach kupionych przez nas...&lt;br&gt;
A żony, żony niewierne,&lt;br&gt;
A samochody nowe,&lt;br&gt;
Za nasze męki niezmierne,&lt;br&gt;
Za nadgodziny biurowe...&lt;br&gt;
A drogie to samochody,&lt;br&gt;
A jeszcze nowiutkie i czyste!&lt;br&gt;
A jakie musiałem mieć chody,&lt;br&gt;
Żeby się dostać na listę!&lt;br&gt;
Więc nogi mamy jak z waty.&lt;br&gt;
A serce - jak centryfugi,&lt;br&gt;
A jeszcze przed nami raty&lt;br&gt;
Jak polskich wierzb szereg długi,&lt;br&gt;
Co wyśpiewywał je Chopin&lt;br&gt;
W niektórych - bodajże - mazurkach...&lt;br&gt;
Zachciało nam się Europę&lt;br&gt;
Udawać, wodna-żeż kurka!&lt;br&gt;
Zachciało nam się wozów,&lt;br&gt;
Zachciało się, hej, samochodów...&lt;br&gt;
O, pozo, polska pozo!&lt;br&gt;
Papugo i pawiu narodów!&lt;br&gt;
I oto krajobraz zamglony,&lt;br&gt;
I oćma wstaje od Gniezna,&lt;br&gt;
A żony, niewierne żony,&lt;br&gt;
W samochodach kupionych przez nas...&lt;br&gt;
A żony polami, lasami,&lt;br&gt;
Susami na przełaj sadzą...&lt;br&gt;
Już mniejsza, że z kochankami,&lt;br&gt;
Lecz po co same prowadzą?!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Łańcuszek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ll/114/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ll/114/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ŁAŃCUSZEK
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz jesienią, chyba w listopadzie,&lt;br&gt;
Kiedy świat stał się brudny jak szmatka&lt;br&gt;
Tata Dreptak ze swym synkiem Tadziem&lt;br&gt;
Wybrał się na grób Dreptaka - dziadka.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Był to sobie grobek jakich wiele,&lt;br&gt;
Wyrósł na nim powój, czy też rzepak&lt;br&gt;
Albo może jakieś inne ziele&lt;br&gt;
I pisało: Tu spoczywa Dreptak.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Brzydkie chmury goniły po niebie,&lt;br&gt;
Na cmentarzu było mało osób...&lt;br&gt;
Tata stanął i spojrzał przed siebie&lt;br&gt;
I za siebie - w bardzo dziwny sposób.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Legowisko lwa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/115/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/115/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Legowisko lwa
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto jest legowisko lwa:&lt;br&gt;
Zamaskowana dywanem podłoga,&lt;br&gt;
Klubowe fotele dwa,&lt;br&gt;
Na ścianie reprodukcja Van Gogha;&lt;br&gt;
Pod Van Goghiem ciężarki i hantle,&lt;br&gt;
Których widok drze się wielkim głosem,&lt;br&gt;
Że ten lew, czyli że pan ten,&lt;br&gt;
Jest sportsmenem, kulturystą i herosem.&lt;br&gt;
Oto jest legowisko lwa,&lt;br&gt;
A oto żerowisko lwa: ogromny tapczan,&lt;br&gt;
Nad tapczanem lampki wątły blask,&lt;br&gt;
Zawieszonej przy pomocy spinacza,&lt;br&gt;
Przy tapczanie - dwudrzwiowa szafa,&lt;br&gt;
W niej księgozbiór, osiem tomów raptem:&lt;br&gt;
Pięć Agaty Christie, a trzy Staffa,&lt;br&gt;
A na oknie szkło i adapter.&lt;br&gt;
Raz na tydzień adapter gra,&lt;br&gt;
Płynie zapach zaparzonej herbaty...&lt;br&gt;
Oto jest legowisko lwa,&lt;br&gt;
A lew jest starej daty.&lt;br&gt;
W przedpokoju ma kuchenkę i zlew,&lt;br&gt;
Nad nim lustro śmieszne i krzywe;&lt;br&gt;
Przed tym lustrem wyliniały lew&lt;br&gt;
Czesze co dzień swą skąpą grzywę.&lt;br&gt;
Albo sprawdza, czy minął mu obrzęk&lt;br&gt;
Pod oczami i czy język obłożony...&lt;br&gt;
A koledzy mówią: - Ten ma dobrze...&lt;br&gt;
I z niesmakiem patrzą na swe żony.&lt;br&gt;
I dosłownie nie ma prawie dnia.&lt;br&gt;
Żeby któryś nie przyszedł do niego:&lt;br&gt;
- Ty mi pożycz legowisko lwa,&lt;br&gt;
A ja dam ci na kino, kolego...&lt;br&gt;
Lew się dziwi, zazdrości im rodzin,&lt;br&gt;
Chętnie z dziećmi by się bawił jak psisko,&lt;br&gt;
Ale daje ten klucz i wychodzi&lt;br&gt;
Pod chmurami wiszącymi nisko.&lt;br&gt;
Mija schody, podwórko i dom&lt;br&gt;
I odpływa w samotność wieczoru...&lt;br&gt;
Nie jest dobrze samotnym lwom,&lt;br&gt;
Legowiskom wbrew i wbrew pozorom.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lew i koza</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/116/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/116/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Lew i koza
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To mnie trochę, proszę państwa, deprymuje,&lt;br&gt;
Trochę czuję się jak jakiś stary dziad,&lt;br&gt;
Siostrzeniczka, proszę państwa, mi per wujek,&lt;br&gt;
A ja ledwie mam pięćdziesiąt parę lat.&lt;br&gt;
Jeszcze nie jest ze mnie przecież hipopotam,&lt;br&gt;
Jeszcze ja bym, proszę państwa, pokaz dał,&lt;br&gt;
Jeszcze jak mi czasem, proszę? Zresztą co tam,&lt;br&gt;
W każdym razie jeszcze jestem chłop na schwał!&lt;br&gt;
O, a propos, proszę państwa, siostrzeniczka;&lt;br&gt;
Wyobraża sobie koza bóg wie co, &lt;br&gt;
Głaszcze, klepie mnie jak dziadka po policzkach, &lt;br&gt;
A ja myślę: - Ja bym klepnął cię w te... no... &lt;br&gt;
Zresztą mniejsza, ale fakt, że to szelmutka, &lt;br&gt;
Skąd ta młodzież, proszę państwa, wzięła się? &lt;br&gt;
Jaki biuścik, proszę państwa, co za udka, &lt;br&gt;
Że aż zęby... pardon, że aż oczy rwie! &lt;br&gt;
Lecz nie czas zawracać głowy byle kozą, &lt;br&gt;
W moim wieku jest problemów innych dość, &lt;br&gt;
Spójrzmy na nią chłodno, trzeźwo, jak filozof, &lt;br&gt;
Beznamiętnie, po ojcowsku... Uuuuu, psiakość... &lt;br&gt;
Jakie toto ma cholernie długie nogi, &lt;br&gt;
Jaki, panie, że tak, prawda, tego, pąk, &lt;br&gt;
A tak, panie, nie tak dawno... od podłogi... &lt;br&gt;
Jezus Maria, nie utrzymam w miejscu rąk... &lt;br&gt;
Aniołowie... święci pańscy mnie ratujcie... &lt;br&gt;
Siostrzeniczka... prawie córka... własna krew... &lt;br&gt;
Nie nazywaj mnie, cholero, swoim wujciem!!! &lt;br&gt;
Odejdź, kozo, niech spoczywa stary lew...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>List do żony</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/117/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/117/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
List do żony
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kochanie, ty po lasach brodzisz&lt;br&gt;
A tu z kiciusiem twoim klapa,&lt;br&gt;
Twój kiciuś nie ma już w czym chodzić,&lt;br&gt;
Zużył bielizny cały zapas,&lt;br&gt;
Całkiem dziurawe ma skarpetki,&lt;br&gt;
Boso kuśtyka po ogródku,&lt;br&gt;
Patrzy na dalie i nagietki&lt;br&gt;
A serce żre mu robak smutku.&lt;br&gt;
Ty sobie bawisz na Marienbadach&lt;br&gt;
W Sobótkach, względnie w Obornikach,&lt;br&gt;
I nie wiesz co twój kiciuś jada,&lt;br&gt;
Jakie paskudztwa czasem łyka,&lt;br&gt;
Jak mu nie służy kalarepka&lt;br&gt;
Jakie mu brzuszek robi harce&lt;br&gt;
Gdy je spleśniałe skórki z chlebka,&lt;br&gt;
Coś zostawiła je w spiżarce,&lt;br&gt;
Czasami kiciuś w łóżku leży&lt;br&gt;
Gorzko przeklina swoją dolę&lt;br&gt;
Patrząc na brudny stos talerzy&lt;br&gt;
Wyrastający wzwyż na stole,&lt;br&gt;
Popatrzy, pośpi i popłacze,&lt;br&gt;
Zabeczy jak zabłąkana owca:&lt;br&gt;
- O miła, kiedy cię zobaczę?&lt;br&gt;
Wróć z tej Ostendy czy z Wągrowca!&lt;br&gt;
Zjaw się, zaceruj dziury w spodniach,&lt;br&gt;
Spraw by znów wszystko zajaśniało,&lt;br&gt;
Nie zdradzam cię już od tygodnia&lt;br&gt;
Zupełnie mi się odechciało,&lt;br&gt;
Karty nie bawią mnie i goście,&lt;br&gt;
Inne rozkosze teraz wolę -&lt;br&gt;
Ot, chciałbym sobie przewlec pościel,&lt;br&gt;
Raz spróbowałem. Nie wydolę.&lt;br&gt;
Kochanie moje, wróć z Lidzbarku,&lt;br&gt;
Porzuć Hawaje, Dardanele,&lt;br&gt;
Możesz mi dać po karku,&lt;br&gt;
Lecz weź mnie znów pod kuratelę!!!&lt;br&gt;
Przyjedź, pocałuj czółko łyse,&lt;br&gt;
Zrób obiad, spodniom przywróć kancik....&lt;br&gt;
Kiciuś już nie chce być tygrysem.&lt;br&gt;
...chce być kiciusiem swojej panci...!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>List w sprawie polonistów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/118/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/118/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
List w sprawie polonistów
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Polonista to nie zawód, lecz hobby,&lt;br&gt;
Polonistą być - nie życzę nikomu.&lt;br&gt;
Polonista po godzinach nie dorobi,&lt;br&gt;
Choćby zabrał robotę do domu.&lt;br&gt;
Polonista nie wędruje po mieszkaniach,&lt;br&gt;
Nie odzywa się wchodząc ze dworu:&lt;br&gt;
- Bardzo ładnie rozbieram zdania,&lt;br&gt;
Czy jest jakieś stare zdanie do rozbioru?&lt;br&gt;
Choćby szukał, racji i pretekstów&lt;br&gt;
I tak zawsze pozostanie na uboczu -&lt;br&gt;
Mniej się ceni analizę tekstu&lt;br&gt;
Od banalnej analizy moczu...&lt;br&gt;
Cera blada, na portkach łaty,&lt;br&gt;
Rozmaite braki w kondycji,&lt;br&gt;
Oświeceniem nie oświecisz sobie chaty,&lt;br&gt;
Pozytywizm nie poprawi twej pozycji.&lt;br&gt;
Poloniście sterczą chude żebra&lt;br&gt;
Jak sztachety mizernego płotu,&lt;br&gt;
Gdy się jeden raz u Zuzi rozebrał,&lt;br&gt;
To się składał z orzeczenia i z podmiotu.&lt;br&gt;
A jak inny zleciał kiedyś z ławki,&lt;br&gt;
Bo był gapa wyjątkowa i niezguła,&lt;br&gt;
To zostały zeń cztery przydawki,&lt;br&gt;
Dwa zaimki i partykuła...&lt;br&gt;
Polonista, niepoprawny romantyk,&lt;br&gt;
Nie największym się cieszy mirem,&lt;br&gt;
Ale ja mu - laury i akanty,&lt;br&gt;
Ale ja mu - kadzidło i mirrę!&lt;br&gt;
Ale ja go całuję w ramię,&lt;br&gt;
Ale ja go podziwiam i cenię,&lt;br&gt;
A ty przed nim na kolana, chamie,&lt;br&gt;
Cały w złocie i volkswagenie!&lt;br&gt;
Bo jeżeli jesteś i ja jestem,&lt;br&gt;
To dlatego, że stojący na warcie&lt;br&gt;
Polonista znużonym gestem&lt;br&gt;
Kartki książek wertował uparcie&lt;br&gt;
Za kajzera i za Hitlera,&lt;br&gt;
I za cara, i za innych carów paru,&lt;br&gt;
I dlatego właśnie nie umiera&lt;br&gt;
Coś ważnego, co nazywa się Naród.&lt;br&gt;
Więc zamieszczam na końcu listu&lt;br&gt;
Ja, satyryk, błazen i ladaco,&lt;br&gt;
Zdanie proste: - Kocham polonistów!&lt;br&gt;
Rozwinięcie zdania: -&lt;br&gt;
... bo jest za co!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mała Hela</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/119/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/119/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Mała Hela (czyli bajeczka w stylu Jachowicza)
 &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chciała kiedyś mała Hela uczcić Dzień Nauczyciela &lt;br&gt;
Bo jej bardzo była droga ciężka praca pedagoga &lt;br&gt;
Duma przeto, dziecię słabe, jaką by mu zrobić labę &lt;br&gt;
Czy coś uszyć, czy coś kupić i się przy tym nie wygłupić 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stan jej kasy był dość lichy, miała tylko cztery dychy &lt;br&gt;
Więc podkradła stówę ojcu, co ją miał schowaną w kojcu 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rano tatko szukał stówki i robił mamci wymówki&lt;br&gt;
Potem latał za nią z korbą wykrzykując: Oż ty morwo&lt;br&gt;
Wreszcie gonił ją z dwururką i ją nazwał wodną kurką&lt;br&gt;
Ledwie ją ocalił stryjek dając tatce fangę w ryjek
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Marsz sytych kobiet według Kanta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/120/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/120/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Marsz sytych kobiet według Kanta
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
1: &lt;br&gt; Wędrując nocką ciemną&lt;br&gt;
 Czuję się bardzo przyjemnie. &lt;br&gt;
 Bo niebo gwiaździste nade mną &lt;br&gt;
 A prawo moralne we mnie!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
2:&lt;br&gt; Ja też to czuję czasami!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
1:&lt;br&gt; Więc zaśpiewajmy wraz!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
razem:&lt;br&gt; Niebo gwiaździste nad nami, &lt;br&gt;
 Prawo moralne w nas!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
2:&lt;br&gt; Maszerujemy sobie,&lt;br&gt;
 Krok nasz jest równy i dziarski, &lt;br&gt;
 Żaden głodowy marsz kobiet, &lt;br&gt;
 Czyli Korcza z Młynarskim!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
1:&lt;br&gt; My rozstajami, polami,&lt;br&gt;
 Przez zioła, sioła i las -
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
razem:&lt;br&gt; Niebo gwiaździste nad nami, &lt;br&gt;
 Prawo moralne w nas!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Marzenia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/121/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/121/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Marzenia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedy piechur zmęczony przykuca,&lt;br&gt;
Marzy sobie o jedwabnych onucach,&lt;br&gt;
Żeby były śliskie i wygodne,&lt;br&gt;
Eleganckie, a przy tym chłodne...&lt;br&gt;
Chłop ubogi z dalekiego powiatu&lt;br&gt;
Często myśli o siermiędze z brokatu,&lt;br&gt;
Żeby podziw dla całej parafii,&lt;br&gt;
Wszyscy jękną, a wójta szlag trafi.&lt;br&gt;
Ksiądz Chudzielak, chudy i ponury,&lt;br&gt;
Chciałby myckę mieć z krwawej purpury.&lt;br&gt;
I akurat przyjeżdża sufragan&lt;br&gt;
I się robi pieroński bałagan...&lt;br&gt;
Doktor Dziobak, gdy zasypia zmęczony,&lt;br&gt;
To mu skalpel się śni pozłocony&lt;br&gt;
I zazdrosna mina prymariusza,&lt;br&gt;
Który wąsem z irytacją rusza.&lt;br&gt;
Kelner Pućko rozmyśla po cichu&lt;br&gt;
O dwunastu inspektorach PIH-u,&lt;br&gt;
Jak przynoszą jemu paprykarze,&lt;br&gt;
A on mówi do nich: - A ja zważę!&lt;br&gt;
Duma muzyk, który wali w bębny,&lt;br&gt;
Że zrobiono mu koncert odrębny&lt;br&gt;
I przychodzą Oj strach z Rubinsteinem,&lt;br&gt;
I dziękują, że to takie nadzwyczajne.&lt;br&gt;
A ja jestem sobie facet oddzielny,&lt;br&gt;
Mnie się widzi redaktor naczelny,&lt;br&gt;
Jak ma całkiem inną posadę&lt;br&gt;
I ułożyć musi balladę,&lt;br&gt;
A ja mu, broń Boże, nie zatwierdzam&lt;br&gt;
Ani się na niego nie rozsierdzam,&lt;br&gt;
Tylko z boczku się przyglądam zwyczajnie...&lt;br&gt;
Niby taki drobiazg, a jak fajnie!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Marzenie o córce majora</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/122/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/122/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Marzenie o córce majora
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach, chciałbym się, chciałbym ożenić z córką starego majora &lt;br&gt;
I żeby miała na imię Eulalia, Rozalia lub Flora, &lt;br&gt;
I żebyśmy mogli we trójkę siadać wieczorem przy świecach, &lt;br&gt;
A major by gadał kawały i czasem mnie klepał po plecach, &lt;br&gt;
Wybuchałby dziarskim śmiechem i wołał: - Dobre, co, synku? &lt;br&gt;
...aha, i jeszcze koniecznie musi być w stanie spoczynku, &lt;br&gt;
Ten major, nie jego córka, bo córka powinna być krwista, &lt;br&gt;
Przy kości, zdrowa, różowa i do przesady czysta, &lt;br&gt;
I umieć dobrze gotować, i smażyć sznycle, kotlety, &lt;br&gt;
Grochówki, sosy, bigosy i inne żołnierskie konkrety. &lt;br&gt;
Zjadając je słuchałbym gadek o różnych podchodach, atakach, &lt;br&gt;
Rąbaniu szablami po palcach, ciąganiu za uszy po krzakach, &lt;br&gt;
Troczeniu jeńców do siodeł, dawaniu ognia z armat &lt;br&gt;
Przez figle, właśnie w momencie, gdy w lufę zaglądał kamrat, &lt;br&gt;
O licznych wojennych romansach, które się w marszu wiodło &lt;br&gt;
Przy wtórze wytwornych zaproszeń: - Maryśka, wskocz mi na siodło! &lt;br&gt;
Skończywszy opowiadanie, mój teść by sięgał na półkę &lt;br&gt;
Po pistolety, by zagrać - jak co wieczora - w kukułkę, &lt;br&gt;
I dom by trząsł się od śmiechu, od huku aż do rozpuku, &lt;br&gt;
Przy wtórze dziarskich okrzyków: - Tu jestem, teściuniu, a kuku! &lt;br&gt;
Następnie, sprzątnąwszy gruzy i połamane krzesła, &lt;br&gt;
Wszyscy przyjemnie zmęczeni poszliby trochę się przespać, &lt;br&gt;
I leżąc przy swojej żonie ubranej w koszulę do kostek&lt;br&gt;
Radowałbym się, że życie mam zdrowe, miłe i proste, &lt;br&gt;
A potem wstałbym i poszedł do izby, gdzie na kanapie &lt;br&gt;
Czerstwy i dzielny teść - major - głośno i pięknie chrapie, &lt;br&gt;
I podziękowałbym Bogu za znak łaski całkiem oczywisty,&lt;br&gt;
Że nie jestem wynędzniałym zięciem nerwowego intelektualisty.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mezalians</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/123/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/123/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Mezalians
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ot zamieszanie i panika,&lt;br&gt;
Mać płacze, tato się uskarża:&lt;br&gt;
Syn wysokiego urzędnika&lt;br&gt;
Kocha się w córce badylarza!&lt;br&gt;
Ba, żebyż to się kochał ino,&lt;br&gt;
Nikt by mu nie rzekł nic w tym względzie,&lt;br&gt;
Lecz on, stanąwszy przed rodziną&lt;br&gt;
Oświadczył, że się żenić będzie!&lt;br&gt;
Wuj ta aż wychlał ćwiartkę ginu,&lt;br&gt;
Babcia to siadła aż w sałatkę,&lt;br&gt;
Zoś ojciec jęknął: - Sukinsynu!&lt;br&gt;
(niechcący obrażając matkę),&lt;br&gt;
Następnie usiadł na wersalce,&lt;br&gt;
Wziął tego syna na kolana,&lt;br&gt;
I zaczął o klasowej walce&lt;br&gt;
Mu mówić, o drobnomieszczanach,&lt;br&gt;
Wprost z ust mu wytryskało złoto,&lt;br&gt;
Gdy tak dowodził i basował,&lt;br&gt;
Żeśmy nie o to, i nie po to,&lt;br&gt;
Żeby ten syn się deklasował!&lt;br&gt;
O naszych wspomniał mu sukcesach,&lt;br&gt;
Omówił system gospodarczy,&lt;br&gt;
Że coraz lepiej jest w GS-ach&lt;br&gt;
I że Tarnobrzeg to aż warczy!&lt;br&gt;
Wtem - na kulturę mu skręciło,&lt;br&gt;
Więc dolejże wysnuwać wnioski:&lt;br&gt;
- Tak fajnie jeszcze nam nie było,&lt;br&gt;
Naraz i Niemem, i Żukrowski!&lt;br&gt;
Tu, sądząc, że się syn już zmienił,&lt;br&gt;
Pogłaskał go i spytał rzewnie:&lt;br&gt;
- No i co? Czy się będziesz żenił?&lt;br&gt;
Syn ziewnął, po czym rzekł.- No pewnie!&lt;br&gt;
- Zdrajco! Więc nic cię nie obchodzi&lt;br&gt;
Turoszów, Lubiń i Legnica?&lt;br&gt;
- Obchodzi... - odparł grzecznie młodzik -&lt;br&gt;
Ale z tej Kaśki jest fest szpryca...&lt;br&gt;
Ojciec się jeszcze chwilę dąsał,&lt;br&gt;
Spoglądał po zemdlonych ciociach,&lt;br&gt;
Aż mruknął, podkręcają wąsa:&lt;br&gt;
- Hm... szpryca, a wierząca chociaż?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Miejski poranek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/124/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/124/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Miejski poranek&lt;br&gt;
 &lt;br&gt;
Miejski poranek, pusty przystanek&lt;br&gt;
Za chwilę zabrzmi tu gwar &lt;br&gt;
Piąta na wieży, pachnie chleb świeży&lt;br&gt;
Piekarz o drugiej wstał 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chłopcy od dziewcząt wracają pieszo&lt;br&gt;
Także cieplutcy jak chleb&lt;br&gt;
Senny włamywacz pracę przerywa&lt;br&gt;
Ogołociwszy sklep
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 O takim czasie z psem gdy go ma się&lt;br&gt;
 Najlepiej w miasto iść &lt;br&gt;
 Przez skrzyżowania, bez skrępowania&lt;br&gt;
 O świcie władza śpi 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Piąta dopiero, pierwszy papieros&lt;br&gt;
Celny i ostry jak nóż&lt;br&gt;
Koty się gonią, butelki dzwonią&lt;br&gt;
Mleko przywieźli już
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mistrzostwa świata</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/125/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/125/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MISTRZOSTWA ŚWIATA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w Lozannie względnie w Ałma - Ata&lt;br&gt;
Przy słonecznej pogodzie&lt;br&gt;
Odbyły się mistrzostwa świata&lt;br&gt;
W jeździe figurowej na lodzie.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Boże, jakież tam pokazywano cuda&lt;br&gt;
Jak tam było wesolutko i fajno,&lt;br&gt;
Jakie krzyki, gdy się komuś udał&lt;br&gt;
Lutz podwójny, lub potrójny Zwienoss.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A gdy przedstawiciel Japonii Tatamaraka,&lt;br&gt;
Co byt w łyżwiarstwie wyjątkowym majstrem&lt;br&gt;
Wykręcił poczwórnego Karabraka&lt;br&gt;
Zakończonego odtylcowym Wichajstrem.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I gdy tuż potem wywinął Sakpalto Mortale&lt;br&gt;
I sześć Redebergerów, to się rozległ krzyk&lt;br&gt;
W różnych językach świata: -Brawo, bis, wspaniale!!!&lt;br&gt;
- Splendid!!!&lt;br&gt;
- Bwana Kubwa!!!&lt;br&gt;
- Shynitz!!!&lt;br&gt;
- Semanific!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Modlitwa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/126/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/126/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Modlitwa
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Fiat voluntas Tua... sad za oknem płacze &lt;br&gt;
Za szatą złotych liści, za barwą przepychu... &lt;br&gt;
Do Ciebie serce moje stęsknione kołacze. &lt;br&gt;
Chce się skarżyć przez Tobą... &lt;br&gt;
Chce się żalić cicho...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Fiat voluntas Tua... zabrałeś mi wszystko, &lt;br&gt;
Ojczyznę, ziemię, mienie, radość i pogodę;&lt;br&gt;
Biedniejszy jestem dzisiaj od tych złotych listków, &lt;br&gt;
Które wiatr zimny uniósł w brudną kałuż wodę.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Fiat voluntas Tua... Bądź Twa wola, Panie,&lt;br&gt;
Niech mnie trawy przykryją i liście jesienne,&lt;br&gt;
Tylko niech z Twojej Łaski cud się przedtem stanie,&lt;br&gt;
Niech ujrzę moje Miasto, wolne i promienne...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Modlitwa laika</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/127/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/127/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Modlitwa laika
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
Druga wersja - &lt;a href="https://staging.waligorski.art/liryka/m/678/"&gt;Modlitwa do Karola Marksa&lt;/a&gt;
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
(z cytatami z Tuwima i z Konopnickiej )
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Panie! Najmędrszy z profesorów!&lt;br&gt;
Chciej przyjąć wniosek mój paniczny:&lt;br&gt;
Zachowaj nas od Nikiforów&lt;br&gt;
W dziedzinach pozaartystycznych!&lt;br&gt;
Niech żyją wolni i szczęśliwi,&lt;br&gt;
Niech rzeźbią lub malują jaja,&lt;br&gt;
Lecz niech naiwny prymitywizm&lt;br&gt;
Po innych pionach się nie szlaja.&lt;br&gt;
Wszyscyśmy winni im uznanie,&lt;br&gt;
Podziw dla formy i pomysłów,&lt;br&gt;
Lecz ty fachowców daj nam, Panie,&lt;br&gt;
Do ekonomii i przemysłu.&lt;br&gt;
Chmury nad nami rozpal w łunę,&lt;br&gt;
Uderz nam w serca złotym dzwonem,&lt;br&gt;
Niech ruszą w kraj ogromnym tłumem&lt;br&gt;
Kadry, dogłębnie wyszkolone.&lt;br&gt;
Daj nam uprzątnąć dom ojczysty,&lt;br&gt;
W zyski zamienić śmiało straty,&lt;br&gt;
Po co ma biedny być, choć czysty,&lt;br&gt;
Niech będzie czysty i bogaty!&lt;br&gt;
Niech więcej Twego brzmi imienia&lt;br&gt;
W uczynkach ludzi niż w ich pieśni.&lt;br&gt;
Głupcom odejmij dar marzenia,&lt;br&gt;
A sny szlachetnych ucieleśnij.&lt;br&gt;
Czasem zaś uderz się po mieczu,&lt;br&gt;
Niech ktoś się twoim gniewem strapi,&lt;br&gt;
Kto jest nieukiem po ćwierćwieczu,&lt;br&gt;
Ten, widać, uczyć się nie kwapił.&lt;br&gt;
Niech twoi słudzy go wywiodą&lt;br&gt;
W lasy i gaje, w głąb przyrody,&lt;br&gt;
By zamiast nam u nóg być kłodą,&lt;br&gt;
Prawdziwe mógł piłować kłody.&lt;br&gt;
To będzie jego młodość druga,&lt;br&gt;
Gdy z kija, deski albo gnata&lt;br&gt;
Nożem pajaca se wystruga,&lt;br&gt;
Lecz nie wystruga z nas wariata.&lt;br&gt;
O Panie, co telewizorów&lt;br&gt;
Oczyma widzisz nas w całości,&lt;br&gt;
Deglomerację Nikiforów&lt;br&gt;
Zechciej zarządzić w swej mądrości,&lt;br&gt;
I weź jej ster w surowe dłonie,&lt;br&gt;
Bo czas tracimy wciąż w nadmiarze,&lt;br&gt;
Błagając różne stare konie:&lt;br&gt;
- Pójdź, koniu, ja cię uczyć każę!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Moja mała stabilizacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/128/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/128/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Moja mała stabilizacja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Grunt to stabilizacja! Nieraz myślę przed snem, &lt;br&gt;
Że inni guzik wiedzą, a ja co wiem - to wiem! &lt;br&gt;
Wiem, że mieszkam na Krzykach, &lt;br&gt;
Że mam spółdzielczy domek, &lt;br&gt;
Wiem, że mam satyryka &lt;br&gt;
Średniej klasy renomę, &lt;br&gt;
Wiem też, że życia większość &lt;br&gt;
Spędzę przy biurku siedząc, &lt;br&gt;
Wiem, że mam kilka dziewcząt, &lt;br&gt;
Co o sobie nie wiedzą, &lt;br&gt;
Wiem, że swą żonę kocham &lt;br&gt;
Od tamtych niezależnie, &lt;br&gt;
Że się mnie Lucjan Socha &lt;br&gt;
Nie boi (ja go też nie), &lt;br&gt;
Wiem że mnie militaria &lt;br&gt;
Złoszczą, a teatr nuży, &lt;br&gt;
Wiem, że latem Bułgaria, &lt;br&gt;
Że zimą Międzygórze, &lt;br&gt;
Wiem, że mnie po szwagierce &lt;br&gt;
Z USA nie czeka spadek, &lt;br&gt;
Wiem że umrę na serce &lt;br&gt;
Tak jak tata i dziadek, &lt;br&gt;
Wiem, że mnie mój redaktor &lt;br&gt;
Wezwie co dwa kwartały, &lt;br&gt;
I powie - Coś nie tak to, &lt;br&gt;
Audycje znów zjechały... &lt;br&gt;
Wiem, że zaraz poprawę &lt;br&gt;
Obiecam mu przytomnie, &lt;br&gt;
Wiem, że go inne sprawy &lt;br&gt;
Zaprzątną i zapomni, &lt;br&gt;
Wiem, że książek Leibniza&lt;br&gt;
Nie przeczytam i Gide'a,&lt;br&gt;
Że na Osobowicach&lt;br&gt;
Spocznę lub na Bujwida,&lt;br&gt;
Że napiszą wspomnienie,&lt;br&gt;
Jaki to byłem zdolny,&lt;br&gt;
Że krótkie przemówienie&lt;br&gt;
Zasunie Józio Wolny,&lt;br&gt;
Wiem, że prędko szlochaniem&lt;br&gt;
Kres przyjdzie i prostracji...&lt;br&gt;
Zdolność przewidywania&lt;br&gt;
To atut stabilizacji!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mój zbiorek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/129/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/129/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Mój zbiorek
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stać mnie na chlebuś z masłem i czystą.&lt;br&gt;
Mam nawet aż dwie zmiany pościeli,&lt;br&gt;
Ale nie jestem - choć wstyd - hobbistą&lt;br&gt;
Jak tylu innych obywateli.&lt;br&gt;
Gdzie człek nie spojrzy - głupio się robi,&lt;br&gt;
Bo prawie każdy ma jakieś hobby:&lt;br&gt;
Henio ma znaczki, Zenio - serdaczki,&lt;br&gt;
Gienio - kabaczki i wykałaczki,&lt;br&gt;
Zyzio - zegarków komplet wspaniały,&lt;br&gt;
Dyzio namiętnie zbiera pedały,&lt;br&gt;
Florek prowadzi hodowlę norek,&lt;br&gt;
Worek sikorek ma Telesforek,&lt;br&gt;
Zaś Salwatorek - chiński rozporek,&lt;br&gt;
Jak również korek i kalichlorek,&lt;br&gt;
Który wydaje brzydki fetorek.&lt;br&gt;
Zbyś lubi koty, a Zdziś kojoty,&lt;br&gt;
Jaś - drobne kwoty, Staś - papiloty,&lt;br&gt;
Lucek jak baca owieczki maca,&lt;br&gt;
Ziutek dokarmia tęgiego katza,&lt;br&gt;
I mówi, że mu się to opłaca.&lt;br&gt;
Inni zbierają wszystko jak leci:&lt;br&gt;
Marysia śmieci, Gabrysia - dzieci,&lt;br&gt;
Basia tapczany wraz z frędzelkami,&lt;br&gt;
Kasia - nagany z ostrzeżeniami,&lt;br&gt;
Paweł muszelki, Szaweł - kafelki,&lt;br&gt;
Gaweł natomiast puste butelki,&lt;br&gt;
Dalej jamniki, bziki, guziki,&lt;br&gt;
Budziki, piki, kliki, nocniki,&lt;br&gt;
(zwłaszcza antyki i z majoliki)&lt;br&gt;
Gile, motyle, młode goryle,&lt;br&gt;
Dyle, wentyle, szpile i grzdyle,&lt;br&gt;
Grypsy i gipsy, rypsy i pipsy,&lt;br&gt;
Klipsy, kalipsy, apokalipsy,&lt;br&gt;
Śliwki, oliwki, śpiwki, przygrywki,&lt;br&gt;
Preselektywki, rezerwatywki,&lt;br&gt;
Separatywki i rogatywki,&lt;br&gt;
Hacele, trzmiele, trele-morele,&lt;br&gt;
I różne takie - tam duperele...Ufff...&lt;br&gt;
Ja jeden pośród tych amatorów&lt;br&gt;
Współzawodnictwa bym nie wytrzymał,&lt;br&gt;
Bo nie mam żadnych ciekawych zbiorów...&lt;br&gt;
...prócz powyższego zbioru dyrdymał!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Moment</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/130/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/130/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MOMENT
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...a przed wieloma bardzo laty,&lt;br&gt;
Kiedy wróciliśmy z wakacji,&lt;br&gt;
Czekało już na mego tatę&lt;br&gt;
Wezwanie do mobilizacji.&lt;br&gt;
Jeszcze na drzewach dużo liści,&lt;br&gt;
Jeszcze nie czuje się jesieni.....&lt;br&gt;
Mama na ganku mundur czyści,&lt;br&gt;
Tata z sąsiadem gada w sieni,&lt;br&gt;
Babcia kanapki w kuchni robi,&lt;br&gt;
Siostra pucuje but do czysta.....&lt;br&gt;
Na wielką wojnę się sposobi&lt;br&gt;
Mój dzielny tata - rezerwista.&lt;br&gt;
Już oto czapkę ma na bakier,&lt;br&gt;
Już oto marsa ma na czole,&lt;br&gt;
Zajeżdża śmieszny stary fiakier&lt;br&gt;
Co tatę odwieźć ma na kolej.&lt;br&gt;
Czerwony otok, srebrne sznury,&lt;br&gt;
Szabla na schodach głośno dzwoni,&lt;br&gt;
Tata podnosi mnie do góry&lt;br&gt;
(już nikt mnie nie podniesie po nim)&lt;br&gt;
... wlecze się konik, krok po kroku,&lt;br&gt;
Niknie wśród mgieł babiego lata,&lt;br&gt;
A wraz z nim niknie, rok po roku&lt;br&gt;
Mój nieżyjący dawno tata&lt;br&gt;
Co miał swą szablę, i swój domek,&lt;br&gt;
Coś kiedyś kochał, coś przeklinał,&lt;br&gt;
I przetrwał jako blady moment&lt;br&gt;
W pamięci niemłodego syna.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mury Jerycha</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/131/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/131/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Mury Jerycha
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na pustyni zapadła noc chłodna i cicha.&lt;br&gt;
W niebie mrugały gwiazdy zimne i nieczułe&lt;br&gt;
Oświetlając namioty i mury Jerycha,&lt;br&gt;
Pod którymi w zadumie stał smętnie Jozue.&lt;br&gt;
Stał i patrzył na miasto, kędy grzech się plenił&lt;br&gt;
I kędy bałwochwalstwo rosło hydrą ciemną,&lt;br&gt;
I o które mężowie z pokolenia Lewi&lt;br&gt;
Nieraz szczerbili miecze, ale nadaremno...&lt;br&gt;
Stał Jozue i płakał, mówiąc: - Alem wdepnął&lt;br&gt;
W to całe oblężenie, co mi nerwy rąbie...&lt;br&gt;
A w tej chwili wiatr zawiał, a głos jakiś szepnął:&lt;br&gt;
- Jozue, co ty stoisz? Ty idź graj na trąbie!&lt;br&gt;
Rozejrzał się Jozue, ale świat od szczytu&lt;br&gt;
Niebios do nizin milczał znów ciszą bezludną,&lt;br&gt;
I pomyślał Jozue - Spróbuję bigbitu,&lt;br&gt;
Bo inaczej się urwę, tak tu strasznie nudno...&lt;br&gt;
I usiadł z wielką trąbą za skalnym załomem,&lt;br&gt;
Namyślał się przez chwilę, brodę w palcach kręcił,&lt;br&gt;
Aż nagle jak zasunął Mały, biały domek,&lt;br&gt;
To cały świat oniemiał. Na krótki momencik.&lt;br&gt;
Po tym momencie bowiem, kiedy trąby inne&lt;br&gt;
Podchwyciły melodię razem, z całej duszy,&lt;br&gt;
Jęły z pobliskich krzaków pryskać lwy pustynne,&lt;br&gt;
Dziwne, bo na dwóch łapach, zatykając uszy&lt;br&gt;
Dwiema drugimi łapy, a na ostrej skale&lt;br&gt;
Zdechł nagle jurny orzeł niczym stara kura,&lt;br&gt;
I ogon podwinąwszy zmykały szakale,&lt;br&gt;
A ruch zaczął się także w jerychońskich murach,&lt;br&gt;
I krzyk podniósł się straszny, a liczni poganie&lt;br&gt;
Jęli w głazy mocarne łbami tłuc zbiorowo.&lt;br&gt;
I wołali - Jozue, niech pan już przestanie!&lt;br&gt;
Albo się nawróciwszy łkali: O, Jehowo!!!&lt;br&gt;
A Jozue grał dalej melodie przecudne,&lt;br&gt;
A melodia krążyła, strzelista i ostra,&lt;br&gt;
A grał jak Kurylewicz, ba, jak Beni Goodman!&lt;br&gt;
Co ja mówię? Jak Igor i jak Dawid Ojstrach!!!&lt;br&gt;
Aż sypnęły się z murów kamienie i deski&lt;br&gt;
I pękły fundamenty bastionu i wieży,&lt;br&gt;
I się cała forteca rozpadła w drebiezgi,&lt;br&gt;
Bo ludność ją rozniosła, nie mogąc wydzierżyć,&lt;br&gt;
I uciekali wszyscy gubiąc kapcie, szorty,&lt;br&gt;
Chlamidy, sulfamidy, mycki i rajtuzy,&lt;br&gt;
A w drugą stronę wiały żydowskie kohorty,&lt;br&gt;
A Jozue grał ciągle. Bo on był ten muzyk.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nadejście wiosny</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/132/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/132/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Nadejście wiosny
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wiosna idzie, będą zmiany duże,&lt;br&gt;
Wkrótce ptaszki zaćwierkają na sosnach,&lt;br&gt;
Nawet w szarym zadymionym biurze,&lt;br&gt;
Domyślono się, iż idzie wiosna.&lt;br&gt;
Wprawdzie w biurze nie widać słońca,&lt;br&gt;
Wprawdzie wszyscy toną w drukach i w druczkach,&lt;br&gt;
Ale wczoraj obsypało gońca,&lt;br&gt;
Ale dzisiaj odmarzła spłuczka&lt;br&gt;
I bluznęła z szumem jak kaskada,&lt;br&gt;
Aż naczelnik wyleciał z zebrania.&lt;br&gt;
A w tym samym czasie w szufladach&lt;br&gt;
Jęły cicho zakwitać podania&lt;br&gt;
Jak murawa górska, na zielono,&lt;br&gt;
Ze starości, bo je dawno złożono!&lt;br&gt;
A na widok tej namiastki trawki&lt;br&gt;
Ciepło w sercach zrobiło się wszystkim.&lt;br&gt;
Urzędnicy zdjęli zarękawki&lt;br&gt;
I spojrzeli na maszynistki.&lt;br&gt;
Maszynistki się okryły rumieńcem&lt;br&gt;
I zepsuły w roztargnieniu maszyny,&lt;br&gt;
A głównemu księgowemu tak zadrżały ręce,&lt;br&gt;
Że przekroczył fundusz na nadgodziny,&lt;br&gt;
Ale zaraz podjął decyzję męską,&lt;br&gt;
Nie pozwolił, by przygniotła go troska,&lt;br&gt;
I w piśmie do centrali wytłumaczył ten cały bałagan żywiołową klęską, Której na imię "Wiosna".
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nadzieja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/133/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/133/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Nadzieja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Lecą z drzew ostatnie liście,&lt;br&gt;
Wichry wyją ponad ziemią,&lt;br&gt;
Hej, niełatwo ateiście&lt;br&gt;
U nas żyć, zwłaszcza jesienią!&lt;br&gt;
Sam zwyciężać musi troski,&lt;br&gt;
Żreć się z żoną i z rebiatą,&lt;br&gt;
A wierzący Rosołowski&lt;br&gt;
Ma aniołka stróża na to...&lt;br&gt;
Idą święta i choinka,&lt;br&gt;
Skąd wziąć grosz na tę imprezę?&lt;br&gt;
Ateista sam dla synka&lt;br&gt;
Musi kupić w mieście prezent.&lt;br&gt;
Musi szukać żeby tanio,&lt;br&gt;
Kombinować i dogadzać,&lt;br&gt;
A u Rosołowskich anioł&lt;br&gt;
Targa paczki w te i nazad!&lt;br&gt;
On ustawia piękne drzewko,&lt;br&gt;
On za opłatkami chodzi,&lt;br&gt;
Po czym z tradycyjną pieśnią&lt;br&gt;
Występuje. Bóg się rodzi,&lt;br&gt;
Rosołowscy przy Wigilii,&lt;br&gt;
Śpiew anielski z okna płynie,&lt;br&gt;
...ateista swej familii&lt;br&gt;
Opowiada o Darwinie.&lt;br&gt;
Nie ma śpiewów w jego domu,&lt;br&gt;
Przeto ateista myśli:&lt;br&gt;
- U nas, prawdę mówiąc, komu&lt;br&gt;
Są potrzebni ateiści?&lt;br&gt;
Lecz pomimo ciężkiej doli,&lt;br&gt;
Wątpliwości i subiekcji&lt;br&gt;
Nie nawraca się, bo woli&lt;br&gt;
Pchać się w życiu bez protekcji.&lt;br&gt;
...za to kiedy życie minie,&lt;br&gt;
Nagrodzone będzie wszystko,&lt;br&gt;
Bo gdzieś przecież być powinien&lt;br&gt;
Raj zmęczonych ateistów!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Na skrzyżowaniu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/134/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/134/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Na skrzyżowaniu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zamiast psioczyć, narzekać od wieków,&lt;br&gt;
trwonić życie na mętnym gadaniu,&lt;br&gt;
Opatrzności podziękuj, człowieku,&lt;br&gt;
Ze stoimy na skrzyżowaniu!&lt;br&gt;
Przecież mogliśmy gdzieś na Bałkanach&lt;br&gt;
Lub w Australii za setna rubieżą.&lt;br&gt;
A tu u nas przeciągi od rana,&lt;br&gt;
A tu u nas ciekawie i świeżo.&lt;br&gt;
A tu u nas i sztormy, i prądy,&lt;br&gt;
Wichry dują i z prawa, i z lewa,&lt;br&gt;
Wszystkie smrody, fetory i swądy&lt;br&gt;
Momentalnie od nas wywiewa!&lt;br&gt;
My średniaki, ni mali, ni duzi,&lt;br&gt;
Patrzą na nas badawczo sąsiedzi;&lt;br&gt;
Co za naród? Jak gdyby Francuzi&lt;br&gt;
I jak gdyby ciut Samojedzi...?&lt;br&gt;
Czasem kły no się szczerzą i warczą,&lt;br&gt;
Czasom sobie w objęcie padają,&lt;br&gt;
Czasem hasła bez masła im starczą,&lt;br&gt;
Czasem masła bez hasła żądają,&lt;br&gt;
Raz ponurzy, raz znowu w euforii,&lt;br&gt;
To pariasów udają, to ziemian ...&lt;br&gt;
- Bośmy, bracia, w przedsionku historii,&lt;br&gt;
W poprzek trasy wydarzeń i przemian,&lt;br&gt;
W szarżach, marcach i świeconych jajach,&lt;br&gt;
Gdzie na przemian to bodźce, to cuda...&lt;br&gt;
Fajnie, żeśmy nie gdzieś, na Hawajach ...&lt;br&gt;
Szwagier Henia tam był: straszna nuda!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nerwoludki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/135/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/135/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Nerwoludki
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zwiedzam czasami muzea&lt;br&gt;
i naraz obłędna idea,&lt;br&gt;
I naraz powód do smutku -&lt;br&gt;
Spoglądam na stare pancerze&lt;br&gt;
I myślę: - Ci dawni rycerze&lt;br&gt;
To kupka liliputków!&lt;br&gt;
Te rachityczne rączki,&lt;br&gt;
Te nóżki jak pajączki,&lt;br&gt;
Jeszcze wątlejsze niż moje,&lt;br&gt;
Te wklęsłe piersiowe klateczki&lt;br&gt;
I te chudziutkie dupeczki,&lt;br&gt;
Co się mieściły w te zbroje...&lt;br&gt;
Wciąż nam po głowie się pęta&lt;br&gt;
Longinus Podbipięta,&lt;br&gt;
Piotr Włost wspaniały Polonus,&lt;br&gt;
Albo Zawisza Czarny,&lt;br&gt;
Też bardzo podobno mocarny...&lt;br&gt;
Ja nie wierzę, też pewnie był konus.&lt;br&gt;
A jeśli nie byli potężni,&lt;br&gt;
To jakże mogli być mężni,&lt;br&gt;
Brać udział w bitwach, potyczkach?&lt;br&gt;
Toż wystarczyło w walce&lt;br&gt;
Ścisnąć takiego w dwa palce,&lt;br&gt;
By wyszła zeń biedna duszyczka...&lt;br&gt;
Atoli historia nie kłamie -&lt;br&gt;
Wygraliśmy pod Płowcami,&lt;br&gt;
Pod Grunwaldem-śmy wlali wrogowi,&lt;br&gt;
Więc myślę, że oni po prostu&lt;br&gt;
Nie mieli być może wzrostu,&lt;br&gt;
Ale byli piekielnie nerwowi.&lt;br&gt;
Jak ich co dobrze wkurzyło,&lt;br&gt;
To tylko się zakurzyło,&lt;br&gt;
Tak wypadali zza murów&lt;br&gt;
Ze zjeżonymi wąsami;&lt;br&gt;
Z wyszczerzonymi zębami&lt;br&gt;
Jak stado wściekłych kocurów.&lt;br&gt;
A jeśli w takim razie&lt;br&gt;
Byli troszeczkę na gazie,&lt;br&gt;
I jeszcze ciupinkę głodni -&lt;br&gt;
Robili się straszni tacy,&lt;br&gt;
Że co najtężsi krzyżacy&lt;br&gt;
Wyskakiwali ze spodni.&lt;br&gt;
...więc kiedy słyszę dziś lament&lt;br&gt;
Na polski nasz temperament&lt;br&gt;
I że przodkowie winni,&lt;br&gt;
To myślę w takiej chwili:&lt;br&gt;
- Ba, czy my byśmy dziś żyli,&lt;br&gt;
Jeśli oni by byli inni?&lt;br&gt;
Dziś to się już tak nie gmatwa,&lt;br&gt;
Wyrosła nam nowa dziatwa,&lt;br&gt;
Taka sama jak szwedzka czy ruska.&lt;br&gt;
A jednak gdzieś, w głębi ducha,&lt;br&gt;
Podziwiam dzielnego malucha:&lt;br&gt;
Cholernego Polskiego Nerwuska.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nie sztuka kochać Szwecję</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/136/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/136/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Nie sztuka kochać Szwecję
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie sztuka kochać Szwecję,&lt;br&gt;
Hawaje lub Honduras,&lt;br&gt;
Bo jakież tam obiekcje&lt;br&gt;
Mieć możesz albo uraz?&lt;br&gt;
Bo jakieżeż pretensje&lt;br&gt;
Wysuniesz do tych krajów?&lt;br&gt;
Ty kochaj swoją pensję&lt;br&gt;
I ranny tłok w tramwaju!&lt;br&gt;
Nie sztuka kochać Paryż&lt;br&gt;
I Pana Prezydenta!&lt;br&gt;
Prezydent nie obdarzy&lt;br&gt;
Paczuszką cię na święta,&lt;br&gt;
Nie wyśle cię na wczasy&lt;br&gt;
Pod Szczyrkiem lub Kudową -&lt;br&gt;
Ty kochaj, byku krasy,&lt;br&gt;
Swą Radę Zakładową,&lt;br&gt;
Klub kochaj lub świetlicę,&lt;br&gt;
Gdzie kiedyś cię pobito,&lt;br&gt;
I ciemną swą ulicę,&lt;br&gt;
Gdzie mieszkasz wraz z kobitą,&lt;br&gt;
I kiepską dość konfekcję,&lt;br&gt;
I odciągane mleko...&lt;br&gt;
Nie sztuka kochać Szwecję,&lt;br&gt;
Gdy Szwecja jest daleko!&lt;br&gt;
Ty wierny bądź ideom&lt;br&gt;
Krajowym i plenerom,&lt;br&gt;
W Pieninach kochaj przełom&lt;br&gt;
I na swym dworcu peron,&lt;br&gt;
Penaty swe i lary,&lt;br&gt;
p wredną ciotkę z Gniezna -&lt;br&gt;
Nie sztuka kochać Paryż,&lt;br&gt;
Zwłaszcza jak go się nie zna!&lt;br&gt;
Nie sztuka kochać Szwecję&lt;br&gt;
Bajkową jak zjawisko,&lt;br&gt;
Ty - jeśli nie chcesz wściec się -&lt;br&gt;
Abstrakcji musisz strzec się,&lt;br&gt;
I podziwiając Szwecję&lt;br&gt;
I Grecję, i Wenecję,&lt;br&gt;
To kochać - co jest blisko!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Noc grudniowa nad Polską</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/137/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/137/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Noc grudniowa nad Polską
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Noc zimowa nad Polską, &lt;br&gt;
Ciemna nocka grudniowa. &lt;br&gt;
Od Szczecina po Krosno &lt;br&gt;
Wszystko w lodu okowach. &lt;br&gt;
Śnieg zasypał nam okna, &lt;br&gt;
Dźwięczą dzwonki u sanek, &lt;br&gt;
Noc nad Polską głęboka &lt;br&gt;
I daleko poranek.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wicher w pustych kominkach, &lt;br&gt;
Sad skostniały od mrozu, &lt;br&gt;
Nasza biedna choinka &lt;br&gt;
Tak niewiele ma ozdób - &lt;br&gt;
Kilka słodkich okruchów, &lt;br&gt;
Kilka świeczek, co kopcą, &lt;br&gt;
I blask zimny łańcuchów &lt;br&gt;
Pod tą gwiazdą tak obcą.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Noc grudniowa nad krajem,&lt;br&gt;
Ale bliski kres cierpień.&lt;br&gt;
Wrócą kwietnie i maje,&lt;br&gt;
Wróci lipiec i sierpień.&lt;br&gt;
Wyplenimy nienawiść,&lt;br&gt;
Broń zamkniemy w kaburach,&lt;br&gt;
Usiądziemy na ławie&lt;br&gt;
Razem z braćmi w mundurach.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nota protestacyjna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/138/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/138/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NOTA PROTESTACYJNA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ostra, protestacyjna nota:&lt;br&gt;
- Nieprawdą jest, jakoby w naszym mieście&lt;br&gt;
Zjawił się ptak o kształcie kota&lt;br&gt;
I wysiadywał jaja w gnieździe.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wszelkie na ten temat informacje&lt;br&gt;
Opublikowane w wiadomej audycji&lt;br&gt;
Są to ordynarne prowokacje&lt;br&gt;
Spreparowane z określonych pozycji.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przez rozmaitych wyciepków i niedonosków&lt;br&gt;
Przy umyślnym zachwianiu proporcji,&lt;br&gt;
Więc zastrzegamy sobie prawo wyciągnięcia ostatecznych wniosków&lt;br&gt;
I zastosowania retorsji
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oraz opublikowania prac na ten temat,&lt;br&gt;
Które nasi naukowcy już przygotowują,&lt;br&gt;
Zwłaszcza że ptaków o kształcie kota w ogóle nie ma.&lt;br&gt;
I jaj w gniazdach nie wysiadują.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nowe wyposażenie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/139/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/139/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Nowe wyposażenie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wojsko zbiera się na błoniu,&lt;br&gt;
Król się zjawił na przeglądzie,&lt;br&gt;
Każdy rycerz jest na koniu,&lt;br&gt;
Tylko Dreptak - na wielbłądzie!&lt;br&gt;
Sygnał trąb w powietrzu dzwoni&lt;br&gt;
I komenda pada ostra:&lt;br&gt;
- Baczność wiara! Wszyscy z koni!&lt;br&gt;
Wszyscy hyc! - a Dreptak został...&lt;br&gt;
Król ze złości pogryzł berło,&lt;br&gt;
I na niego wrzasnął z góry&lt;br&gt;
- Dreptak, ożeż ty ofermo,&lt;br&gt;
Złaźżeż z tej karykatury!&lt;br&gt;
Dreptak złazi, wojsko czeka,&lt;br&gt;
Czeka król w swym majestacie,&lt;br&gt;
A tymczasem już z daleka&lt;br&gt;
Galopuje nieprzyjaciel.&lt;br&gt;
Król wygłosił do wojaków&lt;br&gt;
Krótką mowę: - Drodzy moi!&lt;br&gt;
Naprzód! Na koń, bij Krzyżaków!&lt;br&gt;
Wszyscy wsiedli - Dreptak stoi!&lt;br&gt;
Stoi Dreptak, a tymczasem&lt;br&gt;
Obie armie cwałem bieżą,&lt;br&gt;
Poczem z trzaskiem i hałasem&lt;br&gt;
Jak ci się ze sobą zderzą!&lt;br&gt;
Jak nie zbiją się do kupy -&lt;br&gt;
Trzask i wrzask zamarły w dali,&lt;br&gt;
Patrzy Dreptak - same trupy,&lt;br&gt;
Tylko on i król zostali...&lt;br&gt;
A po chwili, z gęstwy krzaków,&lt;br&gt;
Z miną smętną i ponurą&lt;br&gt;
Wylazł Wielki Mistrz Krzyżaków&lt;br&gt;
Mrucząc: - Dobra, wyście górą...&lt;br&gt;
Tu się przyjrzał wielbłądowi&lt;br&gt;
Co opodal skubał trawkę&lt;br&gt;
I zawołał: - Co pan powi?&lt;br&gt;
Jakaś nowa Wunderwaffke?&lt;br&gt;
Król nie wahał się ni chwili&lt;br&gt;
Tylko rzekł z zadowoleniem:&lt;br&gt;
- Właśnie żeśmy wprowadzili&lt;br&gt;
Model ów na uzbrojenie!&lt;br&gt;
W tej historii dwa morały&lt;br&gt;
się unoszą na powierzchni:&lt;br&gt;
Pierwszy - że całokształt chwały&lt;br&gt;
Przechwytuje zwykle zwierzchnik.&lt;br&gt;
Morał drugi, równie tęgi,&lt;br&gt;
I niegłupia w nim recepta:&lt;br&gt;
- Gdy ścierają się potęgi,&lt;br&gt;
Lepiej spóźnić się, jak Dreptak!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nowy model sylwestra</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/140/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/140/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Nowy model sylwestra
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, sylwester już za pasem,&lt;br&gt;
Mama ściska biodra pasem&lt;br&gt;
Elastycznym, przez co chudnie&lt;br&gt;
I wygląda wręcz przecudnie!&lt;br&gt;
Tata wyjął garniturek&lt;br&gt;
I patrzy, czy nie ma dziurek,&lt;br&gt;
Bo się przecież kilka moli&lt;br&gt;
Mogło wkraść, mimo kontroli.&lt;br&gt;
Mama wkłada adamaszki,&lt;br&gt;
Tato nogi wbił w kamaszki,&lt;br&gt;
Przy czym dosyć głośno wrzasnął,&lt;br&gt;
Bo mu się zrobiło ciasno&lt;br&gt;
I się cały z bólu spocił,&lt;br&gt;
Tak mu szewc te buty sknocił.&lt;br&gt;
Ale wreszcie są gotowi,&lt;br&gt;
Stoją śliczni i różowi,&lt;br&gt;
A mama robi wymówkę:&lt;br&gt;
- Kopnąłbyś się po taksówkę!&lt;br&gt;
Tato na to, żeby mama&lt;br&gt;
Się kopnęła raczej sama,&lt;br&gt;
Dalejże się głośno spierać,&lt;br&gt;
Dalej złościć się i gderać,&lt;br&gt;
Było mnóstwo krzyku, śmiechu,&lt;br&gt;
Mamci brakło już oddechu,&lt;br&gt;
Wciągnęła powietrze w płucka&lt;br&gt;
I się stała rzecz nieludzka,&lt;br&gt;
Bo tu naraz jak coś huknie,&lt;br&gt;
I na mamci pękły suknie,&lt;br&gt;
I różne takie nadmiary&lt;br&gt;
Wyskoczyły przez te szpary,&lt;br&gt;
Co widząc kochany tata&lt;br&gt;
Ryknął śmiechem jak armata;&lt;br&gt;
Zapomniał o bólu w stópce&lt;br&gt;
I wyciął ze trzy hołubce,&lt;br&gt;
Ale zaraz zbladł, osłupiał&lt;br&gt;
I się więcej nie wygłupiał,&lt;br&gt;
Tylko - by mieć ulgę w mękach -&lt;br&gt;
Usiłował stać na rękach,&lt;br&gt;
A udałoby się, gdyby&lt;br&gt;
Nie wyrżnął nogami w szyby...&lt;br&gt;
Hej, zawyło, zaświstało,&lt;br&gt;
Meble śniegiem zasypało,&lt;br&gt;
Zamarznięta cała chatka,&lt;br&gt;
Długi sopel zwisa z dziadka,&lt;br&gt;
Babcia, twarda i uparta,&lt;br&gt;
Dotarła do klo na nartach,&lt;br&gt;
A syn Kazio pod schodami&lt;br&gt;
Stoczył walkę z pingwinami,&lt;br&gt;
Dalej wszyscy okna wprawiać!&lt;br&gt;
Dalej czyścić i ustawiać!&lt;br&gt;
Dalej machać szczotką, ścierką!&lt;br&gt;
Lśni mieszkanko jak lusterko.&lt;br&gt;
W piecu huczy, w telewizji&lt;br&gt;
Nie ma przerw w odbiorze wizji,&lt;br&gt;
Na ekranie Matka Boska...&lt;br&gt;
O, pardon, to pani Loska,&lt;br&gt;
Z pamięci zapowiedź szasta,&lt;br&gt;
Że zaraz za pięć dwunasta.&lt;br&gt;
Mama zdjęła strój popruty,&lt;br&gt;
Tata zdjął te ciasne buty,&lt;br&gt;
Jęli bratać się i kochać,&lt;br&gt;
Życzyć sobie tudzież szlochać,&lt;br&gt;
Z nimi dzieci i dziadkowie,&lt;br&gt;
Tata wzniósł toast na zdrowie,&lt;br&gt;
I wszyscy o wpół do pierwszej&lt;br&gt;
Zasnęli w zgodzie najszczerszej.&lt;br&gt;
A inni pili żubrówkę,&lt;br&gt;
Marnotrawili gotówkę,&lt;br&gt;
I nazajutrz mieli katza,
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Oda na otwarcie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/141/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/141/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Oda na otwarcie we Wrocławiu niemieckiego kasyna gry o nazwie " CASINO"
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chwila to ważna i podniosła&lt;br&gt;
Błyszczą smokingi, lśnią lakierki,&lt;br&gt;
Swoje Casino ma już Wrocław&lt;br&gt;
A w nim przepiękne ma krupierki.&lt;br&gt;
Żetony tylko dewizowe,&lt;br&gt;
Goryle - europejska klasa,&lt;br&gt;
Stroje wyłącznie wieczorowe,&lt;br&gt;
Wyjście przeważnie na golasa.&lt;br&gt;
Babcia w klozecie liczy dolce,&lt;br&gt;
Szampan w kubełku już się chłodzi...&lt;br&gt;
Wprost czuję żem u siebie, w Polsce,&lt;br&gt;
Że właśnie o to ludziom chodzi!&lt;br&gt;
Cassino w dziejach już raz było,&lt;br&gt;
Zdobyliśmy je bagnetami&lt;br&gt;
I proszę - nic się nie zmieniło,&lt;br&gt;
Nawet obrońcy tacy sami.&lt;br&gt;
Tyle że zgiełku mniej i huku,&lt;br&gt;
Że innym walczy się rynsztunkiem,&lt;br&gt;
Że Drugi Korpus późnych wnuków&lt;br&gt;
Bank dziś rozbija, a nie bunkier.&lt;br&gt;
Tak oto znowu swym fasonem&lt;br&gt;
Polak zadziwił cudzoziemców:&lt;br&gt;
Podeptał maki (te czerwone)&lt;br&gt;
I ma Casino!&lt;br&gt;
A w nim - Niemców.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Odejście Dreptaka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/142/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/142/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Odejście Dreptaka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Grają trąby i werble warczą,&lt;br&gt;
Idzie Dreptak na rentę starczą,&lt;br&gt;
Idzie Dreptak z bladym obliczem,&lt;br&gt;
Tylko oczy mu płoną jak znicze.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przez czterdzieści lat siedział w biurze,&lt;br&gt;
Przeżył różne biurowe burze,&lt;br&gt;
Robił spisy i remanenty&lt;br&gt;
I doczekał się wreszcie renty.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niosą za nim biurowe turkawki&lt;br&gt;
Satynowe czarne rękawki&lt;br&gt;
I liczydła, i bibularz brzydki,&lt;br&gt;
I kulkowe pióro do przebitki.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Idzie Dreptak, łza mu z oka płynie,&lt;br&gt;
A właściwie się cieszyć powinien,&lt;br&gt;
Bo go czeka szlafrok, samowarek,&lt;br&gt;
Ciepłe kapcie i w klatce kanarek,
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Odejście Mikołajów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/143/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/143/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Odejście Mikołajów
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedy zima nastaje,&lt;br&gt;
To z przeróżnych zaułków&lt;br&gt;
Wyłażą Mikołaje&lt;br&gt;
W liczbie plus minus pułku.&lt;br&gt;
W miasto jak rzeka płyną&lt;br&gt;
Tych Mikołajów tłumy&lt;br&gt;
I pachną naftaliną&lt;br&gt;
Ich tandetne kostiumy.&lt;br&gt;
&lt;i&gt;[W której trzymali kostiumy]&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
Trzęsą się siwe brody,&lt;br&gt;
Sto wielkich nosów świeci,&lt;br&gt;
Przystają samochody,&lt;br&gt;
Uśmiechają się dzieci,&lt;br&gt;
Promienieje ulica,&lt;br&gt;
Bo każdy dobry święty&lt;br&gt;
W domach, sklepach, świetlicach&lt;br&gt;
Będzie wręczał prezenty.&lt;br&gt;
I trudno świętym mężom&lt;br&gt;
Mieć za złe w owym czasie
Że cynicznie spieniężą&lt;br&gt;
Swój wygląd gdzie tylko da się.&lt;br&gt;
Mikołajowe żniwa,&lt;br&gt;
Zawód, nie żadne hobby -&lt;br&gt;
I dziatwa jest szczęśliwa,&lt;br&gt;
I Mikołaj zarobi.&lt;br&gt;
Czasem taki staruszek,&lt;br&gt;
W cywilu zwany Mieciem,&lt;br&gt;
Urżnie się jak świntuszek&lt;br&gt;
Z pierwszym przydrożnym cieciem&lt;br&gt;
I ogarnięty szałem,&lt;br&gt;
Że aż mu drży fufajka,&lt;br&gt;
Gwiźnie swym pastorałem&lt;br&gt;
Innego Mikołajka&lt;br&gt;
Lub dłonią, którą czule&lt;br&gt;
Głaskał właśnie maluchów,&lt;br&gt;
Grzmotnie go po infule&lt;br&gt;
I dołoży po uchu. &lt;br&gt;
I oto na rozstaju &lt;br&gt;
W samym środku miasta &lt;br&gt;
Kłąb świętych Mikołajów &lt;br&gt;
Z każdą chwilą narasta, &lt;br&gt;
By ruszyć pośród huku, &lt;br&gt;
Przekleństw i strzępków waty, &lt;br&gt;
I toczyć się po bruku &lt;br&gt;
Niczym kula z armaty, &lt;br&gt;
Przewracając tramwaje &lt;br&gt;
I niknąc pośród mroku, &lt;br&gt;
A wraz z nim - Mikołaje &lt;br&gt;
Nikną na przeciąg roku... &lt;br&gt;
A choć są źli i brudni, &lt;br&gt;
Łza mi się w oku kręci, &lt;br&gt;
Bo nie są tacy nudni &lt;br&gt;
Jak inni polscy święci &lt;br&gt;
Kościelni i ci bez wyznań, &lt;br&gt;
Którymi kwitnie Ojczyzna...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Oferta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/144/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/144/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Oferta
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ciułaczu drobny, co w PKO&lt;br&gt;
Chowasz zarobek swój malutki,&lt;br&gt;
Jesz mało, czytasz równie mało,&lt;br&gt;
Nie pijasz wina ani wódki,&lt;br&gt;
Wiesz zawsze co się zdarzy jutro,&lt;br&gt;
Co będzie zimą, a co latem,&lt;br&gt;
Lecz twoja żona nosi futro,&lt;br&gt;
A moja - płaszcz podszyty wiatrem,&lt;br&gt;
Chociaż dziesięciokrotną wartość&lt;br&gt;
Zarabiam tych pieniędzy co ty,&lt;br&gt;
Ale koszulę mam przetartą&lt;br&gt;
I finansowe mam kłopoty.&lt;br&gt;
Ciułaczu drobny z pensją tycią,&lt;br&gt;
Chomiku durny i ponury,&lt;br&gt;
Co ci po forsie i po życiu&lt;br&gt;
Jeżeli wszystko wiesz -już z góry?&lt;br&gt;
Wyciągnij swoje zaskórniaki,&lt;br&gt;
Opróżnij konta napęczniałe,&lt;br&gt;
A ja już ci pokażę, jaki&lt;br&gt;
Świat może zrobić się wspaniały!&lt;br&gt;
Ja poprowadzę cię po klubach,&lt;br&gt;
Pokażę knajpy i kawiarnie,&lt;br&gt;
Ja ci urządzę taki ubaw,&lt;br&gt;
Ze szał i zachwyt cię ogarnie,&lt;br&gt;
I będziesz głową bił o ściany&lt;br&gt;
Wśród -jęku naciągniętych szelek&lt;br&gt;
Wyjąc: - O czemu ja, kopany,&lt;br&gt;
Wcześniej nie wiedział, kuchnia Felek!&lt;br&gt;
I będziesz Pliskę pił i Martel,&lt;br&gt;
I puścisz się w szalone danse,&lt;br&gt;
Dziewczęta miłe, chociaż łatwe&lt;br&gt;
Trzymając w dłoniach niczym szansę.&lt;br&gt;
Szalej baranie i się baw ty,&lt;br&gt;
Wyładuj, wyżyj się nareszcie,&lt;br&gt;
Ja ci załatwię bruderszafty&lt;br&gt;
Z kim tylko zechcesz w naszym mieście.&lt;br&gt;
Może pisarza chcesz którego?&lt;br&gt;
Może filmowcy lub aktorzy?&lt;br&gt;
A za to wszystko - do pierwszego&lt;br&gt;
Sto złotych, ćwoku, szybko pożycz!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Okazja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/145/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/145/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
OKAZJA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pewien malarz co malował pikasy&lt;br&gt;
I uważał że ma talent wielki,&lt;br&gt;
Podał raz ogłoszenie do prasy:&lt;br&gt;
"Poszukuję przystojnej modelki,&lt;br&gt;
Ale taniej, bo jestem ubogi,&lt;br&gt;
Tylko żeby miała długie nogi!!!"
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
No i siedzi w swej pracowni nazajutrz&lt;br&gt;
Aż ktoś puka, więc ten malarz patrzy,&lt;br&gt;
A tu cichcem drzwi się otwierają&lt;br&gt;
I przychodzi Wojciech Samotraczyk,&lt;br&gt;
Eks-urzędnik co nie zrobił kariery,&lt;br&gt;
Gęba wredna, lat sześćdziesiąt cztery,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wszedł, kapelusz rzucił na ławkę,&lt;br&gt;
Palto wiesza na gwoździu, na murze,&lt;br&gt;
A następnie podwija nogawkę,&lt;br&gt;
Ukazując kosmate odnóże,&lt;br&gt;
Owinięte w elastyczny bandaż&lt;br&gt;
I powiada - Długa noga, nieprawdaż?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Okna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/146/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/146/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Okna
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ten motyw jak czerwona nić&lt;br&gt;
Wędruje po epokach:&lt;br&gt;
Kiedy mężowie szli się bić -&lt;br&gt;
Kobiety stały w oknach.&lt;br&gt;
Zaś wcześniej, gdy kamienny młot&lt;br&gt;
Ich bronią był jedyną -&lt;br&gt;
Kobiety stały przy wejściach grot,&lt;br&gt;
Mężczyźni szli, by ginąć.&lt;br&gt;
Brzmiał później końskich kopyt stuk,&lt;br&gt;
Pulsował marsz piechoty,&lt;br&gt;
Romańskich okien łagodny łuk&lt;br&gt;
Piętrzył się w ostry gotyk,&lt;br&gt;
Lecz zawsze - wyrównując krok&lt;br&gt;
Pod krzyk bojowych orkiestr -&lt;br&gt;
Mężczyźni podnosili wzrok&lt;br&gt;
Ku prostokątom okien.&lt;br&gt;
I wszystko jedno, który wiek&lt;br&gt;
Rodził się albo konał,&lt;br&gt;
Obok kolumny synek biegł,&lt;br&gt;
A w oknie stała żona.&lt;br&gt;
I werbli trzask, i fanfar płacz,&lt;br&gt;
I płot, i kiosk, i drzewo,&lt;br&gt;
I równaj krok, i w prawo patrz...&lt;br&gt;
...a okna były w lewo...&lt;br&gt;
Na horyzontach blask i dym,&lt;br&gt;
Na niebie wiatr i chmury,&lt;br&gt;
Idę, a przy mnie biegnie syn,&lt;br&gt;
Idę, a przy mnie biegnie syn,&lt;br&gt;
Idę, a przy mnie biegnie syn,&lt;br&gt;
A żona patrzy. Z góry.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Oko w oko</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/147/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/147/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Oko w oko	
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeśli mnie coś oddziela&lt;br&gt;
I różni od innych osób,&lt;br&gt;
To jest tym czymś niedziela&lt;br&gt;
Spędzana w inny sposób.&lt;br&gt;
Niedziela - z racji wekendów,&lt;br&gt;
Nabożeństw, randek i widzeń,&lt;br&gt;
I jeszcze z tysiąca względów&lt;br&gt;
Wyczekiwana przez tydzień.&lt;br&gt;
A dla mnie niedziela to pora&lt;br&gt;
Spotkania, którego ciężar&lt;br&gt;
Od poniedziałku jak zmora&lt;br&gt;
Cień swój nade mną stęża.&lt;br&gt;
I wiem, że nie ma ucieczki,&lt;br&gt;
Ze wszystko jest przewidziane,&lt;br&gt;
Ze inni na wycieczki&lt;br&gt;
Pojadą, a ja zostanę,&lt;br&gt;
Że zostaniemy we dwoje,&lt;br&gt;
Że zegar wskazówki przesunie&lt;br&gt;
I że przez puste pokoje&lt;br&gt;
Będę musiał wreszcie pójść ku niej.&lt;br&gt;
Ku czarnej, najmilszej, najdroższej,&lt;br&gt;
O białych, najbielszych zębach,&lt;br&gt;
Ku bezlitosnej, najsroższej,&lt;br&gt;
I serce mi stanie dęba,&lt;br&gt;
Ale wyciągnę ręce&lt;br&gt;
I do żarłocznej gęby&lt;br&gt;
Arkusz papieru jej wkręcę,&lt;br&gt;
I zacznę ją stukać w te zęby,&lt;br&gt;
A ona wrzaśnie i trzaśnie,&lt;br&gt;
I przerwie brutalnie ciszę,&lt;br&gt;
I takie wierszyki właśnie&lt;br&gt;
Jak ten dzisiejszy napisze.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Okręt</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/148/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/148/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Okręt 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dobry dom musi być jak okręt, &lt;br&gt;
Dobry gospodarz - jak kapitan. &lt;br&gt;
Gdy płyniesz przez zamiecie mokre, &lt;br&gt;
Dom cię światłami z dala wita, &lt;br&gt;
Nadpływa i wskakujesz w biegu, &lt;br&gt;
I myślisz sobie: Dobrze jest! &lt;br&gt;
I otrzepujesz się ze śniegu &lt;br&gt;
Jak przemarznięty stary pies, &lt;br&gt;
I zapominasz, że za oknem &lt;br&gt;
Ulica lodem jest przykryta... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dobry dom musi być jak okręt, &lt;br&gt;
Dobry gospodarz - jak kapitan. &lt;br&gt;
Kapitan dba o urządzenia &lt;br&gt;
Dryfującego statku-trampa:&lt;br&gt;
Kiedy potrzeba, to wymienia &lt;br&gt;
Żarówki przepalone w lampach, &lt;br&gt;
Naprawia krany późną nocą, &lt;br&gt;
Poprawia nadwątlone schodki, &lt;br&gt;
Nikt nie wie na co, ani po co &lt;br&gt;
W piwnicy głośno stuka młotkiem &lt;br&gt;
Albo przychodzi po śrubokręt, &lt;br&gt;
Albo pilnikiem w kuchni zgrzyta... 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Orgia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/149/</link><pubDate>Tue, 05 Apr 2005 17:34:54 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/149/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ORGIA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Obejrzawszy importowanych filmów niejedną setkę, &lt;br&gt;
Pewna mała grupka ludności chciała sobie urządzić orgietkę.&lt;br&gt;
Ściśle biorąc, tylko cztery osoby, tak: John Dreptak, Rene Trypućko,&lt;br&gt;
Jedna pani Bzibziakowa i panna Lucy Jamochłon, zwana na codzień Lućką.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bzibziakowa przyniosła patefon, Trypućko przytargał pół basa&lt;br&gt;
I wszyscy wesolutko porozbierali się na golasa,&lt;br&gt;
Co było zresztą praktyczne z powodu letniej spiekoty,&lt;br&gt;
Po czym John Dreptak z energią zawołał: - &lt;i&gt;No do roboty!&lt;/i&gt;
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- &lt;i&gt;Do roboty!&lt;/i&gt; - krzyknęli wszyscy, lecz tu wpadli w stary mechanizm,&lt;br&gt;
I Trypućko wywiesił hasło "MAŁA ORGIA WZMACNIA ORGANIZM".&lt;br&gt;
"Przez orgię do dobrobytu!" - krzyknęła pani Bzibziakowa,&lt;br&gt;
A John Dreptak wygłosił referat: "Orgia wsteczna, a orgia postępowa"&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Orka na ugorze</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/150/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/150/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ORKA NA UGORZE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Po południu, po obiedzie&lt;br&gt;
Pólko swe ojczyste&lt;br&gt;
Orze Wicuś w dwa niedźwiedzie&lt;br&gt;
I w pozytywistę.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden niedźwiedź narowisty,&lt;br&gt;
Drugi niedźwiedź w rzucik,&lt;br&gt;
Co zaś do pozytywisty,&lt;br&gt;
Nie wieda skąd ucik...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie wieda też, czy katolik,&lt;br&gt;
Czy, broń Boże, mormon;&lt;br&gt;
Fakt, że złapał go w fasoli&lt;br&gt;
Onże Wicuś Hormon.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Złapał, wziął za tylną łapę,&lt;br&gt;
Przyniósł go do chaty,&lt;br&gt;
A on hyc - i pod kanapę,&lt;br&gt;
Taki szusowaty!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ale się oswoił wkrótce,&lt;br&gt;
Na przypiecku siadał,&lt;br&gt;
A jeżeli był po wódce,&lt;br&gt;
To nawet coś gadał:
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Osiągnięcie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/151/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/151/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Osiągnięcie
 &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ucieszył się mały Januszek &lt;br&gt;
Że tatusiowi spadł brzuszek &lt;br&gt;
Bo tatuś już był grubas 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Nieraz mama do taty &lt;br&gt;
 Mawiała - aleś pękaty &lt;br&gt;
 Pogimnastykuj się dziubas 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tata na to się wzdrygał&lt;br&gt;
I od ćwiczeń się migał&lt;br&gt;
Różne jęki wydawał i zgrzyty
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 I tym co kawałeczek&lt;br&gt;
 Przód mu tył, tył, tyłeczek&lt;br&gt;
 Wciąż bardziej był utyty
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wreszcie utył zupełnie&lt;br&gt;
Wyglądał jak księżyc w pełnie&lt;br&gt;
I świecił równie pięknie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 I powiedział mu lekarz&lt;br&gt;
 Jak pan jeszcze poczekasz&lt;br&gt;
 To panu brzucho pęknie
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Otello</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/152/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/152/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Otello
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kwitną maki, szumią gaje,&lt;br&gt;
Rolnik rolę orze,&lt;br&gt;
Jadą auta i tramwaje,&lt;br&gt;
Szumi sobie morze.&lt;br&gt;
Pieszczą dziecię mama z tatą,&lt;br&gt;
Kra krę kręgiem mija,&lt;br&gt;
Fizyk złapał w szczypce atom&lt;br&gt;
I młotkiem rozbija.&lt;br&gt;
W sądzie strona skarży stronę,&lt;br&gt;
Kotek - kotkę kusi,&lt;br&gt;
A Otello Desdemonę&lt;br&gt;
Po troszeczku dusi!&lt;br&gt;
Dusi ci ją hen, na Cyprze,&lt;br&gt;
Jak białą leluję,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To ją trochę mocniej przyprze,&lt;br&gt;
To jej pofolguje,&lt;br&gt;
To ją mocniej chwyci w ręce,&lt;br&gt;
To puści swobodniej,&lt;br&gt;
To przygrzeje coś naprędce&lt;br&gt;
I na boczku podje.&lt;br&gt;
Duchowieństwo zgromadzone,&lt;br&gt;
Na baczność wiarusi,&lt;br&gt;
A Otello Desdemonę&lt;br&gt;
Powolutku dusi!&lt;br&gt;
A tymczasem idą żniwa,&lt;br&gt;
Owieczka się wełni,&lt;br&gt;
Owocuje piękna śliwa&lt;br&gt;
I autostop w pełni,&lt;br&gt;
Stara mysza młodą myszę&lt;br&gt;
Wiedzie ku słoninie,&lt;br&gt;
Pan Bryll antyfonę pisze,&lt;br&gt;
Chrząszcz brzmi z chrzęstem w trzcinie.&lt;br&gt;
Wszystkie świece zapalone,&lt;br&gt;
Trumieneczka kusi,&lt;br&gt;
A Otello Desdemonę&lt;br&gt;
Ciągle jeszcze dusi!&lt;br&gt;
Podszepnął mu zacny Jago&lt;br&gt;
Radę dobrą nader:
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ostatnia defilada</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/153/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/153/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ostatnia defilada
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Już od kilku lat ciągle tak samo,&lt;br&gt;
Gnie się i wali konstrukcja cała -&lt;br&gt;
Moje dziewczyny wychodzą za mąż,&lt;br&gt;
Właśnie kolejna mi się urwała.&lt;br&gt;
Idą prześliczne, smukłe i tęskne,&lt;br&gt;
Jedna za drugą, w długim pochodzie,&lt;br&gt;
A każda z nich mi zwiastuje klęskę,&lt;br&gt;
Bo mnie zostawia solo na lodzie...&lt;br&gt;
Kudłaci wiodą ich troglodyci,&lt;br&gt;
Z którymi bym się równał daremnie,&lt;br&gt;
Bo - choć biedniejsi i niedomyci -&lt;br&gt;
Są o ćwierćwiecze lepsi ode mnie...&lt;br&gt;
Bywajcie zdrowe piękne dziewuszki,&lt;br&gt;
Teraz ktoś inny da wam na ciuchy,&lt;br&gt;
Wkrótce wyrosną wam pewnie brzuszki&lt;br&gt;
Zjawią się wózki, smoczki, pieluchy...&lt;br&gt;
Defilujecie przede mną dziarsko,&lt;br&gt;
Z uśmiechem szczęścia i rezygnacji...&lt;br&gt;
Tak Napoleon z Gwardią Cesarską&lt;br&gt;
Żegnał się w przeddzień swej abdykacji.&lt;br&gt;
Ja, chociaż berła też zrzec się muszę,&lt;br&gt;
Lecz was nie zdradzę i nie zawiodę,&lt;br&gt;
Okiem nie mrugnę, brwią nie poruszę,&lt;br&gt;
Morda na kłódkę, klucz od niej w wodę!&lt;br&gt;
Ale w muzeum swoich pamiątek&lt;br&gt;
Wszystkie was uczczę, wszystkie docenię,&lt;br&gt;
Każda mieć będzie mały zakątek&lt;br&gt;
Na mojej Elbie czy na Helenie...&lt;br&gt;
Szpadę swą złamię, w domu osiędę,&lt;br&gt;
Do gospodarskich zajęć się nagnę,&lt;br&gt;
Bo co? Ziem nowych już nie zdobędę,&lt;br&gt;
Stare podziwiam, lecz ich nie pragnę.&lt;br&gt;
Ale na razie na baczność szpada,&lt;br&gt;
Uśmiech na ustach, nie poznać z miny,&lt;br&gt;
Że to ostatnia już defilada...&lt;br&gt;
Dzięki za wszystko!&lt;br&gt;
Czołem dziewczyny!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>O to chodzi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/154/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/154/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
O TO CHODZI
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz stomatolog Dziobak Jerzy,&lt;br&gt;
Geniusz bezwzględny i posępny&lt;br&gt;
Otworzył poczekalni dźwierze&lt;br&gt;
I spytał groźnie: - Kto następny?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przez tłum pacjentów zgroza przeszła,&lt;br&gt;
Każdy z nich zwinął się jak robak,&lt;br&gt;
A ten "następny" powstał z krzesła...&lt;br&gt;
I wówczas zadrżał doktor Dziobak!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przeraził bowiem się ogromnie,&lt;br&gt;
Znając tę twarz ze zdjęć i kronik&lt;br&gt;
I jęknął: - Oooobywatel do mnie?&lt;br&gt;
- Tak. - odrzekł tamten. "- Joj, jak boli!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- Jeżeli trzeba zablombować,&lt;br&gt;
- wyjaśnił - to mi zablombujcie,&lt;br&gt;
A jeśli raczej ekstrahować,&lt;br&gt;
To w takim razie ekstrahujcie!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>O Wawelskim Smoku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/155/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/155/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
O wawelskim smoku
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pod Wawelem był smok w grocie&lt;br&gt;
Co jadał różne łakocie:&lt;br&gt;
Sznycle, dropsy, ptaszki, mszyce,&lt;br&gt;
Ale najchętniej dziewice.&lt;br&gt;
Jak codziennie jedną wpieprzy,&lt;br&gt;
To ma zaraz humor lepszy.&lt;br&gt;
Nawet staje na ogonie&lt;br&gt;
I prześlicznie ogniem zionie.&lt;br&gt;
Więc król kazał swej policji&lt;br&gt;
Utrzymywać go w kondycji,&lt;br&gt;
Ale wnet dziewic zabrakło,&lt;br&gt;
Choć jeździli aż pod Nakło!&lt;br&gt;
Smok schudł, osowiały siedział,&lt;br&gt;
Jak mu pomóc, nikt nie wiedział.&lt;br&gt;
Aż ktoś wpadł na pomysł z rana.&lt;br&gt;
By smokowi dać barana,&lt;br&gt;
Co ma równie głupie lica&lt;br&gt;
I jest durny jak dziewica.&lt;br&gt;
Niestety, po takiej porcji&lt;br&gt;
Smok natychmiast dostał torsji&lt;br&gt;
Wodę ż Wisły wypompował&lt;br&gt;
I jak pershing eksplodował!&lt;br&gt;
Wniosek: Przez błędne metody&lt;br&gt;
Mamy dziś deficyt wody!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Panienka z pierwszej i drugiej ręki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/156/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/156/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Panienka z pierwszej i drugiej ręki
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Panienka z pierwszej ręki&lt;br&gt;
To przedmiot lirycznych westchnień,&lt;br&gt;
Promy czek słońca maleńki,&lt;br&gt;
Kwiatki nad wodą niebieskie.&lt;br&gt;
Jeszcze są przed nią udręki&lt;br&gt;
Pierwszy, dziewiczy jęk&lt;br&gt;
Panienka z pierwszej ręki&lt;br&gt;
Świeżutki, cieplutki wdzięk.&lt;br&gt;
Panienka z pierwszej ręki&lt;br&gt;
Czysta, jak kwiecie akacji:&lt;br&gt;
Nie wie, co stresy i sęki&lt;br&gt;
Prostracji i alienacji.&lt;br&gt;
Przez życia burze i lęki&lt;br&gt;
Na rękach musisz ją nieść -&lt;br&gt;
Panienkę z pierwszej ręki,&lt;br&gt;
A razem z nią - i jej cześć.&lt;br&gt;
Panienka z pierwszej ręki,&lt;br&gt;
Gdy ją porzucić spróbujesz,&lt;br&gt;
Odwoła się do maleńki:&lt;br&gt;
A ta ci życie zatruje.&lt;br&gt;
Przetrzymaj, zaciśnij szczęki&lt;br&gt;
I znajdź - rozejrzawszy się w krąg -&lt;br&gt;
Panienkę z drugiej ręki&lt;br&gt;
Lub z kilku dalszych rąk.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Panika</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/157/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/157/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PANIKA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W roku tysiąc czterysta dwudziestym i siódmym&lt;br&gt;
Stała się rzecz paskudna i wielce niemiła -&lt;br&gt;
Kneź Witold, zdyszany, spocony i brudny&lt;br&gt;
Wpadł i rzeki do Jagiełły: - Żona cię zdradziła!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Była to czwarta żona (trzy już król pochował)&lt;br&gt;
Księżna Zofia Holszańska, w skrócie Sonką zwana;.....&lt;br&gt;
Siedemdziesięciosześcioletni król skoczył do pował&lt;br&gt;
I krzyknął: - Łapać tego, tfy erotomana!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zaraz wieść się rozeszła, że stary się piekli,&lt;br&gt;
I naród się dowiedział i przeraził szczerze&lt;br&gt;
Poczem - tej samej nocy - precz z Polski uciekli&lt;br&gt;
Trzej bardzo szanowani i dzielni rycerze.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pan Tadeusz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/158/</link><pubDate>Sun, 21 Apr 2002 12:47:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/158/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PAN TADEUSZ
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 INWOKACJA &lt;br&gt;
 
O czymże dumać na paryskim bruku? &lt;br&gt;
Siędę, napiszę jaką rzecz do druku, &lt;br&gt;
Niedługą wszakże, gdyż szkolne reformy &lt;br&gt;
Nie preferują zbyt rozwlekłej formy. &lt;br&gt;
Oto - na dowód - list najświeższej daty &lt;br&gt;
Z podpisem Pani Minister Oświaty: &lt;br&gt;
" - Panie Mickiewicz, ogromnie mię wzrusza &lt;br&gt;
Epicki patos "Pana Tadeusza", &lt;br&gt;
Nie mam też żadnych uwag co do treści, &lt;br&gt;
Lecz w gabarytach szkolnych się nie mieści,&lt;br&gt; 
Bo polska młodzież, chociaż nader bystra, &lt;br&gt;
Dźwigając nadmiar wiedzy w swych tornistrach &lt;br&gt;
Nie zdąży nawet poznać Mistrza Jana &lt;br&gt;
Dobraczyńskiego, cóż dopiero Pana? &lt;br&gt;
Chcąc przeto zyskać u nas popyt szerszy, &lt;br&gt;
Skróć każdą księgę gdzieś do ośmiu wierszy, &lt;br&gt;
Piętnując przytem alkoholizm szlachty &lt;br&gt;
I prozachodnie, niezdrowe konszachty..." &lt;br&gt;
Do ośmiu wierszy... zabieg dość ponury... &lt;br&gt;
Lecz mamże wypaść z ram literatury? &lt;br&gt;
Nigdy! Doczekać muszę takiej chwili &lt;br&gt;
By te komiksy pod strzechy trafili!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Paryskie dożynki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/159/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/159/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Paryskie dożynki
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żniwa, żniwa w Paryżu,&lt;br&gt;
Żniwa owsa i ryżu,&lt;br&gt;
Wszędzie tańce i śpiewy wiejskie,&lt;br&gt;
Plon latoś bardzo fajny,&lt;br&gt;
Jadą, jadą kombajny&lt;br&gt;
Przez Pola Elizejskie.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niosą żeńcy jak trzeba&lt;br&gt;
Ogromny bochen chleba&lt;br&gt;
Wypieczony genialnie,&lt;br&gt;
- Hej, plon niesiemy, plon,&lt;br&gt;
W gospodarza maison!&lt;br&gt;
Zawodzą rytualnie.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Toczą się przez bulwary&lt;br&gt;
Wozy pełne bez miary,&lt;br&gt;
Idą różne dziewczynki w szeregu,&lt;br&gt;
Słodko brzmi w ich usteczkach&lt;br&gt;
Pioseneczka "Szła dzieweczka&lt;br&gt;
do laseczka". Bulońskiego.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jadą, jadą skuterem&lt;br&gt;
Bardotka z Rene Clairem.&lt;br&gt;
A za nimi sto motorów z wyciem.&lt;br&gt;
Marc Chagalle wraz z Picassem&lt;br&gt;
Machają wielkim hasłem:&lt;br&gt;
"Śtafeta Ślakiem Zwycięstw"!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Patent</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/160/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/160/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Patent
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Od kiedyśmy przyszli na ten ziemski padół,&lt;br&gt;
Uśmiech nigdy nie był naszą główną wadą -&lt;br&gt;
Francuski jest lekki, ciężki jest tyrolski,&lt;br&gt;
Angielski jest dziwny... Jaki jest ten polski?&lt;br&gt;
Można to prześledzić już od wieków paru -&lt;br&gt;
Nie lubi uśmiechu ni władza, ni naród.&lt;br&gt;
Skrzetuski się nie śmiał w domu ani w polu,&lt;br&gt;
Pan Zagłoba śmiał się, lecz po alkoholu,&lt;br&gt;
Jagiełło był smutny jak cmentarne brzózki,&lt;br&gt;
A Stańczyk? Wystarczy zobaczyć Hołd pruski...&lt;br&gt;
Spróbuj się uśmiechnąć nagle na deptaku:&lt;br&gt;
- Ty się z kogo śmiejesz, cholerny ciapciaku?&lt;br&gt;
W biurze przełożony uwagę ci zwraca:&lt;br&gt;
- Żadne chichy-śmichy, tu jest, panie, praca!&lt;br&gt;
Uśmiech na zebraniu też burzę rozpęta:&lt;br&gt;
- On się śmiał z wytycznych oraz prelegenta!&lt;br&gt;
W szkole nauczyciel przy elementarzu:&lt;br&gt;
- Ja ci się pośmieję, ty jakiś gówniarzu!&lt;br&gt;
Student na wykładach też słyszy: - Kolego,&lt;br&gt;
Nasza ekonomia to nic wesołego!&lt;br&gt;
Nie śmiej się przed grzechem, podczas i po grzechu:&lt;br&gt;
- Ja ci zaufałam, a tobie do śmiechu!&lt;br&gt;
Nie śmiej się ho urząd, kościół, sekretariat,&lt;br&gt;
Każdy kto się śmieje to wróg albo wariat...&lt;br&gt;
Więc gdy mnie czasem ktoś zahacza krótko:&lt;br&gt;
- Wam z jakich powodów jest tak wesolutko?&lt;br&gt;
Wariackie papiery wydobywam r buta:&lt;br&gt;
- Cretin satiricus chichrajtis acuta.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pętla</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/161/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/161/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pętla
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
U drzwi zadzwonił dzwonek,&lt;br&gt;
Więc Dreptak jak skowronek&lt;br&gt;
Wesół otwiera z klucza,&lt;br&gt;
A tam stoi inkasent&lt;br&gt;
I tak Dreptaka basem&lt;br&gt;
Poucza:&lt;br&gt;
- Natychmiast płać pan,&lt;br&gt;
Czasu nie trać pan,&lt;br&gt;
Tylko raz - raz!&lt;br&gt;
Uszy pan stul pan&lt;br&gt;
I szybko bul pan&lt;br&gt;
Za światło i za gaz!&lt;br&gt;
Dreptak wszystko zapłacił,&lt;br&gt;
Cokolwiek humor stracił,&lt;br&gt;
Bo żal mu było grosza;&lt;br&gt;
- Ot - myśli - wyjdę sobie...&lt;br&gt;
I wyszedł, lecz za progiem&lt;br&gt;
Napotkał listonosza.&lt;br&gt;
- Natychmiast, płać pan.&lt;br&gt;
Czasu nie trać pan!&lt;br&gt;
Ryknął jak lew on.&lt;br&gt;
Uszy pan stul pan&lt;br&gt;
I szybko bul pan&lt;br&gt;
Za swój telefon!&lt;br&gt;
Uregulował Dreptak&lt;br&gt;
I poszedł się na trzepak&lt;br&gt;
Powiesić na długim sznurze&lt;br&gt;
I już się żegnał z żoną,&lt;br&gt;
Gdy wtem mu przyniesiono&lt;br&gt;
Inne rachunki duże.&lt;br&gt;
Najpierw - czynsz za mieszkanko,&lt;br&gt;
potem - powiestkę z banku:&lt;br&gt;
Dwa kredyty, trzy orsy&lt;br&gt;
I upomnienie z kasy,&lt;br&gt;
Bo żyranci - brudasy&lt;br&gt;
Nie chcieli wpłacić forsy...&lt;br&gt;
Straszne tam były płacze,&lt;br&gt;
Aż nasz biedny Dreptaczek&lt;br&gt;
Został goły, bez gaci,&lt;br&gt;
Ale już się nie wieszał&lt;br&gt;
I sam siebie pocieszał,&lt;br&gt;
Że teraz, to się już nie opłaci.&lt;br&gt;
Ucałował swą żonę:&lt;br&gt;
- Już wszystko popłacone,&lt;br&gt;
Nic się już nie należy!&lt;br&gt;
Goło, ale wesoło!&lt;br&gt;
Tutaj cmoknął ją w czoło,&lt;br&gt;
A tu znów ktoś puka do dźwierzy:&lt;br&gt;
- Natychmiast płać pan,&lt;br&gt;
Czasu nie trać pan,&lt;br&gt;
Tylko raz - raz!&lt;br&gt;
Uszy pan stul pan&lt;br&gt;
I szybko bul pan&lt;br&gt;
Za światło i za gaz!&lt;br&gt;
- Co pan mówi - wyszeptał Dreptak łagodnie.&lt;br&gt;
- Tak szybko przeminęły te cztery tygodnie?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pielgrzymka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/162/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/162/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pielgrzymka
 &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Wzruszył mnie nowy przejaw duchowej kultury: &lt;br&gt;
Pielgrzymka policjantów na szczyt Jasnej Góry. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przynieśli swą chorągiew nader okazałą &lt;br&gt;
Na której św. Jerzy leje smoka pałą. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bili się gromko w piersi, powstał hałas wielki &lt;br&gt;
Gdy się w kuloodporne tłukli kamizelki. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Upadli też na klęczki, taka jest w nich wiara, &lt;br&gt;
Tu wyleciał pistolet, tam kajdanków para. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdzie indziej granat z gazem błysnął jak meteor, &lt;br&gt;
Co później cudem nazwał naiwny ksiądz przeor. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W tymże czasie włamywacz przepiłował sztabę&lt;br&gt;
Zabito gdzieś staruszka, uduszono babę. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń o bimbrze</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/163/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/163/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIEŚŃ O BIMBRZE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Proso się prosi, smęda się smędzi,&lt;br&gt;
Artysta rzeźbi Grupę Maryny,&lt;br&gt;
A Wojtuś Dreptak bimber se pędzi,&lt;br&gt;
Który i smak ma, i witaminy.&lt;br&gt;
Idzie nowymber, za nim decymber&lt;br&gt;
(jak to w Paryżu mówi się ładnie),&lt;br&gt;
A Wojtuś Dreptak pędzi se bimber,&lt;br&gt;
Pędzi z wszystkiego czego dopadnie.&lt;br&gt;
Potrafi z cukru, względnie melasy,&lt;br&gt;
Z żyta, z pszenicy, z marchwi, z brukselki,&lt;br&gt;
Z maku, z makuchów, kaszy, kiełbasy,&lt;br&gt;
Z dębowej, względnie sosnowej belki.&lt;br&gt;
Czasem to taki szwung ma, aż warczy,&lt;br&gt;
I wtedy pędzi bez dania racji&lt;br&gt;
Ze świecy, z karborundowej tarczy,&lt;br&gt;
Jak również z drenów od melioracji,&lt;br&gt;
Ze szwedzkiej stali, z żydowskiej macy,&lt;br&gt;
Z kaloszy, z transmisyjnego pasa,&lt;br&gt;
A jak gdzieś dorwał kiedyś "Głos pracy",&lt;br&gt;
To też wydoił z niego pół basa.&lt;br&gt;
Ba, to nie koniec! Gdy katecheta&lt;br&gt;
Diabła z Trypućki wypędzał z trudem,&lt;br&gt;
To Dreptak zabrał się do faceta,&lt;br&gt;
Bęc, i wypędził! Tyle że wódę.&lt;br&gt;
Tyle w nim werwy, tyle pomysłów,&lt;br&gt;
Geniusz i lotny, i aktualny...&lt;br&gt;
Wziąć go, wykąpać i do przemysłu,&lt;br&gt;
Niech nam przerabia węgiel brunatny!&lt;br&gt;
Niech mu wagony zwożą i barki&lt;br&gt;
Ropę naftową, fosfor, piryty,&lt;br&gt;
Dajcie mu miedzi! Dajcie mu siarki!&lt;br&gt;
A on narobi z nich okowity,&lt;br&gt;
I ruszy eksport do Senegalu,&lt;br&gt;
I innych krajów podzwrotnikowych,&lt;br&gt;
...a Dreptak pędzi,&lt;br&gt;
	dziś z esperalu&lt;br&gt;
I z broszur antyalkoholowych...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń o obronie Trembowli</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/164/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/164/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pieśń o obronie Trembowli
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...a kiedy tatarskie hordy podeszły pod Trembowlę,&lt;br&gt;
To komendant Chrzanowski zgubił ze strachu pantofle,&lt;br&gt;
Wypił pół kwarty miodu, rozbił czekanem stągiew&lt;br&gt;
I powlókł się na wały wywieszać białą chorągiew.&lt;br&gt;
Atoli jego małżonka, niewiasta wielkiego ducha,&lt;br&gt;
Krzyknęła: - Zwariowałeś? Zrobią z ciebie eunucha!&lt;br&gt;
Tu załkała na myśl o tym, nerwy w niej dziarsko zagrały,&lt;br&gt;
Chwyciła w rękę pogrzebacz i wrzasnęła:&lt;br&gt;
- Wszyscy na wały!&lt;br&gt;
I dalejże rzucać w pohańców miski, sztućce, kawałki jarzyn,&lt;br&gt;
Lać kaszkę mannę wrzącą, aż się z bólu skręcał Tatarzyn&lt;br&gt;
I bluzgać gorącym barszczem, w którego zdradliwych falach&lt;br&gt;
Tonęli krwiożerczy Nogajcy Jęcząc żałośnie "O Allach!"&lt;br&gt;
Wtem nagle Dreptak-Aga, pryszczaty, wąsaty potwór,&lt;br&gt;
Zaszedł Trembowlę od tyłu, babach i wybił otwór&lt;br&gt;
I właził już do środka, a ta pani bęc w łeb go pięścią&lt;br&gt;
I zatkała wyłom. Sama sobą. A raczej swoją częścią.&lt;br&gt;
Obróciwszy się jednak uprzednio twarzy do wnętrza fortecy,&lt;br&gt;
By móc wydawać rozkazy, a w tę dziurę wstawiwszy...&lt;br&gt;
hm ... plecy.&lt;br&gt;
Długo by opowiadać jak czterdzieści tysięcy napastników&lt;br&gt;
Zdobywało tę barykadę bez najmniejszych bodajże wyników!&lt;br&gt;
Jak się nad nią straszliwie znęcali przy użyciu dzid, jataganów,&lt;br&gt;
Samopałów, strzał zapaląjących i oblężniczych taranów.&lt;br&gt;
Jakie piekielne petardy i miny zastosowali,&lt;br&gt;
I jakie ohydne świństwa na niej wypisywali,&lt;br&gt;
Aż nadszedł hetman Sobieski, przepędził całą tę zgraję,&lt;br&gt;
Podszedł pod mur i zapytał: - Przebóg, a cóż to wystaje?&lt;br&gt;
A sześć chorągwi husarskich krzyknęło: Jezus, Maryja!&lt;br&gt;
O ile nas wzrok nie myli, to pani Chrzanowska Zofija!&lt;br&gt;
Wówczas hetman zdjął z szyi medalion - przypiął jej z wielką wprawą,&lt;br&gt;
Kazał pochylić sztandary i trzykroć zawołał: Brawo!!!&lt;br&gt;
Następnie zaś - chcąc wyrazić najwyższą cześć i szacunek -&lt;br&gt;
Złożył na męczennicy hetmański pocałunek.&lt;br&gt;
A pani Chrzanowska, myśląc, że ma dale za sobą tę tłuszczę,&lt;br&gt;
Ryknęła: - Możecie całować! Po dobroci też was nie wpuszczę!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Piosenka dla błękitnego kapitana</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/165/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/165/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Piosenka dla błękitnego kapitana
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Błądzisz gdzieś po oceanie &lt;br&gt;
 Mój błekitny kapitanie &lt;br&gt;
 Lecz gdy statek w porcie stanie &lt;br&gt;
 Drzwi otwarte u mnie masz &lt;br&gt;
 &lt;br&gt;
 Tu czekają cię tysiące &lt;br&gt;
 Pocałunków tak gorących &lt;br&gt;
 Jak podzwrotnikowe słońce &lt;br&gt;
 Które ci opala twarz 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A kiedy ruszasz z portu mój kochany &lt;br&gt;
Zostaje sama żona marynarza &lt;br&gt;
Okna biją bryzgi słonej piany &lt;br&gt;
A mewa smutny okrzyk mój powtarza &lt;br&gt;
Dogoni cię ten głos przez oceany 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Płazem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/166/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/166/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Płazem
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden pan miał niewierną żonę&lt;br&gt;
I żył w rozpaczy oraz wstydzie,&lt;br&gt;
Bowiem zdradzała go z Zenonem&lt;br&gt;
Dreptakiem średnio raz na tydzień.&lt;br&gt;
Zaś gdy wracała, to pod gazem&lt;br&gt;
Będąc wołała przerażona:&lt;br&gt;
- Ach, puść mi, puść to, Heniu, płazem,&lt;br&gt;
Więcej nie będę, niech tak skonam!&lt;br&gt;
Ale niestety, już za tydzień&lt;br&gt;
Wychodzi, niby to po smalec,&lt;br&gt;
I znowuż do Dreptaka idzie,&lt;br&gt;
Co w chacie czekał jak padalec.&lt;br&gt;
I znów, jak za poprzednim razem,&lt;br&gt;
Płacze, narzeka i udaje:&lt;br&gt;
- Ach, puść mi, puść to, Heniu, płazem!&lt;br&gt;
A on jej puszczał, bo był frajer.&lt;br&gt;
Aż wreszcie, gdy już cały powiat&lt;br&gt;
Śmiał się, że żona kręci Heniem,&lt;br&gt;
Nad Heniem jakby wicher powiał,&lt;br&gt;
Jakby nań przyszło oświecenie,&lt;br&gt;
I wyszlachetniał był zarazem,&lt;br&gt;
I mądrość w nim jak rzeka pluszcze,&lt;br&gt;
I rzekł:&lt;br&gt;
- No, jeśli zechce płazem,&lt;br&gt;
To ja nie puszczę jej, lecz s p u s z c z ę!&lt;br&gt;
O, właśnie wraca już ta zgaga,&lt;br&gt;
Ze smutnym patrzy nań wyrazem,&lt;br&gt;
I - jak zazwyczaj - jego błaga:&lt;br&gt;
- Ach, puść mi, puść to, Heniu, płazem!&lt;br&gt;
Zaś Henio sięgnął za pazuchę,&lt;br&gt;
Szukał przez chwilę za pazuchą,&lt;br&gt;
Wyciągnął taką... o... ropuchę&lt;br&gt;
I jak przysunie żonie w ucho!&lt;br&gt;
Pada na babę raz za razem,&lt;br&gt;
- Co robisz? Prawie żem bez ducha!!!&lt;br&gt;
- Spuszczam ci, siostro, lanie płazem,&lt;br&gt;
Płazem albowiem jest ropucha!&lt;br&gt;
Tu wyjął jeszcze krokodyla,&lt;br&gt;
Choć ten nie płazem jest, lecz gadem,&lt;br&gt;
I jeszcze jej po plecach przylał,&lt;br&gt;
I kazał zająć się obiadem,&lt;br&gt;
I już na zawsze ustał nierząd,&lt;br&gt;
I miłość znów zakwitła mocna!&lt;br&gt;
Tak, tak, systematyka zwierząt&lt;br&gt;
Czasami bywa nam pomocna!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pobudka Muszkieterów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/167/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/167/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pobudka muszkieterów&lt;br&gt;
 &lt;br&gt;
Już czas - 'Już czas'&lt;br&gt;
Na niebie gwiazdy i księżyc &lt;br&gt;
Już czas - 'Już czas' &lt;br&gt;
Rży koń w bojowej uprzęży &lt;br&gt;
Już czas ze szpadą zapiąć płaszcz &lt;br&gt;
Już czas - 'Już czas' &lt;br&gt;
Już czas, już czas 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Już czas - 'Już czas' &lt;br&gt;
Porzucić żonę i biuro &lt;br&gt;
Juz czas - 'Więc w las' &lt;br&gt;
Bo walką i awanturą &lt;br&gt;
Los chce, byś chłopcem był choć raz &lt;br&gt;
Już czas - 'Już czas' &lt;br&gt;
Już czas, już czas 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pochłonięcie Dreptaka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/168/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/168/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pochłonięcie Dreptaka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dziadziunio drgawek dostał&lt;br&gt;
I dech zaparło kobietom,&lt;br&gt;
Gdy speaker rzekł: - Dreptak został&lt;br&gt;
Wchłonięty przez peleton!&lt;br&gt;
Ach, straszny to jest obraz,&lt;br&gt;
Ach, groza w nas się spiętrza!&lt;br&gt;
Peleton - jak pyton lub kobra -&lt;br&gt;
Wchłonął Dreptaka do wnętrza!&lt;br&gt;
Nic ż niego nie zostawił,&lt;br&gt;
Zgryzł, wyssał i wychłeptał,&lt;br&gt;
Zapił, mlasnął i strawił,&lt;br&gt;
Ach biedny, biedny Dreptak!&lt;br&gt;
Dreptak jechał tak ślicznie,&lt;br&gt;
Lecz coś przeczuwał być może,&lt;br&gt;
Bo się oglądał panicznie&lt;br&gt;
(Widziałem w telewizorze!)&lt;br&gt;
Aż nagle jak nie wrzaśnie&lt;br&gt;
Tak strasznie jakby tonął,&lt;br&gt;
I peleton nadleciał, i właśnie&lt;br&gt;
Dreptaka bez reszty wchłonął.&lt;br&gt;
Jest gdzieś na świecie dąbrowa,&lt;br&gt;
A pod dąbrową krzaczki,&lt;br&gt;
I domek, a w nim Dreptakowa&lt;br&gt;
Tuli płaczące Dreptaczki.&lt;br&gt;
I jest tu - oprawna w safian -&lt;br&gt;
Sczerniała od całowania&lt;br&gt;
Pamiętna fotografia,&lt;br&gt;
Jak peleton Dreptaka wchłania.&lt;br&gt;
Wieczorem rodzina siada&lt;br&gt;
Przy starym samowarze.&lt;br&gt;
A Dreptakowa powiada:&lt;br&gt;
- Z was też wyrosną kolarze!&lt;br&gt;
Ruszycie w wyścigi, pogonie,&lt;br&gt;
I sława i cześć wam zaświeci!&lt;br&gt;
- A jak nas peleton wchłonie?&lt;br&gt;
Pytają ze strachem dzieci.&lt;br&gt;
- A jak was pochłonie peleton,&lt;br&gt;
Jak tatę waszego, Dreptaka,&lt;br&gt;
W żałobny przybiorę się kreton.&lt;br&gt;
Lecz łzy nie uronię, bom taka!&lt;br&gt;
Wszak zaszczyt to być, pochłoniętym&lt;br&gt;
W obronie barw polskiej drużyny!&lt;br&gt;
Hej, zapał to wielki i święty,&lt;br&gt;
O, czcijcieżeż matkę swą, syny!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pochodzenie Hipcia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/169/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/169/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pochodzenie Hipcia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Z Hipcia koledzy się śmieją, z tej mianowicie racji,&lt;br&gt;
Że Hipcio się wywodzi prosto z arystokracji,&lt;br&gt;
Więc jest przeżytkiem epoki i czymś w rodzaju kiksa&lt;br&gt;
W muzyce, a znowuż w przyrodzie czymś w rodzaju archeopteryksa.&lt;br&gt;
Hipcio ma wieczne zmartwienia i niepokoje wieczne,&lt;br&gt;
Kiedy go gdzieś zapytają o pochodzenie społeczne,&lt;br&gt;
"Rolnicze" - powiada przeważnie, stremowany przy tym niezmiernie,&lt;br&gt;
"A jaki areał miał tatko?"&lt;br&gt;
- Dwie...&lt;br&gt;
- Dwie morgi?&lt;br&gt;
- Nie... dwie gubernie...&lt;br&gt;
Dźwigając więc od lat wielu piętno arystokraty,&lt;br&gt;
Hipcio dostawał na ogół dosyć podrzędne etaty,&lt;br&gt;
Zwłaszcza że staż naukowy także miał dosyć kiepski,&lt;br&gt;
Osiemnaście lat w podstawówce i kurs tańca Braci Sobiszewskich,&lt;br&gt;
A nazywał się Lubomirski Waldemar, co też było powodem bryndzy,&lt;br&gt;
I na próżno się starał o zamianę nazwiska na Hryćko Dzyndzyk,&lt;br&gt;
I w dodatku się ożenił pechowo z niejaką Pelagią Ciapą,&lt;br&gt;
A następnie się okazało, że ona po tatku Rapaport,&lt;br&gt;
A po matuli Ping-Piao, więc Hipcio zawył jak upiór&lt;br&gt;
I zalał się z rozpaczy łzami, niszcząc zupełnie ubiór,&lt;br&gt;
I naubliżał sam sobie, a raczej swojej mamusi,&lt;br&gt;
I postanowił, że wreszcie sytuacja zmienić się musi,&lt;br&gt;
I jął szukać nowej posady. I znalazł. A personalny&lt;br&gt;
Znowu pod nos mu podsunął ankietowy formularz fatalny,&lt;br&gt;
A Hipcio - ponieważ tę pracę ogromnie otrzymać chciałby ~&lt;br&gt;
W rubryce "pochodzenie społeczne" wpisał prędziutko... "od małpy..."&lt;br&gt;
Personalny przeczytał, następnie spojrzał z niejaką obawą&lt;br&gt;
Na Hipcia, potem w instrukcję, o wreszcie rzekł:&lt;br&gt;
- No cóż... brawo!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Początek lata</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/170/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/170/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Początek lata
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto mamy początek lata&lt;br&gt;
I początek kolejnych wakacji,&lt;br&gt;
Pojedziemy w różne strony świata,&lt;br&gt;
Dojedziemy do różnych stacji -&lt;br&gt;
Do Paryża i do Kocmyrza,&lt;br&gt;
Do Kijowa, do Pruszkowa być może...&lt;br&gt;
Zawiadowca z lizakiem się zbliża,&lt;br&gt;
Mój Boże...&lt;br&gt;
Jest uroczo, przykro tym niemniej,&lt;br&gt;
Rozpaczliwie, chociaż przyjemnie.&lt;br&gt;
Oto mamy początek lata,&lt;br&gt;
Coś zaczyna się, więcej się kończy,&lt;br&gt;
Powiesiła się niejaka Beata,&lt;br&gt;
Lecz ją odciął niejaki Pstrokończyk.&lt;br&gt;
Ząb jej wybił (prawą szóstkę górną)&lt;br&gt;
I przepraszał, i nazwał ją durną.&lt;br&gt;
- Coś zrobiła ty, głupkowata?&lt;br&gt;
- A, bo mamy początek lata,&lt;br&gt;
Jest uroczo, przykro tym niemniej,&lt;br&gt;
Rozpaczliwie, chociaż przyjemnie...&lt;br&gt;
W radio właśnie śpiewa Okudżawa,&lt;br&gt;
Całe miasto w upale się smaży:&lt;br&gt;
- No, to sobie pobiegamy po trawach,&lt;br&gt;
No, to sobie poleżymy na plaży...&lt;br&gt;
Taka fajna była nasza klasa&lt;br&gt;
I już nie ma jej. Wszyscy na wczasach.&lt;br&gt;
Kukuruźnik nad rynkiem lata,&lt;br&gt;
A gołębie nad pałacem biskupim.&lt;br&gt;
Oto mamy początek lata&lt;br&gt;
Wymarzony, straszny i głupi.&lt;br&gt;
Wolę wrzesień, gdy wszyscy wracają,&lt;br&gt;
Gdy pociągi częściej przy- niż od- jeżdżają,&lt;br&gt;
Gdy się kończą lasy i trasy,&lt;br&gt;
Gdy się łączą licealne klasy,&lt;br&gt;
I Pstrokończyk znów jest z Beatą,&lt;br&gt;
I się martwi kolejną ratą,&lt;br&gt;
I niech nawet śpiewa Okudżawa -&lt;br&gt;
To już wtedy całkiem inna sprawa,&lt;br&gt;
Już nie robi z tata wariata&lt;br&gt;
Ten cholerny początek lata,&lt;br&gt;
Gdy uroczo jest, przykro tym niemniej,&lt;br&gt;
Rozpaczliwie, chociaż przyjemnie...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Podstęp archiwisty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/171/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/171/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Podstęp archiwisty
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Archiwista Carskiej Ochrany&lt;br&gt;
Swe archiwum znowu przegląda,&lt;br&gt;
Dobrotliwym wzrokiem ze ściany&lt;br&gt;
Car Mikołaj mu się przygląda.&lt;br&gt;
Z dokumentów spiętrzonej matni&lt;br&gt;
Archiwista wskrzesza przeszłość sławną,&lt;br&gt;
Archiwista to już ostatni,&lt;br&gt;
Wszyscy inni umarli dawno.&lt;br&gt;
Cień na ścianie apokaliptyczny,&lt;br&gt;
Światło lampy odbija łysina -&lt;br&gt;
Ongiś postrach więźniów politycznych,&lt;br&gt;
Dzisiaj mały nędzny starowina.&lt;br&gt;
Archiwista myśli: - Co mi z tego,&lt;br&gt;
Żem przechował te wszystkie księgi,&lt;br&gt;
Że mam donos na Piłsudskiego,&lt;br&gt;
Że Frunzemu mógłbym sprawić cięgi,&lt;br&gt;
Że wiem wszystko - kto, gdzie, kiedy, co krzyczał,&lt;br&gt;
Kto co mówił w Argentynie i w Turynie...&lt;br&gt;
Już Józefa Wissarionowicza&lt;br&gt;
Żebym nawet stanął dęba - nie przyskrzynię...&lt;br&gt;
Im to dobrze, mieli życie ciekawe,&lt;br&gt;
Ciągłe walki, różne czyny wspaniałe,&lt;br&gt;
Każdy zdobył jakąś chwałę lub sławę,&lt;br&gt;
A ja jeden nieznany zostałem...&lt;br&gt;
Tutaj tak się wzruszył i podniecił,&lt;br&gt;
Że wyszeptał: -&lt;br&gt;
O moi mili,&lt;br&gt;
Moje orły, moje drogie dzieci,&lt;br&gt;
Czegoż wy mnie tu samego zostawili?&lt;br&gt;
Sklerotyczna myśl w głowie się plącze,&lt;br&gt;
Łza wypływa spod kaprawej powieki:&lt;br&gt;
- Ja - zawołał - do was też dołączę!&lt;br&gt;
Już my razem będziemy, na wieki!&lt;br&gt;
Pióro skrzypi gwałcąc nocną ciszę,&lt;br&gt;
Po papierze błądzi ręka stara,&lt;br&gt;
Archiwista sam na siebie donos pisze...&lt;br&gt;
Straszny donos, że chciał opluć cara...&lt;br&gt;
Wsadzi donos między dokumenty&lt;br&gt;
Jak bandyta między żebra scyzoryk,&lt;br&gt;
Niech tkwi donos, spinaczem przypięty,&lt;br&gt;
Aż go kiedyś znajdzie młody historyk.&lt;br&gt;
Przestudiuje wszystkie akta, listy,&lt;br&gt;
Publikację napisze długą,&lt;br&gt;
I przerzuci trupa archiwisty&lt;br&gt;
... z jednej strony barykady - na drugą!...&lt;br&gt;
I - być może - archiwista nas wykiwa,&lt;br&gt;
Zyska naszą wdzięczność lub życzliwość...&lt;br&gt;
Historyku! Badając archiwa,&lt;br&gt;
Miej na względzie i taką możliwość!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pogodne popołudnie kapitana białej floty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/172/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/172/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pogodne popołudnie kapitana Białej Floty&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Transatlantyki na oceanach &lt;br&gt;
 A krążowniki w rejsach ćwiczebnych &lt;br&gt;
 Każdy z nich musi mieć kapitana &lt;br&gt;
 Nasz kapitan też jest potrzebny 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W Gdańsku mewy, wiatr i gotyk &lt;br&gt;
Słońce świeci złotą smugą &lt;br&gt;
Pan kapitan białej floty &lt;br&gt;
Idzie przez ulicę Długą 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Idzie z marynarską fają &lt;br&gt;
W oczach ma szelmowskie błyski &lt;br&gt;
Przekupki się w nim kochają &lt;br&gt;
Podziwiają go turystki 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Transatlantyki na oceanach...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Odskoczyły drzwi tawerny&lt;br&gt;
Szmer uznania przebiegł salon&lt;br&gt;
Wdzięk niezmierny, szyk cholerny&lt;br&gt;
Na rękawie złoty galon
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polish wunderwaffe</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/173/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/173/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Polish Wunderwaffe&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy ruszano do Iraku na krucjatę &lt;br&gt;
Każdy rycerz wziął to dzidę, to armatę &lt;br&gt;
Pojechały pojemniki pełne gazu &lt;br&gt;
Oddział Czechów co poddali się odrazu 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Berlin wysłał dwa czy trzy miliardy marek &lt;br&gt;
Od Szwajcarów każdy żołnierz miał zegarek &lt;br&gt;
A nasz chytry Lech Wałęsa zamiast armatniego mięsa &lt;br&gt;
Desygnował sto wojskowych pielęgniarek 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wszystkie miały modre oczka i berety &lt;br&gt;
I to miały co powinny mieć kobiety... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy przybyły na pustynię, to jak rany &lt;br&gt;
Po oazach prostowały się banany &lt;br&gt;
Przed namiotem Kasi, Stasi i Małgosi &lt;br&gt;
Pospuszczali się przedwcześnie komandosi 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polski prześcieradłowiec</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/174/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/174/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POLSKI PRZEŚCIERADŁOWIEC
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden nasz reżyser, wielki postępowiec,&lt;br&gt;
Podobno nakręcić ma prześcieradłowiec!&lt;br&gt;
A prześcieradłowiec jest to film takowy,&lt;br&gt;
Co cały się dzieje we wnętrzu alkowy.&lt;br&gt;
We wnętrzu alkowy, we wnętrzu sypialni&lt;br&gt;
Jakiś pan przeważnie, zwykle jakaś pani,&lt;br&gt;
Oczywiście kołdra, jasna rzecz poduszka,&lt;br&gt;
Cztery nogi ludzkie, tyleż nóg od łóżka,&lt;br&gt;
Tu, powiedzmy, szyja, tam, powiedzmy, łydka,&lt;br&gt;
Najazd, szwenk, zbliżenie, nakładka, przebitka,&lt;br&gt;
Kamera na okno, następnie na dechy...&lt;br&gt;
Cały dźwięk to skrzypy, jęki i przydechy.&lt;br&gt;
Reżyser poprawia ciemne okulary:&lt;br&gt;
- Jeszcze jeden dubel. Pif ją! Huzia, stary!!!&lt;br&gt;
A potem się robi hałas, że o rany,&lt;br&gt;
Że film nie jest wcale zaangażowany!!!&lt;br&gt;
Ale to już drobiazg, nie wart naszej troski:&lt;br&gt;
Wystarczy zaznaczyć, że chłopak jest z wioski,&lt;br&gt;
Dziewczyna natomiast, to Radziwiłłówna,&lt;br&gt;
Więc on te klasowe krzywdy sobie równa,&lt;br&gt;
A to prześcieradło, gdzie oni fikają,&lt;br&gt;
Jest darem bratniego, przyjaznego kraju.&lt;br&gt;
By zaś atmosfera była bardziej swojska,&lt;br&gt;
Za oknem też mogą rżnąć się. Jakieś wojska.&lt;br&gt;
Lub może trwać walka z członkami dywersji!&lt;br&gt;
Ot prześcieradłowiec! I to w naszej wersji!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pomnik</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/175/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/175/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POMNIK
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz mieszczanie pewnej włości&lt;br&gt;
Popadli w kompleks niższości,&lt;br&gt;
I żarła ich zazdrość dzika&lt;br&gt;
Z powodu braku pomnika,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Podczas kiedy inne sioła&lt;br&gt;
Nie przejmowały się zgoła,&lt;br&gt;
Mając tych rzeczy nad miarę,&lt;br&gt;
Niekiedy nawet po parę.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I tak w Grzdyćkach koło kina&lt;br&gt;
Był piękny pomnik Darwina,&lt;br&gt;
Z ogonem, dla podkreślenia&lt;br&gt;
Faktu od małp pochodzenia.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zaś w Wóice tuż przy remizie&lt;br&gt;
Stała kobieta w striptizie,&lt;br&gt;
Z podpisem: "Marzenie wieszcza&lt;br&gt;
na temat Marii Wereszczak",
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Portret</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/176/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/176/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PORTRET
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gucio Dreptak, szef Wydziału Analizy,&lt;br&gt;
Raz nadwyżkę finansową miał w budżecie,&lt;br&gt;
Więc zakupił za nią portret Mony Lizy,&lt;br&gt;
I powiesił Monę Lizę w gabinecie.&lt;br&gt;
Mona Liza w złotej ramce sobie wisi,&lt;br&gt;
Aż tu przyszli na odprawę urzędnicy,&lt;br&gt;
Jedni byli długowłosi, inni łysi,&lt;br&gt;
Zaś szefowa kadr z wąsami - a w spódnicy!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przywitali się z Dreptakiem i usiedli,&lt;br&gt;
Wtem ktoś spojrzał na Giocondę i osłupiał,&lt;br&gt;
Za nim inni popatrzyli i pobledli,&lt;br&gt;
I powstała atmosfera nader głupia.&lt;br&gt;
Gucio Dreptak, nie spostrzegłszy co jest grane,&lt;br&gt;
Chciał obrady już zagaić dziarskim tonem,&lt;br&gt;
Wtem ktoś spytał go półszeptem: - Mamy zmianę?&lt;br&gt;
I dyskretnie wskazał wzrokiem piękną Monę.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pośrednictwo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/177/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/177/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pośrednictwo
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gość, który nie potrafi zmierzyć sobie tętna,&lt;br&gt;
A kroplę krwi ujrzawszy, zaraz drżeć zaczyna,&lt;br&gt;
Niech się nie dziwi, że go biorę za natręta,&lt;br&gt;
Gdy chce wyjaśnić, jaka ma być medycyna.&lt;br&gt;
Facet nie umiejący stawiać cegieł w pionie&lt;br&gt;
Swym inżynierstwem niech się chwalić nie zamierza,&lt;br&gt;
Nie cenię generała, co na poligonie&lt;br&gt;
Lub na froncie nie zaczął od stopnia żołnierza.&lt;br&gt;
Zły to pisarz, co nie zna wierszy Mickiewicza,&lt;br&gt;
Zły kasjer, który nie wie, ile ma w swej kasie,&lt;br&gt;
A o tym, czego pragnie klasa robotnicza,&lt;br&gt;
Niech nie gada osobnik, co nie jest w tej klasie.&lt;br&gt;
Człowiek, co w każdym czasie zgadzał się na wszystko,&lt;br&gt;
Wszystko wiedział, brał grzecznie wszystko, co mu dali,&lt;br&gt;
Był zawsze gotów objąć każde stanowisko,&lt;br&gt;
Z wyjątkiem stanowiska w produkcyjnej hali,&lt;br&gt;
I gdy - zrządzeniem losu - sam jest antytezą&lt;br&gt;
Robotnika - w przenośni i dosłownie zgoła -&lt;br&gt;
Jak pragnie się gdzieś dostać, to go autem wiezą,&lt;br&gt;
Gdy chce przesunąć szafę - robotników woła...&lt;br&gt;
Ja na przykład potrafię sam zmontować regał,&lt;br&gt;
Sam posypuję chodnik w razie gołoledzi,&lt;br&gt;
Jeżdżę tramwajem albo pieszo sobie biegam,&lt;br&gt;
A liczni robotnicy to moi sąsiedzi,&lt;br&gt;
Ani bardziej bogaci, ani bardziej biedni,&lt;br&gt;
Też wyjadą na wczasy z rodziną na lato,&lt;br&gt;
Często z nimi rozmawiam...&lt;br&gt;
Po cóż nam pośrednik?&lt;br&gt;
Pośrednictwo kosztuje.&lt;br&gt;
A nas nie stać na to.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Potęga Statystyki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/178/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/178/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Potęga statystyki
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mnie nie bawi nowela ni poemat liryczny,&lt;br&gt;
Polska Szkoła Filmowa to jest dla mnie wprost szyfr,&lt;br&gt;
Ale za to studiuję Rocznik nasz Statystyczny,&lt;br&gt;
Gdyż uwielbiam wymowę różnych tabel i cyfr.&lt;br&gt;
Moi kumple gdzieś jeżdżą, piją wódkę lub krzyczą,&lt;br&gt;
Forsę ciuła w PKO familijny mój klan,&lt;br&gt;
A ja zgłębiam pozycje, co Wrocławia dotyczą,&lt;br&gt;
I zestawiam z danymi innych miast - jego stan.&lt;br&gt;
Wszystko mam jak na dłoni: siarkę, rzepak i mocznik,&lt;br&gt;
Rozwój żłobków, rajtszuli, kiosków Ruchu i hut.&lt;br&gt;
Radio gra po cichutku, a ja biorę ten Rocznik,&lt;br&gt;
Kładę się na tapczanie i już czytam jak z nut!&lt;br&gt;
Cyfry nigdy nie kłamią, nie tumanią, nie mylą -&lt;br&gt;
Każdy z nas choćby nie chciał, choćby stękał i wył,&lt;br&gt;
Mięsa w ubiegłym roku zżarł pięćdziesiąt sześć kilo,&lt;br&gt;
Kilo cholesterolu wprowadzając do żył.&lt;br&gt;
Wrocław nie jest w najgorszej sytuacji w ogóle,&lt;br&gt;
Bo wnioskuję - w Rocznika zagłębiwszy się treść -&lt;br&gt;
Żem ja płacił sześć złotych koma cztery cebulę,&lt;br&gt;
A nieszczęsny warszawiak płacił sześć koma sześć!&lt;br&gt;
Lecz przy dalszych pozycjach już mi nie jest tak hardo,&lt;br&gt;
I niedrogiej cebuli zaraz brzydule mi smak:&lt;br&gt;
Inwestycje - Warszawa jedenaście miliardów, &lt;br&gt;
Wrocław - trzy koma cztery... Krasnoludek czy jak? &lt;br&gt;
Zagęszczenie ludności większą radość mi sprawia, &lt;br&gt;
Miejsca u nas jest sporo, kto przeczyta, ten wie:&lt;br&gt;
Dwa tysiące przypada na kilometr wrocławian, &lt;br&gt;
Łodzian trzy! I to wszystko przy Piotrkowskiej, he he! &lt;br&gt;
Więc nie biadam nadmiernie ani się też nie żalę, &lt;br&gt;
Skarg nie piszę, niczego nie zazdroszczę też wam, &lt;br&gt;
Jedną całą sześć setnych mam kobiety w przydziale,&lt;br&gt;
Spirytusu czystego trzy i pół litra mam...&lt;br&gt;
Obserwując sąsiadki statystyczną urodę,&lt;br&gt;
Statystycznie raz w roku statystyczną mam chęć,&lt;br&gt;
By z nią przeżyć liryczną, statystyczną przygodę&lt;br&gt;
I mieć śliczne dziateczki...&lt;br&gt;
	Tak ze trzy...&lt;br&gt;
		Koma pięć...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Potencjalna szuja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/179/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/179/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Potencjalna szuja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Taka mnie smutna myśl gryzie &lt;br&gt;
I taka wewnętrzna opinia, &lt;br&gt;
Że kiedyś ze mnie wylizie &lt;br&gt;
Paskudna i wredna świnia. &lt;br&gt;
Zszargam nazwisko i duszę, &lt;br&gt;
Stracę posadę w biurze, &lt;br&gt;
Ale ześwinić się muszę, &lt;br&gt;
To tkwi już w mojej naturze. &lt;br&gt;
Ach, bić mnie, walić do świtu, &lt;br&gt;
Pałką, gazrurką, pocięglem:&lt;br&gt;
Nie budzą we mnie zachwytu &lt;br&gt;
Rysunki Piórkiem i Węglem. &lt;br&gt;
Podziwia Zina rodzina:&lt;br&gt;
Babcia, i szwagier, i wujo. &lt;br&gt;
Ja - nie podziwiam Zina, &lt;br&gt;
Więc chyba muszę być szują? &lt;br&gt;
Sąsiadka z zachwytu się zwija, &lt;br&gt;
Gucio przestaje pić czystą, &lt;br&gt;
A mnie to jakoś omija... &lt;br&gt;
Czyżbym był syjonistą? &lt;br&gt;
Znajomi stukają się w czoła, &lt;br&gt;
Opuszcza mnie resztka ferajny... &lt;br&gt;
Jakże wyjaśnić im zdołam, &lt;br&gt;
Że Zin jest dla mnie zbyt fajny? &lt;br&gt;
Że każdy rysunek śliczny, &lt;br&gt;
Że tempo roboty obłędne, &lt;br&gt;
Sam autor - patriotyczny, &lt;br&gt;
A to, co mówi - bezbłędne. &lt;br&gt;
Ja jestem człowiek przeciętny, &lt;br&gt;
Mam sferę marzeń osobną - &lt;br&gt;
Jakieś tęsknoty mętne,&lt;br&gt;
Zęby mistrz kiedyś się rąbnął...&lt;br&gt;
Ach, padłbym z radości trupem,&lt;br&gt;
Gdybyż się kiedyś ciut ciachnął&lt;br&gt;
I zamiast starą chałupę -&lt;br&gt;
Do rymu niechcący coś machnął.&lt;br&gt;
A potem w telewizorze&lt;br&gt;
By zaklął lub kopnął co w złości...&lt;br&gt;
Ach, panie profesorze!&lt;br&gt;
Taż ja bym dał na mszę z radości!&lt;br&gt;
...dziś mnie rzuciła dziewczyna,&lt;br&gt;
A wczoraj pies uciekł ode mnie...&lt;br&gt;
Hej, chciałbym pokochać Zina -&lt;br&gt;
Nie mogę... Ech, bydlę ze mnie...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Powrót</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/180/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/180/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Powrót
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wraca rycerz z Podhajec,&lt;br&gt;
Ran na nim co niemiara,&lt;br&gt;
Porąbał go Kitajec,&lt;br&gt;
Przebrany za Tatara.&lt;br&gt;
Urżnięta ręka, noga,&lt;br&gt;
Podziurawione ciało,&lt;br&gt;
Płacze żonka-nieboga:&lt;br&gt;
- Cóż mi z ciebie zostało?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
O herrendum, o sacra,&lt;br&gt;
O straszliwa masakra,&lt;br&gt;
Hoc, hoc, hoc!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ściągnął rycerz przyłbicę,&lt;br&gt;
Żona w krzyk: - O niebiosa!&lt;br&gt;
Trafili cię i w lice,&lt;br&gt;
Pozbawili cię nosa!&lt;br&gt;
Zdejmują mu napierśnik,&lt;br&gt;
Takoż obrażeń szereg:&lt;br&gt;
- Oj, biednyś ty nieszczęśnik -&lt;br&gt;
Brak ci czterech żeberek!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pożytek z tablicy Mendelejewa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/181/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/181/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POŻYTEK Z TABLICY MENDELEJEWA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Prowincjonalny amant, niejaki Dreptak Ewald &lt;br&gt;
Studiował kiedyś życiorys wielkiego Mendelejewa,&lt;br&gt;
I uświadomił sobie, iż ów Mendelejew Dymitry &lt;br&gt;
Układ pierwiastków wymyślił, w sposób niezwykle chytry,&lt;br&gt;
Bo upił się, złapał ołówek i poliniował arkusik,&lt;br&gt;
Wpisał tam wszystkie pierwiastki, a tu brakuje mu cusik!&lt;br&gt;
Są jakieś luki! W te luki uczony pełen radości&lt;br&gt;
Wpisał pierwiastki, co będą dopiero odkryte w przyszłości,&lt;br&gt;
A przytem przewrócił doniczkę, zapaćkujac tabele przypadkiem,&lt;br&gt;
Dzięki czemu dostały się do niej niechcący ziemie rzadkie,&lt;br&gt;
Ponieważ niedawno podlane. - Ha!!! - krzyknął ten Ewald Dreptak.&lt;br&gt;
- Ma we mnie Mendelejew naukowego adepta!&lt;br&gt;
Ja tez zostanę uczonym! Tu złapał papier w kratki&lt;br&gt;
I wpisał na nim swe wszystkie dotychczasowe babki&lt;br&gt;
Według wagi, koloru włosów oraz cech charakteru,&lt;br&gt;
I patrzy - a tu mu zostało jeszcze dość sporo papieru!&lt;br&gt;
Dalejże wiec przewidywać! I zaraz mu wyszły na świstkach&lt;br&gt;
Dwie chude rude nerwowe i jedna czarna sadystka.&lt;br&gt;
Natomiast odnośnie blondynek, ów wykaz naukowy&lt;br&gt;
Wykazał, ze wszystkie blondynki Dreptak niestety ma z głowy.&lt;br&gt;
A Dreptak kochał blondynki! Wiec najpierw się skręcił ze złości,&lt;br&gt;
Potem sam z sobą się zmagał, mamrocząc: - Dla dobra ludzkości!!!&lt;br&gt;
-Toż musze praktycznie wypełnić teoretyczna tabele.&lt;br&gt;
Niech żyje polska nauka! Szabla w dłoń, kurdelebele!&lt;br&gt;
Co krzycząc ogłuszył te czarną i zaczął swoją krucjatę...&lt;br&gt;
WIECEJ TAKICH, CO DOBRO NAUKI STAWIAJA PONAD PRYWATĘ!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pożytek z teorii Darwina</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/182/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/182/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pożytek z teorii Darwina
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w jednym ważnym urzędzie Jan Dreptak, skromny człeczyna,&lt;br&gt;
Zobowiązał się wygłosić referat na temat teorii Darwina,&lt;br&gt;
Więc wszystkim się spodobała inicjatywa taka&lt;br&gt;
I nawet dyrektor poklepał po ramieniu Jana Dreptaka,&lt;br&gt;
A personalny na to zareagował żywo&lt;br&gt;
I też go klepiąc, powiedział: Ot, człowiek z inicjatywą!&lt;br&gt;
Takich nam więcej trzeba, zaraz wszystko inaczej tu zagra!&lt;br&gt;
- Jak to więcej? Zapytał Dreptak... mam jeszcze tylko szwagra.&lt;br&gt;
A właśnie już wszyscy się zeszli i siedli wygodnie w świetlicy,&lt;br&gt;
A woźny postawił karafkę i szklankę na mównicy,&lt;br&gt;
I nawet zabrzmiały oklaski, więc Dreptak musiał rad nierad,&lt;br&gt;
Choć trzęsły się pod nim nogi, zacząć swój światły referat.&lt;br&gt;
Niestety, nie wyczuł widocznie, że to dla niego szansa,&lt;br&gt;
Bo zaczął dowodzić, że człowiek pochodzi od szympansa&lt;br&gt;
Czy też innego pawiana... ot zwykła mowa-trawa...&lt;br&gt;
Skończył, ukłonił się nisko i czeka, padalec, na brawa...&lt;br&gt;
A tutaj cisza śmiertelna! Dreptak ze strachu się słonia,&lt;br&gt;
I mówi drżącym głosikiem: - Są może jakieś pytania...?&lt;br&gt;
- I owszem - odparł dyrektor niezwykle zimnym tonem&lt;br&gt;
- Czy pańskim zdaniem m ó j przodek także był małpiszonem?&lt;br&gt;
Tu Dreptakowe włosy stanęły sztorcem na głowie:&lt;br&gt;
Oj, da mu dyro dubla, gdy zgodnie z prawdą odpowie...&lt;br&gt;
Więc zawył w duchu z rozpaczy, s w myślach jęknął "o Boże!!!"&lt;br&gt;
I wspomniał prastare hasło "Hej, ratuj się, kto może!!!"&lt;br&gt;
I niby to w księgę spojrzał i odparł: - O ile wiem,&lt;br&gt;
To pański przodek wyjątkowo nie małpą był, ale lwem!&lt;br&gt;
Niczem są blaski słońca, jak również laser jest niczem&lt;br&gt;
Przy blasku, który rozjaśnił dyrektorskie zacne oblicze!&lt;br&gt;
Potomek lwa powstał, o dziurkacz się oparł jak król o miecz,&lt;br&gt;
A z ust mu wybiegły słowa: - Wiedza to wielka rzecz!&lt;br&gt;
I łzy szlachetnego wzruszenia zaćmiły mu oczu błękity,&lt;br&gt;
Po czym spłynęły na spodnie, a na Dreptaka - zaszczyty.&lt;br&gt;
I odtąd żył już Jan Dreptak jak w bajce albo jak w transie...&lt;br&gt;
Znajomość autorytetów pomaga w życiowym awansie!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Praktycyzm</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/183/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/183/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRAKTYCYZM
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w ketlingowym dworku piękna jak księżna z bajki&lt;br&gt;
Krysia robiła sobie na drutach stoporajtki&lt;br&gt;
Gdy wtem wszedł Ketling; Krysia spojrzała lękliwie w górę,&lt;br&gt;
A Ketling jął zamiatać podłogę strusim piórem&lt;br&gt;
Przy swoim kapeluszu. A robił to tak pięknie,&lt;br&gt;
Że Krysia przypuszczała, iż jej serduszko pęknie.&lt;br&gt;
Gdy to Basia spostrzegła, duch przekory w niej zagrał&lt;br&gt;
I rzekła Wołodyjowskiemu: - A kuku! Ma pan szwagra!&lt;br&gt;
Porwał się mały rycerz, w ręku błyszczy mu klinga,&lt;br&gt;
- Ha - krzyknął - zrobię ci ja szkocki befsztyk z Ketlinga!&lt;br&gt;
I już chciał na biedaka skoczyć chyłkiem z zapiecka,&lt;br&gt;
Gdy wtem go powstrzymała imć pani Makowiecka,&lt;br&gt;
I jęta mu przekładać w sposób tkliwy i szczery:&lt;br&gt;
- Ta Krysia jest dla ciebie za dużą o dwa numery!&lt;br&gt;
Poza tym Ketling ją kocha niezwykle, z całej siły;&lt;br&gt;
O, popatrz, znowu przed nią zamiata piórem pyły...&lt;br&gt;
No dobra - rzekł pan Michał. - Jak tak się do niej łasi,&lt;br&gt;
Niechże ją sobie weźmie. Ja pójdę do Basi.&lt;br&gt;
Zaś pani Makowiecka w wielkiej i nagłej radości&lt;br&gt;
Zaczęła naraz obliczać swe przyszłe oszczędności.&lt;br&gt;
- Ha ha - mówiła w duchu - taż teraz całe lata&lt;br&gt;
Obejdzie się bez sprzątaczki.&lt;br&gt;
	... a Ketling wciąż zamiatał...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prawda i racja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/184/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/184/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Prawda i racja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mój pra-pra-pra pod Somosierrą &lt;br&gt;
Zdobywał wąwóz, a z nim sławę. &lt;br&gt;
Wtedy wygraliśmy dwa:zero, &lt;br&gt;
A może i trzy:zero nawet? &lt;br&gt;
Pra-pradziad w sześćdziesiątym trzecim &lt;br&gt;
Na patrol się kozacki nadział, &lt;br&gt;
Więc pra-prababcia wzięła dzieci, &lt;br&gt;
Żeby pozbierać pra-pradziadzia... &lt;br&gt;
Mój tata w dziewięćset szesnastym, &lt;br&gt;
Kiedy w okopach tkwił z kolegą, &lt;br&gt;
Zobaczył dwóch aniołów jasnych, &lt;br&gt;
A między nimi Piłsudskiego. &lt;br&gt;
Ja się bawiłem w konspirację, &lt;br&gt;
Dali mi kolta, sto nabojów, &lt;br&gt;
A jak wracałem na kolację - &lt;br&gt;
Mama płakała w przedpokoju. &lt;br&gt;
Teraz mam syna, siedzę w chacie &lt;br&gt;
Lub słucham mów na akademiach:&lt;br&gt;
- Polska powstała w rezultacie &lt;br&gt;
O wiele poważniejszych przemian! &lt;br&gt;
Bardzo mnie cieszy, że nauka &lt;br&gt;
Wniosek wysnuła już prawdziwy:&lt;br&gt;
- Zaważył tu ogólny układ,&lt;br&gt;
Nie żadne romantyczne zrywy!&lt;br&gt;
Wtedy zazwyczaj za mną staje&lt;br&gt;
Tłum przodków, już nie tak dostojny:&lt;br&gt;
Pra-pra-pra wariat, pra-pra frajer, &lt;br&gt;
Tatko-histeryk z pierwszej wojny... &lt;br&gt;
Mundury na nich postrzelano, &lt;br&gt;
Nikt im medali nie zawiesił, &lt;br&gt;
A wstyd im przy tem, że o rany,&lt;br&gt;
Bo mogli przecież żyć jak Czesi... &lt;br&gt;
Słuchamy razem, jak pan docent &lt;br&gt;
Przerabia nas w swej publikacji, &lt;br&gt;
A jest w niej prawdy na sto procent, &lt;br&gt;
A za grosz nie ma zwykłej racji.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prawo Archimedesa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/185/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/185/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Prawo Archimedesa
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Późną nocą mędrzec Archimedes&lt;br&gt;
Wyszedł z domu, zamknął cicho drzwi&lt;br&gt;
I przez miasto się udał per pedes&lt;br&gt;
Obliczając wartość liczby "Pi".&lt;br&gt;
Pod bladymi znakami zodiaku,&lt;br&gt;
Pod księzycem błyszczącym wysoko&lt;br&gt;
Szedł uczony ulicami Syrakuz&lt;br&gt;
I powtarzał: Pi... pi razy oko...&lt;br&gt;
Jedna z heter, wypuszczając gaszka,&lt;br&gt;
Tym "pi pi" się zdziwiła ogromnie&lt;br&gt;
I spytała: - Pan się bawi w ptaszka?&lt;br&gt;
Zamiast piszczeć, wstąp pan lepiej do mnie...&lt;br&gt;
- A i owszem - odparł mędrzec - wstąpię...&lt;br&gt;
(z czego widać, że faktycznie był on mędrcem).&lt;br&gt;
Ona zaś mu przyrządziła kąpiel&lt;br&gt;
I kolację zrobiła naprędce.&lt;br&gt;
Archimedes zrzucił chiton lniany,&lt;br&gt;
W starczą pierś się podrapał pazurkiem,&lt;br&gt;
Chwycił oddech i skoczył do wanny,&lt;br&gt;
Jakby pragnął zostać płetwonurkiem,&lt;br&gt;
Po czym, głowę wystawiwszy łysą,&lt;br&gt;
Spytał, gładząc zarost szczeciniasty:&lt;br&gt;
- Jaki dzień dzisiaj mamy, huryso?&lt;br&gt;
- Pierwszy stycznia!&lt;br&gt;
- A rok?&lt;br&gt;
- Dwieście dwunasty.&lt;br&gt;
- A to dziwne - krzyknął matematyk -&lt;br&gt;
Toż był dwieście trzynasty dopiero,&lt;br&gt;
Czemu z każdym rokiem mniejsze daty?&lt;br&gt;
- A bo to jest czas przed naszą erą!&lt;br&gt;
- Prawda - szepnął mędrzec - zapomniałem,&lt;br&gt;
U nas lata na odwyrtkę płyną...&lt;br&gt;
I w zadumie, okiem otępiałem&lt;br&gt;
Jął przyglądać się brudnym mydlinom...&lt;br&gt;
A wtem, nagle, jak cl nie da susa,&lt;br&gt;
Nic nie zważa, że woda zeń ścieka,&lt;br&gt;
Na parkiecie stanął na nagusa&lt;br&gt;
I zakrzyknął: - Heureka! Heureka!!!&lt;br&gt;
Rzecz to dziwna i uwagi warta:&lt;br&gt;
W wodzie ciało wazy dziwnie mało,&lt;br&gt;
Tyle mniej, ile wazy wyparta&lt;br&gt;
Woda przez to zanurzone ciało!&lt;br&gt;
Co stwierdziwszy, opuścił mieszkanie&lt;br&gt;
I powtarzał swój uczony banał.&lt;br&gt;
I tak go przychwycili Rzymianie,&lt;br&gt;
Którzy wleźli do Syrakuz przez kanał.&lt;br&gt;
A wódz Rzymian się uśmiechał ironicznie&lt;br&gt;
I nie wierząc w naukowe wywody,&lt;br&gt;
I chcąc sprawdzić tę rzecz empirycznie,&lt;br&gt;
Przebił starca i wrzucił do wody.&lt;br&gt;
Chlupnął mędrzec ugodzony włócznią,&lt;br&gt;
Wyparł wodę, choć już był bez czucia...&lt;br&gt;
I zatkały pokolenia uczniów:&lt;br&gt;
- Jeszcze jedno prawo do wykucia!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prekursor</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/186/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/186/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Prekursor
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czasza niebios jasna i czysta,&lt;br&gt;
Świerszcze grają w lnie i peluszce,&lt;br&gt;
Rolnik-homoseksualista&lt;br&gt;
Przysiadł sobie na chwilę przy dróżce.&lt;br&gt;
To on pierwszy się zdecydował,&lt;br&gt;
Przedtem tego nie było na wiosce...&lt;br&gt;
Ech, dziedzina trudna i nowa,&lt;br&gt;
Ech, niełatwo wprowadzać postęp...&lt;br&gt;
Nie wydzierży, kto mdły i słaby,&lt;br&gt;
Nie wprowadzi tutaj Europy,&lt;br&gt;
Gdy w dodatku ciągnie go do baby,&lt;br&gt;
A powinno go ciągnąć na chłopy!&lt;br&gt;
Zniechęcony jest i rozbity -&lt;br&gt;
Ot, jak wczoraj mrugnął na Michałka,&lt;br&gt;
To Michałek, cholerny prymityw,&lt;br&gt;
Mu odmrugnął i w krzyk: - Jest gorzałka?&lt;br&gt;
Gdy zaś Wojtka pogładził w przelocie,&lt;br&gt;
W oczy mu przy tym patrząc łagodnie,&lt;br&gt;
Wojtek zaraz na niego: - Ty młocie,&lt;br&gt;
Ręce sobie wycieraj w spodnie!&lt;br&gt;
Z Jaśkiem także nie wyszła rozmowa -&lt;br&gt;
Przez godzinę gadał do miernoty,&lt;br&gt;
Że tendencja ogólnoświatowa,&lt;br&gt;
A ten naraz: - Ty, pożycz sto złotych!&lt;br&gt;
Henio, bydlę płochliwe i durne,&lt;br&gt;
Usłyszawszy o tych nowych stylach&lt;br&gt;
Jęknął: - Nigdy! Jaż od tego umrę!&lt;br&gt;
I do lasu dał natychmiast dyla...&lt;br&gt;
...wiejski dzionek zakwitał szeroko,&lt;br&gt;
Rolnik w sobie żal i gorycz zdusił,&lt;br&gt;
Splunął, mruknął: - Kit wam wszystkim w oko!&lt;br&gt;
Po czym z ulgą pobiegł. Do Magdusi.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Propozycja eksportu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/187/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/187/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Propozycja eksportu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Badając wzrost popytu&lt;br&gt;
w Bombaju i Paragwaju,&lt;br&gt;
Kombinujemy, co by tu&lt;br&gt;
Wyeksportować z kraju.&lt;br&gt;
Eksportujemy wagony,&lt;br&gt;
Kretony w barwne ciapki,&lt;br&gt;
Szatki, statki, bekony,&lt;br&gt;
I ślimaczki, i żabki,&lt;br&gt;
Ikony i starocie,&lt;br&gt;
I asortyment serów...&lt;br&gt;
Pomyślmy też o eksporcie&lt;br&gt;
Niektórych bohaterów.&lt;br&gt;
W naszej historii ich mnóstwo,&lt;br&gt;
Tak się ciągle mnożyli,&lt;br&gt;
A w innych krojach - ubóstwo,&lt;br&gt;
Więc może by kupili!&lt;br&gt;
I dochód byłby znaczny,&lt;br&gt;
I wygoda niezwykła,&lt;br&gt;
Gdyby pula dwuznacznych&lt;br&gt;
Bohaterów gdzieś znikła...&lt;br&gt;
Na przykład Kostka Napierski,&lt;br&gt;
Historyczny niewypał,&lt;br&gt;
Podobno syn królewski,&lt;br&gt;
I podobno radykał.&lt;br&gt;
Tak chytrze wszystkich zmylił,&lt;br&gt;
Aż powstał skandal spory,&lt;br&gt;
Bo film o nim zrobili&lt;br&gt;
Pan Hechtkopf i pan Batory,&lt;br&gt;
I dostali nagrodę,&lt;br&gt;
A potem były zgrzyty,&lt;br&gt;
Bo jeden badacz młody&lt;br&gt;
Znalazł w Sztokholmie kwity.&lt;br&gt;
Czyli starą bumagę,&lt;br&gt;
Gdzie pisało w tym sensie,&lt;br&gt;
Że Kostka to był agent&lt;br&gt;
I brał od Szwedów pensję...&lt;br&gt;
Hej, cały kraj rozpaczał,&lt;br&gt;
Że się opisać nie da,&lt;br&gt;
Krzyczano na badacza:&lt;br&gt;
- Nie miałeś się w czym grzebać?&lt;br&gt;
Do dziś to się odbija&lt;br&gt;
Potężnie jak armata:&lt;br&gt;
Film pokazywać - nijak,&lt;br&gt;
Nie pokazywać - strata...&lt;br&gt;
Połóżmy kres subiekcji,&lt;br&gt;
Nie męczmy się latami!&lt;br&gt;
Sprzedajmy Kostkę do Szwecji&lt;br&gt;
I film (z reżyserami).&lt;br&gt;
A inni bohaterowie&lt;br&gt;
Także są niebezpieczni,&lt;br&gt;
Ot taki Masław - ludowiec,&lt;br&gt;
A jednocześnie - wstecznik...&lt;br&gt;
Lebo li kneź Jarema,&lt;br&gt;
Przedmiot licznych ataków,&lt;br&gt;
Sprzedaliśmy, szlus, nie ma,&lt;br&gt;
Nikt nigdy nie rżnął kozaków!&lt;br&gt;
A gdzieś w Nikaragui&lt;br&gt;
Albo w jakiejś Paranie&lt;br&gt;
Pośród szpaleru tui&lt;br&gt;
Pomnik Jaremy stanie,&lt;br&gt;
I napis, co ogłasza&lt;br&gt;
Literami z piaskowca:&lt;br&gt;
- Oto jest duma nasza,&lt;br&gt;
Don Jarema z Wiśniowca!&lt;br&gt;
Hosanna! Eldorado&lt;br&gt;
Ke splendoro obiekto,&lt;br&gt;
Grando komplimentado&lt;br&gt;
Mente kapto errekto!&lt;br&gt;
A na plecach idola&lt;br&gt;
Widać "Ą" lub jedynkę&lt;br&gt;
I napis "Made in Poland".&lt;br&gt;
I firmę "Kultoimpex".&lt;br&gt;
...ba, czy to się ziści?&lt;br&gt;
Perspektywa zawodna...&lt;br&gt;
Wszędzie ekonomiści,&lt;br&gt;
I jak pomysły - to od nas!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prywatyzacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/188/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/188/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Prywatyzacja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Właśnie dopadła mnie informacja&lt;br&gt;
Że ma nastąpić prywatyzacja,&lt;br&gt;
Czyli - ażeby mieć pełną jasność -&lt;br&gt;
Każdy coś sobie weźmie na własność:&lt;br&gt;
Jeden parowóz, krowę lub kozę,&lt;br&gt;
Drugi Pafawag lub Celwiskozę,&lt;br&gt;
Trzeci - powiedzmy - dwojaczki w wózku,&lt;br&gt;
Czwarty koszary z dywizją Rusków,&lt;br&gt;
Piąty mieszkanko z wesołą wdówką,&lt;br&gt;
Szósty strajk STARa razem z głodówką,&lt;br&gt;
Siódmy Bieszczady lub bułkę z serem&lt;br&gt;
A ósmy trawnik przed Belwederem,&lt;br&gt;
Sejm wraz z posłami Jurkiem i Soską&lt;br&gt;
I na dodatek z panią Ziółkowską,&lt;br&gt;
Zaś pozostali wszyscy faceci&lt;br&gt;
Resztą podzielą się tak jak leci,&lt;br&gt;
W błogiej nadziei, że już od jutra&lt;br&gt;
Będą mieć dolce, szampan i futra&lt;br&gt;
I źe pozwoli im ich zarobek&lt;br&gt;
Co miesiąc przespać się z Jolką Bobek,&lt;br&gt;
Zwiedzić Kaszuby albo Hiszpanię&lt;br&gt;
I ufundować nową plebanię.&lt;br&gt;
Taki entuzjazm cenię i chwalę,&lt;br&gt;
Wszystko zapewne pójdzie wspaniale,&lt;br&gt;
Z tym że ja siadam pisać testament,&lt;br&gt;
Gdyż przewiduję ogólny zamęt,&lt;br&gt;
Przy którym nawet pożar w burdelu&lt;br&gt;
Będzie jak cicha przystań na Helu.&lt;br&gt;
Bo łatwiej stać się z tygrysa glistą&lt;br&gt;
Niż z socjalisty kapitalistą,&lt;br&gt;
A myśmy wszyscy - uderzmy w pierś się -&lt;br&gt;
Wnuki po Marksie i po Engelsie,&lt;br&gt;
Którzy dawali niewiele szmalu,&lt;br&gt;
Lecz za to tani pobyt w szpitalu,&lt;br&gt;
Mieszkanko, choćby i bez klozetu,&lt;br&gt;
Bon do stołówki z CRZZ-tu,&lt;br&gt;
Jelcza na grzyby albo na narty&lt;br&gt;
I medal złoty, choć gówno warty,&lt;br&gt;
Więc na prywacie rodak się natnie,&lt;br&gt;
Bo jak to wszystko zyskać prywatnie?&lt;br&gt;
Pan premier: że ciężką pracą&lt;br&gt;
I że leniwi się nie wzbogacą....&lt;br&gt;
Nie poto żeśmy tłukli Hitlera,&lt;br&gt;
Żeby takiego dożyć premiera!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przeciętniak</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/189/</link><pubDate>Sat, 30 Mar 2002 22:00:55 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/189/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Przeciętniak
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wyszedł przed domek przeciętniak&lt;br&gt;
O dość przeciętnej postaci,&lt;br&gt;
I wzrok mu ze szczęścia zmętniał&lt;br&gt;
Bo ujrzał wokół swych braci,&lt;br&gt;
Co także wyszli przed domki,&lt;br&gt;
A ich przeciętne dzieciaki&lt;br&gt;
Puszczały sobie bąki,&lt;br&gt;
Kolejki i różne tam takie...&lt;br&gt;
Przeciętnak, kiedy tak stali,&lt;br&gt;
Pomyślał: - Jest jakaś potęga&lt;br&gt;
W tych, co się nabrać nie dali&lt;br&gt;
Na sięganie, gdzie wzrok nie sięga,&lt;br&gt;
Na łamanie czego rozum nie złamie,&lt;br&gt;
Na mierzenie sił na zamiary,&lt;br&gt;
Na bryły z posad ruszenie&lt;br&gt;
I zawracanie gitary!&lt;br&gt;
Bo gdybyśmy poszli na to&lt;br&gt;
I gdybyśmy więcej umieli&lt;br&gt;
To wtedy - zima czy lato -&lt;br&gt;
Wybitni być byśmy musieli,&lt;br&gt;
A przy tej wybitności&lt;br&gt;
Czasu się nie ma w ogóle&lt;br&gt;
Więc kiedyż przyjmować gości,&lt;br&gt;
W ogródku posadzić cebulę,&lt;br&gt;
Wpaść na rozmowę do Gieńka,&lt;br&gt;
Podlać prymulki i palmy...&lt;br&gt;
Głowa czasami aż pęka,&lt;br&gt;
A ty bądź ciągle genialny!&lt;br&gt;
Wciąż myślisz, nie możesz zasnąć,&lt;br&gt;
Palce obgryzasz nocą...&lt;br&gt;
Wybitność - jak słoń na własność,&lt;br&gt;
Cenne to, ale po co?&lt;br&gt;
I myśląc tak, wsparł się o płotek,&lt;br&gt;
A w domu gaworzył osesek,&lt;br&gt;
A obok bawił się kotek,&lt;br&gt;
A pod drzewkiem wysikał się piesek,&lt;br&gt;
A żona lepiła pierogi,&lt;br&gt;
A pijaka wsadzono do suki,&lt;br&gt;
A wujaszek wymoczył nogi,&lt;br&gt;
A w TV był recital Łazuki,&lt;br&gt;
A w promieniu kilku kilometrów&lt;br&gt;
Trwał ten stan, pogodnie - jednolity,&lt;br&gt;
Z deficytem wybitnych facetów....&lt;br&gt;
Ale co tam! Mamy gorsze deficyty!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przemiany</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/190/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/190/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Przemiany
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czas nad głowami nam leci, &lt;br&gt;
Życie się do nas uśmiecha, &lt;br&gt;
Prostują się nasze dzieci &lt;br&gt;
Po naszych prastarych grzechach. &lt;br&gt;
Nie chcą nosić bagażu w swych workach, &lt;br&gt;
Otrząsają z siebie cały nadmiar &lt;br&gt;
Jak mój pies, co wylazłszy z bajorka &lt;br&gt;
Wszystkim wokół piegi dorabia. &lt;br&gt;
Rosną dzieci coraz owocniej, &lt;br&gt;
Coraz jaśniej, smukłej i szczupłej, &lt;br&gt;
Choć rodzice (przepraszam najmocniej) &lt;br&gt;
Byli raczej - spójrzmy w lustro - kurduple... &lt;br&gt;
Zacna Zuzia miała nogi jak łuki, &lt;br&gt;
Dobra była do ćwiczeń w nawiasach, &lt;br&gt;
A jej córka Kasia ma długie &lt;br&gt;
I prościutkie... Gdzieś plus minus do pasa. &lt;br&gt;
Pan profesor kiedyś na Tolu &lt;br&gt;
Referował teorię Darwina, &lt;br&gt;
I ten Tolo, typowy małpolud, &lt;br&gt;
Teraz syna ma cherubina. &lt;br&gt;
Wszystko wokół w pastelowych tonach, &lt;br&gt;
Zacierają się pozostałości &lt;br&gt;
Po tatarskich i kozackich zagonach, &lt;br&gt;
Fabrykantach policzkowych kości. &lt;br&gt;
Różnych epok miesza się scheda &lt;br&gt;
I typ bardzo udany wytwarza &lt;br&gt;
Z tych blond włosów po przystojnych Szwedach &lt;br&gt;
I z wigoru (Mamelucy Cesarza!). &lt;br&gt;
Jest w tym wszystkim jakiś optymizm, &lt;br&gt;
Że ci młodzi są ładni i zdrowi... &lt;br&gt;
Jeszcze trochę pokotłuje się, podymi&lt;br&gt;
I już wszyscy będą jednakowi.&lt;br&gt;
Wszyscy w dżinsach, w twarzowych swetrach...&lt;br&gt;
...i tu mi się żal zrobiło raptem:&lt;br&gt;
Pokrak wprawdzie mieliśmy od metra, &lt;br&gt;
Ale za to co pokraka - to charakter!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prześwietlenie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/191/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/191/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Prześwietlenie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Piotr Dreptak dostał raz obwieszczenie&lt;br&gt;
Że ma się zgłosić na prześwietlenie&lt;br&gt;
Za tydzień.&lt;br&gt;
Zaraz więc zdjął trzewiki&lt;br&gt;
I wziął się raźno do gimnastyki.&lt;br&gt;
Ćwiczył bicepsy - łydki i barki&lt;br&gt;
By wzbudzić podziw w oczach lekarki&lt;br&gt;
Lub pielęgniarki, bo sobie dumał:&lt;br&gt;
- Będę miał mięśnie jak lew lub puma,&lt;br&gt;
I babka powie: - Ale muskuły!&lt;br&gt;
A inni będą stać jak niezguły...&lt;br&gt;
Zrobił też sobie dietę z sera&lt;br&gt;
By schudnąć oraz wpadł do fryzjera&lt;br&gt;
Gdzie podciął swoich szesnaście włosów&lt;br&gt;
I skropił wodą Oddech lotosu,&lt;br&gt;
Poza tym kupił nową koszulę&lt;br&gt;
I... no, bieliznę nową w ogóle,&lt;br&gt;
A wreszcie, aby być nienaganny&lt;br&gt;
Przemógł się biedak i wlazł do wanny&lt;br&gt;
Gdzie tarł się mydłem, szczotką, pumeksem,&lt;br&gt;
I zwolna stawał się samym seksem.&lt;br&gt;
Buźka w rumieńcach, lśni kant u spodni,&lt;br&gt;
Zgłasza się Dreptak w swojej przychodni,&lt;br&gt;
Już się rozbierać chce na golasa,&lt;br&gt;
A tu mu każą tylko do pasa,&lt;br&gt;
Poczem - jak rzeźnik stadko baranów -&lt;br&gt;
Wpędzają naraz po ośmiu panów,&lt;br&gt;
A tam pielęgniarz, facet posępny,&lt;br&gt;
Trzask prask, i mówi: - Fetrig! Następny!&lt;br&gt;
Po pół minucie tłumek ponury&lt;br&gt;
Z powrotem wbija się w garnitury,&lt;br&gt;
A Dreptak także włazi w ubranie&lt;br&gt;
I gdera: - Co to za prześwietlanie?&lt;br&gt;
Przed wojną była zabawy kupa,&lt;br&gt;
Lekarz wpatrywał się w kościotrupa&lt;br&gt;
Na swym ekranie, skrzypiał fotelem,&lt;br&gt;
Notował, mówił: - Rusz pan piszczelem!&lt;br&gt;
Nadmij pan lewe, spuść prawe płucko...&lt;br&gt;
A teraz???&lt;br&gt;
Tu się wkurzył nieludzko&lt;br&gt;
I odszedł piękny, zadbany, chmurny,&lt;br&gt;
Zły, i wymyty jak jaki durny...&lt;br&gt;
Tempo? Oszczędność czasu? Nie poniał.&lt;br&gt;
Nasz rodak musi mieć ceremoniał!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przewaga</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/192/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/192/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Przewaga
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz stomatolog, Dziobak Jerzy,&lt;br&gt;
Geniusz bezwzględny i posępny,&lt;br&gt;
Otworzył poczekalni dźwierze&lt;br&gt;
I spytał groźnie: - Kto następny?&lt;br&gt;
Przez tłum pacjentów zgroza przeszła,&lt;br&gt;
Każdy z nich zwinął się jak robak,&lt;br&gt;
A "ten następny" powstał z krzesło...&lt;br&gt;
I wówczas zadrżał doktor Dziobak&lt;br&gt;
Przeraził bowiem się ogromnie,&lt;br&gt;
Znając tę twarz ze zdjęć i kronik,&lt;br&gt;
I jęknął: - Ooooobywatel do mnie?&lt;br&gt;
- Tak - odrzekł tamten - joj, jak boli!&lt;br&gt;
- Jeżeli trzeba zablombować -&lt;br&gt;
- wyjaśnił - to mi zablombujcie,&lt;br&gt;
A jeśli raczej ekstrahować,&lt;br&gt;
To w takim razie ekstrahujcie!&lt;br&gt;
Tu Dziobak przypadł mu do ręki,&lt;br&gt;
Cmoknął i krzyknął ze wzruszeniem:&lt;br&gt;
- Ach, dzięki wam, serdecznie dzięki&lt;br&gt;
Za tak dokładne pouczenie!&lt;br&gt;
I swe narzędzia wziął najlepsze,&lt;br&gt;
A Przy tym myślał cały w nerwach:&lt;br&gt;
- No, jeśli mu coś w zębach spieprzę,&lt;br&gt;
To już on na mnie się odegra...&lt;br&gt;
Zaraz zaczęły drżeć mu ręce&lt;br&gt;
I nogi w ciężkiej tej potrzebie,&lt;br&gt;
I dłubać jął w dostojnej szczęce&lt;br&gt;
Tak, jakby dłubał grób dla siebie...&lt;br&gt;
Aż wreszcie w trwodze i w rozterce&lt;br&gt;
Szepnął: - Przepraszam was, kochany,&lt;br&gt;
Lecz muszę zaryć coś na serce...&lt;br&gt;
I wybiegł szukać waleriany.&lt;br&gt;
A wówczas w gabinetu progi&lt;br&gt;
Wkroczył, szeleszcząc brudnym płaszczem,&lt;br&gt;
Praktykant Dreptak, trochę groggi,&lt;br&gt;
I zajrzał pacjentowi w paszczę.&lt;br&gt;
Tamten się cofnął z przerażeniem,&lt;br&gt;
Zaś Dreptak chuchnął wonią piwa,&lt;br&gt;
Mruknął: - A kuku! Ale pieniek!&lt;br&gt;
To trzeba wyrwać! Ciach!... i wyrwał.&lt;br&gt;
Gdy zaś pytano go panicznie,&lt;br&gt;
Czy wcale nie bał się potęgi,&lt;br&gt;
Dreptak wyjaśnił rzecz logicznie:&lt;br&gt;
Z nas obu to ja miałem cęgi!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przyczynek do Księgi Henrykowskiej</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/193/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/193/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Przyczynek do Księgi Henrykowskiej
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W roku tysiąc dwusetnym i siedemdziesiątym&lt;br&gt;
Ksiądz Piotr, trzeci kolejny opat Henrykowa,&lt;br&gt;
Na pergamin pocięty w duże czworokąty&lt;br&gt;
Pierwszy raz w dziejach świata wpisał polskie słowa.&lt;br&gt;
Cześć mu za to i wdzięczność oraz wieczna chwała,&lt;br&gt;
Tylko czemu - niestety - no kroniki strony&lt;br&gt;
Rzucił akurat słowa rolnika Bogwała,&lt;br&gt;
Który to Bogwał siedział pod pantoflem żony,&lt;br&gt;
I słysząc jak niezdara przy żarnach się tłucze,&lt;br&gt;
Zgrzyta, jęczy, że hałas wprost uszy rozrywa,&lt;br&gt;
Mawiał do tej ofermy: - Daj, at ja pobruczę -&lt;br&gt;
(czyli "daj, ja to zmielę") - a ty idź poczywaj...&lt;br&gt;
Oczywiście nie musiał powtarzać dwa razy,&lt;br&gt;
Po myśli było babie, że mąż za nią tyra,&lt;br&gt;
Ledwie się w taki sposób zwrócił do zarazy,&lt;br&gt;
Ta - wziąwszy pupę w troki - właziła do wyra...&lt;br&gt;
I oto za przyczyną Bogwała-ciemięgi&lt;br&gt;
I za sprawą opata, który jego klęski&lt;br&gt;
Wetknął był lekkomyślnie do swej słynnej księgi,&lt;br&gt;
Przegrany po wsze czasy jest w Polszcze ród męski.&lt;br&gt;
Weźmy taką Szwajcarię, Holandię lub Danię,&lt;br&gt;
Kraje to kulturalne, bogate, a proszę:&lt;br&gt;
Żona nosi mężowi do łóżka śniadanie,&lt;br&gt;
Palto jemu podaje, fajkę i bambosze,&lt;br&gt;
A u nas? Strach powiedzieć... Zresztą wy to znacie,&lt;br&gt;
Spędzacie czas zapewne naczynia zmywając&lt;br&gt;
Lub pastując podłogę...&lt;br&gt;
Ej, księże opacie,&lt;br&gt;
Ale ksiądz narozrabiał jak pijany zając!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przygoda</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/194/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/194/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRZYGODA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W nocy raz do panny Zyty wlazły oknem dwa bandyty.&lt;br&gt;
O mało nie padła trupem, bo jeden zwiał zaraz z łupem,&lt;br&gt;
A drugi, niejaki Czesław, przywiązał Zytę do krzesła,&lt;br&gt;
Pytał się, gdzie ma pieniądze i wołał: - Ja cię urządzę!&lt;br&gt;
Ja cię - mówi - ty cholero zarąbię zaraz siekierą,&lt;br&gt;
Zadam ci męki okrutne i głowę nożem utnę!&lt;br&gt;
I - powiada - ja cię letko pokraję w kostkę żyletką&lt;br&gt;
! niejedno zrobię świństwo, bo miałem trudne dzieciństwo!&lt;br&gt;
Wreszcie westchną!: - Słuchaj Zyta... Jestem gentelman bandyta,&lt;br&gt;
Więc nim cię zarżnę, to jeszcze zgwałcę cię i cię zbeszczeszczę!&lt;br&gt;
To rzekłszy, schował żyletkę i sciągnął jedną skarpetkę,&lt;br&gt;
Lecz gdy tak się wystriptiział, to go złapał sierżant Miziak&lt;br&gt;
Z piątego komisariatu i posadził go za kratu&lt;br&gt;
W szóstej celi od podwórka, a Zytę zwolnił ze sznurka.&lt;br&gt;
I zapytał się, czy ona nie została pokrzywdzona&lt;br&gt;
Oraz o co skargę wniesie na bandziora na procesie?&lt;br&gt;
Na to nieszczęsna dziewczyna zrobiła się całkiem sina&lt;br&gt;
I odrzekła z oburzeniem: - Wniosę skargę o złamane przyrzeczenie!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przyśpiewki z życia zwierzaków</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/195/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/195/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Przyśpiewki z życia zwierzaków
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
We wrocławskim naszym ZOO jest bardzo wesoło,&lt;br&gt;
Różne tam zwierzęta żyją sobie w koło,&lt;br&gt;
Jedno drapie, drugie bodzie, ale wszystko w zgodzie&lt;br&gt;
W tym naszym ogrodzie, joj ta joj.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W środku stoi pan Gucwiński niby cysorz chiński,&lt;br&gt;
Nie przegadałby go minister Krasiński,&lt;br&gt;
Tu pogrozi, tam pochwali, albo w łeb przywali&lt;br&gt;
Żeby się słuchali wszyscy go.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mówią ludzie że papuga okropna pleciuga,&lt;br&gt;
Czasem nawet gości paskudnie obruga,&lt;br&gt;
Lepiej niech się ta cholera z ogrodu zabiera&lt;br&gt;
I niech za spikera zgłosi się.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Punkt widzenia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/196/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/196/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Punkt widzenia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wciąż się wszystko powtarza - lato, jesień i zima,&lt;br&gt;
Ten lub tamten umiera, a ja myślę: - Kto wie? &lt;br&gt;
Jak tak dalej, to może jakoś wszystkich przetrzymam, &lt;br&gt;
No bo niby wciąż ktoś tam, a ja nie, nie i nie... &lt;br&gt;
Bardzo mnie to raduje, ale trochę też dziwi, &lt;br&gt;
Co to jest, że ci inni tak chorują i mrą, &lt;br&gt;
Że gdy żywi zasnęli, to się budzą nieżywi &lt;br&gt;
I że - sam to sprawdzałem - żaden z nich nie był mną.. &lt;br&gt;
Dzięki temu mam umysł pełen cichej radości, &lt;br&gt;
Uśmiech stale na ustach i charakter jak miód, &lt;br&gt;
Kiedy ktoś mnie obrazi, to nie żywię doń złości, &lt;br&gt;
Bo wiem - prędzej czy później facet będzie kaput. &lt;br&gt;
Ot, drukują w gazetach tyle różnych dyrdymał, &lt;br&gt;
Że co bardziej nerwowi płacz podnoszą i wrzask, &lt;br&gt;
Jam autora niejednych już dyrdymał przetrzymał, &lt;br&gt;
Zobaczycie, rok jeszcze, dwa, trzy, cztery - i trzask! &lt;br&gt;
A to wszystko nie znaczy, żebym był nieśmiertelny, &lt;br&gt;
Gdzieżbym mógł tak pomyśleć, jakże marzyć bym śmiał! &lt;br&gt;
Tak jak inni jam członek rzędu ssaków naczelnych, &lt;br&gt;
W którym - oprócz nas, ludzi - wprost się roi od małp. &lt;br&gt;
A choć wizja śmiertelna i mnie czasem nachodzi, &lt;br&gt;
Lecz nie straszna mi ona, i me szczęście wciąż trwa, &lt;br&gt;
Bo gdy umrę, to wtedy nic mnie już nie obchodzi, &lt;br&gt;
A gdy umrze ktoś inny - cieszę się, że nią ja! &lt;br&gt;
O, rodacy, dlaczego ciągle czymś się martwicie, &lt;br&gt;
Czy musicie tak tracić nerwy, zdrowie i czas? &lt;br&gt;
Z mego punktu widzenia chciejcie spojrzeć na życie &lt;br&gt;
I spróbujcie przetrzymać innych. Tak jak ja - was!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Quiz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/q/197/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/q/197/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
QUIZ
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
O rany jaki ścisk,&lt;br&gt;
A hałas - o kuchnia Felek!&lt;br&gt;
Zaraz odbędzie się quiz,&lt;br&gt;
Kto ma większy intelekt!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pchają się zawodnicy&lt;br&gt;
Z calutkiej okolicy,&lt;br&gt;
Szczególnie urzędnicy&lt;br&gt;
Oraz ich sympatycy.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trwają eliminacje,&lt;br&gt;
Pytają o różne sprawy;&lt;br&gt;
- Co to były libacje?&lt;br&gt;
- To były popijawy...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- Co to znaczy hetera?&lt;br&gt;
- Taki wyciruch grecki...&lt;br&gt;
- A co pan czytał Faulknera?&lt;br&gt;
- Rodzinę Połanieckich!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poziom doprawdy wspaniały,&lt;br&gt;
Komisja jest szczęśliwa,&lt;br&gt;
Już przeszły półfinały,&lt;br&gt;
Już się finał rozgrywa!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Raj ateistow</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/198/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/198/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Raj ateistów
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Lecą z drzew ostatnie liście, &lt;br&gt;
Wichry wyją ponad ziemią, &lt;br&gt;
Oj, niełatwo ateiście &lt;br&gt;
U nas żyć, zwłaszcza jesienią... &lt;br&gt;
Sam zwyciężać musi troski, &lt;br&gt;
Żreć się z żoną i z rebiatą, &lt;br&gt;
A wierzący Rosołowski &lt;br&gt;
Ma aniołka stróża na to! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Idą święta i choinka, &lt;br&gt;
Skąd wziąć grosz na tę imprezę? &lt;br&gt;
Ateista sam dla synka &lt;br&gt;
Musi kupić w mieście prezent. &lt;br&gt;
Musi szukać, żeby tanio, &lt;br&gt;
Penetrować każdy bazar, &lt;br&gt;
A u Rosołowskich - anioł &lt;br&gt;
Targa paczki w te i nazad! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Raj oportunistów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/199/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/199/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Raj oportunistów
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W miłym parku, wśród szmeru liści&lt;br&gt;
Gwarzą sobie dwaj oportuniści.&lt;br&gt;
Ruch Oporu jakoś im się wyśliznął,&lt;br&gt;
Więc się bawią w Ruch Oportunizmu.&lt;br&gt;
Pachnie lipa i grządka petunii,&lt;br&gt;
Dziatwa wraca od pierwszej komunii,&lt;br&gt;
Obu panom się ten nastrój udziela:&lt;br&gt;
- Ta ze świeczką to moja Hela!&lt;br&gt;
Mają drogę otwartą do nieba,&lt;br&gt;
Bo i składki popłacone, gdzie trzeba,&lt;br&gt;
I życzliwy stosunek do świata,&lt;br&gt;
I nadzieję na małego fiata,&lt;br&gt;
I nie lubią dżezu i perkusji,&lt;br&gt;
I głos zawsze zabierają w dyskusji,&lt;br&gt;
I chadzają na czyny społeczne,&lt;br&gt;
I zerkają na dziewczyny wszeteczne,&lt;br&gt;
I ich droga jest taka wygodna,&lt;br&gt;
Że pożyją sobie dużo dłużej od nas.&lt;br&gt;
Zaś gdy umrą - ksiądz przemówi i dyrektor,&lt;br&gt;
Ktoś powoła ich w najwyższy sektor.&lt;br&gt;
Ni to Darwin, ni to znów Bóg-Ojciec&lt;br&gt;
Powie do nich: - Jedźcie i się pójcie!&lt;br&gt;
Wina będą tam gruzińsko-szampańskie,&lt;br&gt;
A zakąski amerykańskie,&lt;br&gt;
Kraby chińskie, cytryny greckie,&lt;br&gt;
A kelnerki absolutnie szwedzkie.&lt;br&gt;
I odbędzie się cyrkowy program,&lt;br&gt;
I grać będzie odpowiedni organ,&lt;br&gt;
I zazdrościć będą ci z prawicy,&lt;br&gt;
Bo w ich raju nudno jak w świetlicy.&lt;br&gt;
Tych z lewicy też to rozsierdzi,&lt;br&gt;
Bo nie mają życia po śmierci.&lt;br&gt;
Zaś oportunistom zagra cytra&lt;br&gt;
I dostaną na twarz po pół litra,&lt;br&gt;
Ale wkrótce kombinować zaczną oba,&lt;br&gt;
Że znów trzeba by się komuś przypodobać.&lt;br&gt;
W związku z czym już wkrótce dookoła&lt;br&gt;
Zabrzmi ryk bolesny archanioła,&lt;br&gt;
Ryk straszliwy jak łoskot lawiny:&lt;br&gt;
- Łolaboga!!!!! Bez wazeliny?????!!!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rapsod o Warneńczyku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/200/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/200/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rapsod o Warneńczyku
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Lśni chorągiew pozłocista&lt;br&gt;
Chrzęści zbroja szmelcowana&lt;br&gt;
Jedzie, jedzie król Władysław&lt;br&gt;
By poskromić bisurmana.&lt;br&gt;
Po wąwozach grzmią cykady,&lt;br&gt;
Koń królewski raźnie parska,&lt;br&gt;
Dzielny Węgier, Jan Hunyady&lt;br&gt;
Sprawia szyki kląc z madziarska.&lt;br&gt;
Nad wzgórzami wstały zorze,&lt;br&gt;
Wojsko w marszu rumor czyni,&lt;br&gt;
- O, już widać Czarne Morze!&lt;br&gt;
Mówi legat Cesarini.&lt;br&gt;
Król naprędce je śniadanie,&lt;br&gt;
Jan Hunyady wszedł z łoskotem:&lt;br&gt;
- Nawalili wenecjanie,&lt;br&gt;
Wycofali swoją flotę!&lt;br&gt;
Król odstawił kubek z winem,&lt;br&gt;
Blask mu strzelił spod powieki:&lt;br&gt;
- Uderzymy za godzinę&lt;br&gt;
A Wenecji - wstyd na wieki!&lt;br&gt;
Jeszcze Warna w dali drzemie,&lt;br&gt;
Jeszcze nisko stoi słońce,&lt;br&gt;
A pancerni - strzemię w strzemię,&lt;br&gt;
A pancerni - koncerz w koncerz,&lt;br&gt;
A pancerni - kopia w kopię&lt;br&gt;
Ku piaszczystym patrzą brzegom...&lt;br&gt;
- No to cześć, daj pyska chłopie! -&lt;br&gt;
Mówi król do Hunyadego.&lt;br&gt;
I błysnęły jednym blaskiem&lt;br&gt;
Setki mieczy wyszarpniętych&lt;br&gt;
I zgrzytnęły jednym trzaskiem&lt;br&gt;
Setki przyłbic zatrzaśniętych,&lt;br&gt;
I zadrżała ziemia święta&lt;br&gt;
I huknęły dzwony w mieście,&lt;br&gt;
I ruszyli - najpierw stępa,&lt;br&gt;
Potem kłusem, cwałem wreszcie,&lt;br&gt;
Poszła świetna polska jazda,&lt;br&gt;
Poszli Węgrzy niczym diabli,&lt;br&gt;
Jak stalowa, ostra drzazga,&lt;br&gt;
Jak błyszczące ostrze szabli,&lt;br&gt;
I widziano jak lecieli&lt;br&gt;
Pędem wielkim i szalonym,&lt;br&gt;
I widziano, jak tonęli&lt;br&gt;
W morzu Turków niezmierzonym.&lt;br&gt;
Poczem z piórem, siadł nad kartką&lt;br&gt;
Mnich uczony, stary skryba:&lt;br&gt;
- Warto było, czy nie warto?&lt;br&gt;
Odwrót byłby lepszy chyba...&lt;br&gt;
Chrzanił zacny zjadacz chleba&lt;br&gt;
Czas nad nami wartko goni,&lt;br&gt;
I tak kiedyś umrzeć trzeba,&lt;br&gt;
To już lepiej tak jak oni.&lt;br&gt;
Zresztą - koniec dzieło wieńczy,&lt;br&gt;
Mnich w klasztorze kipnął marnie,&lt;br&gt;
A szalony król Warneńczyk&lt;br&gt;
Ma grobowiec w pięknej Warnie,&lt;br&gt;
I szanują go Bułgarzy&lt;br&gt;
I nas - dzięki niemu - cenią,&lt;br&gt;
Więc na czarnomorskiej plaży&lt;br&gt;
Kłaniam się królewskim cieniom.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Realizm</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/201/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/201/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Realizm
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...a jak kiedyś wyjdziemy z długów&lt;br&gt;
I kłopotów będziemy mieć mniej,&lt;br&gt;
To ci kupię suknię taką długą,&lt;br&gt;
Jaką kiedyś miała Doris Day,&lt;br&gt;
A do tego śliczny płaszcz szeroki,&lt;br&gt;
Pantofelki na szpilkach i szal,&lt;br&gt;
A dla siebie - wytworny smoking,&lt;br&gt;
I pójdziemy oboje na bal.&lt;br&gt;
Na nasz widok cała sala westchnie&lt;br&gt;
I zaszepce: - Ach, jak im się powodzi!&lt;br&gt;
Spójrzcie tylko, jacy oni piękni,&lt;br&gt;
Jacy eleganccy i młodzi...&lt;br&gt;
A my młodzi nie będziemy już wtedy;&lt;br&gt;
Siwe włosy mieć będziemy na skroniach,&lt;br&gt;
Tyle tylko, że wyjdziemy z biedy,&lt;br&gt;
Tyle tylko, że będziemy spokojni...&lt;br&gt;
A nasz syn będzie mądry i duży&lt;br&gt;
I mieć będzie jakąś śliczną dziewczynę,&lt;br&gt;
I w tysiące kolorowych podróży&lt;br&gt;
Wyjedziemy z tą dziewczyną i z synem.&lt;br&gt;
Zobaczymy morza, wyspy i palmy,&lt;br&gt;
Dobre kraje wiecznego ciepła...&lt;br&gt;
Słuchaj, przecież to jest całkiem realne,&lt;br&gt;
Tylko nie śmiej się.&lt;br&gt;
A zwłaszcza nie płacz...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Recepta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/202/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/202/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Recepta
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Z pisaniem wierszy sprawa jest łatwa,&lt;br&gt;
Od ręki można strzelić poemat -&lt;br&gt;
Wystarczy kawa, dość dużo światła,&lt;br&gt;
Jakaś maszyna, papier i temat.&lt;br&gt;
Właściwie temat jest najważniejszy&lt;br&gt;
Bez niego człowiek darmo się trudzi -&lt;br&gt;
Może być cięższy, może być lżejszy,&lt;br&gt;
Byleby tylko obchodził ludzi.&lt;br&gt;
Gdy jest już temat - szukamy formy&lt;br&gt;
Czy wiersz ma powstać chudszy czy grubszy,&lt;br&gt;
Wiersz musi trzymać się pewnej normy&lt;br&gt;
Którą ustalił ktoś nie najgłupszy.&lt;br&gt;
Rej jej przestrzegał i Frycz-Modrzewski,&lt;br&gt;
I Falski, pisząc elementarzyk,&lt;br&gt;
Tudzież Gałczyński, tudzież Broniewski,&lt;br&gt;
Słonimski, Herbert, Miłosz i Ważyk.&lt;br&gt;
Jest to metoda może niemodna,&lt;br&gt;
Może stosowna dla zacnych ciotek,&lt;br&gt;
Ale jak stare buty wygodna -&lt;br&gt;
Dobrze w niej schodzić po schodach zwrotek.&lt;br&gt;
Zresztą granica nie w formie leży,&lt;br&gt;
A znawca - kota w worku nie kupi.&lt;br&gt;
Wierszyk klasyczny może być świeży,&lt;br&gt;
Awangardowy - słaby i głupi,&lt;br&gt;
I na odwyrtkę, czyli przeciwnie,&lt;br&gt;
Można klasykę czytać ze zgrozą....&lt;br&gt;
....a tak w ogóle - z wierszem jest dziwnie,&lt;br&gt;
Bo przecież da się to samo prozą....&lt;br&gt;
Człowiek się męczy, liczy sylaby,&lt;br&gt;
Dom zaniedbuje, rzuca go żona,&lt;br&gt;
A drugi mówi do swojej baby:&lt;br&gt;
- Stara daj obiad, powieść skończona!&lt;br&gt;
Ja tam nie jestem żadnym artystą,&lt;br&gt;
Raczej remiecha, ale czasami&lt;br&gt;
Wyczuwam w wierszu siłę nieczystą&lt;br&gt;
Co każe pisać właśnie wierszami.&lt;br&gt;
Napiszę, sprzedam, wydam grosz w sklepie,&lt;br&gt;
Znów do roboty nazajutrz wstaję...&lt;br&gt;
Byle grafoman ma dużo lepiej -&lt;br&gt;
On sobie może pisać za frajer.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Redaktor</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/203/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/203/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Redaktor&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 "Kłaniam się pani redaktor!" - "Witam witam wieszcza! &lt;br&gt;
 Cóż sprowadza waćpana do naszej gazety?" &lt;br&gt;
 "Może pani redaktor moje wiersze pozamieszcza?" &lt;br&gt;
 "Co pan ma, jakieś fraszki?" - "Nie, Krymskie Sonety &lt;br&gt;
 Jedna mi sztuka zwłaszcza wyszła znakomita &lt;br&gt;
 Nazywa się Ajudah" - "No, no niech pan czyta" 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 "Hej! Lubię się podeprzeć na skale Judahu &lt;br&gt;
 I patrzeć jak na dole pryskają bałwany &lt;br&gt;
 Że aż się tęcza robi, śliczna że o rany! &lt;br&gt;
 One bęc, łubudu, bach i rachu ciachu!" 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rekonesans</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/204/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/204/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
REKONESANS
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na pewnej leśnej polanie&lt;br&gt;
Wylądowali Marsjanie&lt;br&gt;
W swej marsjańskiej rakiecie.&lt;br&gt;
Był tam Marsjanin tatko&lt;br&gt;
Razem z Marsjanką matką,&lt;br&gt;
A trzecie było dziecię.&lt;br&gt;
Powystawiali czułki&lt;br&gt;
I słuchają, jak pszczółki&lt;br&gt;
Wśród kwiatków huczą,&lt;br&gt;
Na konika polnego&lt;br&gt;
Patrzą i się wszystkiego&lt;br&gt;
Na pamięć uczą.&lt;br&gt;
Przykicała ropuszka,&lt;br&gt;
Zając wystawił uszka,&lt;br&gt;
Sikorka jajka niesie,&lt;br&gt;
Przyszedł Ziutek z Marychną:&lt;br&gt;
To sapną, to przycichną,&lt;br&gt;
Zwyczajnie - jak to w lesie...&lt;br&gt;
Lis się przemknął,&lt;br&gt;
Chrust trzasnął,&lt;br&gt;
Ziutek ziewnął i zasnął,&lt;br&gt;
Brzmią sobie chrząszcze,&lt;br&gt;
Słoneczko grzeje mile,&lt;br&gt;
Maryś weszła na chwilę&lt;br&gt;
W splątane gąszcze...&lt;br&gt;
Marsjanin w swym pojeździe&lt;br&gt;
Ku macierzystej gwieździe,&lt;br&gt;
Czy tam planecie, nadał&lt;br&gt;
Długą relację radiową,&lt;br&gt;
Gdzie wszystko szczegółowo&lt;br&gt;
Opisał to co zbadał;&lt;br&gt;
O tych kwiatkach, jagódkach,&lt;br&gt;
Coś tam na temat Ziutka&lt;br&gt;
I jeszcze inne detale,&lt;br&gt;
A skończył takim zdaniem:&lt;br&gt;
- Niestety drodzy Marsjanie,&lt;br&gt;
Tu rozumnych istot nie ma wcale!&lt;br&gt;
Bo skąd miał wiedzieć ów przybysz,&lt;br&gt;
Nie oblatany na Ziemi,&lt;br&gt;
Że Marysia to urzędniczka,&lt;br&gt;
A Ziutek - inżynier chemik...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Relacja o grunwaldzkiej bitwie w stylu naiwnego realizmu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/205/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/205/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
RELACJA O GRUNWALDZKIEJ BITWIE W STYLU NAIWNEGO REALIZMU
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A gdy Krzyżak wiódł swe hufce przez warmińskie błota,&lt;br&gt;
To się modlił o zwycięstwo do swego Hergota.&lt;br&gt;
A gdy wiódł Jagiełło wojsko po mazurskich drogach,&lt;br&gt;
To znów prosił o wiktorię swego Pana Boga.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Każden swemu obiecywał ofiary i łupy,&lt;br&gt;
I po obu stronach modły wznosili biskupy.&lt;br&gt;
Wypił Hergot na śniadanie wasser - zupę z koprem&lt;br&gt;
I obiecał byt Krzyżakom: - Dobra, ja was poprę!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Relaksik</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/206/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/206/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
RELAKSIK
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden pan to brał urlop w marcu,&lt;br&gt;
Nie wyjeżdżał w Tatry ani w Sudety,&lt;br&gt;
Tylko chodził po miejskim parku&lt;br&gt;
I zaczepiał słownie kobiety.&lt;br&gt;
Przy czym "starty" i "ekstramocne"&lt;br&gt;
Co śmierdziały paskudnie kurzył,&lt;br&gt;
A gdy przyszły godziny nocne,&lt;br&gt;
To powiadał: - Alem sobie użył!&lt;br&gt;
Na kolację zjadał kotleta,&lt;br&gt;
Z czego grubiał w sposób bezwzględny&lt;br&gt;
I do łóżka właził w skarpetach,&lt;br&gt;
Zapomniawszy przy tym umyć zęby.&lt;br&gt;
Znowu palił, popiół w buty narciarskie&lt;br&gt;
Postawione przy łóżku sypał,&lt;br&gt;
Czytał szmirowatą powieść Czarskiej,&lt;br&gt;
Gasił światło i mocno zasypiał.&lt;br&gt;
A mówiono, że czasem gdy zgasił&lt;br&gt;
I udawał że zapadł w sen twardy,&lt;br&gt;
Jedna pani podejrzanej maści&lt;br&gt;
Się wkradała do jego mansardy...&lt;br&gt;
A nazajutrz rano urlopowicz&lt;br&gt;
Szedł do kiosku żeby kupić salceson&lt;br&gt;
I nie kłaniał się sąsiadowi&lt;br&gt;
I się za nim wlokły sznurki od kaleson,&lt;br&gt;
I miał strasznie wymięte spodnie&lt;br&gt;
Na kolanach wydęte jak żagle,&lt;br&gt;
I mijały tak te dwa tygodnie,&lt;br&gt;
I ten urlop się kończył nagle.,.&lt;br&gt;
I w marcowy poranek mglisty&lt;br&gt;
Po solidnym i mieszczańskim śniadaniu&lt;br&gt;
Ten osobnik wygolony i czysty&lt;br&gt;
Szedł do pracy w schludnym ubraniu,&lt;br&gt;
I się kłaniał wszystkim kapeluszem&lt;br&gt;
I na babki uwagi nie zwracał,&lt;br&gt;
I nie słyszał nikt jak szeptał w duszy:&lt;br&gt;
- Byle dotrwać do przyszłego marca!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Repetycja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/207/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/207/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Repetycja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dawno temu majster w cechu&lt;br&gt;
Mawiał do chłopięcia:&lt;br&gt;
Masz tu pyszne ciastko Lechu&lt;br&gt;
Tylko nie rób spięcia!&lt;br&gt;
Ale chłopię, jak to chłopię,&lt;br&gt;
Lekceważy ciastko&lt;br&gt;
I - choć prąd okropnie kopie -&lt;br&gt;
Wtyka paluch w gniazdko.&lt;br&gt;
Jak nie walnie, jak nie buchnie,&lt;br&gt;
Dymi się w pokoju,&lt;br&gt;
Wysadziło sracz i kuchnię,&lt;br&gt;
narobiło gnoju.&lt;br&gt;
Skoczył Lechu z błyskiem w oku,&lt;br&gt;
Lata z młotkiem, z klajstrem,&lt;br&gt;
Ponaprawiał wszystko wokół,&lt;br&gt;
Sam jest teraz majstrem,&lt;br&gt;
Ma już ucznia, i czasami&lt;br&gt;
Mawia do chłopięcia:&lt;br&gt;
- Masz tu placek ze śliwkami,&lt;br&gt;
Tylko nie rób spięcia!&lt;br&gt;
Ale chłopię, jak to chłopię.... itd.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rezultat indagacji</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/208/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/208/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rezultat indagacji
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W pokoiku z balkonem&lt;br&gt;
Dreptak bada swą żonę,&lt;br&gt;
Ponieważ jej nie wierzy.&lt;br&gt;
Szczególnie że ta żona&lt;br&gt;
Wróciła pogryziona&lt;br&gt;
I w potarganej odzieży.&lt;br&gt;
I stała cała w pąsach,&lt;br&gt;
A on w krzyk: - Kto cię pokąsał?&lt;br&gt;
Może powiesz, że pchły?&lt;br&gt;
Serce zamarło w żonie&lt;br&gt;
I powiada: - Zenonie,&lt;br&gt;
Ta żeż to przecież ty!&lt;br&gt;
I dalejże mu wmawiać,&lt;br&gt;
I pod oczy podstawiać&lt;br&gt;
Owe spore enklawy.&lt;br&gt;
Dalej tłumaczyć, mierzyć&lt;br&gt;
Aż Dreptak zaczął wierzyć,&lt;br&gt;
Ze jeszcze taki żwawy...&lt;br&gt;
I zaraz się harnasiem&lt;br&gt;
Poczuł, i jął przy pasie&lt;br&gt;
Niechcący szukać szabli.&lt;br&gt;
Ręką po wąsach błądził:&lt;br&gt;
- Ale żem cię urządził,&lt;br&gt;
A niech mnie wszyscy diabli!&lt;br&gt;
I odtąd się na nowo&lt;br&gt;
Apiać stał Casanową&lt;br&gt;
I cholernym gryzoniem.&lt;br&gt;
I uwierzył w swe wdzięki&lt;br&gt;
I proszę, wszystko dzięki&lt;br&gt;
Jego poczciwej żonie!&lt;br&gt;
Inna by się do zdrady&lt;br&gt;
przyznała, i do zwad&lt;br&gt;
By doszło, i do tragedii.&lt;br&gt;
I Ziutkowi z vis-a-vis&lt;br&gt;
Dreptak by nos rozkrwawił,&lt;br&gt;
A to przecież kwestia strategii.&lt;br&gt;
Więc swoim żonom wierzymy,&lt;br&gt;
Ich urodą się cieszymy,&lt;br&gt;
Oraz swoim niezwykłym wigorem.&lt;br&gt;
Tobie też radzę, bracie:&lt;br&gt;
Nigdy we własnej chacie&lt;br&gt;
Nie bądź prokuratorem!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rezun i rezus</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/209/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/209/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rezun i rezus
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trochę pieszo, trochę autobusem&lt;br&gt;
Podróżują rezun z rezusem.&lt;br&gt;
Rezun kiedyś urządzał rzezie,&lt;br&gt;
A dziś siwe nitki ma w plerezie.&lt;br&gt;
Rezus kiedyś miał własne stado,&lt;br&gt;
A dziś tylko uśmiecha się blado.&lt;br&gt;
Czasem siądą u przydrożnej sosny,&lt;br&gt;
Wzrok ich smutny, a widok żałosny.&lt;br&gt;
Wspomni rezun rodzinne porohy&lt;br&gt;
I łzy zaraz mu lecą jak grochy.&lt;br&gt;
Duma rezus o kongijskich wierchach,&lt;br&gt;
Aż mu żywiej krąży we krwi czynnik Rh..&lt;br&gt;
Myśli rezun, że już nie ten sezon,&lt;br&gt;
I opuszcza rezuna rezon.&lt;br&gt;
Kombinuje osowiały rezus,&lt;br&gt;
Że już nie jest wśród rezusów krezus...&lt;br&gt;
Noc nadchodzi... limfatyczna łuna&lt;br&gt;
Zimnym światłem oblewa rezuna.&lt;br&gt;
W nieprzytulnym cieniu kaktusa&lt;br&gt;
Mętnym blaskiem lśnią oczy rezusa.&lt;br&gt;
Szepcze wietrzyk, poruszając petunie:&lt;br&gt;
- Nie rezonuj, rezerwisto-rezunie,&lt;br&gt;
Nie dla ciebie śniadanka u Loursa,&lt;br&gt;
Nie dla twego rezusa resursa!&lt;br&gt;
Dobry Boże, przyślij jakieś auto,&lt;br&gt;
Niech zabierze kozaka z tą małpą,&lt;br&gt;
Wszyscy wiemy, jakie mają plusy&lt;br&gt;
I rezuny stare, i rezusy.&lt;br&gt;
Niech nie siedzą przy polnej drodze&lt;br&gt;
Zasłużeni i zmęczeni srodze,&lt;br&gt;
Daj im chatę, szkło i ananas,&lt;br&gt;
A to miejsce nich się zwolni. Dla nas.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rezygnacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/210/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/210/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rezygnacja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w słoneczną, sierpniową niedzielę&lt;br&gt;
Zenon Dreptak, dysponując wolnym czasem,&lt;br&gt;
Przygruchał sobie Chudzielakową Felę&lt;br&gt;
I umówił się z nią na basen.&lt;br&gt;
Przy czym korzystał z nieobecności żony,&lt;br&gt;
Bawiącej na wczasach w Małkini&lt;br&gt;
I był tą randką niezmiernie podniecony,&lt;br&gt;
Zwłaszcza jak wyobraził sobie tę Felę w kostiumie bikini.&lt;br&gt;
A nad światem wisiał srogi upał,&lt;br&gt;
Słońce gryzło jak żółte psisko,&lt;br&gt;
A ten Dreptak po mieszkaniu swoim tupał&lt;br&gt;
Przygotowując się na ten wyskok.&lt;br&gt;
Przede wszystkim nogi sobie umył,&lt;br&gt;
Zacerował kąpielówki bawełniane&lt;br&gt;
I pomyślał: Ale tam muszą być tłumy&lt;br&gt;
Na basenie dzisiaj, że o rany!&lt;br&gt;
Następnie zaczął robić kanapki&lt;br&gt;
A pot lał mu się z czerwonej twarzy&lt;br&gt;
I pomyślał: W towarzystwie babki&lt;br&gt;
Jeszcze mnie ktoś przyuważy...&lt;br&gt;
Wreszcie pozamykał wszystkie okna,&lt;br&gt;
Gaz zakręcił i pożegnał się z kotem&lt;br&gt;
I wychodzi, a tam spiekota okropna!&lt;br&gt;
- Joj - rzekł Dreptak i wrócił z powrotem.&lt;br&gt;
Tu rozebrał się na golaska,&lt;br&gt;
Z wielką ulgą odetchnął i mruknął z pogardą:&lt;br&gt;
- Fela Chudzielak w bikini - też mi łaska!&lt;br&gt;
Co rzekłszy, zjadł te kanapki z jajkami na twardo.&lt;br&gt;
Legł na tapczan i w absolutnej błogości&lt;br&gt;
Zaczął zgłębiać twórczość pani Muszkat-Fleszarowej,&lt;br&gt;
A tę rezygnację tłumaczył sobie bardzo roztropnie ogromem miłości&lt;br&gt;
Jaką odczuwa do swej żony, Anny Marii Dreptakowej!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rodzina Pajacyków</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/211/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/211/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rodzina Pajacyków
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Co wieczora tato Pajacyk&lt;br&gt;
Wkłada kostium by pójść do pracy,&lt;br&gt;
Wkłada spodnie z wypchanymi kolanami&lt;br&gt;
I zbyt duże kapcie z pomponami,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I melonik, co dziadkowi jeszcze służył,&lt;br&gt;
I nos czerwony, sztuczny i duży.&lt;br&gt;
A Pajacykowa, taty żona&lt;br&gt;
Patrzy na tatę rozczulona
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I z wyglądu jego się cieszy:&lt;br&gt;
- Wiesz, dzisiaj jesteś wyjątkowo śmieszny.&lt;br&gt;
A ten tata, to jest taki ewenement,&lt;br&gt;
Że dla niego to akurat jest komplement,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bo ktoś inny chciałby być przystojny,&lt;br&gt;
Interesujący lub dostojny,&lt;br&gt;
Albo ze swej piękności stawny,&lt;br&gt;
A on musi być tylko zabawny.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rola</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/212/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/212/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ROLA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach, ileż blasku, pompy, krzyku,&lt;br&gt;
Radości, śpiewów i dopingu!&lt;br&gt;
Trwa prezentacja zawodników,&lt;br&gt;
Co mają zmierzyć się na ringu!&lt;br&gt;
Oto kolejny bokser wkroczył,&lt;br&gt;
Zaś spiker rzekł z emfazą w głosie:&lt;br&gt;
- On dziewięćdziesiąt walk już stoczył,&lt;br&gt;
A wygrał - osiemdziesiąt osiem!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Już inny włazi na piedestał,&lt;br&gt;
Spiker z cyframi znowu igra:&lt;br&gt;
- To jego walka sto czterdziesta,&lt;br&gt;
Z wyjątkiem czterech - wszystkie wygrał!&lt;br&gt;
A w kącie bokser Dreptak siedzi,&lt;br&gt;
Z miną starego konesera&lt;br&gt;
I czeka swojej zapowiedzi,&lt;br&gt;
I wielka duma go rozpiera.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Roślinka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/213/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/213/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Roślinka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach, ileż huku, stuku,&lt;br&gt;
Oraz sensacja jaka!&lt;br&gt;
Coś wyrosło w ogródku&lt;br&gt;
Bazylego Dreptaka!&lt;br&gt;
Poprzednio nic nie rosło&lt;br&gt;
Oprócz pewnej jaszczurki,&lt;br&gt;
Paru pokrzyw i ostów&lt;br&gt;
Oraz Dreptaka córki,&lt;br&gt;
Co rosła jak zwariowana&lt;br&gt;
(jak ta młodzież dzisiejsza)&lt;br&gt;
I miała o, takie kolana,&lt;br&gt;
A takie o te, zresztą mniejsza...&lt;br&gt;
Aż tu nagle w sobotę&lt;br&gt;
Coś wyrosło pod płotem,&lt;br&gt;
Ni to pies, ni to koza,&lt;br&gt;
Ni krokodyl, ni brzoza,&lt;br&gt;
Listeczki rozwija,&lt;br&gt;
Pączki wypuściło,&lt;br&gt;
O Jezu, Maryja,&lt;br&gt;
Po co nam to było?&lt;br&gt;
Przyszedł jeden naukowiec:&lt;br&gt;
- To jest coś w rodzaju owiec,&lt;br&gt;
Tyle, że z korzeniem!&lt;br&gt;
Przyszedł ksiądz Chudzielak,&lt;br&gt;
Niedługo zabawił,&lt;br&gt;
Zainkasował śmierdziela&lt;br&gt;
I to coś pobłogosławił.&lt;br&gt;
Przyleciał z ulicy&lt;br&gt;
Komendant dzielnicy,&lt;br&gt;
Sprawdzić czy to nie są&lt;br&gt;
Obcy najemnicy,&lt;br&gt;
Personalny głosem rzewnym&lt;br&gt;
Spytał się Dreptaka mile:&lt;br&gt;
- Nie macie wy, Dreptak, krewnych,&lt;br&gt;
Dajmy na to w Chile?&lt;br&gt;
Przyjechała świekra&lt;br&gt;
Dupersztym Euforia&lt;br&gt;
I z miejsca orzekła:&lt;br&gt;
- To wszystko przez Ormian!&lt;br&gt;
Przywieźli w trzy pary taczek&lt;br&gt;
Mózg elektronowy,&lt;br&gt;
Gdy przypatrzył się biedaczek,&lt;br&gt;
Dostał bólu głowy,&lt;br&gt;
Łyknął pięć proszków,&lt;br&gt;
Pogryzł się z psem,&lt;br&gt;
Pomyślał troszku&lt;br&gt;
I wrzasnął: - Wiem!&lt;br&gt;
To nie żadna kasza,&lt;br&gt;
Ani nie abstrakcja,&lt;br&gt;
Tylko to jest nasza&lt;br&gt;
Ciasna, ale własna&lt;br&gt;
Mała stabilizacja!&lt;br&gt;
Juhu!&lt;br&gt;
Tu Dreptak z wyrazem smutku&lt;br&gt;
Ozwał się żałośnie:&lt;br&gt;
- Co za gleba w tym ogródku!&lt;br&gt;
Człowiek sieje, a bez skutku,&lt;br&gt;
Wciąż n i e t o mu rośnie...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozczarowanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/214/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/214/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rozczarowanie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Krupa się krupi, tułacz się tuli,&lt;br&gt;
Coś pohukuje hen w gaju,&lt;br&gt;
Dreptak jak głupi w białej koszuli&lt;br&gt;
Stoi przed wejściem do raju.&lt;br&gt;
Tylko co właśnie mu się umarło,&lt;br&gt;
Gdy w główkę kopnął go konik,&lt;br&gt;
Teraz bielutkie ma prześcieradło,&lt;br&gt;
A nad łysinką - neonik.&lt;br&gt;
Jeszcze mu w zębach dymi się fajka,&lt;br&gt;
Co fajczył ją, kiedy kipnął,&lt;br&gt;
Ale już w ręku tkwi bałałajka,&lt;br&gt;
Ale już w oczach błękitno...&lt;br&gt;
Stoi ten Dreptak grzecznie, jak trzeba,&lt;br&gt;
I myśl mu w głowie się przędzie:&lt;br&gt;
- No, tera zara pójdę do nieba,&lt;br&gt;
A w niebie to ale będzie!&lt;br&gt;
Tu wciągnął brzuszek, zagiął paluszek&lt;br&gt;
I puku-puku do furtki,&lt;br&gt;
A tam wyskoczył jakiś staruszek&lt;br&gt;
W samych galotkach, bez kurtki,&lt;br&gt;
I wnet wygłosił doń krótką mowę,&lt;br&gt;
I rozwiał jego nadzieje:&lt;br&gt;
- Taż nie wiesz, że życie pozagrobowe&lt;br&gt;
W ogóle wszak nie istnieje!&lt;br&gt;
Nieraz mówiono ci na szkoleniu,&lt;br&gt;
Żebyś był światły i świadom,&lt;br&gt;
Aleś ty pewnie nie słuchał, leniu,&lt;br&gt;
Alboś nie wierzył wykładom!&lt;br&gt;
Nie stercz jak kołek, zjeżdżaj i kwita&lt;br&gt;
I przestań mi robić zator!&lt;br&gt;
- A pan kto taki? - Dreptak zapytał,&lt;br&gt;
Dziadek zaś rzekł: - Informator!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozmowa intelektualna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/215/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/215/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rozmowa intelektualna
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ty nie mów do mnie darling, honey,&lt;br&gt;
Ty nie porównuj mnie z ruczajem,&lt;br&gt;
Ty mnie fasolki zrób duszonej,&lt;br&gt;
Niechże się raz do syta najem!&lt;br&gt;
Drugiego dna ty mi na silę&lt;br&gt;
Nie wmawiaj, bo dostaję kolki.&lt;br&gt;
Już tyle razy cię prosiłem,&lt;br&gt;
Ty mnie duszonej zrób fasolki.&lt;br&gt;
Tak, kocham Kafkę i Rilkego,&lt;br&gt;
I owszem, Joyce'a też doceniam,&lt;br&gt;
Ale ty powiedz mi, dlaczego&lt;br&gt;
Się nie zabierasz do pichcenia?&lt;br&gt;
Owszem, Karpowicz się zazębia&lt;br&gt;
Z Goethem, Bizetem i Petrarką,&lt;br&gt;
Ale już przestań mnie pogłębiać,&lt;br&gt;
Ożeż ty jakaś pogłębiarko!&lt;br&gt;
Że co? Wyrażam się niejasno?&lt;br&gt;
Nie czytaj mi fragmentów Manna!&lt;br&gt;
Ty mi fasolki zrób na kwaśno,&lt;br&gt;
Czy mam cię błagać na kolanach???&lt;br&gt;
Przestań mi tu wyjeżdżać z Griegiem,&lt;br&gt;
Czniam wszystkie gamy i bemole.&lt;br&gt;
I owszem, jestem inteligent,&lt;br&gt;
Lecz mam apetyt na fasolę!!!&lt;br&gt;
Patrz, ja całuję ciebie w czółko,&lt;br&gt;
Ba, nawet ci całuję ręce,&lt;br&gt;
Mów ty o Griegu z przyjaciółką,&lt;br&gt;
A mnie fasolkę zrób naprędce.&lt;br&gt;
Ja wiem, że w tobie uczuć gamy&lt;br&gt;
Dźwięczą jak w każdej dobrej Polce,&lt;br&gt;
Więc się umówmy: Pogadamy,&lt;br&gt;
Ale dopiero po fasolce!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozmowa ze Lwowem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/216/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/216/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rozmowa ze Lwowem
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bądź zdrowy, Lwowie! Chociaż z ostatnimi &lt;br&gt;
Opuszczam mury Twoje prawiekowe &lt;br&gt;
i chociaż biorę garść Twej świętej ziemi &lt;br&gt;
Na życie nowe -&lt;br&gt;
	Czuję się zdrajcą, żem w ciężkiej potrzebie &lt;br&gt;
	nie zginął raczej, zamiast rzucić Ciebie. &lt;br&gt;
Przebacz mi, Lwowie... W godziny wieczorne, &lt;br&gt;
gdy słucham, z sercem ciążącym jak ołów, &lt;br&gt;
czy może dzwony usłyszę nieszporne &lt;br&gt;
Twoich kościołów -&lt;br&gt;
	Modlitwy moje w Twoją lecą stronę - &lt;br&gt;
	Grodzie mych ojców. Miasto wymarzone! &lt;br&gt;
W daleką stronę rzuciłeś nas Boże! &lt;br&gt;
Ludzie tu obcy - ich dusze jałowe &lt;br&gt;
nie rozumieją, jak tęsknić może &lt;br&gt;
serce kresowe...&lt;br&gt;
	Nie mogą pojąć, że na śląskiej ziemi &lt;br&gt;
	Lwów nam się marzy z kościoły swoimi. &lt;br&gt;
Bądź zdrowe, Miasto! Zanim noc nastanie, &lt;br&gt;
z duszą stęsknioną, ale nieugiętą, &lt;br&gt;
chcę Ci ślubować swe wierne oddanie &lt;br&gt;
przysięgą świętą:&lt;br&gt;
iż krwią wywalczę mury Twoje stare &lt;br&gt;
albo w popioły przemienić się szare!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozmowa z księdzem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/217/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/217/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rozmowa z księdzem
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...a jeśli istnieje niebo&lt;br&gt;
(bo może? Choć raczej wątpię)&lt;br&gt;
I jeśli w dniu mego pogrzebu&lt;br&gt;
Do tego nieba wstąpię&lt;br&gt;
(w co także wątpię raczej),&lt;br&gt;
I przyjdzie mi tam posiedzieć,&lt;br&gt;
To kogoż ja tam zobaczę?&lt;br&gt;
Bo wolałbym z góry wiedzieć,&lt;br&gt;
Czy spotkam na gwiezdnej połaci&lt;br&gt;
Wyłącznie aniołki białe,&lt;br&gt;
Czy którąś ze znanych postaci,&lt;br&gt;
Co ją za życia kochałem?&lt;br&gt;
Czy mi recepcja niebiańska&lt;br&gt;
Pokój przydzieli musem?&lt;br&gt;
Bo ja bym chciał, proszę państwa,&lt;br&gt;
Na przykład z panem Prusem&lt;br&gt;
Lub z panem Gary Cooperem&lt;br&gt;
Czy z Izaakiem Bablem,&lt;br&gt;
A tutaj mnie na kwaterę&lt;br&gt;
Z Kraszewskim wpakują nagle&lt;br&gt;
Albo mój jeden przyjaciel&lt;br&gt;
Do mego pokoju wlizie&lt;br&gt;
I znowu powie: - Wiesz, bracie,&lt;br&gt;
Poznałem o... taaaką cizię!&lt;br&gt;
A ja bym chciał porą wieczorną&lt;br&gt;
Mieć taką cudowną szansę&lt;br&gt;
Pogadać z Marylin Monroe&lt;br&gt;
I z Anatolem Francem,&lt;br&gt;
I może ze swoim tatą,&lt;br&gt;
Bo znałem go bardzo mało...&lt;br&gt;
Hej, dużo dałbym za to,&lt;br&gt;
Żeby tak właśnie się stało,&lt;br&gt;
Ale się tam nie wybiorę,&lt;br&gt;
Bo jakby mnie kto ulokował&lt;br&gt;
Z Rabindranathem Tagore,&lt;br&gt;
Tobym natychmiast zwariował,&lt;br&gt;
Lub z Marią Konopnicką...&lt;br&gt;
Ta myśl sen z powiek mi spędza...&lt;br&gt;
Nie, wolę iść drogą laicką,&lt;br&gt;
Bardzo przepraszam księdza!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rozmowa z ptaszkiem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/218/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/218/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rozmowa z ptaszkiem&lt;br&gt;
 &lt;br&gt;
Zawierucha wyje jak suka,&lt;br&gt;
Mróz tak szczypie jak Dreptak dziewuchy,&lt;br&gt;
A do mego okna ptaszek puka, &lt;br&gt;
Żebym dał mu jakieś okruchy. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Stuka, puka ptaszę wynędzniałe, &lt;br&gt;
 Piszczy, prosi - Tyś dobre dziecię, &lt;br&gt;
 Daj mi pojeść! - A ja na to: - A chałę, &lt;br&gt;
 Trzeba było nazbierać w lecie! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chciałbyś draniu, żebym zrobił daszek,&lt;br&gt;
Żebym sypał pszenicy lub żyta?&lt;br&gt;
A gdzie całe lato był pan ptaszek?&lt;br&gt;
Czemu wtedy mi nie śpiewał, pytam?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rzecz o subiektywnym spojrzeniu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/219/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/219/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
RZECZ O SUBIEKTYWNYM SPOJRZENIU
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
We wtorek po południu podczas nieobecności męża pani Joanna Dreptakowa&lt;br&gt;
Dostała nagle intensywnych duszności i rozbolała ją raptownie głowa,&lt;br&gt;
Więc Zenon Dreptak wróciwszy i stwierdziwszy, że żona jego jest chora,&lt;br&gt;
Wezwał telefonicznie pewnego znanego doktora.&lt;br&gt;

A ten Dreptak był zazdrosny o żonę wprost niesłychanie,&lt;br&gt;
Tak, że dość często zwalniał się z pracy,&lt;br&gt;
Wpadał raptownie do domu i przeszukiwał mieszkanie,&lt;br&gt;
Wołając: - Gadaj w tej chwili gdzie są ci łajdacy!&lt;br&gt;

Gregory Peck, Łazuka i ten Toni Sailer?&lt;br&gt;
Ja wiem że ty ich przyjmujesz, ja nie jestem taki frajer!&lt;br&gt;
A ona, ta Dreptakowa, jeżeli mam być szczery,&lt;br&gt;
Przypominała nie tyle Bardotkę, co dziwnego psa Huckelberry.&lt;br&gt;

Więc nikt tam za nią nie szalał, tylko ten Dreptak Zenon&lt;br&gt;
Sobie wmówił, że ona jest cizią, panterą i syreną...&lt;br&gt;
A teraz na przykład lekarz, bo przyszedł już, drzwi otwiera&lt;br&gt;
I powiada: - O, pani jest chora? To niech się pani rozbiera...&lt;br&gt;

Zbladł Dreptak, się zdenerwował, aż mu się ręce pocą&lt;br&gt;
I pyta drżącym głosem: - A to przepraszam, po co?&lt;br&gt;
- Po to - powiada lekarz - że zbadać tę panią mamy!&lt;br&gt;
Co rzekłszy, rozpiął Joannie jeden guzik u flanelowej piżamy.&lt;br&gt;

- Przeziębi się! - pisnął Dreptak i zapiął ten guzik na brzuchu.&lt;br&gt;
- Ależ skąd? - odparł lekarz i odpiął - Przecież tu jest ciepło jak w uchu.&lt;br&gt;
O, proszę, nawet świece w lichtarzach z gorąca się topią...&lt;br&gt;
Dreptak zapiął, lekarz odpiął, Dreptak zapiął, lekarz znowu odpiął.&lt;br&gt;

- Do widzenia, wychodzę, nie mam na żarty ochoty!&lt;br&gt;
- A ile należy się za fatygę? - A sto pięćdziesiąt tysięcy złotych!&lt;br&gt;
Wyszedł lekarz z domu Dreptaka&lt;br&gt;
I pomyślał "Ta Dreptakowa to wyjątkowa pokraka".&lt;br&gt;

A znów Dreptak myślał "Ot, lubieżnik", ale mylili się oba,&lt;br&gt;
Bo ostatecznie nie to jest ładne co ładne, ale co się komu podoba.

&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rzecz o szkodliwości opalania</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/220/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/220/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rzecz o szkodliwości opalania
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz babcia wiosną w górach rzekła do dzieciaka&lt;br&gt;
Nie siedź Gosiu na słońcu, bo dostaniesz raka&lt;br&gt;
Gówno prawda, odrzekła dziewczynka czupurna &lt;br&gt;
Słońce jest bardzo zdrowe, a babcia jest durna 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ledwie to wymówiła - już ma raka skóry&lt;br&gt;
Dalejże więc uciekać w leśny gąszcz ponury&lt;br&gt;
Siadła na kamieniu, siedzi godzin kilka&lt;br&gt;
Raka się nie pozbyła - a złapała wilka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chce wstać - a tu nie może - wreszcie po wysiłku &lt;br&gt;
Podniosło się biedaczysko, ale z wilkiem w tyłku &lt;br&gt;
Teraz wilk razem z rakiem żrą ją bez żenady &lt;br&gt;
Morał: unikaj słońca ale bez przesady 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rzepakowe lato</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/221/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/221/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Rzepakowe lato
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...nie piszesz miły, do mnie z miasta,&lt;br&gt;
Pewnie się tam dopuszczasz zdrady,&lt;br&gt;
A tutaj rzepak już zarasta&lt;br&gt;
Naszych wędrówek wspólnych ślady.&lt;br&gt;
I kury obrabiają trzepak,&lt;br&gt;
Gdzieśmy trzepali kapę z łóżka&lt;br&gt;
I wszystko wokół zarósł rzepak,&lt;br&gt;
A w pewnej mierze i peluszka.&lt;br&gt;
Tatko nazwali cię łajdakiem,&lt;br&gt;
I rzekli, że się tobą brzydzą,&lt;br&gt;
I zarósł cały świat rzepakiem,&lt;br&gt;
Tylko gdzieniegdzie kukurydzą.&lt;br&gt;
Przy naszej ulubionej sośnie,&lt;br&gt;
Kędy igraliśmy przed rokiem,&lt;br&gt;
Też ten koszmarny rzepak rośnie&lt;br&gt;
I już mi on wychodzi bokiem.&lt;br&gt;
Tata coś gada o Dreptaku,&lt;br&gt;
Ze niby swaty, że wesele...&lt;br&gt;
Dreptak ma osiem ha rzepaku,&lt;br&gt;
Chyba się wezmę i zastrzelę...&lt;br&gt;
O miły mój, odezwijże się,&lt;br&gt;
Mówiłeś, że napiszesz sicher,&lt;br&gt;
Tu straszno w rzepakowym lesie,&lt;br&gt;
Wilki grasują, wyje wicher.&lt;br&gt;
I jakaś zmora się wylęga,&lt;br&gt;
I jakaś strzyga w gąszczu chodzi,&lt;br&gt;
I rzepak już do gardła sięga,&lt;br&gt;
Bo latoś wyrósł nam nad podziw.&lt;br&gt;
Może mu pomógł tak saletrzak,&lt;br&gt;
Zastosowany zbyt obficie,&lt;br&gt;
Bo nawet sam agronom Pietrzak&lt;br&gt;
Mówił, że wprost niesamowicie...&lt;br&gt;
Może to taki dziwny rodzaj,&lt;br&gt;
Krzyżowy typ miczurinowski,&lt;br&gt;
Albo zbyt mocno o urodzaj&lt;br&gt;
Pomodlił się ksiądz Rosołowski.&lt;br&gt;
...oto już ściemnia się na dworze,&lt;br&gt;
Już noc zasłania okna krepą,&lt;br&gt;
Pamiętasz? Zwykle o tej porze&lt;br&gt;
Tyś mnie nazywał swoją rzepą...&lt;br&gt;
...wczoraj usnęłam wśród alkowy,&lt;br&gt;
Ty śniłeś mi się, mój ideał,&lt;br&gt;
Oraz słodyszek rzepakowy,&lt;br&gt;
Co zeżarł cały nasz areał.&lt;br&gt;
Zbudziłam się, a wokół ino&lt;br&gt;
Ten rzepak, a w rzepaku tato,&lt;br&gt;
I w całej gminie Portofino&lt;br&gt;
Trwa straszne rzepakowe lato...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Satysfakcja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/222/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/222/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Satysfakcja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Był listopad, więc szaro i deszcz z lekka kropił,&lt;br&gt;
I nastrój w każdym calu był listopadowy,&lt;br&gt;
A przy drodze na płocie siedzieli dwaj chłopi&lt;br&gt;
I paśli sobie w rowie dwie dość nędzne krowy,&lt;br&gt;
I wiedli tam rozmowę, co była swym trybem&lt;br&gt;
Dostosowana w pełni do brzydkiej pogody,&lt;br&gt;
Na przykład: - Latoś mamy bardzo fajny bimber!&lt;br&gt;
Albo: - Rollingstonsy latoś wyszli z mody...&lt;br&gt;
Ewentualnie: - Rzepak daje niezły dochód.&lt;br&gt;
Względnie: - Bartłomiej syna zlał, jak w kaczy kuper!&lt;br&gt;
A kiedy tak gadali, nadjechał samochód,&lt;br&gt;
Który był wręcz niezwykły i wszystko miał super!&lt;br&gt;
Dosłownie szał techniki, luksusu feeria,&lt;br&gt;
Jak gdyby fragment filmu, lub bajka jak gdyby:&lt;br&gt;
Dwieście mil na godzinę, lśniąca karoseria&lt;br&gt;
I piękny pan widoczny przez lustrzane szyby,&lt;br&gt;
A obok tego pana nylonowe kocię&lt;br&gt;
Aż chłopi się zdziwili i zamilkli oba&lt;br&gt;
I jeden, w roztargnieniu, złamał dechę w płocie,&lt;br&gt;
A drugi splunął wprawnie i mruknął: - Cie choroba....&lt;br&gt;
A wóz przemknął koło nich, przepyszny i śliczny,&lt;br&gt;
Niklem i okuciami zaświecił jak neon,&lt;br&gt;
I wyrżnąwszy z poślizgu w słup telegraficzny,&lt;br&gt;
Zmienił się w mgnieniu oka w duży akordeon!!!&lt;br&gt;
Wypełzli zeń podróżni jak dwie zmięte szmaty,&lt;br&gt;
A miny mieli przy tym bezgranicznie głupie,&lt;br&gt;
Aż jeden z chłopów mruknął tonem aprobaty:&lt;br&gt;
- Takie coś, a rozbiło się na naszym słupie....
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Scena dworska</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/223/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/223/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Scena dworska
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na zamkowej posadzce, zdobnej w pawimenty,&lt;br&gt;
W pozie zrezygnowanej i nad wyraz smutnej&lt;br&gt;
Lutnista z Siedmiogrodu, imć Berwark Walenty,&lt;br&gt;
Trącił niedbale dłonią struny swojej lutniej.&lt;br&gt;
Nikogo nie ucieszył tym i nie zadziwił,&lt;br&gt;
Zygmunt August na tronie był zaśnięcia bliski,&lt;br&gt;
A jego nowa żona, Barbara Radziwiłł,&lt;br&gt;
Oglądała w lusterku liczne już wypryski.&lt;br&gt;
Błazen Zyzio, co właśnie nastał po Stańczyku,&lt;br&gt;
Opowiadał dowcipy bardzo niskiej klasy,&lt;br&gt;
A w ponurej komnaty najdalszym kąciku&lt;br&gt;
Wredna teściowa Bona łatała arrasy&lt;br&gt;
Jedną ręką, zaś drugą precyzyjnie nader&lt;br&gt;
Italskie słodkie wino mieszała w pucharze,&lt;br&gt;
Wsypawszy tam uprzednio trujący kumader,&lt;br&gt;
Bo chciała zrobić kuku synowej Barbarze.&lt;br&gt;
Dojrzał to wierny pazik, uczuł litość dla niej,&lt;br&gt;
Więc lawirując zręcznie w sennych dworzan tłumie,&lt;br&gt;
Szepnął Barbarze w ucho: - Chcą cię otruć pani!&lt;br&gt;
Zaś Barbara mrugnęła na znak, że rozumie...&lt;br&gt;
Zaś kiedy jej podano kielich pełen jadu,&lt;br&gt;
Wspomniała swoją przeszłość rozpustną, a potem&lt;br&gt;
Przyszłość z drętwotą dworskich balów i obiadów,&lt;br&gt;
I wychyliła napój z wytwornym bulgotem,&lt;br&gt;
I spadła na posadzkę wśród szlochania ludu,&lt;br&gt;
A król przygadał Bonie: - Fe, nieładnie, matko!&lt;br&gt;
Ot, jakie rzeczy ludzie wyczyniają z nudów,&lt;br&gt;
A my się wciąż dziwimy naszym nastolatkom...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Schemat</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/224/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/224/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SCHEMAT
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trochę się naszych zwyczajów wstydzę,&lt;br&gt;
Bo postępowość ich ciągle mierna -&lt;br&gt;
Mąż wchodząc wota: - Ach, co ja widzę?&lt;br&gt;
Po czym dodaje: - Ha ha! Niewierna!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Już tylko u nas tak się labidzi,&lt;br&gt;
Staje się w progu jak żona Lota...&lt;br&gt;
"Ach, co ja widzę?" - jasne, co widzi,&lt;br&gt;
Więc po cóż o to pyta, idiota?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
"Ha ha, niewierna!" - też nieudane,&lt;br&gt;
Że jest niewierna - wie całe stadło,&lt;br&gt;
Mąż, żona i ja, czyli kochanek,&lt;br&gt;
Więc po co drzeć się jak prześcieradło?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sen o marszałku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/225/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/225/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Sen o Marszałku
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Śnił mi się wczoraj Pan Marszałek,&lt;br&gt;
Śnił mi się wczoraj, jako żywo!&lt;br&gt;
Wąsy miał długie, osiwiałe,&lt;br&gt;
I maciejówkę też miał siwą&lt;br&gt;
I jakąś troskę miał na twarzy,&lt;br&gt;
A gdy spytałem go o powód,&lt;br&gt;
Z goryczą w głosie się poskarżył:&lt;br&gt;
- Ot, i czepiają mnie się znowu!&lt;br&gt;
Łgali żem austryjacki agent,&lt;br&gt;
Ze cud nad Wisłą to Francuzi,&lt;br&gt;
Że faszyzm zaprowadzić chciałem,&lt;br&gt;
A teraz wszyscy "Józiu, buzi!"&lt;br&gt;
Toć to komedia, farsa czysta,&lt;br&gt;
Ze naraz do mnie tak przylgnęli!&lt;br&gt;
Wszak ja z profesji terrorysta,&lt;br&gt;
Z wiary przypadkiem ewangelik,&lt;br&gt;
Z potrzeby chwili jam dyktator,&lt;br&gt;
Zaś z charakteru raczej furiat...&lt;br&gt;
Lecz gdzie tam! Nie zważają na to&lt;br&gt;
Rząd, opozycja, MON i Kuria!&lt;br&gt;
Wciąż tylko o mnie "dziadek, dziadek",&lt;br&gt;
Tfu, późne wnuki, słuchać hadko,&lt;br&gt;
Całujcie wy mnie wszyscy w zadek!&lt;br&gt;
Tu krzyk się podniósł:&lt;br&gt;
- Rozkaz, dziadku!&lt;br&gt;
Wódz się najpierw skonsternował,&lt;br&gt;
Potem uśmiechnął się uprzejmie &lt;br&gt;
I rzekł:&lt;br&gt;
- Ja już to proponował&lt;br&gt;
Endekom w przedwojennym sejmie,&lt;br&gt;
Ale nie chcieli w żaden sposób,&lt;br&gt;
Choć byłoby to ich zaszczytem,&lt;br&gt;
A teraz patrz pan! Tyle osób,&lt;br&gt;
I jacy jednomyślni przytem!&lt;br&gt;
Łatwiej obecnie rządzić krajem,&lt;br&gt;
Lecz nie skorzystam z koniunktury,&lt;br&gt;
Czołem, całujcie się nawzajem!&lt;br&gt;
Tu z hukiem uniósł się do góry,&lt;br&gt;
A późnym wnukom się zwiduje&lt;br&gt;
Parlament, w kółko ustawiony,&lt;br&gt;
Tak, żeby każdy kto całuje,&lt;br&gt;
Był całowany z drugiej strony.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Serial</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/226/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/226/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Serial&lt;br&gt;
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jan Dreptak wszedł do mieszkania &lt;br&gt;
I stanął w pozie męczeńskiej, &lt;br&gt;
Ponieważ zupełnie niechcący &lt;br&gt;
I nie wiadomo po co 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przyłapał swą żonę Jadwigę &lt;br&gt;
Na zdradzie pozamałżeńskiej, &lt;br&gt;
Gdyż albowiem miał wrócić nazajutrz &lt;br&gt;
A wrócił kretyn nocą. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 I oto stoi jak kołek &lt;br&gt;
 Z miną grobowo ponurą, &lt;br&gt;
 I niezdecydowanie &lt;br&gt;
 Kapelusz w palcach kręci. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Czując niezwykłą tremę &lt;br&gt;
 Przed nadchodzącą awanturą, &lt;br&gt;
 Którą musi zaraz urządzić &lt;br&gt;
 Choć nie ma najmniejszej chęci... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stoi i ma tę świadomość,&lt;br&gt;
Że sam wszystkiemu jest winien,&lt;br&gt;
Że niepotrzebnie zmienił&lt;br&gt;
W ostatniej chwili plany
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sierpień 1980</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/227/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/227/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Sierpień 1980
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W czasach, kiedy staniały łzy, &lt;br&gt;
Bo nas byle kto na siłę rozczulał, &lt;br&gt;
Nowym blaskiem zalśniło spod rdzy &lt;br&gt;
Wyświechtane ongiś słowo "postulat". &lt;br&gt;
I już nie brzmi dla młodych jak szyfr &lt;br&gt;
Stary wiersz o współczesnej nam treści:&lt;br&gt;
"Są w ojczyźnie rachunki krzywd, &lt;br&gt;
Obca dłoń ich też nie przekreśli".
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pamiętajmy więc te noce nie przespane &lt;br&gt;
I te bramy fabryczne wśród kwiatów, &lt;br&gt;
Gdy przestała naraz być sloganem &lt;br&gt;
Dyktatura Proletariatu, &lt;br&gt;
I gdy słuchał w napięciu kto żyw &lt;br&gt;
Niespokojnych, niepewnych wieści, &lt;br&gt;
Bo w ojczyźnie są rachunki krzywd, &lt;br&gt;
Ale obca dłoń ich nie przekreśli.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Siouxowie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/228/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/228/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SIOUXOWIE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Cała gmina się trzęsie i dziwi,&lt;br&gt;
Jadą, jadą dewizowi myśliwi!&lt;br&gt;
Jadą, jadą, jedni w citroenach,&lt;br&gt;
Inni w simcach albo w volkswagenach!&lt;br&gt;
Pan Gajowy ubrany w walonki&lt;br&gt;
Angażuje chłopów do nagonki.&lt;br&gt;
I już Bartek pałę ciska w dłoni,&lt;br&gt;
Na myśliwych zwierzęta goni.&lt;br&gt;
Idzie Wojtek po lesie, po łące&lt;br&gt;
I nagania nasze polskie zające,&lt;br&gt;
Wszędzie słychać gwizdy i okrzyki,&lt;br&gt;
Lecą sarny, jelenie i dziki.&lt;br&gt;
Spotkał Bartek Wojtka w gołoledzi:&lt;br&gt;
Ci myśliwi to Francuzy?&lt;br&gt;
Nie, Szwedzi!&lt;br&gt;
A nad Bartkiem kiedy błysnął meteor,&lt;br&gt;
Ksiądz Kordecki mu się wspomniał, przeor!&lt;br&gt;
I Czarniecki, co świat męstwem zadziwił,&lt;br&gt;
I wyrodek Bogusław Radziwiłł!&lt;br&gt;
Przy okazji, czort wie skąd się to wzięło -&lt;br&gt;
Wspomniał mu się także król Jagiełło,&lt;br&gt;
Samosierra, Kościuszkowi żołnierze,&lt;br&gt;
Książę Pepi tonący w Elsterze...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Słowa otuchy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/229/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/229/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Słowa otuchy
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie wiem, co państwo powiedzą na to&lt;br&gt;
I czy to państwa także oburza,&lt;br&gt;
Że powiatowy inseminator&lt;br&gt;
Raczej nie stąpa w życiu po różach...&lt;br&gt;
Raczej po kolcach ostrych on stąpa&lt;br&gt;
Lub szkło tłuczone depcze podeszwą,&lt;br&gt;
Życzliwość wokół mniej niźli skąpa,&lt;br&gt;
A śmichy-chichy dosłownie zewsząd.&lt;br&gt;
Spójrzcie, jak idzie biedak ulicą,&lt;br&gt;
Jak niewymownie żałośnie kroczy&lt;br&gt;
Ze swą instrukcją, swą straszną szprycą&lt;br&gt;
I swym kompleksem, który go toczy.&lt;br&gt;
A przecież słuszną on drogą dąży&lt;br&gt;
I zacofania szturmuje szańce,&lt;br&gt;
I jest postępu światłym chorążym,&lt;br&gt;
I jest oświaty jasnym kagańcem...&lt;br&gt;
Cóż z tego, gdy mu ta rola zbrzydła,&lt;br&gt;
Gdy uzyskuje za ogrom trudu&lt;br&gt;
Tylko ponure spojrzenia bydła&lt;br&gt;
I ironiczne uwagi ludu...&lt;br&gt;
Nie zapraszają go już sąsiedzi,&lt;br&gt;
Sam jest na swoim życiowym szlaku,&lt;br&gt;
Ba, nawet w kinie całkiem sam siedzi,&lt;br&gt;
Bo młodzież żeńska woli strażaków.&lt;br&gt;
O, wy samotni w największym tłumie,&lt;br&gt;
Wy, których chandra i troska trzęsie,&lt;br&gt;
Tylko poeta was dziś rozumie,&lt;br&gt;
Bo jest pokrewny wam, w pewnym sensie!&lt;br&gt;
On też foruje sprawy kultury,&lt;br&gt;
Jemu wysiłek też czoło zrasza...&lt;br&gt;
Dalecy bracia! Czoła do góry!&lt;br&gt;
Postęp zwycięży, przyszłość jest wasza!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Śluby rycerskie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/230/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/230/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Śluby rycerskie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przed kolejną, wojenną, rycerską wyprawą&lt;br&gt;
Składali wszyscy śluby jak wymaga prawo.&lt;br&gt;
Na przykład Bobczyk, który miał w herbie pawiana&lt;br&gt;
Ślubował nie jeść mięsa, aż zabije chana&lt;br&gt;
Tatarskiego. Niestety, wyrok losów sprzeczny&lt;br&gt;
Spowodował, iż wybuchł tam przewrót społeczny,&lt;br&gt;
Chanowi łeb urżnięto, nogi et cetera,&lt;br&gt;
I wybrano sejm, senat, rząd oraz premiera,&lt;br&gt;
Bobczyk ślubu nie spełnił i już nieustannie&lt;br&gt;
Żył odtąd na sucharkach i na kaszce mannie.&lt;br&gt;
Natomiast Rosołowski poprzysiągł się wcale&lt;br&gt;
Nie golić, aż odzyszcze święte Jeruzalem&lt;br&gt;
I wyruszył samotrzeć, lecz gdy przez Podole&lt;br&gt;
Posuwał, wpadł ciupasem w turecką niewolę&lt;br&gt;
Kędy sułtański chirurg, w charakterze szpasa&lt;br&gt;
Zrobił mu pewien zabieg i dał mu pół basa&lt;br&gt;
Na drogę. Rosołowski nie zdobył więc miasta,&lt;br&gt;
Przeto wciąż się nie goli, lecz i nie zarasta.&lt;br&gt;
Cerę ma różowiutką, mieszka wraz z mateńką,&lt;br&gt;
I podśpiewuje raźnie, tyle że dość cieńko.&lt;br&gt;
Zaś rycerz Dreptak przysiągł:&lt;br&gt;
- Miejcie mnie za burka, jeślibym do zabicia ostatniego Turka&lt;br&gt;
Dotknął swej ślubnej żony w jakikolwiek sposób.&lt;br&gt;
Tu podpisał, wzbudzając podziw mnóstwa osób,&lt;br&gt;
Na koń skoczył i ruszył, gdy wtem krzyknął hetman:&lt;br&gt;
- Na boga, panie Dreptak, do Turcji to nie tam,&lt;br&gt;
Tylko w przeciwną stronę! - Wiem - rzekł Dreptak kwaśnie&lt;br&gt;
- Że w przeciwną, dlatego też tam jadę właśnie...&lt;br&gt;
- Jeżeli Turczynów nie wygnieciesz w walce&lt;br&gt;
Nie możesz dotknąć żony nawet małym palcem!&lt;br&gt;
Dreptak warknął przez zęby: - Mój zacny hetmanie,&lt;br&gt;
Nim co powiesz, obejrzyj wprzódy moją Franię...&lt;br&gt;
I wyjął miniaturkę. Co widząc szef armii,&lt;br&gt;
Wzdrygnął się i rzekł cicho: - Synu... jedź do Warmii...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Śmierć kontradmirała</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/231/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/231/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Śmierć kontradmirała
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pośród zamieci, śniegów i lodowców&lt;br&gt;
Dryfuje stary zardzewiały wrak -&lt;br&gt;
To kontradmirał na kontrtorpedowcu&lt;br&gt;
Wyruszył znów na antarktyczny szlak.&lt;br&gt;
Zasypał śnieg kontradmiralski salon,&lt;br&gt;
Z wybitych szyb wypełza zimny mrok,&lt;br&gt;
A w mroku lśni kontradmiralski galon.&lt;br&gt;
A nad nim lśni kontradmiralski wzrok.&lt;br&gt;
Śmiertelny mróz na gardle palce kładzie.&lt;br&gt;
A kontradmirał snuje wspomnień nić.&lt;br&gt;
Jak z kontrabandą walczył w kontrwywiadzie.&lt;br&gt;
W kontrofensywach jak się umiał bić...&lt;br&gt;
I wielka mu wspomina się opera,&lt;br&gt;
I jednej Kasi słyszy znów kontralt,&lt;br&gt;
I widzi twarz jej gacha, kontrolera&lt;br&gt;
Od kontramarek, przy odbiorze palt...&lt;br&gt;
Zahuczał wiatr, zadrżało pudło stare.&lt;br&gt;
Pochwycił je w stalowe kleszcze prąd.&lt;br&gt;
A kontradmirał chciał dać kontraparę,&lt;br&gt;
Lecz nagle zawył: - Dość już tego "kontr"!!!&lt;br&gt;
Dać całą naprzód - krzyknął w jakąś rurę -&lt;br&gt;
Z żelaznych ram wypadły resztki szkła&lt;br&gt;
I stary wrak wpadł na lodową górę&lt;br&gt;
I ruszył w swój ostatni rejs - do dna!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sodoma i Gomora</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/232/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/232/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Sodoma i Gomora
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gomora i Sodoma,&lt;br&gt;
Choć były z nich zakały,&lt;br&gt;
Miały swój styl i rozmach&lt;br&gt;
I jakiś fason miały!&lt;br&gt;
Niestety, nie ta pora&lt;br&gt;
Oraz nie te etapy,&lt;br&gt;
Sodoma i Gomora&lt;br&gt;
Zniknęły całkiem z mapy.&lt;br&gt;
W Gomorze i Sodomie&lt;br&gt;
Żyli ludzie ówcześni&lt;br&gt;
Na wysokim poziomie,&lt;br&gt;
O jakim nam się nie śni.&lt;br&gt;
O każdej roku porze&lt;br&gt;
Orgietki albo bale,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W Sodomie i Gomorze&lt;br&gt;
Czułbym się wprost wspaniale!&lt;br&gt;
Gomorę i Sodomę&lt;br&gt;
Zalało Morze Martwe,&lt;br&gt;
Korzyści stąd znikome,&lt;br&gt;
A racje - śmiechu warte!&lt;br&gt;
Gdybym miał chody spore&lt;br&gt;
Oraz mógł decydować -&lt;br&gt;
Sodomę i Gomorę&lt;br&gt;
Kazałbym odbudować!&lt;br&gt;
Gomorą i Sodomą&lt;br&gt;
Choć niektórzy się brzydzą,&lt;br&gt;
Myślą o nich z oskomą,&lt;br&gt;
Często we snach je widzą.&lt;br&gt;
Nieraz ich diabli biorą,&lt;br&gt;
Gdy lezą na swych wyrach,&lt;br&gt;
Sodomą i Gomorą&lt;br&gt;
Podnieceni nad wyraz.&lt;br&gt;
Gomoro i Sodomo,&lt;br&gt;
O kraino bajkowa,&lt;br&gt;
Chciałbym jak Perry Como&lt;br&gt;
Śpiewać, by śpiewać o was!&lt;br&gt;
Doprawdy dałbym sporo,&lt;br&gt;
By dojść do waszych progów,&lt;br&gt;
Sodomo i Gomoro,&lt;br&gt;
Postrachu demagogów.&lt;br&gt;
Gomora i Sodoma&lt;br&gt;
Zniknęły przed wiekami,&lt;br&gt;
A my siedzimy w domach&lt;br&gt;
Przepełnionych meblami,&lt;br&gt;
Gramy na tranzystorach,&lt;br&gt;
Jeździmy w samochodach,&lt;br&gt;
Sodoma i Gomora&lt;br&gt;
Nie grożą nam, a szkoda.&lt;br&gt;
Tylko w telewizorach&lt;br&gt;
Coś z tego znajdziesz może -&lt;br&gt;
Odnowa i Podpora,&lt;br&gt;
Stodoła i Obora,&lt;br&gt;
Sodowa i Pokora,&lt;br&gt;
I szumi Martwe Morze...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Spacer starszego pana</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/233/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/233/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Spacer starszego pana
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Lecą z nieba kasztany,&lt;br&gt;
Dmucha chłodny wiaterek,&lt;br&gt;
Starszy pan zadumany&lt;br&gt;
Wybrał się na spacerek.&lt;br&gt;
Chodzi sobie po lasku,&lt;br&gt;
Buty mu lśnią jak lakier,&lt;br&gt;
Z fantazją macha laską,&lt;br&gt;
Kapelusz ma na bakier.&lt;br&gt;
Wiatr swoje harce czyni,&lt;br&gt;
Czerwieni się dąb i buk,&lt;br&gt;
Furkoczą liczne mini&lt;br&gt;
Wokoło zgrabnych nóg.&lt;br&gt;
Maszerują harcerze,&lt;br&gt;
Kwitną astry na grządce,&lt;br&gt;
Miło jest na spacerze&lt;br&gt;
Nawet po sześćdziesiątce.&lt;br&gt;
Zwłaszcza gdy się wygląda&lt;br&gt;
Na jakieś pięćdziesiąt dwa&lt;br&gt;
I się uważnie rozgląda,&lt;br&gt;
I chód sprężysty się ma!&lt;br&gt;
Idzie pan wzdłuż szpaleru&lt;br&gt;
Elegancki i żwawy:&lt;br&gt;
- Jak wrócę ze spaceru,&lt;br&gt;
Zaraz zaparzę kawy.&lt;br&gt;
Poczytam "Politykę"&lt;br&gt;
I Karnawał Dygata,&lt;br&gt;
I puszczę sobie płytę&lt;br&gt;
A mnie jest szkoda lata,&lt;br&gt;
Potem się może prześpię,&lt;br&gt;
A może wpadnę do Heniów?&lt;br&gt;
Tak myśli idąc wrześniem&lt;br&gt;
Ku swemu przeznaczeniu,&lt;br&gt;
Gdzie kawa nie wypita,&lt;br&gt;
Książka nie doczytana,&lt;br&gt;
Nie odbyta wizyta,&lt;br&gt;
Płyta nie odegrana.&lt;br&gt;
I gdzie ktoś ironiczny&lt;br&gt;
O oczach jak dwa dreszcze...&lt;br&gt;
...w wirze liści ulicznych&lt;br&gt;
Starszy pan idzie. Jeszcze...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sparring</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/234/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/234/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Sparring
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz jeden bokser Rene Pantera,&lt;br&gt;
Co przeciwników jak pluskwy deptał,&lt;br&gt;
Wynajął sobie sparring-partnera,&lt;br&gt;
A tym partnerem był jeden Dreptak.&lt;br&gt;
Właśnie ich widać w trakcie sparringu:&lt;br&gt;
A w kącie się trzęsie Dreptak-nieszczęśnik,&lt;br&gt;
A przed nim stoi dynamit ringu,&lt;br&gt;
Rene Pantera, wśród zwałów mięśni.&lt;br&gt;
Dreptak oczkami od niezabudek&lt;br&gt;
Błękitniejszymi patrzy błagalnie,&lt;br&gt;
A ten Pantera bęc go w podbródek,&lt;br&gt;
Albo go w ucho co chwilę walnie,&lt;br&gt;
Ewentualnie w dołek dosoli,&lt;br&gt;
Lebo-li w nerki atak przypuści,&lt;br&gt;
Albo go prostym przytentegoli&lt;br&gt;
I Dreptakowi krew z nosa puści!&lt;br&gt;
Oj, nieprzyjemnie tak dać się pobić,&lt;br&gt;
Bo to i boli, i jak niezdrowo,&lt;br&gt;
Ale tym niemniej trzeba zarobić&lt;br&gt;
Na Dreptaczęta i Dreptakową.&lt;br&gt;
Więc biedny Dreptak z bólu aż piszczy,&lt;br&gt;
Lecz nie narzeka ani nie sarka,&lt;br&gt;
Tylko mu oko wciąż mocniej błyszczy.&lt;br&gt;
Jedno. Z drugiego została szparka.&lt;br&gt;
Aż kiedy bokser zęba mu wybił,&lt;br&gt;
Zastosowawszy bombę oddolną,&lt;br&gt;
To Dreptak pisnął: - Ty frędzlu rybi!&lt;br&gt;
I kopnął gościa tam gdzie nie wolno.&lt;br&gt;
Straszna zaczęła się tragedyja,&lt;br&gt;
Ogólny Korsuń i Beresteczko,&lt;br&gt;
Bo bokser krzyczał: - O mamma mija!&lt;br&gt;
A potem rzężąc, biegał w kółeczko.&lt;br&gt;
Chwilami kicał, chwilami padał,&lt;br&gt;
Właził na słupy, jak jakieś kicie,&lt;br&gt;
Albo znienacka na ringu siadał,&lt;br&gt;
Lecz wnet się zrywał z obłędnym wyciem...&lt;br&gt;
A Dreptak sobie pił oranżadę,&lt;br&gt;
W duszy roztrząsał zaś myśl upartą:&lt;br&gt;
- Czy warto było tracić posadę?&lt;br&gt;
Bracie Dreptaku! Jej bohu, warto!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Specjaliści</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/235/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/235/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Specjaliści
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdzieś pod polskim niebem mokrym,&lt;br&gt;
Gdzie zakręca szosa,&lt;br&gt;
Spotkał filozof Demokryt&lt;br&gt;
Kapitana Klossa.&lt;br&gt;
Wnet się między nimi szczery&lt;br&gt;
Krótki dialog odbył,&lt;br&gt;
Bo Demokryt był z Abdery,&lt;br&gt;
A z Abwehry Kloss był.&lt;br&gt;
Jął Demokryt bardzo chwalić,&lt;br&gt;
Gdy tak w deszczu kiśli,&lt;br&gt;
Starożytny materializm,&lt;br&gt;
Który sam wymyślił,&lt;br&gt;
Mówił, ze się greckim bogom&lt;br&gt;
Wkrótce skończy władza,&lt;br&gt;
Bo atomistyczny pogląd&lt;br&gt;
W użycie wprowadza.&lt;br&gt;
Na to Kloss się też pochwalił,&lt;br&gt;
Siadłszy wśród jałowców,&lt;br&gt;
Jak w drebiezgi fort rozwalił&lt;br&gt;
Pełen gestapowców,&lt;br&gt;
Jak wysadził trotylówką&lt;br&gt;
Esesmanów bandę&lt;br&gt;
I niemieckim trzem szpiclówkom&lt;br&gt;
Zrobił Rassenschande...&lt;br&gt;
Połazili se po rosie,&lt;br&gt;
Przystanęli w życie:&lt;br&gt;
- Gratuluję, panie Klossie!&lt;br&gt;
- Brawo, Demokrycie!&lt;br&gt;
- Jak się tak to wszystko zbierze,&lt;br&gt;
To duma się budzi,&lt;br&gt;
Że w Abderze i w Abwehrze&lt;br&gt;
Mamy swoich ludzi!&lt;br&gt;
Tu, klepnąwszy się po plecach,&lt;br&gt;
Pa-szli, po wygonie!&lt;br&gt;
...dobrze mieć tęgiego speca&lt;br&gt;
W każdym jednym pionie, hej!&lt;br&gt;
W każdym jednym pionie!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Spotkanie na szczycie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/236/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/236/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Spotkanie na szczycie&lt;/p&gt;
 &lt;p class="zwrotka"&gt;
W kłębach straszliwie mroźnej pary &lt;br&gt;
Sił resztką, bez zbytecznych gestów &lt;br&gt;
Wyleźli Tenzing i Hillary &lt;br&gt;
Na groźny masyw Everestu 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Działo się to o bladym świcie &lt;br&gt;
Hillary szron strząsnowszy z powiek &lt;br&gt;
Rzekł: "Po raz pierwszy na tym szczycie &lt;br&gt;
Postawił swoją stopę człowiek" 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tu łzy chlustnęły mu jak z kubła &lt;br&gt;
Zaczęli ściskać się jak dzieci &lt;br&gt;
Aż Tenzing spytał: "Bwana-kubwa &lt;br&gt;
I'm sorry, kto to jest ten trzeci?" 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Faktycznie, szef wyprawy zdrętwiał, &lt;br&gt;
Bo z drugiej strony wlazł ktoś obcy &lt;br&gt;
Z wyglądu jakiś taki mętniak &lt;br&gt;
Wołając: "Jak się macie chłopcy?" 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Stabilizacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/237/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/237/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Stabilizacja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...a jak się już ma mieszkanie &lt;br&gt;
I mały ogródek za domem, &lt;br&gt;
I "Przekrój" się zawsze dostanie, &lt;br&gt;
Bo kioskarz to dobry znajomy, &lt;br&gt;
I gdy się kłania sąsiadom, &lt;br&gt;
Pożycza się od nich masło &lt;br&gt;
I w zamian służy się radą, &lt;br&gt;
Jak dobrać kolory zasłon, &lt;br&gt;
I kiedy się jest szanowanym, &lt;br&gt;
I ma się trzy garnitury, &lt;br&gt;
I mleczarz przynosi co rano &lt;br&gt;
Mleko, płacone z góry, &lt;br&gt;
I chodzi się do dentysty, &lt;br&gt;
I w czwartek ogląda się "Kobrę", &lt;br&gt;
I nosi koszule czyste, &lt;br&gt;
I buty wygodne, i dobre, &lt;br&gt;
I wie się bez apelacji, &lt;br&gt;
Że ciocia na święta przyjedzie, &lt;br&gt;
I gdy się jeździ do pracy &lt;br&gt;
Codziennie z wyjątkiem niedziel, &lt;br&gt;
I wiadomo, co będzie potem, &lt;br&gt;
I jakie lato, i jesion, &lt;br&gt;
To czuje się dziwną ochotę, &lt;br&gt;
Żeby się wziąć i powiesić. &lt;br&gt;
Tylko że, po pierwsze, to jest źle widziane, &lt;br&gt;
a po drugie, hak może wylecieć i porysuje mi ścianę.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Stanica</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/238/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/238/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Stanica
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jest gdzieś w stepach stanica, a w stanicy wrót dwoje&lt;br&gt;
Poznaczonych ciosami i bliznami od strzał.&lt;br&gt;
Przyjeżdżają kowboje, wyjeżdżają kowboje,&lt;br&gt;
Rosną jedne tętenty, inne cichną wśród skał.&lt;br&gt;
Za stanicą jest strumień, nad strumieniem rząd jodeł,&lt;br&gt;
Dzikie wino się wspina zakosami na mur.&lt;br&gt;
Tamci skaczą na siodła, ci zsuwają się z siodeł,&lt;br&gt;
Rosną jedne tętenty, inne cichną wśród gór.&lt;br&gt;
Nad drogami wiruje pył i słońce zaciemnia,&lt;br&gt;
I opada bezszumnie na tarninę i głóg. &lt;br&gt;
Dyliżanse przystają i ruszają na przemian,&lt;br&gt;
Rosną jedne tętenty, inne cichną wśród dróg. &lt;br&gt;
To jest smutna stanica, niewyraźna, niczyja, &lt;br&gt;
Miejsce spotkań i dotknięć dziwnych ludzi i spraw.&lt;br&gt;
Jeden broń swą odkłada, drugi broń swą nabija, &lt;br&gt;
Rosną jedne tętenty, inne cichną wśród traw.&lt;br&gt;
Przed tą smutną stanicą już od tylu lat stoję&lt;br&gt;
I na próżno w jej sprawy jakoś włączyć się chcę.&lt;br&gt;
Nadjeżdżają kowboje, przejeżdżają kowboje,&lt;br&gt;
Rosną jedne tętenty, inne cichną we mgle...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Stanley i Dreptak</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/239/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/239/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Stanley i Dreptak
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mniej więcej sto lat temu gdzieś nad Tanganiką&lt;br&gt;
Zaginął słynny badacz David Livingstone.&lt;br&gt;
Nikt nie wiedział, czy Buszmen go zadziabał piką,&lt;br&gt;
Czy w lamparcim żołądku żywot skończył on?&lt;br&gt;
Szukano go nieśmiało, to bliżej, to dalej.&lt;br&gt;
Ale nie za daleko, bo tam lwy i trąd...&lt;br&gt;
Dopiero inny badacz. Henry Morton Stanley,&lt;br&gt;
Z bezprzykładną odwagą ruszył w Czarny Ląd.&lt;br&gt;
Szedł dwa lata bez mała. Rąbał się przez gąszcze.&lt;br&gt;
Spalał go żar słoneczny, chłodem ścinał świt,&lt;br&gt;
Nocą mu jadowite w trzcinach brzmiały chrząszcze&lt;br&gt;
(czyli że the cockchafers sounded in the reed).&lt;br&gt;
Padali mu tragarze, topniały zapasy,&lt;br&gt;
Pigmeje mu nocami wyżerali chleb,&lt;br&gt;
Termity budowały kopce w poprzek trasy,&lt;br&gt;
A od much tse-tse czarny był codziennie lep.&lt;br&gt;
Aż wreszcie po męczarniach ciężkich niesłychanie,&lt;br&gt;
Po trudach, których każdy inny miałby dość,&lt;br&gt;
Sir Henry Morton Stanley stanął na polanie,&lt;br&gt;
Na której siedział sobie inny biały gość.&lt;br&gt;
Wokół była Afryka. Wszędzie tylko czarni&lt;br&gt;
I dżungle, zgrzytające milionami paszcz.&lt;br&gt;
Sir Henry Morton Staniey przyklęknął na darni&lt;br&gt;
I tamtemu białemu spojrzał bystro w twarz.&lt;br&gt;
A potem się odezwał... - Wszystkie swe pieniądze&lt;br&gt;
Oddałbym, by usłyszeć to, co wtedy rzekł.&lt;br&gt;
A rzekł ponoć: - Sir David Livingstone, jak sądzę?&lt;br&gt;
- Mam wrażenie, że owszem! - odparł tamten człek.&lt;br&gt;
Natomiast w sto lat potem Dreptak na chodniku&lt;br&gt;
Na swego kumpla z pracy po południu wpadł,&lt;br&gt;
Poklepał go i krzyknął: - Serwus, krasy byku!&lt;br&gt;
A kumpel mu odkrzyknął: - Niuniek! Kopę lat!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Starszy sierżancie, skąd te łzy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/240/</link><pubDate>Fri, 22 Mar 2002 22:37:54 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/240/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Starszy sierżancie, skąd te łzy ?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Młody żołnierz w gołoledzi&lt;br&gt;
Trzyma wartę honorową -&lt;br&gt;
Starszy sierżant jego śledzi&lt;br&gt;
Czy ją trzyma prawidłowo.&lt;br&gt;
U żołnierza twarz wesoła,&lt;br&gt;
Wzrok utkwiony ma we mgle,&lt;br&gt;
Myśli sierżant: Moja szkoła!&lt;br&gt;
I przełyka łzę....
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
&lt;i&gt;(Wersja II, Wojciech Draszkiewicz)&lt;br&gt;
Młody żołnierz austriacki&lt;br&gt;
Trzyma wartę honorową -&lt;br&gt;
Sierżant śledzi go z zasadzki&lt;br&gt;
Czy ją trzyma prawidłowo.&lt;/i&gt;
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Starszy sierżancie, skąd te łzy?&lt;br&gt;
Starszy sierżancie, powiedz mi,&lt;br&gt;
Starszy sierżancie,&lt;br&gt;
Starszy sierżancie,&lt;br&gt;
Starszy sierżancie, skąd te łzy,&lt;br&gt;
No skąd?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Start</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/241/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/241/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Start
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Słuchając rad światłego, słynnego trenera&lt;br&gt;
Zawodnik Jaś do startu dzielnie się zabiera.&lt;br&gt;
Przysiadł, wypiął się wdzięcznie, sprężył się jak puma,&lt;br&gt;
Lecz mu niestety wtedy pękła w majtkach guma.&lt;br&gt;
Nowej nie idzie dostać, więc chłopak roztropny&lt;br&gt;
Czym prędzej wciągnął w majtki zgrzebny sznur konopny,&lt;br&gt;
Zawiązał, i znów kucnął, sportowiec mocarny,&lt;br&gt;
Wtem but mu się rozwalił, gdyż butapren marny,&lt;br&gt;
Oczka mu poleciały przez środek koszulki&lt;br&gt;
I starter nie wypalił, bo zabrakło kulki.&lt;br&gt;
Wymieniono pistolet na innego grzmota,&lt;br&gt;
Pierwszy strzał rozdziewiczył miejscowego kota,&lt;br&gt;
Drugi poraził babcię, lecz za trzecim razem&lt;br&gt;
Zawodnicy ruszyli naprzód z dużym gazem,&lt;br&gt;
uszył Dżon i Fernando, i Helmut, i Pepik,&lt;br&gt;
Tylko Jaś został w miejscu, jakby wdepnął w lepik,&lt;br&gt;
Gdyż wszyscy oni mieli swe startowe bloki,&lt;br&gt;
Jaś dołek startowy, i to zbyt głęboki,&lt;br&gt;
Wszyscy huzia na Jasia, że zdechlak, chabeta...&lt;br&gt;
Na szczęście ocaliła biedaka ankieta,&lt;br&gt;
Która udowodniła - systemem Gallupa -&lt;br&gt;
Że zawodnik ambitny, z tym że trener dupa.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Stróż Jasia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/242/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/242/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
STRÓŻ JASIA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jasio piękny był jak róża,&lt;br&gt;
Ładnie się rodzicom chował,&lt;br&gt;
Przy tym miał aniołka stróża,&lt;br&gt;
Który nim się opiekował.&lt;br&gt;
Czasem, kiedy pani w klasie&lt;br&gt;
Jasia gnębi i sztorcuje,&lt;br&gt;
Mówi: Ożesz ty, głuptasie!&lt;br&gt;
I chce chłopcu wstawić dwóję.&lt;br&gt;
Stróż poczciwy aniołeczek&lt;br&gt;
Dziecię chronić chcąc niewinne,&lt;br&gt;
Trąci panią w ołóweczek -&lt;br&gt;
I już dwóję ma ktoś inny!&lt;br&gt;
Także później, przy maturze,&lt;br&gt;
Tym młodzieńczym, pięknym zrywie,&lt;br&gt;
Inne aniołeczki stróże&lt;br&gt;
Radzą swoim: - Walcz uczciwie!&lt;br&gt;
Ale Jasia stróż jest lepszy,&lt;br&gt;
Spod skrzydełka coś wyciąga:&lt;br&gt;
- Jasiu, nie myśl sam, bo spieprzysz,&lt;br&gt;
Patrz, baranie, tu jest ściąga!&lt;br&gt;
Potem Jasio się zakochał,&lt;br&gt;
Ale zamiast pieścić dziewczę,&lt;br&gt;
Ciągle tylko śpiewał, szlochał,&lt;br&gt;
Albo głośno czytał wiersze.&lt;br&gt;
Kiepsko by się to skończyło,&lt;br&gt;
Lecz aniołek w sposób krótki&lt;br&gt;
W postać Jasia wszedłszy siłą -&lt;br&gt;
Zabrał babkę do Sobótki.&lt;br&gt;
A nazajutrz ta panienka&lt;br&gt;
Już za Jasiem sama biega,&lt;br&gt;
Już jest przy nim jakaś miękka&lt;br&gt;
- Jasio - mówi - to agregat!&lt;br&gt;
Siedzi Jasio na posadzie,&lt;br&gt;
Wykonuje zadań szereg -&lt;br&gt;
Tu swój podpis z wdziękiem kładzie,&lt;br&gt;
Tam przybija znów stempelek,&lt;br&gt;
Zaś aniołek z obowiązku&lt;br&gt;
Podpowiada wciąż tej mumii:&lt;br&gt;
- Jasiu, zapisz się do związku!&lt;br&gt;
- Jasiu, dziecko do komunii!&lt;br&gt;
- Napisz donos, składki popłać!&lt;br&gt;
- Szefa spytaj się o zdrowie!&lt;br&gt;
Nie ma kiedy pojeść, pospać&lt;br&gt;
Tak jak inni aniołowie,&lt;br&gt;
Więc go wątpliwości gniotą&lt;br&gt;
Nie sprawdzone należycie:&lt;br&gt;
- Czy koniecznie półidiotom&lt;br&gt;
Musi się ułatwiać życie?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Święta krowa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/243/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/243/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Święta krowa
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mlekodajna, piękna, zdrowa,&lt;br&gt;
Żyła kiedyś zwykła krowa.&lt;br&gt;
Z przodu żarła trawę z sieczką,&lt;br&gt;
A z tyłu dawała mleczko.&lt;br&gt;
Dawała je w zimie, w lecie,&lt;br&gt;
Uwielbiali krowę kmiecie.&lt;br&gt;
Prawie hołd składali krowie,&lt;br&gt;
Aż jej przewrócili w głowie.&lt;br&gt;
Uwierzyła że jest święta&lt;br&gt;
I zrobiła się nadęta,&lt;br&gt;
Okrąglejsza od balona,&lt;br&gt;
I jakaś taka natchniona...&lt;br&gt;
Poszedł ją wydoić Wicek,&lt;br&gt;
A krowa w krzyk: - Won od cycek!&lt;br&gt;
W ziemię bij przede mną głową,&lt;br&gt;
Jestem bowiem świętą krową!&lt;br&gt;
Przyjechał krówski pan likarz,&lt;br&gt;
- Co ty tak - powiada - brykasz?&lt;br&gt;
Krowa, nie speszona wcale,&lt;br&gt;
- Odejdź - mówi - konowale,&lt;br&gt;
Właśnie czuję, że powoli&lt;br&gt;
Dostaję już aureoli!&lt;br&gt;
- Nieraz - rzekł lekarz - przy wzdęciu&lt;br&gt;
Szajba odbija bydlęciu,&lt;br&gt;
Nie bierz żeż, durny bawole,&lt;br&gt;
Tej szajby za aureolę,&lt;br&gt;
I posłuchaj mojej rady -&lt;br&gt;
Zrób ze dwa lub trzy przysiady,&lt;br&gt;
Bo cię te gazy uśmiercą!&lt;br&gt;
- Milcz - krowa na to - bluźnierco!&lt;br&gt;
Nie chciała słuchać dyrektyw,&lt;br&gt;
Bluzgała stekiem inwektyw,&lt;br&gt;
Aż doktor, co nie miał czasu,&lt;br&gt;
Zasunął jej szprycę z kwasu,&lt;br&gt;
Poczem schował się w lucernie,&lt;br&gt;
A ta krowa jak nie świernie!&lt;br&gt;
(czyli jak nie zaświergoli)&lt;br&gt;
I brzuch jej opadł powoli,&lt;br&gt;
Znów zrobiła się zwyczajna,&lt;br&gt;
Grzeczna, i w ogóle fajna...&lt;br&gt;
Wniosek: żadne dyrektywy,&lt;br&gt;
Nie zastąpią lewatywy!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Świntuski</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/244/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/244/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ŚWINTUSKI
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chodzem, myślem, mocny Boze,&lt;br&gt;
Co to takiego być moze,&lt;br&gt;
Ze starsi, co siem nie rusom,&lt;br&gt;
To zaraz sobie świntusom.&lt;br&gt;
Na psykład, jak psyjdzie stryjek&lt;br&gt;
I jak z tatusiem wypije,&lt;br&gt;
To zaras sobie do usu&lt;br&gt;
Sepcom świństwa:&lt;br&gt;
- Su su su su...Tatko się robi rózowy,&lt;br&gt;
A stryjasek fioletowy&lt;br&gt;
I się jesce hichocom&lt;br&gt;
I siem bardzo mocno pocom.&lt;br&gt;
A tatusiowi łysinka&lt;br&gt;
Błyscy jak młodziutka świnka&lt;br&gt;
I jesce majom obraski&lt;br&gt;
A na nich bzytkie goiaski&lt;br&gt;
Co sobie na tapcaniku&lt;br&gt;
Robią rózne fiku-miku&lt;br&gt;
Nie wiedząc, ze ktoś się schował&lt;br&gt;
I ich obfotografował&lt;br&gt;
I im porobił zblizenia,&lt;br&gt;
Takie, ze ceść! Do widzenia!&lt;br&gt;
Do cego to ludzie som zdolni,&lt;br&gt;
Jak jus zacnom być swawolni!&lt;br&gt;
A tatko te albumiki&lt;br&gt;
Tsyma w ksiąsce do fizyki.&lt;br&gt;
Wiecorem się na nią zuca,&lt;br&gt;
Niby, ze się douca,&lt;br&gt;
Ze niby bez tej lektury&lt;br&gt;
To by nie mógł zdać matury,&lt;br&gt;
Lec cyta tylko wiecorem,&lt;br&gt;
Bo w dzień to jest derektorem!&lt;br&gt;
Ale, wracając do sprawy,&lt;br&gt;
To stryjasek tes jest klawy,&lt;br&gt;
So patsy na mnie ukośnie&lt;br&gt;
I mówi: - Basia nam rośnie!&lt;br&gt;
Pamiętam, jak była malcem!&lt;br&gt;
I sturka mnie psy tym palcem,&lt;br&gt;
A potem sybko oddycha,&lt;br&gt;
Znowu sięga po kielicha,&lt;br&gt;
Powącha, do dna wychłepce&lt;br&gt;
I znowu z tatusiem sepce,&lt;br&gt;
Zamiast pogadać o biuze&lt;br&gt;
Albo o literatuze!&lt;br&gt;
Rózni ludzie som na świecie;&lt;br&gt;
Na psykład - choćby ja z Mieciem!&lt;br&gt;
Zyjemy od zesłej zimy,&lt;br&gt;
A prose - nic nie mówimy,&lt;br&gt;
No i jakoś nam leci...&lt;br&gt;
A ci dorośli - jak dzieci!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>System</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/245/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/245/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
System
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niejaki Horacy Dreptak miał taką wpadkę niestety&lt;br&gt;
Że kiedyś go przyłapano na podglądaniu kobiety&lt;br&gt;
Przez dziurkę od klucza w hotelu, jak wypięty w ohydny sposób&lt;br&gt;
Zaglądał przez tę dziurkę w obecności dość wielu osób&lt;br&gt;
Co chodziły po korytarzu, aż osobnik jeden, zły okropnie&lt;br&gt;
Jak nie zajdzie Dreptaka od tyłu, jak go w pupkę z woleja nie kopnie!&lt;br&gt;
A że miał nogę masywną, jak z jakiejś mocarnej stali,&lt;br&gt;
Więc tego Dreptaka z godzinę od tych drzwi odklejali,&lt;br&gt;
A kiedy go odkleili, zapłakał Dreptak-ladaco&lt;br&gt;
I zamiast wyrazić skruchę, patetycznie krzyknął: - I za co?&lt;br&gt;
- Jak to za co? - wszyscy nań wsiedli - Jeszcze pytasz paskudny natręcie,&lt;br&gt;
Coś podglądał uczciwą kobietę w jej prywatnym apartamencie?&lt;br&gt;
- Chwileczkę - zastrzegł się Dreptak - Jeżeli mamy być szczerzy,&lt;br&gt;
Uczciwością to ona nie grzeszy, apartament zaś do mnie należy!&lt;br&gt;
Sprawdzają - i rzeczywiście! Hotelowa doba opłacona&lt;br&gt;
Przez Dreptaka, a ta cała pani jest to jego legalna żona,&lt;br&gt;
Niejaka Pelagia Dreptak w wieku lat pięćdziesięciu sześciu,&lt;br&gt;
Obwiniona kiedyś o ekscesy seksualne na własnym teściu,&lt;br&gt;
I zaśmiecanie dzielnicy...&lt;br&gt;
			W ogóle jakaś taka...&lt;br&gt;
Więc wszyscy dalej przepraszać niewinnego Horacego Dreptaka!&lt;br&gt;
I zaraz przynieśli mu wódki - zwłaszcza że głośno jej żądał -&lt;br&gt;
I tylko go ciągle pytali po co własną żonę podglądał?&lt;br&gt;
- Mógł pan przecież siedzieć w pokoju, widzieć wszystko&lt;br&gt;
wyraźniej i jaśniej,&lt;br&gt;
A przez dziurkę nic prawie nie widać!&lt;br&gt;
Na co Dreptak rzekł logicznie: - Ano właśnie!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>System wyważeń</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/246/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/246/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
System wyważeń
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dostał kiedyś Dreptak dyrektywę dziwną,&lt;br&gt;
By spłodził satyrę, ale pozytywną.&lt;br&gt;
Usiadł więc przy biurku, napił się koniaku&lt;br&gt;
I machnął satyrę na Resort Dreptaków.&lt;br&gt;
Zrobiła się chryja, Dreptaka wezwali:&lt;br&gt;
- Przeczytajcie głośno, coście napisali!&lt;br&gt;
Zapoznał ich Dreptak z tym swoim kawałkiem:&lt;br&gt;
- Resort jest do kitu, atoli nie całkiem!&lt;br&gt;
Odezwał się pewien działacz starej daty:&lt;br&gt;
- Cóż, jest tu pozytyw, choć jest i negatyw!&lt;br&gt;
- Owszem - dodał drugi - też mam takie zdanie,&lt;br&gt;
Gryząca ironia, a przy tym uznanie!&lt;br&gt;
Wtem wyskoczył trzeci, pozbawiony taktu:&lt;br&gt;
- To nie jest satyra, lecz stwierdzenie faktu!&lt;br&gt;
Natomiast w satyrze pisać by musiało,&lt;br&gt;
Że, nieprawdaż, Resort... (tutaj go zatkało),&lt;br&gt;
Redaktor naczelny przeciął problem łatwo:&lt;br&gt;
- Satyra to dobra, ale nie zanadto,&lt;br&gt;
Jej autor jest zdolny, ale nie nadmiernie,&lt;br&gt;
Oddał treść prawdziwie, chociaż niezbyt wiernie,&lt;br&gt;
Więc stosując system ostrożnych wyważeń,&lt;br&gt;
Czekajmy z satyrą na rozwój wydarzeń!&lt;br&gt;
Co rzekłszy, dał rozkaz zamknięcia narady,&lt;br&gt;
Był bowiem odważny. Ale bez przesady.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szczerość</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/247/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/247/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Szczerość
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bardziej od węży, glist oraz kretów&lt;br&gt;
Nie znoszę różnych szczerych facetów.&lt;br&gt;
A szczery facet, to facet taki&lt;br&gt;
Co ma na dłoni serce i flaki,&lt;br&gt;
I przy spotkaniu powiada krótko:&lt;br&gt;
- Wiesz, twoja żona żyje z Kociutką!&lt;br&gt;
Wszystko to szczera prawda i racja&lt;br&gt;
Lecz po cóżeż mi ta informacja?&lt;br&gt;
Zmartwienie z tego tytułu tycie,&lt;br&gt;
Żyje z Kociutką... Co to za życie?&lt;br&gt;
Reasumując sprawę pokrótce&lt;br&gt;
Musiał bym teraz dać w pysk Kociutce,&lt;br&gt;
A on poczyta mnie za idiotę,&lt;br&gt;
Bo wie, że ja wiem już sześć lat o tem...&lt;br&gt;
Więc gdyby można, to wszystkich szczerych&lt;br&gt;
Wziąłbym i wysłałbym na galery.&lt;br&gt;
Wolę już kłamstwa, choćby najprostrze:&lt;br&gt;
- Wiesz, tak wyglądasz, że ci zazdroszczę!&lt;br&gt;
- Twój wiersz ostatni był doskonały!&lt;br&gt;
- Trochę ci jakby włosy zgęstniały!&lt;br&gt;
- Ach, twoja żona, to jak z ołtarza...&lt;br&gt;
Chętnie uściskałbym tego łgarza,&lt;br&gt;
Ale już odszedł, a - na mą mękę -&lt;br&gt;
Wraca ten szczery, szczerząc paszczękę,&lt;br&gt;
Lecz to szczerości jego ostatnie,&lt;br&gt;
Bo się dziś na mnie paskudnie natnie...&lt;br&gt;
- Jak się masz stary, czyś ty nie chory?&lt;br&gt;
Masz pod oczami ogromne wory!&lt;br&gt;
...odszedł, wydając z siebie jęk głuchy...&lt;br&gt;
Precz ze szczerymi! Wiwat kłamczuchy!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szkoła katów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/248/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/248/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZKOŁA KATÓW
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przed wiekami, w średniowieczu,&lt;br&gt;
(z dawnych wiemy to traktatów)&lt;br&gt;
W podkarpackim mieście Bieczu&lt;br&gt;
Utworzono szkołę katów.&lt;br&gt;
Taka szkoła to unikat&lt;br&gt;
Bez najmniejszej konkurencji:&lt;br&gt;
Na jej czele Magnifikat&lt;br&gt;
Stał zamiast Magnificencji.&lt;br&gt;
A że miły i wesoły&lt;br&gt;
Zawód kata był w tych czasach,&lt;br&gt;
Przyjeżdżała więc do szkoły&lt;br&gt;
Studenterii cała masa.&lt;br&gt;
Co dzień trwały tam zajęcia&lt;br&gt;
Intensywne niesłychanie:&lt;br&gt;
Tu, powiedzmy, jakieś ścięcia,&lt;br&gt;
Tam, powiedzmy, przypiekanie,&lt;br&gt;
Ten świdruje, ów wyłupia,&lt;br&gt;
inny amputuje saczki,&lt;br&gt;
Jeszcze inny się wygłupia,&lt;br&gt;
Tak jak wszystkie w świecie żaczki...&lt;br&gt;
Ale czasem rzedną miny,&lt;br&gt;
Drżą najbardziej nawet dzielni,&lt;br&gt;
Gdy nadchodzą egzaminy&lt;br&gt;
I kolokwia w tej uczelni.&lt;br&gt;
Już profesor dał zadanie&lt;br&gt;
Z wdziękiem i z dezynwolturą:&lt;br&gt;
- Student Dreptak! Wasz skazaniec&lt;br&gt;
Ma się przyznać że jest kurą!&lt;br&gt;
Stęka Dreptak biedaczyna,&lt;br&gt;
Co naprosi się i naklnie,&lt;br&gt;
Ponaciąga, popodrzyna,&lt;br&gt;
Nim skazaniec wreszcie gdaknie...&lt;br&gt;
To też żadne Alleluja,&lt;br&gt;
Bo docenci wybrzydzają:&lt;br&gt;
- Słabo Dreptak, ledwie trója,&lt;br&gt;
U Trypućki gość zniósł jajo!&lt;br&gt;
Idą studia, że aż warczy,&lt;br&gt;
Przykładają się studenci:&lt;br&gt;
Tu coś jęczy, tam coś charczy,&lt;br&gt;
Owdzie czka, gdzie indziej rzęzi...&lt;br&gt;
Jedni już przy doktoratach,&lt;br&gt;
Inni znów przy zaliczeniach,&lt;br&gt;
A nowicjusz dziarsko zmiata&lt;br&gt;
Palce od nóg po ćwiczeniach.&lt;br&gt;
Wreszcie dyplom, przydział pracy,&lt;br&gt;
Pasowanie ostrzem miecza,&lt;br&gt;
Ech, rozpierzchną się chłopacy,&lt;br&gt;
Pójdą w świat z pięknego Biecza!&lt;br&gt;
Lecz kat z katem&lt;br&gt;
Jak brat z bratem:&lt;br&gt;
Zawsze katu kat pomoże,&lt;br&gt;
Chatę znajdzie mu i szatę,&lt;br&gt;
Chleb, herbatę,&lt;br&gt;
Miękkie łoże,&lt;br&gt;
Kat da katu flaków, makat,&lt;br&gt;
Katamaran, Kaśkę, fiata,&lt;br&gt;
A gdzie etat kata vacat,&lt;br&gt;
Tam na etat pchnie kat kata,&lt;br&gt;
Nas też wepchnął nasz przyjaciel,&lt;br&gt;
Lecz żal mamy do faceta,&lt;br&gt;
Bo kat u nas na estradzie,&lt;br&gt;
To nie kat, lecz katecheta!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szlaban</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/249/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/249/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Szlaban
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rodaku! Nie wpadaj w kobiece objęcia!&lt;br&gt;
"Płód będzie chroniony od chwili poczęcia".&lt;br&gt;
Daj żonie banana lub kup jej wibrator,&lt;br&gt;
Bo już na nas czyha zgrzybiały senator,&lt;br&gt;
Już patrzą na stoper, ukryci za krzakiem,&lt;br&gt;
Duchowny Chudzielak z gliniarzem Miziakiem,&lt;br&gt;
By wpisać dokładnie do swego zeszytu&lt;br&gt;
O której twa babka kwiknęła z zachwytu,&lt;br&gt;
Ty jeszcze na dobre nie zlazłeś z kanapy,&lt;br&gt;
A Państwo już stoi na straży Kuciapy.&lt;br&gt;
Wzruszony tym kultem czcigodnych otworów,&lt;br&gt;
Wraz z Lechem domagam się szybszych wyborów!&lt;br&gt;
Stawiajcie kabiny! Podnieście strop cieśle!&lt;br&gt;
Tym razem na pewno już wiem, kogo skreślę.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szwoleżerowie i gwardia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/250/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/250/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Szwoleżerowie i gwardia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jak w księgach zapisane to&lt;br&gt;
Przez historyków stoi,&lt;br&gt;
Miał cesarz starą gwardię swą&lt;br&gt;
I szwoleżerów swoich.&lt;br&gt;
Gdy sytuacja była zła,&lt;br&gt;
Krytyczna - że tak powiem -&lt;br&gt;
Chronić cesarza gwardia szła,&lt;br&gt;
A w bój - szwoleżerowie.&lt;br&gt;
Ale w cesarzu tkwił na dnie&lt;br&gt;
Zarodek niepokoju:&lt;br&gt;
- Czemuż to stara gwardia się&lt;br&gt;
Starzeje pośród bojów?&lt;br&gt;
Siwieje, tyje każdy mąż,&lt;br&gt;
Kwęka, choć nie jest ranny,&lt;br&gt;
A szwoleżery polskie wciąż&lt;br&gt;
Wysmukli są jak panny?&lt;br&gt;
I zamęczała go ta myśl,&lt;br&gt;
I zżerał go frasunek,&lt;br&gt;
Aż kiedyś wachmistrz Dreptak Zdziś&lt;br&gt;
Dostarczył mu meldunek.&lt;br&gt;
Zasalutował, konia wspiął&lt;br&gt;
Zwyczajem szwoleżerów,&lt;br&gt;
Aż cesarz wnet go pytać jął:&lt;br&gt;
Skąd tyle ma fajeru?&lt;br&gt;
Zaś Dreptak, co służbistą był,&lt;br&gt;
Z zachwytu w mig pokraśniał,&lt;br&gt;
"Niech żyje!" - krzyknął z całych sił,&lt;br&gt;
A potem tak wyjaśniał:&lt;br&gt;
- Niewielki każdy z nas ma staż,&lt;br&gt;
Niedługie wojowanie,&lt;br&gt;
Choć od lat wielu szwadron nasz&lt;br&gt;
Walczy przy tobie, panie.&lt;br&gt;
Ten ówdzie zginął, inny tam,&lt;br&gt;
Przychodzą nowe twarze,&lt;br&gt;
A tylko sztandar wciąż ten sam&lt;br&gt;
I hasło na sztandarze!&lt;br&gt;
Zaś Stara Gwardia twoja, sir,&lt;br&gt;
Wspaniała, piękna, harda,&lt;br&gt;
Rzadko w bitewny chadza wir,&lt;br&gt;
Więc się starzeje kadra.&lt;br&gt;
Cóż stąd, że ją ożywia duch,&lt;br&gt;
Że broń pierwszego sortu,&lt;br&gt;
Kiedy przeszkadza gruby brzuch&lt;br&gt;
I nawyk do komfortu?&lt;br&gt;
A Napoleon zrobił gest&lt;br&gt;
W stylu Napoleona&lt;br&gt;
I mruknął: - Coś w tym chyba jest...&lt;br&gt;
I jest coś. Niech ja skonam.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tajemnica dobrej formy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/251/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/251/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Tajemnica dobrej formy
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rozkwitam pięknie jak polny bratek&lt;br&gt;
Gdy mi zadają wszyscy pytanie:&lt;br&gt;
- Jak pan to robi, że mimo latek&lt;br&gt;
Jest pan w tak świetnym, kwitnącym stanie?&lt;br&gt;
Inny ma wygląd, że tylko dobij,&lt;br&gt;
Pan zaś poprawia się wciąż wybitnie!&lt;br&gt;
Jak pan to robi? Jak pan to robi?&lt;br&gt;
I co pan robi, że tak pan kwitnie?&lt;br&gt;
Na to pytanie w głowę się skrobię&lt;br&gt;
I szukam w myślach uzasadnienia.&lt;br&gt;
Bo prawdę mówiąc ja n i c nie robię&lt;br&gt;
I to jest powód mego kwitnienia...&lt;br&gt;
Inni się męczą i zarywają,&lt;br&gt;
Nie śpią, nie jedzą śniadań, kolacji&lt;br&gt;
Nic też dziwnego, że wyglądają&lt;br&gt;
Jak ciocia Klocia po ekshumacji.&lt;br&gt;
A ja obiadki jem lekkostrawne,&lt;br&gt;
Niezbyt obfite (bym nie stetryczał)&lt;br&gt;
Czytam wyłącznie książki zabawne&lt;br&gt;
(Raczej Wałęsę niż Kuśniewicza).&lt;br&gt;
W żadną dyskusję nikt mnie nie wrobi,&lt;br&gt;
Co trzy miesiące stan zębów badam,&lt;br&gt;
Kocham się tylko w Alexis Colby&lt;br&gt;
(więc mnie fizycznie to nie rozkłada).&lt;br&gt;
Dwa półetaty wziąłem od razu&lt;br&gt;
Co jest wysiłkiem dla mnie maciupkim:&lt;br&gt;
Pół dnia pracuję i na pół gazu,&lt;br&gt;
Gadam półgębkiem, siedzę półdupkiem...&lt;br&gt;
Nic też dziwnego, że ludzie skrycie&lt;br&gt;
Szepczą na widok mój luksusowy:&lt;br&gt;
- Popatrzcie tylko! Ten to ma życie!&lt;br&gt;
Krew z mlekiem! Bomba! Sklep nabiałowy!&lt;br&gt;
Figluję rankiem, dobrze śpię nocą,&lt;br&gt;
Wieczorem solo gram na perkusji,&lt;br&gt;
I jakoś żyję... Pan pyta po co?&lt;br&gt;
Stop! Już mówiłem. Żadnych dyskusji.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tancerz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/252/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/252/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Tancerz
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...a gdy na eleganckim balu&lt;br&gt;
Swoje talenty rozpościera&lt;br&gt;
Lew salonowy, jak z żurnalu&lt;br&gt;
Wyrżnięty, albo jak z kuriera,&lt;br&gt;
Gdy cały w skrętach i lansadach&lt;br&gt;
Pełen finezji i uroku&lt;br&gt;
Z partnerką swą na parkiet wpada&lt;br&gt;
Wzrok mając wbity w głąb jej wzroku,&lt;br&gt;
I prawie niesie ją, skubaniec,&lt;br&gt;
Arcymistrzowską błyszcząc rangą,&lt;br&gt;
Tańcząc bezbłędnie każdy taniec&lt;br&gt;
(a ja wyłącznie nudne tango),&lt;br&gt;
Gdy tak - powiadam - na nią władczo&lt;br&gt;
Spogląda, jak na befsztyk smakosz,&lt;br&gt;
I wszyscy nań z podziwem patrzą,&lt;br&gt;
I każda chciała by z nim takoż,&lt;br&gt;
A on wie o tym, i z zachwytem&lt;br&gt;
Ów splendor pełną gębą chłepcze,&lt;br&gt;
I do partnerki uszka przy tem&lt;br&gt;
Uwodzicielskie słówka szepcze&lt;br&gt;
A jego rachityczne nogi&lt;br&gt;
Potrafią tańczyć jednocześnie&lt;br&gt;
Aż drzazgi sypią się z podłogi&lt;br&gt;
(o czym ja nawet marzyć nie śmiem).&lt;br&gt;
U góry - dyrdymały sadzi,&lt;br&gt;
U dołu - wolty i wiraże&lt;br&gt;
I nigdy o nic nie zawadzi&lt;br&gt;
Jakby piekielnym był kuglarzem,&lt;br&gt;
I kiedy nagle się poślizgnie,&lt;br&gt;
Przez chwilę równowagę łapie,&lt;br&gt;
A potem w parkiet jak nie gwiźnie&lt;br&gt;
Aż mu coś głośno chrząstnie w japie,&lt;br&gt;
I z nosa mu się puści jucha,&lt;br&gt;
I z lwa się nagle w glizdę zmienia,&lt;br&gt;
I gdy na sali cisza głucha&lt;br&gt;
Zapada, pełna obrzydzenia,&lt;br&gt;
To chociaż jestem ateuszem,&lt;br&gt;
Swój światopogląd nagle tracę&lt;br&gt;
I wierzę że hen, nad ratuszem,&lt;br&gt;
Tkwi w chmurkach zacny, siwy facet....
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Teoria cioci</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/253/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/253/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Teoria cioci
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto zdanie mojej cioci Manci,&lt;br&gt;
Co uwielbia starodawne czasy:&lt;br&gt;
Kiedyś byli filmowi amanci&lt;br&gt;
O wiele wyższej klasy!&lt;br&gt;
Przedtem każdy był as i dandys,&lt;br&gt;
Przytem mistrz w ekranowej grze,&lt;br&gt;
A nie jakiś tam Marlon Brandys,&lt;br&gt;
Czy też jak on tam się zwie...&lt;br&gt;
I ze szpadą każdy umiał natrzeć,&lt;br&gt;
I na koniu uganiać po lasach,&lt;br&gt;
A na stare lata muszę patrzeć&lt;br&gt;
Z przeproszeniem - O mon dieu! - na Gołasa...&lt;br&gt;
Dni mijają, wschody i zachody,&lt;br&gt;
A ja z cioci wciąż wyciągnąć pragnę,&lt;br&gt;
Co jej się tak podobało: bokobrody,&lt;br&gt;
Czy też może wąsiki jedwabne?&lt;br&gt;
Jaka była w tych panach podnieta,&lt;br&gt;
Że uległa ich przebrzmiałej pokusie:&lt;br&gt;
Przecież, prawdę mówiąc, to tandeta,&lt;br&gt;
Taki Rudolf Valentino w burnusie...&lt;br&gt;
Ale ciotka twardo ich chwali&lt;br&gt;
I powiada, a rumieniec ją krasi:&lt;br&gt;
Widzisz, oni się tak szybko ruszali,&lt;br&gt;
Ze trzy razy prędzej niż ci wasi...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tęsknota</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/254/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/254/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
TĘSKNOTA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Inne marzą o Taunusach i Fordach, &lt;br&gt;
Lub powiedzmy o pobycie w Miami, &lt;br&gt;
A ja chciałabym mieć zwykłego lorda	&lt;br&gt;
W szapoklaku i z bokobrodami,&lt;br&gt;
Żeby był po prostu z wyższych sfer&lt;br&gt;
I żebym mogła do niego mówić "sir".
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Byłoby mu u mnie całkiem fajnie:&lt;br&gt;
Mógłby porozmawiać ze mną o Einsteinie,&lt;br&gt;
Mógłby dziergać, albo czytać bajki&lt;br&gt;
I kupowałabym mu tytoń do fajki&lt;br&gt;
I pozwoliłabym mu jeździć rowerem&lt;br&gt;
I tak żylibyśmy we dwoje, ja z tym sirem.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tęsknota do przeszłości</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/255/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/255/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Tęsknota do przeszłości
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nasi zacni przodkowie żyli solidnie i zdrowo,&lt;br&gt;
Alienacją się nie martwili i bombą wodorową,&lt;br&gt;
Zawały ich nie chwytały, nie żarły ich reumatyzmy,&lt;br&gt;
Ponieważ się nie wstydzili noszenia długiej bielizny.&lt;br&gt;
Wszystko robili powoli, ot, jedną małorolną&lt;br&gt;
Kiedy mój pradziad uwodził, to mówił: - Bądź mi powolną!&lt;br&gt;
Nieprawdą jest, że postami przodkowie się wyniszczali,&lt;br&gt;
Oni spokojnie te posty z boku obserwowali,&lt;br&gt;
A potem podczas spowiedzi mówili w sposób prosty:&lt;br&gt;
- Oświadczam, ojcze duchowny, żem o b s e r w o w a ł posty.&lt;br&gt;
W rozmowach się zajmowali rolnictwem, względnie też drobiem,&lt;br&gt;
A zaczynali rozmowę od zdania: - Wystaw pan sobie...&lt;br&gt;
I słusznie, boć przecież przyjemniej o różnych rzeczach prawić,&lt;br&gt;
Jeżeli sobie uprzednio rozmówcy mogą wystawić.&lt;br&gt;
Zaś kiedy szlagon z Kruszwicy przyjechał, powiedzmy, do Gniezna&lt;br&gt;
I - kogoś spotkawszy - nie wiedział, czy zna go, czy go nie zna,&lt;br&gt;
To - oby swe wątpliwości i domniemania streścić,&lt;br&gt;
Wołał: - Zupełnie nie wiem, gdzie ja mam pana umieścić?&lt;br&gt;
O wiele lepiej niż żeby od razu rozmówcę zbezcześcił,&lt;br&gt;
I zaraz z początku oznajmił, że tam a tam go umieścił!&lt;br&gt;
Gdy jeden człek do drugiego był nastawiony anty,&lt;br&gt;
To wcale nie robił zeń szmaty, tylko zielone planty,&lt;br&gt;
A gdy już te planty zrobił i kwiatki w nich zaflancował,&lt;br&gt;
Powiadał z zadowoleniem: - Ho! Alem drania s p l a n t o w a ł.&lt;br&gt;
Ach, gdyby te czasy wróciły z ich wdziękiem, czarem, modą&lt;br&gt;
I gdybym został w tych czasach księciem lub wojewodą,&lt;br&gt;
To tak bym życzliwie się odniósł do wielu znajomych rodaków,&lt;br&gt;
Że Wrocław by miał piękne planty, sześć razy większe niż Kraków.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>The Big Fight</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/256/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/256/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
The Big Fight (bolszaja rozpierducha)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nad Denver kolorowy mrok&lt;br&gt;
(neony tworzą styl mu)&lt;br&gt;
Do miasta wjeżdża ruski czołg&lt;br&gt;
Z całkiem innego filmu.&lt;br&gt;
Wania wyciska nogą gaz,&lt;br&gt;
Sasza jest wieżyczkowym,&lt;br&gt;
A pod nim Misza z Griszą wraz&lt;br&gt;
Ładują odłamkowym.&lt;br&gt;
Zahuczał silnik niczym grom,&lt;br&gt;
Czołg wybił dziurę w murze&lt;br&gt;
I wjechał w Carringtonów dom&lt;br&gt;
Aż wszyscy spadli z łóżek.&lt;br&gt;
Cieć Josef wyszedł z wizawi,&lt;br&gt;
O ścianę nim dupnęło&lt;br&gt;
I jęknął: - Mejbi mnie się śni?&lt;br&gt;
Mejbi dzys ys video?&lt;br&gt;
- Kakoj widejo? Paszoł won!&lt;br&gt;
Wtem z góry swoją fizys&lt;br&gt;
Ukazał stary Carrington&lt;br&gt;
Pytając: - Łot ys dzyzys?&lt;br&gt;
- Hełp, hełp! - zakrzyknął pedał Steff,&lt;br&gt;
Co właśnie spał z koniuszym,&lt;br&gt;
- Wot kapitalisticzeskij syf! -&lt;br&gt;
Rzekł Sasza do Waniuszy.&lt;br&gt;
Rozpruty basen, zryty kort,&lt;br&gt;
Bez drzwi i szyb chałupa,&lt;br&gt;
W salonie rozjechany tort,&lt;br&gt;
W sejfie niestety kupa.&lt;br&gt;
Pozostał tylko smród i żal,&lt;br&gt;
Wiatr w licznych dziurach śwista,&lt;br&gt;
Zgwałcone patrzą tęsknie w dal&lt;br&gt;
Alexis w zgodzie z Cristal.&lt;br&gt;
Pijana Faron, zamiast spać&lt;br&gt;
Wachluje się onucą,&lt;br&gt;
Szuka w słowniku słowa "blać"&lt;br&gt;
I marzy, że powrócą...&lt;br&gt;
A ja rozmyślam, jaka w tym&lt;br&gt;
Dziwaczna jest przyczyna,&lt;br&gt;
Że gdyby grali taki film,&lt;br&gt;
To już bym biegł do kina!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>The Pursuit-Story</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/257/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/257/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
THE PURSUIT - STORY
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Herod, groźny bandyta&lt;br&gt;
Dał znak do krwawej rzezi,&lt;br&gt;
Kto żyw tomahawk chwyta -&lt;br&gt;
Siuksowie, Irokezi,&lt;br&gt;
Apacze i Komancze,&lt;br&gt;
Gangsterzy, kidnaperzy,&lt;br&gt;
Nad betlejemskim ranczem&lt;br&gt;
Sroga łuna się szerzy.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wszystko zniszczone wokół,&lt;br&gt;
Tu i ówdzie się pali,&lt;br&gt;
Już zdobyli częstokół,&lt;br&gt;
Już szeryfa schwytali,&lt;br&gt;
I zawlekli go w gruzy&lt;br&gt;
I skopali nieziemsko&lt;br&gt;
I gwiazdę jemu z blury&lt;br&gt;
Zerwali betlejemską.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przez uroczy zakątek&lt;br&gt;
Przeszła straszna zawieja -&lt;br&gt;
Taką rzeź niewiniątek&lt;br&gt;
Zrobili, że o jeja!&lt;br&gt;
A potem się pokarmem&lt;br&gt;
Zajęli, oraz piciem,&lt;br&gt;
Więc Józef, stary farmer,&lt;br&gt;
Zdołał jakoś ujść z życiem.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Toast kisielem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/258/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/258/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Toast kisielem
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
O, długo modłom naszym będący na celu, &lt;br&gt;
Rzadko nas galicyjski odwiedzasz Kisielu. &lt;br&gt;
Posiedź dłużej tą razą, bowiem bez wątpienia &lt;br&gt;
Zacny kisiel smakuje się w miarę jedzenia. &lt;br&gt;
My wielbimy Cię wiernie i o każdej dobie - &lt;br&gt;
I gdy dziesiątą wodę spuszczasz sam po sobie, &lt;br&gt;
I gdy się z Dobraczyńskim ścierasz lub z Urbanem &lt;br&gt;
W rozprawie między PRON-em, Żydem i plebanem. &lt;br&gt;
Tyś godzien swych Pradziadów! ...tfu, a cóż ja gadam? &lt;br&gt;
Niegodzien Ciebie był Twój pradziad, Kisiel Adam, &lt;br&gt;
Wojewoda bracławski, co ku zgrozie szlachty &lt;br&gt;
Z kacapami w tajemne wdawał się konszachty. &lt;br&gt;
A Ty veto! krzyknąłeś w natchnieniu poselskim, &lt;br&gt;
Więc wyleciałeś z sejmu, lecz lotem anielskim, &lt;br&gt;
Albowiem w Twym rubasznym sarmackim czerepie &lt;br&gt;
Anielska - choć rogata - dusza się telepie. &lt;br&gt;
I oby telepała się jeszcze lat wiele! &lt;br&gt;
Wiwat! Zdrowie Kisiela wypijmy kisielem!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tragedia donosiciela</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/259/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/259/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Tragedia donosiciela
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W Zakładach Produkcji Talerzy&lt;br&gt;
Imienia Obywatela Barbarossy,&lt;br&gt;
Donosiciel Dreptak Jerzy&lt;br&gt;
Codziennie składał donosy!&lt;br&gt;
Do dyrekcyjnej ekipy&lt;br&gt;
Szedł, i - dowcip po dowcipie -&lt;br&gt;
Powtarzał wszystkie dowcipy&lt;br&gt;
Krążące o tej ekipie.&lt;br&gt;
Na przykład leciał do bardzo ważnego&lt;br&gt;
Kierownika jednego z Wydziałów:&lt;br&gt;
- Grzdypućko mówił do Bździbździckiego,&lt;br&gt;
Że pana mają oddać do punktu regeneracji wałów&lt;br&gt;
Korbowych!&lt;br&gt;
Kierownik ze złości&lt;br&gt;
Robił się całkiem zielony,&lt;br&gt;
A tymczasem Dreptak, w kolejności&lt;br&gt;
Obsługiwał inne persony.&lt;br&gt;
Co stanowiło ciekawą formę&lt;br&gt;
Wyczuwania nastroju w masach,&lt;br&gt;
Dreptak za to miał mniejszą normę,&lt;br&gt;
Pensję większą miał o pół brudasa,&lt;br&gt;
Oraz mnóstwo przywilejów pracowniczych&lt;br&gt;
I w ogóle żył w sposób miły,&lt;br&gt;
Aż tu raz, z niewiadomych przyczyn,&lt;br&gt;
Te dowcipy się nagle skończyły...&lt;br&gt;
Zaczął Dreptak nastawiać ucha,&lt;br&gt;
Na kielicha kolegów prosić...&lt;br&gt;
Guzik, milczą, wokół cisza głucha,&lt;br&gt;
Cały tydzień nie miał co donosić.&lt;br&gt;
Biedny Dreptak z rozpaczy się słania,&lt;br&gt;
Tak go gnębi ten stan fatalny -&lt;br&gt;
Już dyrektor mu się nie odkłania,&lt;br&gt;
Już nań krzywo patrzy personalny,&lt;br&gt;
Już się czuje nędzny i znikomy,&lt;br&gt;
Już mu grozi obłęd, albo zawał,&lt;br&gt;
Gdy wtem nagle wpadł na świetny pomysł:&lt;br&gt;
- Sam wymyślę na jutro kawał!&lt;br&gt;
Siedzi Dreptak na łóżku nocą,&lt;br&gt;
Dłubie w uchu, sapie z przejęcia,&lt;br&gt;
Rączki mu się, i nóżki pocą&lt;br&gt;
Od umysłowego napięcia,&lt;br&gt;
Kombinacje różne wyczynia,&lt;br&gt;
Własne palce gryzie z wściekłości:&lt;br&gt;
- Jeśli powiem "personalny jest świnia",&lt;br&gt;
To spytają mnie: - "A gdzie tu dowcip?"&lt;br&gt;
Nie wie Dreptak, że działa w tym względzie&lt;br&gt;
Prawda stara, aż powtarzać ją hadko:&lt;br&gt;
- Nigdy menda satyrykiem nie będzie!&lt;br&gt;
- A satyryk mendą?&lt;br&gt;
- Bardzo rzadko!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Trębacz z kościola Świętej Elżbiety</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/260/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/260/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Trębacz z kościoła Świętej Elżbiety
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ledwie na niebie pierwsze fiolety,&lt;br&gt;
Ledwie znać ratusz wycięty w ząbki -&lt;br&gt;
Trębacz z kościoła Świętej Elżbiety&lt;br&gt;
Budzi się, ziewa i szuka trąbki.&lt;br&gt;
Szuka pod kołdrą, szuka na kołdrze,&lt;br&gt;
W łóżku, pod łóżkiem, w górze i w dole,&lt;br&gt;
A słońce już się przejrzało w Odrze&lt;br&gt;
I już odbiło mu się fenolem...&lt;br&gt;
Wróble sfrunęły na parapety,&lt;br&gt;
Gołąb spaskudził Fredrze postument,&lt;br&gt;
Trębacz z kościoła Świętej Elżbiety&lt;br&gt;
Znalazł nareszcie cenny instrument.&lt;br&gt;
Chwycił go, usta złożył w kuperek,&lt;br&gt;
Do warg przybliżył ustnik pomału&lt;br&gt;
I wydał beknięć przeciągłych szereg,&lt;br&gt;
Bo chciał przećwiczyć motyw hejnału.&lt;br&gt;
Ale w połowie frazy, niestety,&lt;br&gt;
Melodia zdechła nutką zatartą...&lt;br&gt;
Trębacz z kościoła Świętej Elżbiety&lt;br&gt;
Pomyślał sobie bowiem: - Czy warto?&lt;br&gt;
Myślał, a zapał do pracy topniał&lt;br&gt;
Jak cnota wdowy po bohaterze:&lt;br&gt;
- Znów włazić po tych kilkuset stopniach&lt;br&gt;
Na tę cholernie wysoką wieżę?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Trening</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/261/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/261/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Trening
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niebo chmurami się strzępi,&lt;br&gt;
Zachód barwami się mieni,&lt;br&gt;
Bokserzy brutalni i tępi&lt;br&gt;
Idą przez miasto na trening.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gołębie do gniazd wróciły,&lt;br&gt;
Przechodnie zwalniają kroku,&lt;br&gt;
Wieczór jest ładny i miły,&lt;br&gt;
Miasto jest lepsze od zmroku,&lt;br&gt;
Ale uważać należy,&lt;br&gt;
Bo obok nas, przyczajeni,&lt;br&gt;
Brutalni i tępi bokserzy&lt;br&gt;
Idą przez miasto na trening.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W przedsionkach kin i teatrów&lt;br&gt;
Pozapalano światło.&lt;br&gt;
Na wystawie w Desie ikona,&lt;br&gt;
Narzeczeni padają w ramiona&lt;br&gt;
I wygodniej, w ciepłym rynsztoku,&lt;br&gt;
Śpiący pijak się układa na boku,&lt;br&gt;
Dzieci palce trzymają w buziach,&lt;br&gt;
Dojrzewa kasztan. I Zuzia.&lt;br&gt;
Rozkwitają agawy w palmiami,&lt;br&gt;
Dokonują wynalazków uczeni,&lt;br&gt;
A bokserzy, tępi i brutalni,&lt;br&gt;
Idą przez miasto na trening.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tresura</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/262/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/262/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Tresura&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nadszedł już październik świat osnuła mgła &lt;br&gt;
A czterej pancerni tresowali psa &lt;br&gt;
Robili to z nudów, wymagali cudów &lt;br&gt;
Kazali mu dawać łapę, albo włazić pod kanapę &lt;br&gt;
Że aż schudł z tych trudów 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Najpierw pierwszy go dopadał, a ci trzej czekali &lt;br&gt;
Więc pies czołgał się i siadał &lt;br&gt;
Wstawał, padał, lecz nie biadał &lt;br&gt;
Ani się nie żalił 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Potem drugi go dorywał, a czekali dwaj &lt;br&gt;
A pies w ziemię się zarywał &lt;br&gt;
W krzakach skrywał, postękiwał &lt;br&gt;
I przynosił czaj 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Trucie Gucia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/263/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/263/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
TRUCIE GUCIA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gucio usiadłszy nad butelką&lt;br&gt;
W gronie przybyłych zewsząd gości&lt;br&gt;
Uwierzył nagle w swoją wielkość&lt;br&gt;
Po tylu latach niepewności.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Od lat bez przerwy mu wmawiano&lt;br&gt;
Że jest wybitny niesłychanie,&lt;br&gt;
A on sam sobie w lustrze rano&lt;br&gt;
Przyglądał się z niedowierzaniem.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I myślał przy tem: - Wzrok mam mętny,&lt;br&gt;
Umysł banalny (mówiąc skromnie),&lt;br&gt;
W ogóle jestem gość przeciętny,&lt;br&gt;
Więc czegóż wszyscy właśnie do mnie?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Może to moje stanowisko&lt;br&gt;
W dyrekcji sprawia, że chłopaki&lt;br&gt;
Aż tak mi się kłaniają nisko&lt;br&gt;
I mówią, że ja zdolny taki
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Trudny tor</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/264/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/264/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Trudny tor
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na moim torze niełatwo,&lt;br&gt;
Inni - łatwiejsze wybrali,&lt;br&gt;
Na moim - czerwone światło&lt;br&gt;
Na zmianę z zielonym się pali.&lt;br&gt;
Ja muszę pisać co dzień&lt;br&gt;
Malutkie komedie i dramy,&lt;br&gt;
A przy tym - muszę być w zgodzie&lt;br&gt;
Po pierwsze - ze sobą samym,&lt;br&gt;
Po drugie, z szefem, po trzecie,&lt;br&gt;
Z szefem szefa i z jego szefami.&lt;br&gt;
A to nie koniec przecie,&lt;br&gt;
Jak przekonacie się sami,&lt;br&gt;
Bo muszą mi przy okazji&lt;br&gt;
Udzielić swej zgody po drodze:&lt;br&gt;
Pradziadek-powstaniec, co w Azji&lt;br&gt;
Przebywał na katordze,&lt;br&gt;
I cała wiedza nabyta,&lt;br&gt;
I życiorysu manowce,&lt;br&gt;
I ojciec - AK kapitan,&lt;br&gt;
I że byłem kiedyś zetempowcem,&lt;br&gt;
I moda aktualna,&lt;br&gt;
I aktualne potrzeby,&lt;br&gt;
I że woda - proszę pana - fatalna,&lt;br&gt;
I że cholernie mnie nudzi system wapnowania gleby,&lt;br&gt;
Że natomiast cieszę się z miedzi,&lt;br&gt;
Cośmy to ją w Polkowicach,&lt;br&gt;
I wszystko, co we mnie siedzi,&lt;br&gt;
I wszystko, co mnie zachwyca,&lt;br&gt;
I wszystko, co mnie boli.&lt;br&gt;
I sprawa, której służę,&lt;br&gt;
I muszę to poddać kontroli,&lt;br&gt;
I musi to spłynąć po piórze, &lt;br&gt;
A gdy spłynie - wtedy czasem bywa dobre, &lt;br&gt;
Ktoś, kto słucha - śmieje się lub płacze... &lt;br&gt;
...lżejsze życie miał Bolesław Chrobry - &lt;br&gt;
Nic nie pisał, a lał Niemca. Cwaniaczek!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ulisses</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/265/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/265/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ulisses
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pełno wrzawy i rwetesu,&lt;br&gt;
Krzyków "w imię ojca",&lt;br&gt;
Bo przywieźli do GS-u&lt;br&gt;
"Ulissesa" Jojsa.&lt;br&gt;
Mieli przywieźć transport misek&lt;br&gt;
I skrzynkę ratafii,&lt;br&gt;
A tu nagle ten "Ulisses",&lt;br&gt;
Żeby go szlag trafił,&lt;br&gt;
Przyszedł sam przewodniczący,&lt;br&gt;
Mruknął "pochwalony",&lt;br&gt;
Usiadł sobie czytający,&lt;br&gt;
Przebrnął cztery strony.&lt;br&gt;
Przyszedł takoż i ksiądz proboszcz,&lt;br&gt;
Powiedział: "Cześć pracy".&lt;br&gt;
Worek drobnych miał ze sobą&lt;br&gt;
(najwyraźniej z tacy),&lt;br&gt;
Kupił książkę za czerwońca,&lt;br&gt;
Z podniecenia sapnął,&lt;br&gt;
Zajrzał w środek i od końca,&lt;br&gt;
Zwrócił tom i drapnął.&lt;br&gt;
Zaś komendant posterunku,&lt;br&gt;
Przystojny mężczyzna,&lt;br&gt;
Przyszedł w pełnym swym rynsztunku&lt;br&gt;
I radził się przyznać.&lt;br&gt;
I zaraz go posłuchali&lt;br&gt;
Trypućko z kolegą,&lt;br&gt;
I natychmiast się przyznali&lt;br&gt;
Grzecznie do wszystkiego.&lt;br&gt;
A natomiast na wyraju&lt;br&gt;
Za Domem Kultury&lt;br&gt;
Dziadek Dreptak na buhaju&lt;br&gt;
Uniósł się do góry,&lt;br&gt;
I leśniczy, pan Franciszek,&lt;br&gt;
Po francusku gadał,&lt;br&gt;
I rozmnożył się słodyszek&lt;br&gt;
Oraz jedna Magda.&lt;br&gt;
Wyszły z lasu różne strzygi,&lt;br&gt;
Kwanty i cystersi,&lt;br&gt;
A teść Janka Mamałygi&lt;br&gt;
Stwierdził, że ma piersi,&lt;br&gt;
Kaśko zaś dosiadło ojca&lt;br&gt;
Krzycząc: - Wio, tatulo!&lt;br&gt;
Wreszcie zobaczono bodźca,&lt;br&gt;
Jak gnał za krasulą.&lt;br&gt;
Aż kierownik z ekspedientką&lt;br&gt;
Się zorientowali,&lt;br&gt;
Wzięli "Ulissesa" prędko&lt;br&gt;
I go odesłali&lt;br&gt;
Do centrali na przyczepie,&lt;br&gt;
Którą ciągnął zetor,&lt;br&gt;
Po czym wywietrzyli w sklepie,&lt;br&gt;
Bo był straszny fetor,&lt;br&gt;
Jeszcze tylko ksiądz okadził&lt;br&gt;
Cały lokal, za czym&lt;br&gt;
Pan komendant teraz sprawdził&lt;br&gt;
Do min wykrywaczem,&lt;br&gt;
I znów zapachniało serem,&lt;br&gt;
Zbożem i bielizną...&lt;br&gt;
Bardzo dobrze, że nasz teren&lt;br&gt;
Walczy ze zgnilizną!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Upadek rodu Dreptaków</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/266/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/266/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
UPADEK RODU DREPTAKÓW
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy Józef Ignacy Dreptak wyleciał ze stanowiska&lt;br&gt;
Zadrżała jego rodzina, dalsza i całkiem bliska.&lt;br&gt;
Oblicza zasnuły się smutkiem jak wdowy żałobnym kirem,&lt;br&gt;
I wszyscy cicho jęknęli: - No, teraz nam dadzą wcirę!&lt;br&gt;
I rzeczywiście! Nazajutrz zaczęty się wielkie łowy!&lt;br&gt;
Najsampierw ciotkę Patrycję wywalił główny księgowy,&lt;br&gt;
Pod bardzo logicznym pretekstem że jakoś z bilansem zwleka&lt;br&gt;
I mniej logicznym, że była kochanką Czang-Kai-Szeka,&lt;br&gt;
I do dziś dnia pozostaje z draniem w intymnych kontaktach,&lt;br&gt;
Choć wołała że raz że on umarł, a dwa że jest virgo intacta.&lt;br&gt;
A tu już tymczasem wokoło krzyk słychać: - Łapcie ich, łapcie!&lt;br&gt;
Związek Rencistów natychmiast wykluczył Dreptaka babcię,&lt;br&gt;
Ze żłobka zaś usunięto dwie wnuczki, przemiłe dziewuszki&lt;br&gt;
Pod zarzutem, że z wrogich pozycji nafajdały onegdaj w pieluszki,&lt;br&gt;
Stryjek Dreptaka natomiast, usłyszawszy co się stało z ciocią,&lt;br&gt;
Uprzedził rozwój wydarzeń i od Dreptaka się odciął,&lt;br&gt;
Wpadają na niego z krzykiem: - Ty, zaraz pójdzie ci w pięty!&lt;br&gt;
A on powiada: - Guano! Od wczoraj jestem odcięty!&lt;br&gt;
Tymczasem obława trwa nadal, wciąż bardziej zażarta i dzika:&lt;br&gt;
Pudel Kociutki pogryzł dreptakowego jamnika,&lt;br&gt;
Kucharka zaś usłyszawszy w radiu co z Dreptakami&lt;br&gt;
Napluła Dreptakom do zupy i wyszła trzasnąwszy drzwiami,&lt;br&gt;
I na młodego Dreptaka nauczyciel wsiadł, krzycząc w euforii:&lt;br&gt;
- Już nie boję się twego starego! Ha ha! Masz pałę z historii!&lt;br&gt;
Wieczorem rodzina Dreptaków w smutku i konsternacji&lt;br&gt;
Posiniaczona, spłakana zebrała się przy kolacji,&lt;br&gt;
I wtedy, w ogólnej ciszy rozległ się groźny głos mamy:&lt;br&gt;
- No powiedz żeś coś, baranie!&lt;br&gt;
A tatko rzekł: - Przetrzymamy!&lt;br&gt;
I zaraz nieśmiały uśmiech na twarz powoli powrócił,&lt;br&gt;
Bo wszyscy zrozumieli że jeszcze się wszystko odwróci,&lt;br&gt;
Bo przecież żyjemy w Polsce, nie w jakiejś pogańskiej krainie,&lt;br&gt;
I jęli natychmiast notować komu jaką podłożyć świnię,&lt;br&gt;
I wszystko wydało się znowu łatwe, junackie i proste,&lt;br&gt;
Bo wzorem nam cosa nostra! A kozak - pater noster!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Upiór</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/267/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/267/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Upiór
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś kneź Dreptak jeszcze w łożnicy&lt;br&gt;
Leżał przed pójściem do łaźni,&lt;br&gt;
Aż tu przychodzą doń wojownicy&lt;br&gt;
Hej, wojownicy odważni.&lt;br&gt;
Zdumiał się Dreptak, koszulę spuścił,&lt;br&gt;
Co ją chciał ściągnąć przez głowę,&lt;br&gt;
- A was - zapytał - kto tutaj wpuścił&lt;br&gt;
Na te komnaty kneziowe?&lt;br&gt;
Pod nimi zasię drżą aż kolana,&lt;br&gt;
Cali ze strachu się pocą...&lt;br&gt;
- Myśmy - rzekł jeden przyszli do pana,&lt;br&gt;
Bo w zamku straszy coś nocą.&lt;br&gt;
Oj straszy, straszy to całkiem nieźle i&lt;br&gt;
Chowa się w różne framugi,&lt;br&gt;
Chodzi po zamku w jedwabnym gieźle,&lt;br&gt;
A pysk ma o... taaaaki długi!&lt;br&gt;
Uszy ma takie wielkie jak kapcie,&lt;br&gt;
A oczki całkiem maciupcie,&lt;br&gt;
Więc, mości książę, wy to coś złapcie&lt;br&gt;
Albo w ogóle coś zróbcie.&lt;br&gt;
Tu kneź okazał męstwo i władzę&lt;br&gt;
I rzekł: - Nie martwcie się, goście,&lt;br&gt;
Już ja z tą zgagą sobie poradzę,&lt;br&gt;
A teraz pa! Się wynoście!&lt;br&gt;
A kiedy wyszli bijąc pokłony&lt;br&gt;
Książę wyskoczył spod koca&lt;br&gt;
I krzyknął, wpadłszy do izby żony&lt;br&gt;
- Ty, gdzie się włóczysz po nocach?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Uśmiech Giocondy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/268/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/268/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Uśmiech Giocondy
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Francesco del Gioconde, rozparłszy się hardo&lt;br&gt;
Na fotelu rzeźbionym w liście i trytony,&lt;br&gt;
Patrzył z dezaprobatą, jak mistrz Leonardo&lt;br&gt;
Pracuje nad portretem jego młodej żony.&lt;br&gt;
Upał był nie z tej ziemi; wiatr usnął wśród bluszczu,&lt;br&gt;
Służba spała pokotem w pobliskiej winnicy,&lt;br&gt;
Policzki Mony Lizy świeciły od tłuszczu,&lt;br&gt;
A nogi dla ochłody trzymała w miednicy.&lt;br&gt;
Leonardo ospale paćkał farbą płótno,&lt;br&gt;
Zaś mąż modelki głosem starego kocura&lt;br&gt;
Mruczał: - Proszę cię Liza, nie gap się tak smutno,&lt;br&gt;
Bo to nie portret będzie, lecz karykatura!&lt;br&gt;
Tu, aby ją rozśmieszyć, zrobił parę figli,&lt;br&gt;
Opowiedział jej sprośną bajkę o królewnie,&lt;br&gt;
Połechtał ją po nodze, mówiąc: - A gli, gli, gli!&lt;br&gt;
Tu znów spojrzał na żonę, a ta jak nie ziewnie!&lt;br&gt;
A malarza porwała taka pasja pieska&lt;br&gt;
I poczuł w sobie tyle rozpaczliwej mocy,&lt;br&gt;
Że bardzo nietaktownie krzyknął do Franceska:&lt;br&gt;
- Ona ziewa! Pan pewnie spać jej nie dał w nocy!&lt;br&gt;
Co usłyszawszy, Liza wspomniała łożnicę&lt;br&gt;
I małżonka swego majestat monarszy,&lt;br&gt;
Zwłaszcza kiedy koszulę włoży i szlafmycę,&lt;br&gt;
I to że o dwadzieścia lat jest od niej starszy,&lt;br&gt;
I jak sapie i stęka, nim nareszcie uśnie,&lt;br&gt;
I tak ją rozśmieszyło to wszystko okrutnie,&lt;br&gt;
Że na jej twarz wypłynął tajemniczy uśmiech...&lt;br&gt;
...i ten uśmiech na wieki pozostał na płótnie!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Walka z abstrakcja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/269/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/269/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Walka z abstrakcją
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W pewnej poważnej wytwórni&lt;br&gt;
Formularzy Do Spraw Kontraktacji&lt;br&gt;
Dyrektor wydał okólnik,&lt;br&gt;
By nie kupować abstrakcji.&lt;br&gt;
Znaczy że można do biura&lt;br&gt;
Zakupić rzeźbę lub obraz,&lt;br&gt;
Ale musi być wiadomo: - To kura,&lt;br&gt;
A tamto, powiedzmy, kobra,&lt;br&gt;
Albo - powiedzmy pejzaż&lt;br&gt;
Względnie wiertacz przy obsłudze świdra,&lt;br&gt;
A nie, jak to młodzież dzisiejsza&lt;br&gt;
Maluje - ni pies, ni wydra,&lt;br&gt;
Pozornie bitwa pod Stoczkiem&lt;br&gt;
Ewentualnie prognoza pogody,&lt;br&gt;
A jak się tak przyjrzeć boczkiem,&lt;br&gt;
To jej bohu, że jajowody,&lt;br&gt;
Czy jeszcze gorsza zaraza,&lt;br&gt;
Skrzyżowanie Dreptaka z wiatrakiem...&lt;br&gt;
Więc pan dyrektor zakazał:&lt;br&gt;
- Żeby mi żadne takie!&lt;br&gt;
Natychmiast główny księgowy&lt;br&gt;
Kupił obrazy jak cacka:&lt;br&gt;
Na jednym górnik przodowy&lt;br&gt;
Na drugim Magda Zawadzka,&lt;br&gt;
Na trzecim malutkie kicie,&lt;br&gt;
Na czwartym znaczenie futbolu,&lt;br&gt;
A prócz tego - rżniętą w granicie&lt;br&gt;
Postać kobiecą, do holu.&lt;br&gt;
A zachwycony dyrektor&lt;br&gt;
Ze swoją wierną obstawą
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wampirek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/270/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/270/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WAMPIREK
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ledwie dmuchnął poranny zefirek,&lt;br&gt;
Wylazł z norki nieduży wampirek.&lt;br&gt;
Miał spiczaste dwa ząbki,&lt;br&gt;
Do ssania rodzaj trąbki,&lt;br&gt;
Oraz dwoje chudziutkich miał girek.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Sysu, sysu, cmok, cmok, cmok&lt;br&gt;
Oraz dwoje chudziutkich miał girek.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zaraz skrzydła jak gacek rozepnie&lt;br&gt;
I śniadanie czym prędzej gdzieś chłepnie.&lt;br&gt;
Tak się spieszy nieludzko,&lt;br&gt;
Że aż rzęzi mu płucko,&lt;br&gt;
Bo się boi, że zupka mu skrzepnie.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Sysu, sysu ...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Często potem dostaje on czkawki,&lt;br&gt;
Siada nagle bezradnie wśród trawki&lt;br&gt;
I słychać głos biedaczka:&lt;br&gt;
Znów wyssałem pijaczka...&lt;br&gt;
I to jest popijawka pijawki.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wariacje folklorystyczne</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/271/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/271/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wariacje folklorystyczne
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie podobam się już kobietom &lt;br&gt;
I moja twórczość nie w modzie, &lt;br&gt;
Zostanę więc chyba poetą &lt;br&gt;
Ludowym, na zagrodzie. &lt;br&gt;
I będę chodził w czamarze &lt;br&gt;
(czy jakiejś tam innej jupce), &lt;br&gt;
I zacznę pisać w gwarze, &lt;br&gt;
Na to zawsze się znajdą kupce. &lt;br&gt;
Życie popłynie mi gładko, &lt;br&gt;
Nie zleją mnie ćpuny i skiny, &lt;br&gt;
Nie będą płacił podatków, &lt;br&gt;
Stanę się chlubą gminy &lt;br&gt;
I zacznę pociąg niezdrowy &lt;br&gt;
Wywoływać w przystojnych turystkach:&lt;br&gt;
- Popatrzcie, to wieszcz ludowy,&lt;br&gt;
Jurny prymitywista!&lt;br&gt;
A ja, zadbany, rumiany,&lt;br&gt;
Bez zgryzot i bez choróbska,&lt;br&gt;
Jak którąś gdzie dorwę! O rany!&lt;br&gt;
Wnet jej wygarnę z kaszubska:&lt;br&gt;
- Hej, Kaszebe, Kaszebe,&lt;br&gt;
Rychtuj checze i rebe.&lt;br&gt;
Hej, węgorze, węgorze,&lt;br&gt;
Piecze, ciecze, nie może.&lt;br&gt;
Cheba dyćwa szczeżuja,&lt;br&gt;
Dydko wszyćko burżuja, ahoj!&lt;br&gt;
...że nic to nie znaczy - tym lepiej,&lt;br&gt;
Bo mnie z ambony nie oklną&lt;br&gt;
I nikt się nie przyczepi,&lt;br&gt;
I dostanę nagrodę za folklor.&lt;br&gt;
A wtedy, dla odmiany,&lt;br&gt;
Na jakiś szczyt wlizę dziarsko &lt;br&gt;
I w serdeczek ubrany &lt;br&gt;
Odezwę się po góralsku:&lt;br&gt;
- Hej, wirsycek, wirsycek, &lt;br&gt;
Hań na grani skopek, &lt;br&gt;
Przisel śwarny Janicek, &lt;br&gt;
Zaćpał nam syropek! &lt;br&gt;
Bać baco na bacę, &lt;br&gt;
Bo baca ma kaca, &lt;br&gt;
Hej, juhas się z juhasem &lt;br&gt;
Po Krupówkach maca, heej!!!! &lt;br&gt;
A potem (tak sobie myślę) &lt;br&gt;
Zwyczajem wędrownych ptaków &lt;br&gt;
Osiądę gdzieś, hen, pod Przemyślem, &lt;br&gt;
Gdzie jest pełno lwowiaków, &lt;br&gt;
Kupię chałupę niską, &lt;br&gt;
Z Ustrzyk se żonę wezmę &lt;br&gt;
I z bieszczadzka, przemyską &lt;br&gt;
Gwarą, tak się odezwę:&lt;br&gt;
- Ja ci, braci, powi taci, &lt;br&gt;
Ży pu chaci si rzucaci! &lt;br&gt;
Ani mąci, ani gaci, &lt;br&gt;
Tylku graci jak wariaci! &lt;br&gt;
Ni tu Hrycia, ni tu kicia, &lt;br&gt;
Ni tu życia mołodycia, &lt;br&gt;
Jak si w kasi pókiłbasi, &lt;br&gt;
Tu si da si w swoim czasi! &lt;br&gt;
Nu i bedzi.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ważne zadanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/272/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/272/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ważne zadanie&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach, przykry to widok, przykry&lt;br&gt; 
 Żałosny niesłychanie &lt;br&gt;
 Kiedy osobnik bez ikry &lt;br&gt;
 Otrzyma ważne zadanie 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy szef co chce go podbechtać &lt;br&gt;
Zapaskudza biednemu życie &lt;br&gt;
Mówiąc - "Kolego Dreptak, &lt;br&gt;
Ja wierzę, że wy to zrobicie" 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Nieszczęśnik ów w pierwszym momencie &lt;br&gt;
 Rośnie we własnej opinii &lt;br&gt;
 I wierzy przez moment święcie &lt;br&gt;
 Że rzecz wspaniałą uczyni 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rozpiera go zapał twórczy&lt;br&gt;
Wizje mu roją się mgliste&lt;br&gt;
A potem się naraz kurczy&lt;br&gt;
I myśli ze strachem - "O Chryste!"
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>W domu starców</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/273/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/273/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
W domu starców
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W domu starców do późna się świeci,&lt;br&gt;
W domu starców siedzą spokojnie&lt;br&gt;
Trzydziestoletni faceci&lt;br&gt;
I rozmawiają o wojnie.&lt;br&gt;
Gwarzą starsi panowie i panie,&lt;br&gt;
Ogień płonie w kominku ponuro:&lt;br&gt;
- A pamiętasz styczniowe powstanie?&lt;br&gt;
- A pamiętasz bitwę nad Bzurą?&lt;br&gt;
- A pamiętasz husarię pod Kutnem?&lt;br&gt;
- A pamiętasz Mierosławskiego?&lt;br&gt;
- A pamiętasz, jak Nową Hutę&lt;br&gt;
- Budowaliśmy razem, kolego?&lt;br&gt;
- A pamiętasz otwarcie Kolei&lt;br&gt;
Warszawsko-Wiedeńskiej, mój druhu?&lt;br&gt;
Zaraz będzie na kolację kleik,&lt;br&gt;
Potem ktoś im poczyta do słuchu.&lt;br&gt;
Potem pewnie zmówią paciorek,&lt;br&gt;
Każdy włoży szlafmycę cieplutką&lt;br&gt;
I o wpół do ósmej wieczorem&lt;br&gt;
Wszyscy sobie zasną cichutko&lt;br&gt;
Na poduszkach z białego atłasu,&lt;br&gt;
Pod ciepełkiem puchowych pierzynek.&lt;br&gt;
Bo trzydzieści lat to kawał czasu,&lt;br&gt;
Więc należy im się odpoczynek.&lt;br&gt;
Za tysiące walk, trudów i zasług&lt;br&gt;
Dokonanych w stylu niemego kina....&lt;br&gt;
Tak wygląda, proszę państwa, dom starców.&lt;br&gt;
... w wyobraźni mojego syna.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Więcej z gry</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/274/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/274/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Więcej z gry
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Miła to i tania rzecz&lt;br&gt;
W telewizji ujrzeć mecz,&lt;br&gt;
Synek wrzask wydaje czasem:&lt;br&gt;
- Nasi walczą z Hondurasem!&lt;br&gt;
Pędzę wtedy, to zmaganie&lt;br&gt;
Chcę obejrzeć na ekranie,&lt;br&gt;
A tam sprawozdawca grzmi:&lt;br&gt;
- Nasi mają więcej z gry!&lt;br&gt;
Zdanie to nic nie oznacza,&lt;br&gt;
Naszych leją w rytmie cza-cza,&lt;br&gt;
Przez plac jadą jak po stole&lt;br&gt;
I ładują Polsce gole.&lt;br&gt;
Ale po co ronić łzy?&lt;br&gt;
Nasi mają więcej z gry!&lt;br&gt;
Ktoś wyjaśnił, że ta dziwność&lt;br&gt;
Ma określić ich aktywność,&lt;br&gt;
Że w grze wprawdzie są do kitu,&lt;br&gt;
Ale mają więcej sznytu,&lt;br&gt;
Większy fajer, większa faja,&lt;br&gt;
Choć ich leją pięć do jaja!&lt;br&gt;
Ale radość, hi hi hi!&lt;br&gt;
- Nasi mają więcej z gry!&lt;br&gt;
Gdyby - losu zarządzeniem -&lt;br&gt;
Chopin grał z Dreptakiem Heniem&lt;br&gt;
W dwa Bechsteiny w jednej sali&lt;br&gt;
I by obaj naraz grali,&lt;br&gt;
A ten Chopin smukłą ręką&lt;br&gt;
Nostalgicznie, ślicznie, cienko,&lt;br&gt;
A ten Henio głośno, basem,&lt;br&gt;
Pięścią raz, a raz obcasem,&lt;br&gt;
Sprawozdawca krzyknąłby:&lt;br&gt;
- On ma dużo więcej z gry!&lt;br&gt;
Co nie znaczy, że jest lepszy,&lt;br&gt;
Bo w zasadzie - pardon - pieprzy,&lt;br&gt;
Ale szybciej, ale głośniej,&lt;br&gt;
Efektowniej i radośniej.&lt;br&gt;
Bowiem u nas proszę panów&lt;br&gt;
Kwitnie kult dla bałaganu,&lt;br&gt;
Wrzasku, blasku i zamętu,&lt;br&gt;
Lataniny i tętentu,&lt;br&gt;
Innym lepiej! Ale my&lt;br&gt;
Mamy dużo więcej z gry!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wieczór autorski</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/275/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/275/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wieczór autorski
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wieczór autorski Dreptaka&lt;br&gt;
To nie był - powiedzmy - szczyt szczytów:&lt;br&gt;
Nikt nie śmiał się, nikt nie płakał&lt;br&gt;
I nikt nie umarł z zachwytu,&lt;br&gt;
Na rękach go nikt nie nosił,&lt;br&gt;
Nikt mu owacji nie robił,&lt;br&gt;
Nikt o autograf nie prosił&lt;br&gt;
Lecz również nikt go nie pobił&lt;br&gt;
Co było już pewnym sukcesem&lt;br&gt;
Wyraźnym, chociaż malutkim,&lt;br&gt;
Bo mogło się skończyć ekscesem&lt;br&gt;
Jak wieczór poety Kociutki,&lt;br&gt;
Który po odczytaniu&lt;br&gt;
Utworu Wymioty kota&lt;br&gt;
Tak jak stał, w nowym ubraniu,&lt;br&gt;
Został wrzucony do błota.&lt;br&gt;
A tu tymczasem Dreptak&lt;br&gt;
Czyta jak jaki królewicz&lt;br&gt;
Poemat Szepty adepta&lt;br&gt;
Felieton Ja a Różewicz,&lt;br&gt;
Opowiadania, eseje&lt;br&gt;
Już prawie całą godzinę,&lt;br&gt;
Tu trochę wody leje,&lt;br&gt;
Tam wciska wazelinę,&lt;br&gt;
Tu liźnie, ówdzie pomaści,&lt;br&gt;
Gdzie indziej przebrnie pomału&lt;br&gt;
I tak - krawędzią przepaści -&lt;br&gt;
Posuwa wprost do finału.&lt;br&gt;
Aż skończył, zebrał papierki,&lt;br&gt;
Zatarł z lubością ręce&lt;br&gt;
! I zwrócił się do kasjerki&lt;br&gt;
Z krótką przemową: - Pięćset!&lt;br&gt;
A wypełniając zlecenia&lt;br&gt;
I podpisując listę&lt;br&gt;
Spytał: - Jak pani ocenia&lt;br&gt;
Ten mój dzisiejszy występ?&lt;br&gt;
Kasjerka zaś rzekła cynicznie,&lt;br&gt;
Czekając aż Dreptak podpisze:&lt;br&gt;
- Występ? Ach, udał się ślicznie,&lt;br&gt;
Aż szkoda, że nikt nie przyszedł!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wieczorem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/276/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/276/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wieczorem
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A wieczorem, gdy ludzie wracają&lt;br&gt;
Do swych domów, a wychodzą koty,&lt;br&gt;
Wtedy dobrze jest jak ludzie mają&lt;br&gt;
Do zrobienia jakieś roboty,&lt;br&gt;
Różne sprawy ważne i mniej ważne.&lt;br&gt;
O, na przykład żona ma jakieś pranie&lt;br&gt;
Albo ma coś - powiedzmy - usmażyć,&lt;br&gt;
A znów synek ma odrobić zadanie.&lt;br&gt;
Wtedy lampy zapalają się w mieszkaniach&lt;br&gt;
I nadchodzi czas rodziny i kawy,&lt;br&gt;
Bardzo ważne, żeby były zadania,&lt;br&gt;
Bardzo ważne, żeby były różne sprawy!&lt;br&gt;
Bardzo ważne, jeśli żona poprosi&lt;br&gt;
O naprawę lampy lub żelazka.&lt;br&gt;
Bardzo ważne, jeśli synek przynosi&lt;br&gt;
Przyrodniczy zeszyt i się synka głaska&lt;br&gt;
I się mówi: - Popraw to, mój drogi,&lt;br&gt;
Skąd u ciebie pies ma tylko trzy nogi?&lt;br&gt;
Bardzo ważne są wieczorne gadania,&lt;br&gt;
Bardzo ważne są wieczorne zabawy,&lt;br&gt;
Bardzo ważne, żeby były zadania,&lt;br&gt;
Bardzo ważne, żeby były różne sprawy.&lt;br&gt;
Bardzo ważne, żeby być przy sobie blisko,&lt;br&gt;
Żeby się gadało, pracowało i śmiało,&lt;br&gt;
Bo to jest - prawdę mówiąc - prawie wszystko.&lt;br&gt;
A poza tym jest niezwykle mało.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wielka rodzina made in Poland</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/277/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/277/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wielka rodzina made in Poland
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Postęp ogarnia różne dziedziny -&lt;br&gt;
W Danii lansują "wielkie rodziny",&lt;br&gt;
Czyli że zamiast pary małżonków&lt;br&gt;
Taka rodzina ma więcej członków&lt;br&gt;
(i więcej członkiń). Czasem w ten sposób&lt;br&gt;
Żyje ze sobą z piętnaście osób,&lt;br&gt;
Więc kombinacji to z tysiąc aż da,&lt;br&gt;
Gdy każdy z każdą i z każdym każda.&lt;br&gt;
...a ileż przy tym werwy, polotu,&lt;br&gt;
Przekomarzanek, śmiechu, szczebiotu!&lt;br&gt;
Toteż odczuwam bardzo niemile,&lt;br&gt;
Że w tej dziedzinie jesteśmy w tyle.&lt;br&gt;
Wszystko się u nas niby rozrasta,&lt;br&gt;
Ale te sprawy wciąż jak za Piasta.&lt;br&gt;
Przyparłem żonę do muru z rana:&lt;br&gt;
- Trzeba coś robić! Świat patrzy na nas!&lt;br&gt;
- Dobrze - odparła z wyrazem troski -&lt;br&gt;
Zaproś Dreptaków i Rosołowskich...&lt;br&gt;
Nadchodzi wieczór. Wrażeń łakomi&lt;br&gt;
Do mojej chaty walą znajomi,&lt;br&gt;
M-3 mieszkanie trzeszczy w posadach,&lt;br&gt;
Zaraz się zacznie degrengolada&lt;br&gt;
Oraz rozpusta! Ale na razie&lt;br&gt;
Głos zabrał Zyzio na dużym gazie.&lt;br&gt;
Widocznie stracił po wódce wątek,&lt;br&gt;
Bo wybełkotał: - W.. .wesołych ś.. .wiątek!&lt;br&gt;
Moja małżonka natychmiast na to&lt;br&gt;
Przyniosła z kuchni ciastka z herbatą.&lt;br&gt;
Wnet się zaczęły spory i krzyki,&lt;br&gt;
Mężczyźni hajda do polityki,&lt;br&gt;
Panie wyjęły włóczkę i druty,&lt;br&gt;
Zaczęły sobie przymierzać buty&lt;br&gt;
I obgadywać Basie, że chytra,&lt;br&gt;
A Henio kopnął się po pół litra...&lt;br&gt;
Widząc to wszystko, krzyknąłem: - Hola!&lt;br&gt;
Miała się przecież odbyć swawola!&lt;br&gt;
- Słusznie - rzekł Józio. - Dalej, kochani!&lt;br&gt;
Tu wyjął krzesło spod jednej pani,&lt;br&gt;
A ta, upadłszy na parkiet z dębu&lt;br&gt;
Wybiła sobie sześć przednich zębów,&lt;br&gt;
Za co jej amant, Trypućko Czesław,&lt;br&gt;
Dał w łeb Józiowi nogą od krzesła,&lt;br&gt;
Jak się zakręci, zakłębi wokół,&lt;br&gt;
Sam sierżant Miziak spisał protokół!&lt;br&gt;
I rzekł życzliwie, kiedy wychodził:&lt;br&gt;
- Sto lat z okazji pańskich urodzin!&lt;br&gt;
Usiłowałem przekonać władzę:&lt;br&gt;
- Myśmy tak chcieli, jak w Kopenhadze...&lt;br&gt;
- Weź pan - doradził mi - aspirynę!&lt;br&gt;
... Jak stworzyć polską "wielką rodzinę"???!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wierny giermek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/278/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/278/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wierny giermek
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W stal zakuty, ciężkozbrojny&lt;br&gt;
Pełen werwy i rozmachu&lt;br&gt;
Niusiek Dreptak wraca z wojny&lt;br&gt;
Na rasowym swym wałachu!&lt;br&gt;
Stąpa z wdziękiem jego wałach,&lt;br&gt;
Gdy wyruszał - był ogierem,&lt;br&gt;
Ale Turek z krzykiem "Ałłach"&lt;br&gt;
Stentegował go rapierem...&lt;br&gt;
Zejdźmy jednak już z wałacha,&lt;br&gt;
I powróćmy do rycerza:&lt;br&gt;
Dreptakowa w oknie macha,&lt;br&gt;
Dwór wychodzi z drzwi alkierza,&lt;br&gt;
I melodia cudna płynie&lt;br&gt;
(słychać ją aż na probostwie)&lt;br&gt;
- Witaj jasny hospodynie&lt;br&gt;
We feudalnym swym domostwie!&lt;br&gt;
Zapachniały z kuchni flaki,&lt;br&gt;
Uczta czeka przebogata,&lt;br&gt;
Rycerz z trudem zlazł z kulbaki&lt;br&gt;
(a nie złaził przez trzy lata)&lt;br&gt;
I paskudnie rozkraczony&lt;br&gt;
(przez tak długie konne boje )&lt;br&gt;
Pokuśtykał wprost do żony&lt;br&gt;
Odpinając w drodze zbroję.&lt;br&gt;
Za nim szedł dyżurny lennik&lt;br&gt;
Który ubierał tę drobnicę:&lt;br&gt;
A to jakiś naramiennik.&lt;br&gt;
A to znów nagolennicę... &lt;br&gt;
At, już Dreptak całkiem nagi,&lt;br&gt;
Tylko wciąż nie widać lica,&lt;br&gt;
Bowiem - skutkiem nieuwagi -&lt;br&gt;
Zatrzasnęła się przyłbica.&lt;br&gt;
Panny, gdy przyjrzały mu się -&lt;br&gt;
Każda się zrobiła blada,&lt;br&gt;
Wszystkie w krzyk: - Toż to nie Niusiek!&lt;br&gt;
Ktoś się podszył! Zdrada! Zdrada!&lt;br&gt;
Wtedy pani Dreptakowa&lt;br&gt;
Przybliżyła się do chłystka&lt;br&gt;
I wyrzekła cztery słowa:&lt;br&gt;
- To jest giermek Karapystka!&lt;br&gt;
Giermek upadł na kolana:&lt;br&gt;
I zaszlochał pełną piersią:&lt;br&gt;
- Ja żem chciał zastąpić pana,&lt;br&gt;
Prosił o to mnie przed śmiercią!&lt;br&gt;
Tu zaczęły się rozpacze&lt;br&gt;
I w czeladnej, i na froncie,&lt;br&gt;
Panny płaczą, pani płacze,&lt;br&gt;
Ksiądz-staruszek szlocha w kącie,&lt;br&gt;
Wszędzie żal i ból niezmierny,&lt;br&gt;
I, jak symbol, w tej komnacie&lt;br&gt;
Stał w przyłbicy giermek wierny!&lt;br&gt;
...ale mógłby włożyć gacie.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wierszyk, w którym autor udowadnia, że nie wypadł sroce spod ...</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/279/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/279/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wierszyk, w którym autor udowadnia, że nie wypadł sroce spod ogona
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tyle się dzieje na świecie, mój Boże,&lt;br&gt;
W Kurdystanie trwają zamieszki,&lt;br&gt;
Polarnicy wypływają w morze,&lt;br&gt;
Tropiciele wychodzą na ścieżki,&lt;br&gt;
Wojownicy giną na wojnie,&lt;br&gt;
Zofia Loren autografy rozdziela,&lt;br&gt;
Tylko ja ciągle siedzę spokojnie&lt;br&gt;
Przy maszynie marki "Ideał".&lt;br&gt;
W Kurdystanie będą strzelaniny,&lt;br&gt;
Polarnicy za dwa lata przyjadą,&lt;br&gt;
Tropiciele wytropią zwierzynę,&lt;br&gt;
Wojowników się pochowa z paradą,&lt;br&gt;
Zofia Loren nowy kontrakt zawrze,&lt;br&gt;
A ja w głębi starego fotela&lt;br&gt;
Będę siedział już chyba zawsze&lt;br&gt;
Przy maszynie marki "Ideał".&lt;br&gt;
Nie zobaczę szczytów Kurdystanu,&lt;br&gt;
Z Antarktydy nie wyślę listów,&lt;br&gt;
Nie odnajdę zwierzęcych śladów,&lt;br&gt;
Nie usłyszę gwizdu pocisków.&lt;br&gt;
I nie spotkam się z Zofią Loren&lt;br&gt;
W gwarnych barach ni pięknych hotelach,&lt;br&gt;
Będę siedział rano i wieczorem&lt;br&gt;
Przy maszynie marki "Ideał".&lt;br&gt;
Lecz i tak jestem ważną osobą,&lt;br&gt;
A nie żadnym robaczkiem i prochem:&lt;br&gt;
Każdy z tamtych jest tylko sobą,&lt;br&gt;
A ja jestem każdym po trochę.&lt;br&gt;
Siedzi we mnie kurdyjski powstaniec&lt;br&gt;
I kosmaty-brodaty polarnik,&lt;br&gt;
I tropiciel w skórzanym kaftanie,&lt;br&gt;
I wojownik zbrojny w karabin,&lt;br&gt;
I ta Zofia, pijąca whisky,&lt;br&gt;
Bo choć taka przestrzeń nas rozdziela,&lt;br&gt;
Ja potrafię pisać o nich wszystkich&lt;br&gt;
Na maszynie marki "Ideał"!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wojenny stan</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/280/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/280/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wojenny stan
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wojenny stan, wojenny stan,&lt;br&gt;
Koksiaki lśnią w ciemnościach.&lt;br&gt;
- Masz pan przepustkę? Pokaż pan.&lt;br&gt;
- Franuś, zrewiduj gościa.&lt;br&gt;
Wojenny stan, pierdut we drzwi&lt;br&gt;
Aż dziadek spadł z bujaka....&lt;br&gt;
- A któż tam?&lt;br&gt;
- A toż to my,&lt;br&gt;
Koledzy z ogólniaka!&lt;br&gt;
Wojenny stan. Pancerny skot&lt;br&gt;
W strumieniach halogenów&lt;br&gt;
Szturmuje rachityczny płot&lt;br&gt;
Z hasłami KPN-u.&lt;br&gt;
- Tu mówi PAP... Jak twierdzi TASS...&lt;br&gt;
- Pytałem się w centrali,&lt;br&gt;
Podobno był najwyższy czas,&lt;br&gt;
Bo byśmy już dyndali.&lt;br&gt;
Wojenny stan, więc duży dzwon,&lt;br&gt;
Husarze, komisarze...&lt;br&gt;
Być może był konieczny on -&lt;br&gt;
Historia to pokaże,&lt;br&gt;
Lecz gdy już jest, i gdy już trwa,&lt;br&gt;
To modlę się i pragnę&lt;br&gt;
Aby tak czysty był jak łza&lt;br&gt;
I ostry był jak bagnet,&lt;br&gt;
I by przejrzysty był jak szkło&lt;br&gt;
I takie miał zasady,&lt;br&gt;
Aby wyplenić całe zło&lt;br&gt;
Z obu stron barykady.&lt;br&gt;
Bo to tak nie jest pół na pół,&lt;br&gt;
Dwa: dwa, jak gdzieś na meczu.&lt;br&gt;
Jeden inaczej Polskę czuł,&lt;br&gt;
Drugi kradł i nic nie czuł,&lt;br&gt;
Więc obyśmy nie dali się&lt;br&gt;
Wpuścić w zaułek kręty&lt;br&gt;
Gdzie opozycja bierze w de,&lt;br&gt;
A swołocz bierze renty.&lt;br&gt;
Taki obrazek mi się śni:&lt;br&gt;
Wiosna (gdzieś koniec marca)&lt;br&gt;
I żołnierz wraca z wojska, i&lt;br&gt;
Sąsiad też skądś tam wraca...&lt;br&gt;
A zmęczył ich już gniew i żal,&lt;br&gt;
Zgnębiła drętwa mowa,&lt;br&gt;
I sąsiad mówi:&lt;br&gt;
- Na! Masz, pal,&lt;br&gt;
Ten tytoń to z Grodkowa.&lt;br&gt;
I mogliby tam w progu ćmić&lt;br&gt;
Radząc o polskiej biedzie...&lt;br&gt;
To skromny sen, lecz może być&lt;br&gt;
Realny.&lt;br&gt;
Wiosna idzie.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wojtusiowy laser</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/281/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/281/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wojtusiowy laser
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jedzie Wojtuś popod lasem, skrajem dąbrowy,&lt;br&gt;
Wiezie se do domu laser, laser gazowy.&lt;br&gt;
Pytali się go kolesie, po co to nabył?&lt;br&gt;
- A bo właśnie stał w GS-ie, więc kupiłem go Teresie.&lt;br&gt;
Dyć coś zawsze przywieźć chce się dla swej baby!&lt;br&gt;
Jedzie Wojtuś popod lasem, po twardym dukcie.&lt;br&gt;
Wiezie se do domu laser, czyta instrukcję.&lt;br&gt;
A instrukcja jest ciekawa: Włączyć do prądu,&lt;br&gt;
To ten laser wszystko skrawa, bez różnicy, stal czy trawa&lt;br&gt;
I w ogóle jest zabawa prawie bez swądu.&lt;br&gt;
Jedzie Wojtuś popod lasem, woła: Wio, wiśta!&lt;br&gt;
Wiezie se do domu laser, tak se rozmyśla:&lt;br&gt;
"Jak w tym dojdę do biegłości, będzie wygodnie,&lt;br&gt;
Jest tu paru wrednych gości, przyceluję se w skrytości&lt;br&gt;
I padalcom z odległości podpalę spodnie!"&lt;br&gt;
Jedzie Wojtuś popod lasem, rad, że o rany&lt;br&gt;
Wiezie se do domu laser, układa plany:&lt;br&gt;
"Niech spróbuje na rowerze jeździć Kaczmarski,&lt;br&gt;
Zaraz w dętkę mu przymierzę, i kartofle się obierze,&lt;br&gt;
I wywierci dziury w serze, by był śwajcarski!"&lt;br&gt;
Jedzie Wojtuś popod lasem, skręcił przy POM-ie.&lt;br&gt;
Wiezie se do domu laser schowany w słomie.&lt;br&gt;
Na podwórku cielę bryka, kaczki na stawie...&lt;br&gt;
Wdziera, wdziera się technika coraz częściej w dom rolnika,&lt;br&gt;
Jeszcze to nie Ameryka.... Ale już prawie!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wolny najmita</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/282/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/282/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wolny najmita
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie śpię, nie jadam, nerwy z wolna tracę,&lt;br&gt;
Bo - jak opinia głosi jednolita -&lt;br&gt;
Krąży po kraju makabryczny facet -&lt;br&gt;
wolny najmita...&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To się ukaże, to gdzieś w mroku znika,&lt;br&gt;
Oddycham z ulgą... Słucham... syn coś czyta...&lt;br&gt;
Ciekawe, skąd się znalazł w podręcznikach&lt;br&gt;
wolny najmita?&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Próżno się wiję w trwodze i rozpaczy,&lt;br&gt;
Bo oto dziecię przybiega i pyta:&lt;br&gt;
- Powiedz mi, tatku, co właściwie znaczy&lt;br&gt;
wolny najmita???&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wspólnota</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/283/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/283/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wspólnota
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Z moim synkiem żyłem kiedyś wygodniej,&lt;br&gt;
Bo jak jeszcze był - o taka - ciupinka,&lt;br&gt;
To się brało jakieś moje stare spodnie&lt;br&gt;
I się szyło z nich nowe dla synka.&lt;br&gt;
Z biegiem czasu zaszły pewne zmiany&lt;br&gt;
I przemiany. Czyli mówiąc ogólnie&lt;br&gt;
Obaj z synem coraz częściej używamy&lt;br&gt;
Różne rzeczy nie gęsiego, lecz wspólnie:&lt;br&gt;
Wspólne żyletki,&lt;br&gt;
Wspólny pulower,&lt;br&gt;
Wspólne skarpetki&lt;br&gt;
I wspólny rower,&lt;br&gt;
Radio na półce&lt;br&gt;
Wspólne nam gra&lt;br&gt;
I mamy w spółce&lt;br&gt;
Wspólnego psa,&lt;br&gt;
Wspólnie robimy&lt;br&gt;
Obiad z trzech dań...&lt;br&gt;
...ale dziewczyny&lt;br&gt;
Ma własne, drań...&lt;br&gt;
W przyszłości zaś będziemy żyć jeszcze radośniej,&lt;br&gt;
Gdy z upływem biegnących lat oraz tygodni&lt;br&gt;
Mój syn jeszcze dorodniej i piękniej wyrośnie&lt;br&gt;
I powie:&lt;br&gt;
- Zrób coś sobie, tato, z moich spodni!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>W sprawie orła</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/284/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/284/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
W sprawie orła
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdzie nie pójdę, gdzie nie spojrzę,&lt;br&gt;
W jakie tylko wejdę drzwi -&lt;br&gt;
Wszędzie nasz herbowy orzeł&lt;br&gt;
Na czołowym miejscu tkwi.&lt;br&gt;
Błyszczą szpony, świecą pióra,&lt;br&gt;
Chciałoby się krzyknąć: - Leć!&lt;br&gt;
Zwłaszcza nasze liczne biura&lt;br&gt;
Lubią mnóstwo orłów mieć...&lt;br&gt;
Czyżby chciano uczcić wszędzie&lt;br&gt;
Pamięć dawnych, krwawych burz?&lt;br&gt;
"Leć nasz orle w górnym pędzie&lt;br&gt;
Sławie, Polsce, światu służ"!&lt;br&gt;
W blasku urzędniczych łysin,&lt;br&gt;
W zgiełku plotek, rozrób, drak,&lt;br&gt;
Nie wiadomo czemu wisi&lt;br&gt;
Ów bojowy, piękny ptak.&lt;br&gt;
Wisi, smętnie zadumany,&lt;br&gt;
Przyciśnięty taflą szkła,&lt;br&gt;
Trochę jak ukrzyżowany&lt;br&gt;
Rozłożone skrzydła ma,&lt;br&gt;
Jakby czekał, czy w urzędzie&lt;br&gt;
Buchnie pieśń, przebrzmiała już:&lt;br&gt;
"Leć nasz orle w górnym pędzie,&lt;br&gt;
Sławie, Polsce, światu służ"!&lt;br&gt;
Cóż, pomysły mam szalone,&lt;br&gt;
Marzę by się zdarzył cud,&lt;br&gt;
I by wziął ktoś pod ochronę&lt;br&gt;
Białych orłów świetny ród,&lt;br&gt;
A że duszę mają wolną&lt;br&gt;
I kochają lot wśród chmur -&lt;br&gt;
Aby ich nie było wolno&lt;br&gt;
Trzymać w kojcach pełnych kur...&lt;br&gt;
Niech się orzeł wydobędzie&lt;br&gt;
Z klatek, w których pleśń i kurz!&lt;br&gt;
"Leć nasz orle w górnym pędzie,&lt;br&gt;
Sławie, Polsce, światu służ"!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wybór</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/285/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/285/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WYBÓR
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, okrzyki brzmią wesołe,&lt;br&gt;
Wszyscy dyskutują dzielnie,&lt;br&gt;
Bowiem Kazio skończył szkołę&lt;br&gt;
I ma wstąpić na uczelnię!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A któż lepiej mu doradzi&lt;br&gt;
Wybór studiów i zawodu&lt;br&gt;
Od doświadczonego dziadzi,&lt;br&gt;
Który jest nestorem rodu?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dziadzio rzekł: - Chodź ze mną smyku,&lt;br&gt;
Zamkniemy się obaj skoblem&lt;br&gt;
By w przytulnym saloniku&lt;br&gt;
Rozgryźć ten, tak ważny problem!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jakoż zaraz razem z dziadkiem&lt;br&gt;
Udał się tam młodzian krewki,&lt;br&gt;
A ze sobą wziął ukradkiem&lt;br&gt;
Litr - a może dwa - nalewki!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wychowanie seksualne</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/286/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/286/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wychowanie seksualne
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przeróżnymi ścieżkami ludzkie losy idą,&lt;br&gt;
Oto niejaki Roman pobrał się z Brygidą,&lt;br&gt;
Po czym - jak nowoczesne wychowanie każe -&lt;br&gt;
Stanęli obydwoje przed znanym lekarzem,&lt;br&gt;
Bo pragnęli się poddać bez żadnych protestów&lt;br&gt;
Badaniom przy pomocy nowoczesnych testów&lt;br&gt;
Psycho-socjo-logicznych.&lt;br&gt;
Wnet doktor wyniki&lt;br&gt;
Podsumował, psychiatrii bliższe niż logiki,&lt;br&gt;
Gdyż albowiem z tych testów wynikało mglisto,&lt;br&gt;
Iż Roman psychopatą jest i fetyszystą&lt;br&gt;
Oraz filatelistą, natomiast Brygida&lt;br&gt;
To freudystka-sadystka, bo śni jej się dzida...&lt;br&gt;
Nuże ów seksuolog tworzyć dalsze wersje,&lt;br&gt;
Przypisywać małżonkom zboczenia, perwersje,&lt;br&gt;
Roman jeszcze z początku uśmiechał się mile,&lt;br&gt;
Kiedy pan doktor robił go gerontofilem,&lt;br&gt;
Jeszcze nie wyszła z siebie urocza Brygidka,&lt;br&gt;
Gdy jej pan doktor groził: - Oj, oj, sodomitka!&lt;br&gt;
Następnie Romanowi szepnął: - Oj, Edypek!&lt;br&gt;
(bo Roman kiedyś mamie skradł gumkę od slipek,&lt;br&gt;
żeby z niej zrobić procę. Z gumki, a nie z mamy),&lt;br&gt;
Tu doktor kazał nagle jemu śpiewać gamy,&lt;br&gt;
Jej zaś zrobić czterdzieści przysiadów na siole,&lt;br&gt;
Lecz Roman rzekł życzliwie: - Ja pana świergolę!&lt;br&gt;
A przebiegiem wizyty mocno podniecony,&lt;br&gt;
Przypuścił w domu atak na wdzięk; swej żony,&lt;br&gt;
Bezskutecznie atoli, gdyż niedobre fatum&lt;br&gt;
$prawiło - cóż za farsa? - że non consummatum,&lt;br&gt;
Chociaż nil desperandum! Albowiem nauka&lt;br&gt;
Ciągłe nowych rozwiązań w tej dziedzinie szuka&lt;br&gt;
I znajdzie je zapewne, bo to słuszna droga!&lt;br&gt;
...a państwo, czy już byli u seksuologa?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wyczyny Bodzia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/287/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/287/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WYCZYNY BODZIA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na łyżwiarskich mistrzostwach świata&lt;br&gt;
Bodzio Dreptak, nasz rodak znad Bzury&lt;br&gt;
W rytmie tanga "Apassionata"&lt;br&gt;
Odstawił następujące figury:&lt;br&gt;
Kalabraka, podwójnego lutza.&lt;br&gt;
Szpagat imienia towarzyszki Eugenii Palej,&lt;br&gt;
Po czym złapał powietrza w płuca&lt;br&gt;
I kręcił dalej:&lt;br&gt;
Hacela, radebergera,&lt;br&gt;
Fikusa, suksyna,&lt;br&gt;
Podwójnego skakanego frajera,&lt;br&gt;
Poczwórnego lewego hunwejbina,&lt;br&gt;
Susseksa, pumeksa, alchiteksa,&lt;br&gt;
Schopenhauera, Kanta,&lt;br&gt;
Pitiaforka, Azorka, Reksa,&lt;br&gt;
Wydymanego żyranta,&lt;br&gt;
Pokiwanego oponenta,&lt;br&gt;
Dwa monity, dopinga, urgensa,&lt;br&gt;
Specjalnego korespondenta,&lt;br&gt;
Gospodarczego nonsensa.&lt;br&gt;
Polę Raksę, kraksę, etolę.&lt;br&gt;
Doktrynera, hakenkrojca, bigbita,&lt;br&gt;
A poza tym liczne kurdemole.&lt;br&gt;
A na zakończenie - dupersznyta&lt;br&gt;
I ogromnie się tym wszystkim utrudnił.&lt;br&gt;
Zaś gdy huczne oklaski zabrzmiały&lt;br&gt;
To on się ukłonił i się nagle obudził&lt;br&gt;
... a jego żona powiedziała:&lt;br&gt;
- Wiesz stary, dzisiaj byłeś wspaniały!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wykład o krążeniu materii</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/288/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/288/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WYKŁAD O KRĄŻENIU MATERII
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;(Alternatywnie: Wykład o przemianie)&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...więc była raz sobie żabka zbudowana z mnóstwa atomów&lt;br&gt;
(bo z atomów wszystko się składa, począwszy od żabek do domów&lt;br&gt;
I do ludzi. Z atomów ty się składasz i twoja ciocia),&lt;br&gt;
Ale wracajmy do żabki. Otóż tę żabkę zjadł bocian,&lt;br&gt;
I strawił ją dokładnie paskudny bocian ladaco,&lt;br&gt;
I śliczną, zieloną żabkę przerobił, nie powiem wam na co,&lt;br&gt;
I to coś spadło na ziemię. Była wiosna, świeciło słonko,&lt;br&gt;
I wietrzyk przyniósł z daleka jakieś nieduże nasionko,&lt;br&gt;
I usadził je na tej hm... żabce, i przeszedł jeden dzionek&lt;br&gt;
I drugi, i z tego nasionka wylazł od dołu korzonek,&lt;br&gt;
A od góry to znowuż łodyżka, czy - jeśli wolicie - szypułka,&lt;br&gt;
I kwiatek na tej szypułce, a na kwiatku usiadła pszczółka&lt;br&gt;
I kroplę miodu wyjęła pyszczkiem czy może łapką,&lt;br&gt;
Nie myśląc wcale o tym, że ten miód był niedawno żabką.&lt;br&gt;
Więc podsumujmy: Część żabki bocianowi wrosła w pierze,&lt;br&gt;
Część jest w ziemi, część w kwiatku, część w miodzie, który&lt;br&gt;
			pszczółka właśnie bierze.&lt;br&gt;
Lecz nim go zaniesie do ula, to trochę uszczknie czułką&lt;br&gt;
I połknie, i ciut tej żabki stanie się właśnie pszczółką,&lt;br&gt;
A resztę, zawartą w miodzie, zjedzą na śniadanie dzieci,&lt;br&gt;
I tak się początkowa żabka po całym świecie rozleci,&lt;br&gt;
A każdy atom w czymś innym, ba! Nawet w innym kraju!&lt;br&gt;
Ale, być może, za milion lał te atomy się znowu spotkają&lt;br&gt;
Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa, i po króciutkiej odsapce&lt;br&gt;
Powiedzą: - Toż myśmy przecież już były raz w jednej żabce!!!&lt;br&gt;
I zaczną się ściskać, całować, i będzie wielka laba, &lt;br&gt;
A potem się zastanowią: - Czy my znowu jesteśmy żaba? &lt;br&gt;
Ba! Któż to może wiedzieć? Ten twór, zupełnie nowy, &lt;br&gt;
To może być żaba - rzekotka lub Żabka Alojzy, księgowy, &lt;br&gt;
Lub... zresztą któż wszystkie ewentualności wymieni? &lt;br&gt;
O rany... koledzy... to straszne, z czego my jesteśmy zrobieni!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wyspa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/289/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/289/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wyspa
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Być może, jest taka wyspa&lt;br&gt;
Na jakimś oceanie,&lt;br&gt;
Która ma jedną przystań&lt;br&gt;
I jeden jacht w tej przystani.&lt;br&gt;
I wody jednej rzeki&lt;br&gt;
Przecinają ją w poprzek,&lt;br&gt;
I jeden strażnik rekin&lt;br&gt;
Pilnuje wyspy dobrze,&lt;br&gt;
I pojedynczo się łamią&lt;br&gt;
O skałę samotne fale,&lt;br&gt;
I jeden czarny namiot&lt;br&gt;
Stoi na owej skale.&lt;br&gt;
Nad palmą jedną, jedyną&lt;br&gt;
Błyszczy jedyna gwiazda,&lt;br&gt;
A gdy się chce tam dopłynąć,&lt;br&gt;
Jest tylko jedna jazda,&lt;br&gt;
Gdyż jeden jest kierunek&lt;br&gt;
I jeden mały bilet,&lt;br&gt;
Więc po swój biedny pakunek&lt;br&gt;
Niebawem się pochylę&lt;br&gt;
I opuszczę swą izbę&lt;br&gt;
Bez słów i bez powrotów,&lt;br&gt;
By popłynąć na wyspę&lt;br&gt;
Do czarnego namiotu.&lt;br&gt;
I będzie coraz ciemniej,&lt;br&gt;
Ciepło, smutno i mglisto,&lt;br&gt;
Psy, kiedy wyją w pełnię,&lt;br&gt;
Też tęsknią za tą wyspą...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wyspa Bożego Narodzenia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/290/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/290/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wyspa Bożego Narodzenia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jest gdzieś na świecie bez wątpienia&lt;br&gt;
Za krawędziami nieboskłonów,&lt;br&gt;
Wyspa Bożego Narodzenia&lt;br&gt;
Bez atomowych poligonów.&lt;br&gt;
Różna od wszystkich innych krajów,&lt;br&gt;
Upalna - choć bogata w śniegi,&lt;br&gt;
Ma w sobie jakby coś z Hawajów,&lt;br&gt;
I ma też jakby coś z Norwegii.&lt;br&gt;
Lasy palmowo-bambusowe&lt;br&gt;
Pachną przygodą i wanilią,&lt;br&gt;
A inne lasy, choinkowe,&lt;br&gt;
Pachną nartami i Wigilią.&lt;br&gt;
Każdy tam ma wszystko co trzeba&lt;br&gt;
Bo w tych cudownie pięknych lasach&lt;br&gt;
Rosną chlebowce pełne chleba&lt;br&gt;
Oraz masłowce pełne masła.&lt;br&gt;
I stoją ule pełne miodu&lt;br&gt;
Więc można najeść się do syta.&lt;br&gt;
I od zachodu aż do wschodu&lt;br&gt;
Słychać w tych lasach dźwięki gitar.&lt;br&gt;
Widuję nieraz ową wyspę,&lt;br&gt;
Ostatnio często też śni mi się,&lt;br&gt;
Więc informacje me są ścisłe&lt;br&gt;
I nie ma błędów w jej opisie.&lt;br&gt;
Ma rzeczywiście plażę wąską,&lt;br&gt;
Palmy, choinki, czyste fale...&lt;br&gt;
Ale ta wyspa nie jest Polską,&lt;br&gt;
Więc co bym na niej robił stale...?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Względność</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/291/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/291/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Względność
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Coś tak dziwnego od lat już we mnie nie siedzi,&lt;br&gt;
Że wkurza mnie arbitralność postaw i wypowiedzi,&lt;br&gt;
I złoszczą mnie schematy z radykalnym podziałem:&lt;br&gt;
- To jest, nieprawdaż, czarne, a to, widzicie, białe!&lt;br&gt;
Powinienem to zdanie akceptować na wiarę,&lt;br&gt;
Lecz patrzę: Jedno szare, drugie - też jakby szare...&lt;br&gt;
Tymczasem inny facet wparował na mnie z pyskiem:&lt;br&gt;
- O, to jest wysokie, a to, o, jest niskie!&lt;br&gt;
Zaraz wpadam w przekorę i uśmiecham się wrednie&lt;br&gt;
I mówię: - Guzik prawda. Jedno i drugie średnie!&lt;br&gt;
Żadna rzecz nie jest całkiem prosta i oczywista -&lt;br&gt;
Bardotka ma już pół wieku, swoisty wdzięk ma glista,&lt;br&gt;
Henio to wprawdzie debil (a może mikrocefal?)&lt;br&gt;
Atoli jako mężczyznę bardzo chwali go Stefa.&lt;br&gt;
Zyzio nie czytał Sartre'a, a wie jak się obejść z armatą,&lt;br&gt;
Szynki nie można dostać, lecz jaka smaczna za to!&lt;br&gt;
Walerek bija żonę w poniedziałki, środy, piątki,&lt;br&gt;
A we wtorki, czwartki i soboty robi za nią w domu porządki.&lt;br&gt;
Koliber jest kolorowy, zaś pożyteczne są wieprze,&lt;br&gt;
Gdy jedno oko masz gorsze - drugie zapewne masz lepsze,&lt;br&gt;
Faraon zamęczał ludność przy budowaniu piramid,&lt;br&gt;
Lecz za to dziś piramidy stoją w Egipcie, kochani!&lt;br&gt;
Anglicy ostrożniej od nas swoje uwagi czynią:&lt;br&gt;
- Jak sądzę jest pan szubrawcem.&lt;br&gt;
- Zdaje mi się, że jest pan świnią.&lt;br&gt;
- Domniemywam, że pan mnie okradł.&lt;br&gt;
- Mam wrażenie, że pani się puszcza...&lt;br&gt;
Anglik prawie nigdy nie twierdzi, za to prawie zawsze przypuszcza,&lt;br&gt;
Chciałbym u nas ten styl wprowadzić, więc go zaraz sprawdzę na sobie&lt;br&gt;
- Ten mój wierszyk jest głupi jak sądzę,&lt;br&gt;
Lecz przypuszczam, że na nim zarobię.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zaangażowanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/292/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/292/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zaangażowanie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie sztuka pisać o kwiatuszkach,&lt;br&gt;
Obłoczkach, ptaszku oraz drzewkach,&lt;br&gt;
Za to nikt nie da ci po uszkach,&lt;br&gt;
Nikt się na ciebie nie pogniewa.&lt;br&gt;
Nikt nigdy ci nie zechce przylać,&lt;br&gt;
Szef rozwścieczony nie zawoła:&lt;br&gt;
- Musicie się tak wciąż wychylać`?&lt;br&gt;
Piszcieżeż, kuchnia, coś o pszczołach!&lt;br&gt;
Więc piszę: Pachną w słońcu ziółka&lt;br&gt;
(obszar plus minus jeden hektar),&lt;br&gt;
A wśród tych ziółek igra pszczółka&lt;br&gt;
Biorąc do pyska słodki nektar.&lt;br&gt;
Przy tej okazji w kwietny pyłek&lt;br&gt;
Siada na maku lub na chabrze,&lt;br&gt;
A że ma dość kosmaty tyłek,&lt;br&gt;
Więc zwykle pyłkiem się ubabrze.&lt;br&gt;
Potem przenosi go do słupka&lt;br&gt;
I kwiat zapładnia mimo woli,&lt;br&gt;
Więc gdyby nie tej pszczółki pupka -&lt;br&gt;
Brakłoby jabłek i fasoli.&lt;br&gt;
Proszę, już wierszyk jest niedługi,&lt;br&gt;
Sama w nim prawda, nic ryzyka,&lt;br&gt;
Lecz mam gdzieś pszczółkę, jej zasługi&lt;br&gt;
I kwiatki, w które mordę wtyka.&lt;br&gt;
Oduczyłbym ją tkwić na boku,&lt;br&gt;
Ustawiłbym tę zgagę w pionie:&lt;br&gt;
- Oż ty, szemrana po odwłoku,&lt;br&gt;
Brzęknij po czyjej jesteś stronie.&lt;br&gt;
Niestety... pszczółka milcząc siedzi&lt;br&gt;
Lub dalej lata i się trudzi,&lt;br&gt;
Nie łatwiej ją do wypowiedzi&lt;br&gt;
Skłonić niż całą kupę ludzi...&lt;br&gt;
Ha, widać to nie jej domena,&lt;br&gt;
Nikt jej inaczej nie wychowa,&lt;br&gt;
Nie zmieni jej w Buchwalda, Twaina,&lt;br&gt;
Ilfa, Pietrowa i Czechowa.&lt;br&gt;
Nie zrobi z pszczółki satyryka,&lt;br&gt;
Co do ostatniej swej minuty,&lt;br&gt;
Tam gdzie nie trzeba, będzie wtykał&lt;br&gt;
Palce. A nawet ich kikuty...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zabytek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/293/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/293/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zabytek
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś swojego tatkę spytał mały Witek:&lt;br&gt;
- Powiedz mi, proszę, tatku, co to jest zabytek?&lt;br&gt;
- Zabytek - odparł tato - to rzecz z dawnych czasów,&lt;br&gt;
Z okresu Jagiellonów, Piastów, względnie Sasów,&lt;br&gt;
Co trochę się rozpada, a trochę się kruszy,&lt;br&gt;
Ale jest pod ochroną, więc jej nikt nie ruszy.&lt;br&gt;
Choćby miała tamtędy przejść nowa arteria -&lt;br&gt;
On stoi cały w blaskach, basztach, boazeriach,&lt;br&gt;
Rozparty w poprzek drogi, bliski - a daleki,&lt;br&gt;
Bo za nim stoją dawne zwyczaje i wieki&lt;br&gt;
Ze swymi przesądami, brakiem tolerancji,&lt;br&gt;
Cielęcym zapatrzeniem się we wzorzec Francji&lt;br&gt;
Albo Anglii lub Austrii, względnie w przepych Wschodu,&lt;br&gt;
Z pogardą dla prostego, ciemnego narodu,&lt;br&gt;
Z odrabianiem pańszczyzny, topieniem czarownic,&lt;br&gt;
Pancerzem zapinanym z pomocą lutownic,&lt;br&gt;
Przyłbicą opuszczoną w momentach poruty&lt;br&gt;
(bo lepiej w takich razach miewać łeb zakuty),&lt;br&gt;
Z supremacją łaciny, ubóstwem polszczyzny,&lt;br&gt;
Ciągłym nadużywaniem imienia ojczyzny&lt;br&gt;
Oraz odwoływaniem się do sądów nieba...&lt;br&gt;
To jest właśnie zabytek, więc go chronić trzeba!!!&lt;br&gt;
Synek słuchał uważnie, słówka nie uronił,&lt;br&gt;
Wreszcie rzekł: - dobrze, tato... Ja cię będę chronił...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zachwycenie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/294/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/294/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ZACHWYCENIE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy czasem młoda polonistka&lt;br&gt;
Taka naiwna, schludna taka,&lt;br&gt;
Egzaltowana, świeża, czysta,&lt;br&gt;
Że chciało by się siąść i płakać.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Więc gdy ta polonistka właśnie&lt;br&gt;
Małpując młodopolskie pozy&lt;br&gt;
Wybiegnie o porannym czasie&lt;br&gt;
Boso na łąkę między brzozy,&lt;br&gt;
Poigra z pliszką i skowronkiem&lt;br&gt;
Oraz z pudliszką i z biedronką,&lt;br&gt;
Przywita ze wschodzącym słonkiem,&lt;br&gt;
Wołając: - Witaj jasne słonko!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Z róż i powojów splecie wieńce,&lt;br&gt;
Pomacha rączką do motyla,&lt;br&gt;
Kraśnym obleje się rumieńcem&lt;br&gt;
Widząc jak pszczółka kwiat zapyla.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Żałoba</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/295/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/295/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Żałoba
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wiceminister przyjąć raczy&lt;br&gt;
Wybijających się działaczy&lt;br&gt;
Na niwie sztuki i kultury.&lt;br&gt;
Już w poczekalni cała paczka,&lt;br&gt;
Tu siedzi działacz, tam działaczka,&lt;br&gt;
Ubrani w nowe garnitury.&lt;br&gt;
Skoczyła sekretarka bystra,&lt;br&gt;
Melduje do wiceministra&lt;br&gt;
Ze właśnie przyszli, że czekają.&lt;br&gt;
Wiceminister podziw szczery&lt;br&gt;
Ma dla nich, więc im da ordery&lt;br&gt;
Za to, że tak się wybijają.&lt;br&gt;
W wiceministra gabinecie&lt;br&gt;
Wino na stołach, wszędzie kwiecie,&lt;br&gt;
Personel ciastka wnosi....&lt;br&gt;
Wiceminister, jaśniejący&lt;br&gt;
Tych wszystkich się wybijających&lt;br&gt;
działaczy każe prosić.&lt;br&gt;
Poszła ich prosić sekretarka,&lt;br&gt;
Aż nagle wraca, w chustkę smarka,&lt;br&gt;
I rozpaczliwie płacze...&lt;br&gt;
- Tam w poczekalni same trupy -&lt;br&gt;
powiada - wszędzie trupów kupy,&lt;br&gt;
Nie żyją nasi działacze...&lt;br&gt;
Wnet po tym zajściu - w całej prasie&lt;br&gt;
Wiadomość smutna zjawiła się,&lt;br&gt;
Szloch targnął biednym krajem:&lt;br&gt;
O klęski straszne, o rozpacze!&lt;br&gt;
Wybijający się działacze&lt;br&gt;
Powybijali się nawzajem...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zamach</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/296/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/296/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zamach
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W zdarzeń i wydarzeń tłoku, &lt;br&gt;
W wirze pokut i spowiedzi, &lt;br&gt;
Jeden Fredro na swym stołku &lt;br&gt;
Od lat wielu twardo siedzi. &lt;br&gt;
Siedzi sobie w Rynku krzepko, &lt;br&gt;
Oko lekko ma przymknięte, &lt;br&gt;
Uśmiechnięty jakby zdziebko, &lt;br&gt;
Jakby znaleźć chciał pointę. &lt;br&gt;
Duma Fredro pod Ratuszem &lt;br&gt;
Na swym stołku siedząc kołkiem:&lt;br&gt;
- Nikt ze stołka mnie nie ruszy, &lt;br&gt;
Bom zrobiony wraz ze stołkiem! &lt;br&gt;
A tu wielkie zmiany wszędzie, &lt;br&gt;
A tu wypowiedzi w prasie:&lt;br&gt;
- Panie Fredro, tak nie będzie, &lt;br&gt;
Pana także ruszyć da się! &lt;br&gt;
Nazbyt długo pan nam wadzi, &lt;br&gt;
Wstań pan, nie bądź taki cysarz, &lt;br&gt;
Tu Dreptaka się usadzi, &lt;br&gt;
Bo to jeszcze lepszy pisarz! &lt;br&gt;
Względnie pomnik Syrokomli, &lt;br&gt;
Co też duże miał wyniki... &lt;br&gt;
Próżno hrabia Fredro skomli, &lt;br&gt;
Zaraz pójdą w ruch pilniki. &lt;br&gt;
Zresztą, może sam powstanie, &lt;br&gt;
Wkurzy się na swym cokole:&lt;br&gt;
- Znaj proporcję mociumpanie,&lt;br&gt;
Bo cię wnet otentegolę!&lt;br&gt;
Wiatr historii dmie wspaniały,&lt;br&gt;
Walą się zbyteczne płoty,&lt;br&gt;
Lecz szanujmy piedestały,&lt;br&gt;
Nie wpuszczajmy tam miernoty &lt;br&gt;
Niech na cokół się nie wedrą, &lt;br&gt;
Niech nie brudzą złotej liry! &lt;br&gt;
Trzymam z panem, panie Fredro &lt;br&gt;
Bom Polonus!&lt;br&gt;
	...i satyryk...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zaniechanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/297/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/297/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zaniechanie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Człowieku stojący na straży&lt;br&gt;
Nad naszą Nysą lub Odrą&lt;br&gt;
Z męskim uśmiechem na twarzy,&lt;br&gt;
Z bronią opartą o biodro,&lt;br&gt;
Ty, politycznie pewny,&lt;br&gt;
Spośród tysiąca jedyny,&lt;br&gt;
Sprawdzony przez wszystkie przesiewy,&lt;br&gt;
Ankiety i egzaminy,&lt;br&gt;
Gdy czujnie rozwierasz powieki&lt;br&gt;
W godziny ciemne i ciche&lt;br&gt;
I nagle gdzieś w nurcie rzeki&lt;br&gt;
Usłyszysz błagalny głos: - Hilfe!&lt;br&gt;
Zapomnij raz o szkoleniu,&lt;br&gt;
Nie machaj pepeszą czy visem,&lt;br&gt;
Dopomóż biednemu stworzeniu,&lt;br&gt;
Co się gramoli przez Nysę,&lt;br&gt;
Wyciągnij biedaka za kołnierz,&lt;br&gt;
Pociesz kilkoma słowami...&lt;br&gt;
Czasem to nawet i żołnierz&lt;br&gt;
Może mieć gdzieś regulamin.&lt;br&gt;
Co będziesz sumienie obarczał,&lt;br&gt;
Gdy gość w kryminale skiśnie?&lt;br&gt;
Pokaż mu Richtung nach Warschau,&lt;br&gt;
On szepnie: - Danke... - i pryśnie.&lt;br&gt;
Przecież to takie proste,&lt;br&gt;
Tak łatwo tu o receptę...&lt;br&gt;
Obecny Drang nach Osten,&lt;br&gt;
Jest lepszy niż wszystkie przedtem.&lt;br&gt;
Więc możesz być dumny, człowieku,&lt;br&gt;
Ze miałeś dziś wartę u brodu,&lt;br&gt;
Bo dziś, pierwszy raz od pół wieku,&lt;br&gt;
Ktoś do nas uciekł z zachodu.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zawał</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/298/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/298/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zawał
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czasem nawet w życiu kancelisty&lt;br&gt;
Może trafić się jakaś wysiadka,&lt;br&gt;
Kancelista miał więc akt strzelisty&lt;br&gt;
I odmawiał go w pewnych wypadkach.&lt;br&gt;
Kiedy żona nań bez racji psioczy&lt;br&gt;
Lub gdy szef mu podwyżki nie dawał,&lt;br&gt;
Kancelista przymykając oczy&lt;br&gt;
Szeptał: - Boże, proszę cię o zawał!&lt;br&gt;
Żeby zaraz, żeby już, w tej chwili,&lt;br&gt;
Żebym leżał blady na parkiecie,&lt;br&gt;
Żeby wszyscy wreszcie zobaczyli,&lt;br&gt;
Jak mi źle jest i smutno na świecie,&lt;br&gt;
Żeby żona zachrypła od wrzasku,&lt;br&gt;
Żeby w kółko powtarzała z płaczem&lt;br&gt;
- Nie umieraj, mój mały głuptasku,&lt;br&gt;
Byłam zła, ale teraz zobaczysz...&lt;br&gt;
Żeby szef ukląkł koło ofiary,&lt;br&gt;
Żeby prosił oczami litości,&lt;br&gt;
Żeby mówił: - No... nie żartuj, stary...&lt;br&gt;
Jeszcze będę miał przez to przykrości...&lt;br&gt;
Żebym wreszcie dalekim i bliskim,&lt;br&gt;
I całemu paskudnemu światu&lt;br&gt;
Pogardzany, zaszczuty przez wszystkich&lt;br&gt;
Rzucił w oczy swój największy atut.&lt;br&gt;
Nigdy Ciebie o nic nie błagałem,&lt;br&gt;
Teraz błagam: Obdarz mnie zawałem!!!&lt;br&gt;
...cóż, zawały chodzą po artystach,&lt;br&gt;
Po lekarzach, pisarzach -jak mówią -&lt;br&gt;
A zwyczajny mały kancelista&lt;br&gt;
Może liczyć najwyżej na uwiąd.&lt;br&gt;
Więc na próżno biedak ręce składał,&lt;br&gt;
Marzeń szkoda i próśb było szkoda,&lt;br&gt;
Bo na ogół nie chwiał się, nie padał,&lt;br&gt;
Chyba że się pośliznął na schodach,&lt;br&gt;
Przy czym wzbudzał ogólną wesołość&lt;br&gt;
I pod ziemię rad byłby się schować...&lt;br&gt;
A tymczasem miał wciąż wyższe czoło,&lt;br&gt;
A łysiejąc - zaczął awansować.&lt;br&gt;
Wreszcie został nawet dyrektorem&lt;br&gt;
I osiągnął upragnione szczęście,&lt;br&gt;
I podwładni doń z telewizorem&lt;br&gt;
Przyszli, żeby mu go dać w prezencie...&lt;br&gt;
.. .a w nim serce śliskie jak ameba...&lt;br&gt;
Sine wargi chwytają powietrze...&lt;br&gt;
Chciał zawołać: - Boże! Już nie trzeba!!!&lt;br&gt;
A powiedział niewyraźnie: Nie... trze...&lt;br&gt;
I przewrócił się jak drewna kawał,&lt;br&gt;
I na próżno odganiał ramieniem&lt;br&gt;
Zamówiony dawno temu zawał,&lt;br&gt;
Dostarczony z dużym opóźnieniem...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zbroja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/299/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/299/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zbroja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rycerz Eustachy Dreptak był tak krańcowo ubogi,&lt;br&gt;
Że nie miał nawet zbroi, by w niej uderzyć na wrogi,&lt;br&gt;
A tutaj akurat wojna, nadciąga Tatarów masa...&lt;br&gt;
- O rany - jęknął Eustachy - mam walczyć na golasa?&lt;br&gt;
Tym niemniej rozkaz rozkazem, więc chociaż czuł się podle,&lt;br&gt;
Goły, jak Pan Bóg go stworzył, usiadł ten Dreptak na siodle,&lt;br&gt;
Wziął sobie na drogę kaszankę, rzodkiewkę, ze dwie cebule,&lt;br&gt;
I w całej okazałości stanął naiwnie przed królem.&lt;br&gt;
A z króla był niezły pasjonat, jak szpurnie do kąta mapy,&lt;br&gt;
Jak skoczy, pragnąc Dreptaka złapać oburącz za klapy!&lt;br&gt;
Klap nie ma, więc łaps za byle co, aż z bólu zawył Eustachy!!!&lt;br&gt;
- Za pół godziny - król warknął - masz być zakuty we blachy.&lt;br&gt;
A jeśli cię nie zobaczę w pancerzu i w pióropuszu,&lt;br&gt;
To każę ci poobcinać wszystko, z wyjątkiem uszu,&lt;br&gt;
Żebyś sam słyszał, jak drzesz się!&lt;br&gt;
Więc po tych groźnych okrzykach&lt;br&gt;
Dreptak czym prędzej poleciał galopem do lakiernika,&lt;br&gt;
A ten mu wylakierował na chudych, sterczących żebrach&lt;br&gt;
Żeberkowatą zbroję w kolorze czystego srebra,&lt;br&gt;
Łeb mu wyzłocił złotolem, dorobił stalowe jegiery,&lt;br&gt;
I jeszcze mu domalował rozmaite wspaniałe ordery&lt;br&gt;
Z napisami "Za odwagę", "Za lojalność", "Za postawę ogólną",&lt;br&gt;
A nawet "Pierwsza nagroda na wystawie psów rasy buldog"!&lt;br&gt;
A tutaj tymczasem już bitwa, już atakują Tatarzy,&lt;br&gt;
Już Dreptak razem z innymi chcąc nie chcąc rusza do szarży!&lt;br&gt;
A przy tym błyszczy jak słońce, cały z daleka się świeci&lt;br&gt;
I jeszcze koń mu zwariował, i przed wszystkimi z nim leci...&lt;br&gt;
Co widząc ze strachu i zgrozy zawyła tatarska horda,&lt;br&gt;
Lecz już po chwili to wycie zamarło im nagle w mordach,&lt;br&gt;
Nie wytrzymali nerwowo, wrzasnęli: &lt;i&gt;- Wariat! O raju!&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
I dali takiego dyla, że ich wymiotło won z kraju,&lt;br&gt;
A Dreptak dostał w nagrodę majątek tuż pod stolicą...&lt;br&gt;
Tak, dobry lakiernik to nawet z ofermy zrobi bógwico!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zdarzenie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/300/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/300/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zdarzenie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wysłany przez centralę na specjalne zakupy,&lt;br&gt;
Pojechał do Paryża urzędnik ósmej grupy,&lt;br&gt;
Chodził po Mont Parnasie, pod wieżą Eiffla stał,&lt;br&gt;
A po niejakim czasie dotarł na plac Pigalle.&lt;br&gt;
A po tym placu chodzą dziewczęta,&lt;br&gt;
Każda prześliczna, co druga ruda,&lt;br&gt;
Wąska spódnica na każdej rozcięta&lt;br&gt;
Od zgrabnych kolan do połowy uda.&lt;br&gt;
Każda z tych dziewcząt pięknie uśmiechnięta,&lt;br&gt;
Każda z nich nosi szpilki niebotyczne,&lt;br&gt;
Chodzą po placu paryskie dziewczęta. Prześliczne.&lt;br&gt;
A oczy urzędnika robią się strasznie duże;&lt;br&gt;
Nie widział takich dziewcząt nawet w Jeleniej Górze,&lt;br&gt;
Gdzie był przejazdem w czerwcu, więc aż zatkało go,&lt;br&gt;
A wtem jedna z tych dziewcząt powiedziała: - Hello!&lt;br&gt;
Tak powiedziała piękna dziewczyna do urzędnika spod Jeleniej Góry,&lt;br&gt;
A on natychmiast, jak pod wpływem wina,&lt;br&gt;
Usłyszał słodko śpiewające chóry&lt;br&gt;
I swoją żonę zaczął zapominać&lt;br&gt;
I nawet swego szefa, Kozłowskiego,&lt;br&gt;
Gdy uśmiecha się piękna dziewczyna&lt;br&gt;
Do niego.&lt;br&gt;
Rozstali się niestety już pół godziny potem,&lt;br&gt;
A on nazajutrz wrócił do kraju samolotem&lt;br&gt;
I nieraz płakał nocą i palce do krwi gryzł&lt;br&gt;
I nie wiadomo po co napisał taki list:&lt;br&gt;
"Mam ósmą grupę uposażeniową,&lt;br&gt;
Ale na siódmą mam konkretną szansę,&lt;br&gt;
Gdybyś zechciała to bym ruszył głową&lt;br&gt;
I bym pochodził trochę za awansem,&lt;br&gt;
I bym się z żoną rozwiódł, daję słowo,&lt;br&gt;
I bym zostawił dziecko, choć mi szkoda..."&lt;br&gt;
Przeczytał list, poprawił to i owo,&lt;br&gt;
I podarł...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ze wspomnień staruszka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/301/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/301/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ze wspomnień staruszka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To nieprawda, co się mówi w różnych wierszach, &lt;br&gt;
Co w powieściach i posenkach nieraz było, &lt;br&gt;
Że najlepsza jest przeważnie miłość pierwsza... &lt;br&gt;
Ja tam wolę swą czterdziestą ósmą miłość. &lt;br&gt;
Przy czterdziestej ósmej bowiem właśnie &lt;br&gt;
Całą gamę się radości ma najszczerszej, &lt;br&gt;
Zwłaszcza, że się ma już tych łat osiemnaście &lt;br&gt;
I że jest się już dojrzalszym niż przy pierwszej. &lt;br&gt;
Pierwsza miłość... wtedy mówi się o kwiatkach &lt;br&gt;
I na kwiatki się prowadzi swoje dziewczę... &lt;br&gt;
Pierwsza miłość, przy dwunastu wątłych latkach, &lt;br&gt;
To nie to jest proszę panów, nie to jeszcze. &lt;br&gt;
Słuchać hadko i roztkliwiać się nie warto, &lt;br&gt;
Zresztą trudno sięgać w taką dal pamięcią... &lt;br&gt;
To już wolę swoją miłość sześćset czwartą, &lt;br&gt;
Przeżywaną w wieku lat dwudziestu pięciu. &lt;br&gt;
Cóż to była, proszę panów, za niewiasta, &lt;br&gt;
Jaka buzia, proszę panów, jaka poza... &lt;br&gt;
Albo miłość tysiąc sześćset osiemnasta:&lt;br&gt;
Ona bomba, jej mąż trąba, a ja kozak! &lt;br&gt;
Przy niej właśnie upłynęła mi czterdziestka, &lt;br&gt;
Pierwszy siwy włos dojrzałem patrząc w lustro, &lt;br&gt;
Lecz to była, proszę panów, jeszcze pestka &lt;br&gt;
W zestawieniu z trzechtysięczną dwieście szóstą! &lt;br&gt;
Ileż ona miała nóżek, piersi, rączek, &lt;br&gt;
Jakiż z niej był smaczny kąsek amatorski! &lt;br&gt;
Co tam kąsek! Pączek, bączek i zajączek, &lt;br&gt;
I koszulkę bez ramiączek... (telefon) &lt;br&gt;
	Tu Sokorski!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zeznanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/302/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/302/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zeznanie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zmarłszy bez większej rozpaczy w kraju&lt;br&gt;
Z powodu wody w lewym kolanie,&lt;br&gt;
Jan Maria Dreptak trafił do raju&lt;br&gt;
I został wzięty na przesłuchanie.&lt;br&gt;
Prześliczne śpiewy w dole i w górze,&lt;br&gt;
Dreptak w koszuli po różach kroczy,&lt;br&gt;
Już go sadzają anioły stróże&lt;br&gt;
I mu puszczają reflektor w oczy.&lt;br&gt;
- Przyznaj się - mówią - lepiej od razu&lt;br&gt;
Gdzieś coś nagrzeszył; z kim i za ile,&lt;br&gt;
A nie - to damy ciebie do gazu,&lt;br&gt;
Albo każemy zjeżdżać po pile!&lt;br&gt;
Dreptak zasłonił dłonią rozporek&lt;br&gt;
Na myśl o owym z piły zjeżdżaniu...&lt;br&gt;
- Grzeszyłem - mówi - z Cesią Cieciorek&lt;br&gt;
W Zielonej Górze, na winobraniu!&lt;br&gt;
- Dobrze! Z kim jeszcze? Przypomnij sobie!&lt;br&gt;
...i tak ścisnęli go, że wysypał,&lt;br&gt;
Iż zhańbił sześć tysięcy kobiet,&lt;br&gt;
Kwartet smyczkowy, pas i niewypał!&lt;br&gt;
Wtedy aniołów białych gromady&lt;br&gt;
Jęły ze śmiechu tarzać się w chmurkach:&lt;br&gt;
- On ani jednej nie dałby rady!&lt;br&gt;
- Chodząca nędza - kości i skórka!!!&lt;br&gt;
Sędzia śmiech tłumiąc, rzekł: - Dobrze stary,&lt;br&gt;
Wprawdzie spełniłeś ohydne czyny,&lt;br&gt;
Lecz cię łaskawie zwalniam od kary.&lt;br&gt;
Za to żeś szczerze wyznał swe winy...&lt;br&gt;
Dreptak radośnie ząbki wyszczerzył&lt;br&gt;
I taka myśl mu przeszła przez głowę:&lt;br&gt;
- Hura, zwolnili, ciężcy frajerzy,&lt;br&gt;
Choć im wyznałem tylko połowę!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zjazd majorów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/303/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/303/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zjazd majorów
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz na Majorce, w jeden z wieczorów&lt;br&gt;
Przy dźwięku cykad i plusku dorad&lt;br&gt;
Odbył się Wielki Kongres Majorów,&lt;br&gt;
Czyli Światowy Super-Majorat.&lt;br&gt;
Śródziemnomorskiej odblaski zorzy&lt;br&gt;
Nabrzeżne palmy złociły ślicznie,&lt;br&gt;
Gdy się zebrali liczni majorzy&lt;br&gt;
Majoratywno-majestatycznie.&lt;br&gt;
Był więc tam major huzarów, konus&lt;br&gt;
W spodniach ze złota i z karmazynu,&lt;br&gt;
A obok niego stał major-domus&lt;br&gt;
Oraz lord-major miasta Londynu,&lt;br&gt;
Major spahisów wąsy tygrysie&lt;br&gt;
Z głośnym siorbaniem zanurzał w winie&lt;br&gt;
Vis-major przybył przy swoim visie&lt;br&gt;
Zaś tambur-major przy tamburynie.&lt;br&gt;
Wiatr cicho szemrał w liściach platanów,&lt;br&gt;
A majorowie spory zaczęli,&lt;br&gt;
Jak by tu ustrzec się kapitanów,&lt;br&gt;
Co majorami zostać by chcieli.&lt;br&gt;
Ostatni słowik usnął w winnicy,&lt;br&gt;
Gdy wreszcie padła teza ostrożna,&lt;br&gt;
Że porucznicy to sojusznicy,&lt;br&gt;
Ze na sierżantach oprzeć się można,&lt;br&gt;
Że chorążowie to hipokryci,&lt;br&gt;
Ze plutonowi też nie najszczersi...&lt;br&gt;
A wtem stanęli wszyscy jak wryci,&lt;br&gt;
Prężąc medale, brzuchy i piersi,&lt;br&gt;
A główny major zawrzasnął ostro&lt;br&gt;
Głosem tubalnym niczym holownik:&lt;br&gt;
- Baczność!!!&lt;br&gt;
...bo z dala, przy brzęku ostróg&lt;br&gt;
Niedbałym krokiem szedł p o d p u ł k o w n i k.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Złota karawela</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/304/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/304/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Złota karawela
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W admiralskiej kajucie złotej karaweli&lt;br&gt;
John Silver i kapitan Flint, milcząc siedzieli.&lt;br&gt;
Przed jednym leżał rapier, przed drugim miecz nagi,&lt;br&gt;
A przed oboma stała beczułka malagi.&lt;br&gt;
Każdy z nich trzymał w dłoni kryształowy puchar,&lt;br&gt;
Kapitan jakby drzemał, a John jakby słuchał.&lt;br&gt;
Stół był w kształcie koła. W samym środku kręgu&lt;br&gt;
Tkwiła osada masztu z angielskiego dębu.&lt;br&gt;
Przywiązany do masztu twardymi linami&lt;br&gt;
Stał tam piękny młodzieniec, ubrany w aksamit.&lt;br&gt;
Spojrzenie miał uparte, usta zakrwawione,&lt;br&gt;
A loki mu spadały na kołnierz z koronek.&lt;br&gt;
Przypuszczalnie za chwilę, po raz nie wiem który,&lt;br&gt;
Uda mu się rozwiązać krępujące sznury,&lt;br&gt;
Chwyci szpadę i w trzasku krzyżowanej broni&lt;br&gt;
Obu morskich rabusiów na pokład wygoni,&lt;br&gt;
Kędy słońce, powietrze, słona fala pryska,&lt;br&gt;
I widać smukłe palmy na dalekich wyspach,&lt;br&gt;
I gdzie go różnych przygód czeka jeszcze tyle...&lt;br&gt;
To wszystko dziać się zacznie za niedługą chwilę&lt;br&gt;
On wie, i dwaj piraci także o tym wiedzą,&lt;br&gt;
Ale nieporuszeni i milczący siedzą&lt;br&gt;
Każdy nad swym pucharem i swą nagą szablą,&lt;br&gt;
Ten drzemiąc, ów słuchając jak im każe szablon&lt;br&gt;
Mego snu, który zawsze i dziwnie uparcie&lt;br&gt;
Przerywa się i niknie przed orężnym starciem,&lt;br&gt;
W momencie gdy za chwilę uda mi się zsunąć&lt;br&gt;
Więzy, pochwycić szpadę i do walki runąć...&lt;br&gt;
Bo to właśnie ja stoję tam, taki wspaniały,&lt;br&gt;
Ani nie wyłysiały, ani podstarzały,&lt;br&gt;
Potencjalny pogromca podstępnych piratów,&lt;br&gt;
Płynę, mocą golfsztormów gnany i pasatów,&lt;br&gt;
A w moim kilwaterze innych statków wiele,&lt;br&gt;
Bo każdy z nas ma swoją złotą karawelę...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zmiana warty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/305/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/305/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zmiana warty
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mruga w górze gwiazda przyjazna, &lt;br&gt;
Pucha puchacz w głębi ogrodu, &lt;br&gt;
Stary błazen - młodego błazna &lt;br&gt;
Chce zniechęcić do swego zawodu. &lt;br&gt;
Stary błazen ma włosy białe, &lt;br&gt;
Na ubraniu łatę i cerę:&lt;br&gt;
- Znajdziesz lżejszy chleba kawałek, &lt;br&gt;
Mógłbyś, synu, być inżynierem... &lt;br&gt;
Młody błazen ma buzię gładką, &lt;br&gt;
Kolorowe, nowe ubranie:&lt;br&gt;
- Lecz ja błaznem pragnę być, dziadku, &lt;br&gt;
Czuję w sobie to powołanie!&lt;br&gt;
- Synku, w pracy dadzą ci pensję,&lt;br&gt;
Dadzą premię, orderami obwieszą,&lt;br&gt;
A do błaznów wciąż tylko pretensje,&lt;br&gt;
Tylko różne przykrości zewsząd!&lt;br&gt;
Nie mnie dziadku się bawić kreślarką,&lt;br&gt;
Nie mnie suwak, rajzbret i grafion,&lt;br&gt;
Ja chcę mówić prawdę monarchom&lt;br&gt;
Tak, jak tylko błazny potrafią!&lt;br&gt;
Ja chcę robić takie śmieszności&lt;br&gt;
w odpustowej, cyrkowej budzie,&lt;br&gt;
Żeby wyli i ryli z radości&lt;br&gt;
Wszyscy smutni, zmęczeni ludzie!&lt;br&gt;
- Ano dobrze - rzekł starzec łagodnie -&lt;br&gt;
Teraz widzę, że celu dopniesz. &lt;br&gt;
Tylko wsadź ty poduszkę w spodnie, &lt;br&gt;
Żebyś nie czuł, gdy cię kto kopnie;&lt;br&gt;
Tylko wzorcom błazeńskim bądź wierny, &lt;br&gt;
Przeto zamiast koncerza weź szpadę &lt;br&gt;
I nie padaj jak rycerz pancerny,&lt;br&gt;
Lecz tak padaj, jak pada kaskader!&lt;br&gt;
Ucałował stary młodego,&lt;br&gt;
Własną czapkę z dzwonkami mu wręczył,&lt;br&gt;
- Daj ci Boże - powiedział - kolego!&lt;br&gt;
- Cześć! - rzekł młody i zjechał z poręczy.&lt;br&gt;
Stary westchnął: No, mam następcę,&lt;br&gt;
Teraz zadbam o własne kości!&lt;br&gt;
I układać zaczął naprędce&lt;br&gt;
Panegiryk na Cześć Ich Królewskich Mości.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Znowu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/306/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 19:45:49 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/306/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Znowu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Znowu jesień, znowu jesień polska,&lt;br&gt;
Żółte liście na ulicach Wrocławia,&lt;br&gt;
Kowalskiego wzięli do wojska,&lt;br&gt;
Zamachowski zacier nastawia.&lt;br&gt;
Przyszedł sąsiad i gada po lwowsku&lt;br&gt;
(choć urodził się koło Gorzowa)&lt;br&gt;
- Patrz pan, jakiś ziumkostwa na Ślonsku,&lt;br&gt;
Nie daj Boży si zaczni ud nowa.&lt;br&gt;
W domu pachną prawdziwki i śliwki,&lt;br&gt;
Na obrazie ginie książę Pepi,&lt;br&gt;
Całe wojsko ma mieć rogatywki,&lt;br&gt;
To już wtedy nas nikt nie zaczepi.&lt;br&gt;
Ucieszyli, ożywili się starsi:&lt;br&gt;
- Jednak jest równowaga na świecie,&lt;br&gt;
Kiedyś był przymusowy marksizm,&lt;br&gt;
Teraz muszą na religię iść dzieci!&lt;br&gt;
Chłopskie wozy w obłokach kurzu,&lt;br&gt;
Dalej Nysa, za Nysą świat...&lt;br&gt;
Tylko stary ułan na wzgórzu&lt;br&gt;
Ciągle pełni swój biedny zwiad,&lt;br&gt;
Tylko panna Hortensja we dworze&lt;br&gt;
Plan kampanii ustala po cichu:&lt;br&gt;
- Panie Maćku, tu się rannych położy,&lt;br&gt;
A CKM ustawicie na strychu.&lt;br&gt;
Babie lato leci wzdłuż ulicy&lt;br&gt;
Kocur drzemie na grządce z petunią...&lt;br&gt;
- W razie gdyby oprócz Niemców bolszewicy,&lt;br&gt;
To gdzie szukać granicy z Rumunią?&lt;br&gt;
Znowu jesień, taka śliczna znowu,&lt;br&gt;
Wieczór ciepły jak wtedy, w przeddzień...&lt;br&gt;
- Chodź, przejdziemy się z psem Jaworową,&lt;br&gt;
Wnuki rosną... E, jakoś to będzie.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Z pradziejów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/307/</link><pubDate>Fri, 22 Mar 2002 22:37:54 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/307/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Z pradziejów
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Łowiec w krzach czeczota iszcze,&lt;br&gt;
Kneź w dworzyszczu wziął zydliszcze,&lt;br&gt;
Siadł, zagędźbił na podkurek,&lt;br&gt;
Zaraz kur wór wniósł chór dwórek.&lt;br&gt;
Rozdźwierzyły się podwoje,&lt;br&gt;
Pojedynczo, lub po dwoje&lt;br&gt;
Wchodzą przaśni, kraśni woje&lt;br&gt;
Ni gieroje, ni playboje,&lt;br&gt;
Gwarząc swoje ćmoje-boje.&lt;br&gt;
Grzmią pokrzyki "Sława, sława!"&lt;br&gt;
I knehini Pipkosława&lt;br&gt;
U przedproża-zaporoża&lt;br&gt;
Kiej problem na ostrzu noża&lt;br&gt;
Lub kiej na gondoli doża&lt;br&gt;
Ta detyna boża stawa&lt;br&gt;
Wywołując grzmiące brawa.&lt;br&gt;
Iście to magnacka feta,&lt;br&gt;
W sosie własnym wajdelota,&lt;br&gt;
I filety z filareta&lt;br&gt;
I kompoty z Wizygota&lt;br&gt;
Tur w bratrurze,&lt;br&gt;
Żubrze udźce,&lt;br&gt;
Wszyscy nuże&lt;br&gt;
Chap za sztućce,&lt;br&gt;
Ale kneź przed tą zabawą&lt;br&gt;
Chciał wystąpić z mową-trawą -&lt;br&gt;
Już się podniósł,&lt;br&gt;
Wsparł o blat się,&lt;br&gt;
Kiwnął w przód się&lt;br&gt;
Oraz w zad się,&lt;br&gt;
I rzekł w średniowiecznej mowie:&lt;br&gt;
- Mociumichmośćwaćpanowie!&lt;br&gt;
Jako wieda ano spokąd,&lt;br&gt;
Dadźbóg raciąż do nipokąd,&lt;br&gt;
Brzęczyszczeje dyćka dziewierz,&lt;br&gt;
Grzymidojda sierdząc nie wiesz!&lt;br&gt;
Ady ino kićki dziopa&lt;br&gt;
Cimcirymci Hryćka kopa?&lt;br&gt;
Ady ino ćwiąka łajba,&lt;br&gt;
Ano bździąg odbita szajba&lt;br&gt;
Ano gwoździec! Uździec ano!&lt;br&gt;
Tu owacją mu przerwano,&lt;br&gt;
Na ramiona go porwano,&lt;br&gt;
Udzielono mu poparcia&lt;br&gt;
I zabrano się do żarcia.&lt;br&gt;
Choć po prawdzie z całej mowy&lt;br&gt;
Nikt nie pojął ni połowy,&lt;br&gt;
Gdyż kneź mówił o tych rzeczach&lt;br&gt;
Raczej w stylu średniowiecza,&lt;br&gt;
Zasię młodsze pokolenie&lt;br&gt;
Znało tylko odrodzenie,&lt;br&gt;
Więc nie doszła ich kneziowa&lt;br&gt;
Mądrość niedościgła...&lt;br&gt;
- To skąd te brawa wpół słowa?&lt;br&gt;
- Bo kolacja stygła!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zuzia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/308/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/308/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Zuzia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zuzia rośnie w czasie i przestrzeni,&lt;br&gt;
Coraz bardziej się robi strzelista,&lt;br&gt;
Już na widok Zuzi się rumieni&lt;br&gt;
Tymoteusz Dyćko, polonista.&lt;br&gt;
Idzie Zuzia, przegina się w pasie,&lt;br&gt;
Jakby była dorosłą osobą,&lt;br&gt;
Rośnie bowiem w przestrzeni i w czasie,&lt;br&gt;
A już zwłaszcza w przestrzeni przed sobą.&lt;br&gt;
Zuzia rośnie z tygodnia na tydzień,&lt;br&gt;
Już przestała być cienka jak patyk,&lt;br&gt;
Kiedy szkolnym korytarzem idzie,&lt;br&gt;
To przełyka ślinkę matematyk,&lt;br&gt;
Robi nagle -jak zając - stójkę,&lt;br&gt;
Czuje dreszczyk w krzyżu i w piętach,&lt;br&gt;
- Jak tu takiej postawić dwójkę,&lt;br&gt;
Skoro taka dobrze rozwinięta?...&lt;br&gt;
Zuzia rośnie dosłownie z dnia na dzień,&lt;br&gt;
Czerwienieje pan gimnastyk Dziobak,&lt;br&gt;
Widząc Zuzię w skłonie lub w przysiadzie,&lt;br&gt;
I subtelnie mruczy: - O, choroba!&lt;br&gt;
Rusycysta za nią okiem strzela&lt;br&gt;
Myśląc w duchu: - Wot kakoj ananas!&lt;br&gt;
I potyka się ksiądz prefekt Chudzielak&lt;br&gt;
Z trwożnym szeptem: Apage satanas!&lt;br&gt;
Zuzia rośnie z momentu na moment,&lt;br&gt;
Tatko dumny jest z takiej córy,&lt;br&gt;
Zuzia rzadko przebywa za domem,&lt;br&gt;
Zuzia uczy się do matury,&lt;br&gt;
Wkuwa daty i co jedzą zebry,&lt;br&gt;
I odmianę angielską "the sister",&lt;br&gt;
I korepetycje jej z algebry&lt;br&gt;
Daje Ryszard Dreptak, magister,&lt;br&gt;
Uczy Zuzię, nieprzytomny całkiem,&lt;br&gt;
Wchodzi w okna zamiast we drzwi,&lt;br&gt;
Całka mu się ciągle myli z ciałkiem,&lt;br&gt;
A różniczka - z różnicą płci.&lt;br&gt;
Zuzia cieszy oko, tak jak kwiaty,&lt;br&gt;
Swoją śliczną figurką i buzią,&lt;br&gt;
Gdybym ja był ministrem oświaty,&lt;br&gt;
Nie musiałabyś się męczyć, Zuzio!&lt;br&gt;
Nie wkuwałabyś słówek na pauzach,&lt;br&gt;
Bowiem jednym szerokim gestem&lt;br&gt;
Dałbym ci maturę honoris causa&lt;br&gt;
Za sam wygląd! I za to, że jesteś.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Żywi i martwi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/309/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/309/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
"Żywi i martwi"
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nasi koledzy z konspiracji,&lt;br&gt;
Pogromcy "Panter" i "Tygrysów",&lt;br&gt;
Leżą przeważnie wśród akacji,&lt;br&gt;
A dużo rzadziej wśród cyprysów.&lt;br&gt;
Zginęli mając lat dwadzieścia,&lt;br&gt;
A i piętnaście też czasami...&lt;br&gt;
Wtedy z nich żaden ginąć nie chciał,&lt;br&gt;
Lecz dzisiaj - wygrywają z nami.&lt;br&gt;
Zostali już na zawsze młodzi,&lt;br&gt;
Szlachetni z czynów i postaci,&lt;br&gt;
Już nic im dzisiaj nie zaszkodzi,&lt;br&gt;
Już nikt ich dzisiaj nie zeszmaci.&lt;br&gt;
Sztandary na ich grobach wieją,&lt;br&gt;
Warty w rocznice się ustawia...&lt;br&gt;
Oni się już nie zestarzeją&lt;br&gt;
Na swoich starych fotografiach.&lt;br&gt;
Palą się znicze, snują dymy.&lt;br&gt;
Przybywa nam na twarzach zmarszczek,&lt;br&gt;
Wciąż młode są ich pseudonimy,&lt;br&gt;
Nasze są martwe i wciąż starsze.&lt;br&gt;
...a kiedy już poumieramy&lt;br&gt;
I gdy się już znajdziemy w raju,&lt;br&gt;
Wtedy natychmiast ich poznamy,&lt;br&gt;
Lecz oni nas -już nie poznają.&lt;br&gt;
I może któryś nawet powie,&lt;br&gt;
Widząc nas w rajskim przedpokoju:&lt;br&gt;
- Nie wiecie, biedni staruszkowie, &lt;br&gt;
Gdzie są koledzy z tamtych bojów? &lt;br&gt;
Wtedy zapewne zapłaczemy, &lt;br&gt;
Sięgniemy dłonią do orderów, &lt;br&gt;
Ale im prawdy nie powiemy... &lt;br&gt;
Po co rozśmieszać bohaterów?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Żywopłot</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/310/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/310/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Żywopłot
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trwa w okolicy popłoch&lt;br&gt;
I zamieszanie spore:&lt;br&gt;
Tatko strzyże żywopłot&lt;br&gt;
Ogromnym sekatorem.&lt;br&gt;
Zbudził się wczesną wiosną&lt;br&gt;
Kiejby niedźwiedź w barłogu,&lt;br&gt;
Przeciągnął się, otrząsnął,&lt;br&gt;
Wylazł i siadł na progu.&lt;br&gt;
Otworzył ślipia, sapnął,&lt;br&gt;
Splunął przed się bez pudła,&lt;br&gt;
Odegnał muchy łapą,&lt;br&gt;
Poczochrał się po kudłach,&lt;br&gt;
Furknął jak wentylator,&lt;br&gt;
Lub jak słoń znad Zambezi,&lt;br&gt;
Złapał w dłonie sekator&lt;br&gt;
I zabrał się do rzezi.&lt;br&gt;
Hej, w ulewie gałęzi&lt;br&gt;
Wyrwanych zawieją&lt;br&gt;
Coś się kłębi, coś rzęzi.&lt;br&gt;
Jacyś czarci szaleją,&lt;br&gt;
Jakieś się wilkołaki&lt;br&gt;
Żrą bestialsko wśród żerdzi,&lt;br&gt;
Fruwają krzaki-kłaki,&lt;br&gt;
Coś jęczy i coś śmierdzi.&lt;br&gt;
Przerżnął się tatko w poprzek,&lt;br&gt;
Wypadł z gąszczu z łomotem,&lt;br&gt;
Wydał bojowy okrzyk,&lt;br&gt;
Hyc i runął z powrotem.&lt;br&gt;
Znowu wszystko druzgota,&lt;br&gt;
Tnie, rąbie, siecze w buszu,&lt;br&gt;
Zajrzał sąsiad zza płota -&lt;br&gt;
Cofnął się już bez uszu.&lt;br&gt;
Przyleciał sierżant Miziak,&lt;br&gt;
Strofował go na próżno,&lt;br&gt;
Bo tatko dostał hyzia,&lt;br&gt;
Ciach i lufę mu urżnął.&lt;br&gt;
Aż wreszcie swoje zrobił,&lt;br&gt;
Ściął ostatnią roślinę,&lt;br&gt;
Plac jak pustynia Gobi,&lt;br&gt;
Żywopłot jak Yull Brynner.&lt;br&gt;
Wyjął tatko papieros,&lt;br&gt;
Lecz kiedy go dopalał,&lt;br&gt;
On - dopiero co heros -&lt;br&gt;
Nagle sflaczał i zmalał.&lt;br&gt;
Powiędły mu muskułki,&lt;br&gt;
Ukazały się gnatki,&lt;br&gt;
Wreszcie przeląkł się pszczółki,&lt;br&gt;
Beknął i zwiał do chatki,&lt;br&gt;
Gdzie swe członki żałosne&lt;br&gt;
Okrył ciepłą bielizną...&lt;br&gt;
Tak, tak, raz w roku na wiosnę,&lt;br&gt;
Każdy z nas jest mężczyzną&lt;br&gt;
W jakiejś tam specjalności,&lt;br&gt;
Jak seks, ryby lub koty...&lt;br&gt;
...lecz większość bez litości&lt;br&gt;
Wyrzyna żywopłoty...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Orłowisko</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/345/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/345/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Orłowisko
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Czy to huczą huty, czy to dzwonią dzwony&lt;br&gt;
 Czy to kowal kuje w paleniska skwarze &lt;br&gt;
 Nie, to naszym orłom złociste korony &lt;br&gt;
 Dorabiają w trudzie zmęczeni ślusarze &lt;br&gt;
 Orzeł bez korony jest bezwstydnie goły &lt;br&gt;
 Inne by takiego rozdarły na strzępy &lt;br&gt;
 Szukają więc koron orły i sokoły &lt;br&gt;
 A w kolejce stoją kondory i sępy 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Poprzednio w berecie, kaszkiecie, w papasze &lt;br&gt;
 Czasem rogatywkę na łeb mu wsadzili &lt;br&gt;
 Towarzyszu Berman, jak tam orły wasze &lt;br&gt;
 Pytał zatroskany Koba Dżugaszwili &lt;br&gt;
 Były czasy były, ale się skończyły&lt;br&gt;
 Gdzie tamte honory, kawiory i szynka&lt;br&gt;
 Gdzie ten nastrój miły, gdzie te złote żyły&lt;br&gt;
 Dla orłów z redakcji "Halo, tu jedynka"
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Piękny cel</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/346/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/346/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Piękny cel
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Słonko chowa się za domem, zachód chmurki złoci,&lt;br&gt;
 Tatko oczki ma przekrwione i bardzo się poci.&lt;br&gt;
 Siedzi tatko poza stołem, rytmicznie się kiwa.&lt;br&gt;
 Myśli - "Skąd ja się tu wziąłem i jak ja się nazywam?&lt;br&gt;
 Co ja robię? Gdzie ja mieszkam? Co to jest do licha?"&lt;br&gt;
 A tymczasem mu koleżka podsuwa kielicha:&lt;br&gt;
 - "Wypij Heniu, to dla ciebie, tyś dobry przyjaciel!"&lt;br&gt;
 Tatko, choć mu szumi, we łbie wlewa w siebie zacier.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Hora dla conduktora</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/h/347/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/h/347/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Hora dla Kondukatora
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;napisana w listopadzie 1989,&lt;br&gt; po obejrzeniu uroczystości ku czci Ceausescu&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 &lt;br&gt;
 Kondukatore Czauszesku&lt;br&gt;
 Geniuszesku Rumunesku &lt;br&gt;
 Narodesku we striptizu&lt;br&gt;
 W miesto wiktu - dyktu gryzu.&lt;br&gt;
 Wiosku chłopsku likwidesku, &lt;br&gt;
 Opozycju w pierdelesku, &lt;br&gt;
 Mięsko w pysku ani razu, &lt;br&gt;
 Brak prądesku, nima gazu. &lt;br&gt;
 Po stolicu Bukureszti&lt;br&gt;
 Chodzu bosu, nima meszti.&lt;br&gt;
 U Karpaty sami straty,&lt;br&gt;
 Nie jedzesku, czym tu sraty?&lt;br&gt;
 Chrapu - sapu, ranu wstanu,&lt;br&gt;
 Telefonu do Fenianu,&lt;br&gt;
 Bałagesku Kim-Ir-Senu:&lt;br&gt;
 - Gorbaczesku to gangrenu!&lt;br&gt;
 Kim-Ir-Senu potakuju:&lt;br&gt;
 - Masz racjesku, chuju muju!&lt;br&gt;
 Telefonu z Albanisku:&lt;br&gt;
 - Mazowiecku dać po pysku!&lt;br&gt;
 Od Fidelu telegrafu:&lt;br&gt;
 - Lechu w miechu abo w szafu,&lt;br&gt;
 Topu, topu, plusku, plusku,&lt;br&gt;
 Powiedzesku, że to Rusku!&lt;br&gt;
 Nikolaja u Mamaja&lt;br&gt;
 Relaksesku, moczu jaja,&lt;br&gt;
 A żonesku Czauszesku - &lt;br&gt;
 Premieresku Rumunesku.&lt;br&gt;
 A córeczka Czauszeska -&lt;br&gt;
 Sekretarką Rumuneska.&lt;br&gt;
 A wujesku od żonisku - &lt;br&gt;
 Armijesku marszalisku.&lt;br&gt;
 A szwagiersku, ciociu, teściu&lt;br&gt;
 I kuzyniczesku sześciu - &lt;br&gt;
 To rządesku Rumunisku&lt;br&gt;
 W Rumunesku na klepisku.&lt;br&gt;
 A receptu na tu zgraju &lt;br&gt;
 Kopu w żopu i baj-baju.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Powód</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/348/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/348/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Powód
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 U Dreptaków dziś wielkie święto &lt;br&gt;
 Cieszą się mama i tata &lt;br&gt;
 W saloniku pokrowce zdjęto&lt;br&gt;
 Henio w nowym ubranku lata&lt;br&gt;
		
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Tata Dreptak zaprosił szwagra &lt;br&gt;
 Szwagier przyniósł w kieszeni pół flachy &lt;br&gt;
 Jak wypiją to tata z nim zagra &lt;br&gt;
 W warcaby albo w szachy &lt;br&gt;
 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 &lt;br&gt;
 Gdy przyszedłem też mi dano kielicha&lt;br&gt;
 A w kielichu wiśniówka słodka&lt;br&gt;
 I są grzybki jako zagrycha&lt;br&gt;
 Czyżby Dreptak wygrał w totolotka&lt;br&gt;
 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 &lt;br&gt;
 Henio z dumy czerwony się robi &lt;br&gt;
 Tata wziął go zaraz na kolano &lt;br&gt;
 I powiada do mnie: "Wiesz, nasz Heniu pobił &lt;br&gt;
 Stefka od Wiśniewskich dzisiaj rano!" &lt;br&gt;
 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Preteksty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/349/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/349/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Preteksty
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Żeby nie brać się do pracy&lt;br&gt;
 Wymyślamy sobie różne sprawy&lt;br&gt;
 Wyciągamy z zapomnianych szuflad&lt;br&gt;
 Różne stare graty do naprawy&lt;br&gt;
 Jakieś gniazdka elektryczne&lt;br&gt;
 Wtyczki, albo części od samowara&lt;br&gt;
 Że to niby jest takie pilne&lt;br&gt;
 I że trzeba naprawić zaraz
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 I że zaraz po tej naprawie &lt;br&gt;
 To się weźmiemy do pracy że aż ha! &lt;br&gt;
 A tymczasem wpadamy na pomysł &lt;br&gt;
 Że by trzeba wyprowadzić psa &lt;br&gt;
 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Więc się go wyprowadza na ulicę &lt;br&gt;
 Albo powiedzmy na skwerek&lt;br&gt;
 A na skwerku nam się przypomina&lt;br&gt;
 Że z administracji przyszedł papierek&lt;br&gt;
 Żeby wyłożyć trutki&lt;br&gt;
 I do tych trutek nabieramy dziwnej ochoty&lt;br&gt;
 Ale zaraz jak wyłożymy&lt;br&gt;
 To się weźmiemy do roboty &lt;br&gt;
 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>W góry</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/350/</link><pubDate>Sun, 15 Jul 2001 21:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/350/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
W góry
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W góry, w góry miły bracie&lt;br&gt;
 Tam swoboda czeka na cię &lt;br&gt;
 W góry, w góry miły bracie &lt;br&gt;
 Tam swoboda czeka na cię &lt;br&gt;
 W góry, w góry miły bracie &lt;br&gt;
 Tam swoboda czeka na cię &lt;br&gt;
 		
&lt;/p&gt;
		&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Pisał kiedyś Pol Wincenty &lt;br&gt;
 Miast spokojnie czekać renty &lt;br&gt;
 Przez to hasło pana Pola&lt;br&gt;
 Jakże ciężka nasza dola&lt;br&gt;
 Kto żyw w mieście, w polu, w lesie&lt;br&gt;
 Uporczywie w górę pnie się &lt;br&gt;
 &lt;br&gt;
 		
&lt;/p&gt;
		&lt;p class="zwrotka"&gt;
 I tak sobie właśnie śpiewa&lt;br&gt;
		
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sylwester w Soplicowie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/385/</link><pubDate>Wed, 25 Jul 2001 21:04:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/385/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Sylwester w Soplicowie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...ucichło Soplicowo po hucznym Sylwestrze,&lt;br&gt;
Już tylko puzon rzęził w pijanej orkiestrze,&lt;br&gt;
Lecz wreszcie czknął i zamilkł, zaś rura wygięta&lt;br&gt;
Spadając ogłuszyła niechcący Rejenta,&lt;br&gt;
Który zrobił dwa kroki, potknął się o Zosię,&lt;br&gt;
Zarył mordą w kociołek i skonał w bigosie.&lt;br&gt;
Obok na gruzach stołu przysiedli dwaj starce,&lt;br&gt;
Mając u kolan pełne miodu dwa półgarce.&lt;br&gt;
Patrząc w kąt, kędy wsparty o kant gdańskiej szafy&lt;br&gt;
Stał Pan Tadeusz strojny w orły i ryngrafy,&lt;br&gt;
Ukazując swój profil nie grecki, nie szwedzki,&lt;br&gt;
Nie rzymski i nie krymski lecz nasz mazowiecki!&lt;br&gt;
Pierwszy ze starców westchnął - Oj tak tak, mój Lechu!&lt;br&gt;
A drugi mu odetchnął - Tak tak, mój Wojciechu!&lt;br&gt;
Tu wsparli wzrok w kielichy, jak w kometę Haley,&lt;br&gt;
Zaś Wojciech rzekł ostrożnie - Tak tak. A co dalej?&lt;br&gt;
W odpowiedzi zaległo grobowe milczenie&lt;br&gt;
Przerwane bulgotaniem w śpiącej Telimenie.&lt;br&gt;
Kapitan Ryków nosem wypuścił bąbelki&lt;br&gt;
I sędziemu pod łóżkiem pękły z jękiem szelki.&lt;br&gt;
Na szczęście, gdy już było całkiem beznadziejnie,&lt;br&gt;
Wszedł Jankiel energicznie, choć też nieco chwiejnie,&lt;br&gt;
Przelazł przez śpiącą szlachtę, stanął u pulpitu&lt;br&gt;
I rzekł zachęcająco - Przywiozłem kredytu!&lt;br&gt;
-Świetnie! - krzyknęli wszyscy - Znów jest brykać za co!&lt;br&gt;
-Pani Podkomorzyna! Chódź tu pani z tacą!&lt;br&gt;
-Silni, zwarci, gotowi! Ruscy won do Pitra!&lt;br&gt;
-Robak, walnij kazanie! Zośka po pół litra!&lt;br&gt;
-Jankiel, graj majufesy, tanga, madrygały!&lt;br&gt;
Gdzieżeś zgubił cymbały, że masz tylko pały?&lt;br&gt;
-Żadne "tylko" - sprostował ów miły gagatek -&lt;br&gt;
Grunt mieć pały! Cymbałów ci u nas dostatek!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szopka - galopka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/386/</link><pubDate>Wed, 25 Jul 2001 21:04:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/386/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZOPKA - GALOPKA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto moja prywatna, intymna, maciopka,&lt;br&gt;
Uboga lecz chędoga noworoczna szopka,&lt;br&gt;
Stojąca wśród wyziewów i wśród długów wielu&lt;br&gt;
Do niedawna nosząca nazwę PRL-u.&lt;br&gt;
W niej żłobek, a nad żłobkiem jako Matka Boska&lt;br&gt;
Piękna Małgosia schyla się Niezabitowska,&lt;br&gt;
Już jej lęk o dzieciątko więcej nie wyniszca,&lt;br&gt;
Gdyż Herod się poprawił! (oczywiście Kiszczak).&lt;br&gt;
Święty Józef sukmanę ma, czy rodzaj kiecki,&lt;br&gt;
Haftowanej w przepiękny szlaczek mazowiecki.&lt;br&gt;
Wół i osioł chuchają w dziecięcia oblicze,&lt;br&gt;
To Turoń .. pardon: Kuroń wraz z Balcerowiczem.&lt;br&gt;
W roli Żyda - Syryjczyk, ma myckę, czy turban.. ?&lt;br&gt;
Jego koza na sznurku to pokorny Urban.&lt;br&gt;
Pastuchów całe mnóstwo! Zaś nad szopką, w górze&lt;br&gt;
Nawróceni gliniarze, te aniołki stróże,&lt;br&gt;
Kombinują jakby tu swą odzież służbową&lt;br&gt;
Przefarbować bez wielkich jaj na granatowo.&lt;br&gt;
Przy okazji śpiewają patriotyczne piosnki&lt;br&gt;
A dyryguje nimi ksiądz major Jankowski.&lt;br&gt;
Szprech, Czech i Rus, królowie nieśli swoją dolę,&lt;br&gt;
A Szprech zwiał na zachód i ryćka się z Kohlem.&lt;br&gt;
W żłobku leży maleństwo w krostkach, w palpitacjach,&lt;br&gt;
Ani jej do zabawy, ani jej do śmiechu&lt;br&gt;
Na szczęście wszystkim z góry błogosławi Lechu.&lt;br&gt;
A choć tyle trudności i przeciwieństw wszędzie,&lt;br&gt;
O ile znam Polaków - to jakoś to będzie!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Remake</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/387/</link><pubDate>Wed, 25 Jul 2001 21:04:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/387/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
REMAKE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na kamiennym placu&lt;br&gt;
Wiatr historii śwista,&lt;br&gt;
Wyleciał z Pałacu&lt;br&gt;
Były komunista.&lt;br&gt;
Spojrzał na rozstaju&lt;br&gt;
W cztery strony świata&lt;br&gt;
I krzyknął:&lt;br&gt;
-To ja już&lt;br&gt;
Socjaldemokrata!&lt;br&gt;
Wokół ruch się czyni&lt;br&gt;
Od licznych postaci,&lt;br&gt;
To wchodzą inni&lt;br&gt;
Socjaldemokraci.&lt;br&gt;
W radosnych gromadkach&lt;br&gt;
Ciągną przez Mazowsze.&lt;br&gt;
Już nie wierzą w Marksa!&lt;br&gt;
(w braci Marks i owszem...)&lt;br&gt;
I żyć będzie zdrowiej,&lt;br&gt;
I humor dopisze,&lt;br&gt;
I nikt mi nie powie&lt;br&gt;
- Wicie towarzysze...&lt;br&gt;
Socjaldemokracja&lt;br&gt;
Korony I Litwy!&lt;br&gt;
Udała się akcja&lt;br&gt;
Schwycenia za brzytwy,&lt;br&gt;
Już na brzegu wreszcie,&lt;br&gt;
Już lepsza kondycja!&lt;br&gt;
.. przeszedł się po mieście&lt;br&gt;
Państwowy Policjant,&lt;br&gt;
Mundur granatowy.&lt;br&gt;
Orzełek w koronie -&lt;br&gt;
Policjant Państwowy&lt;br&gt;
Ku naszej obronie!&lt;br&gt;
Obrzucił spojrzeniem&lt;br&gt;
Ojczyznę spokojną&lt;br&gt;
I rzekł z rozrzewnieniem:&lt;br&gt;
-Całkiem jak przed wojną!&lt;br&gt;
Jest Prezydent, Nuncjusz,&lt;br&gt;
Są żydzi kochani,&lt;br&gt;
Podobno też już-już&lt;br&gt;
Mają być ułani!&lt;br&gt;
Jeszcze żeby wyszło&lt;br&gt;
Z polsko-czeską Unią&lt;br&gt;
I żeby na przyszłość&lt;br&gt;
Granica z Rumunią..?&lt;br&gt;
Jakoż rzeczywiście&lt;br&gt;
Zrobiło się ślicznie,&lt;br&gt;
Bo i uroczyście&lt;br&gt;
I patryjotycznie -&lt;br&gt;
Przedmurze w nagłówku&lt;br&gt;
Rauty, aukcje, pląsy..&lt;br&gt;
.. i znów w Sulejówku&lt;br&gt;
Ktoś podkręca wąsy...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Aliantom</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/388/</link><pubDate>Wed, 25 Jul 2001 21:04:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/388/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ALIANTOM
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Halo, tu Festung Breslau!&lt;br&gt;
Usilnie i desperacko&lt;br&gt;
Wzywam na wszystkich zakresach&lt;br&gt;
Główną Kwaterę Aliancką.&lt;br&gt;
Wodzowie znakomici,&lt;br&gt;
Spece od różnych broni,&lt;br&gt;
Od wschodu jesteście kryci,&lt;br&gt;
Polska się jeszcze broni.&lt;br&gt;
Czekamy tu co dzień rano,&lt;br&gt;
W południe i o zmroku&lt;br&gt;
Na pomoc obiecaną&lt;br&gt;
W trzydziestym dziewiątym roku.&lt;br&gt;
Wznosimy bojowe okrzyki,&lt;br&gt;
Od których przeciwnik cierpnie,&lt;br&gt;
Nasze są Październiki,&lt;br&gt;
Grudnie, a zwłaszcza Sierpnie,&lt;br&gt;
Lecz trochę już mdleją nam dłonie&lt;br&gt;
A trochę już mamy kota..&lt;br&gt;
Kiedy wyjdziecie na koniec&lt;br&gt;
Zza Linii Maginota?&lt;br&gt;
Mówcie nam, żeśmy zuchy,&lt;br&gt;
Że jakby co, to wy z nami,&lt;br&gt;
A my na wasze podpuchy&lt;br&gt;
Odpowiadamy czynami.&lt;br&gt;
Na ustach wciąż mamy Honor,&lt;br&gt;
Wierność, lub inny banał,&lt;br&gt;
A Schleswick-Holstein z Aurorą&lt;br&gt;
Wpływają tymczasem na kanał&lt;br&gt;
I tabor gdzieś z tyłu pozostał&lt;br&gt;
I wachmistrz na alarm trąbi&lt;br&gt;
I bije się Gdańska Poczta&lt;br&gt;
W łopocie strajkowych chorągwi&lt;br&gt;
I trzyma się Westerplatte,&lt;br&gt;
Chociaż obrońcy złorzeczą .&lt;br&gt;
Bo pan Buch, bawiąc tu latem&lt;br&gt;
Obiecał im przybyć z odsieczą.&lt;br&gt;
Cóż, dzieje się zadość tradycji,&lt;br&gt;
Znów trzeszczą kłamliwe przymierza.&lt;br&gt;
I znów się bijemy dla fikcji&lt;br&gt;
Do ostatniego żołnierza.&lt;br&gt;
A kiedy już padnie Polska&lt;br&gt;
I jej zdradzone sztandary,&lt;br&gt;
Któż zgadnie, jakie to wojska&lt;br&gt;
Przedefilują przez Paryż&lt;br&gt;
I czyje na niebie Brytanii&lt;br&gt;
Zawarczą eskadry złowieszcze?&lt;br&gt;
Na razie się bawcie, kochani.&lt;br&gt;
My tu walczymy.&lt;br&gt;
		JESZCZE.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Votum separatum</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/v/389/</link><pubDate>Wed, 25 Jul 2001 21:04:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/v/389/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
VOTUM SEPARATUM (*)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Duży podziw żywią dla nas cudzoziemcy.&lt;br&gt;
Bardzo chwalą dyplomatów naszych gest:&lt;br&gt;
- Polska chce, by zjednoczyły się znów Niemcy.&lt;br&gt;
Einheit, Freiheit und Grossdeutschland wieder fest!&lt;br&gt;
Kraj jednoczyć jest i ładnie i przyjemnie,&lt;br&gt;
Świat nie lubi appertheidów ani gett,&lt;br&gt;
Więc scalajcie ich do kupy, lecz beze mnie.&lt;br&gt;
Jestem gegen, czyli przeciw. W obszcze niet!&lt;br&gt;
Mam ja swoje lata, fobie i nawyki&lt;br&gt;
Znam pułapki ślepych torów, lewych wajch,&lt;br&gt;
Lepsze dla mnie są dwie szkopskie republiki&lt;br&gt;
Niż wiszący nad Wrocławiem Czwarty Reich.&lt;br&gt;
Zawsze bito nas na niebie, lądzie, wodzie,&lt;br&gt;
Z obu stron spychano nas po San i Bug&lt;br&gt;
Teraz - ledwie pierdolnęło coś na wschodzie -&lt;br&gt;
Już my Niemca namawiamy by się wzmógł!&lt;br&gt;
Jeszcze przy tym gaworzymy sobie swojsko&lt;br&gt;
Zadziwiając dobrze zbrojny Wolny Świat,&lt;br&gt;
Że należy zlikwidować Polskie Wojska&lt;br&gt;
To się zaraz skończy kryzys, krach i pat.&lt;br&gt;
Zlikwidujcie, zezłomujcie do cholery.&lt;br&gt;
Zróbcie z czołgów pługi lub przetwórnie pasz...&lt;br&gt;
Nad Monachium warczą czarne starfightery&lt;br&gt;
A przez Berlin Wschodni grzmi Paradenmarsch!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Odzysk</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/390/</link><pubDate>Wed, 25 Jul 2001 21:04:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/390/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ODZYSK
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Lata płyną, ciągle tylko dom lub praca,&lt;br&gt;
Odwiedziny cioci Hani albo wnuków,&lt;br&gt;
Aż tu nagle moja wczesna młodość wraca,&lt;br&gt;
Piękna młodość, pełna bimbru, dup i huku.&lt;br&gt;
Ktoś nacisnął wsteczny bieg starego kina,&lt;br&gt;
Cofnął taśmę, wystartował i przyśpiesza:&lt;br&gt;
Znowu pragnie się wyzwolić Ukraina,&lt;br&gt;
Znowu próbuje się zjednoczyć Wielka Rzesza,&lt;br&gt;
Znów w Warszawie zjawia się niemiecki kanclerz,&lt;br&gt;
A Warszawa nie uważa znów za gafę,&lt;br&gt;
Że symbol jego ma bojowy pancerz,&lt;br&gt;
Czarne krzyże i firmowy znak Luftwaffe.&lt;br&gt;
Pewnie, sojusz to i ważny i potrzebny,&lt;br&gt;
Teraz wszystko się usprawni i uprości,&lt;br&gt;
Polskie Wojsko zmniejsza właśnie stan liczebny,&lt;br&gt;
Co przyniesie nam ogromne oszczędności.&lt;br&gt;
Ja też kiedyś do tych przemian się przekonam,&lt;br&gt;
Lecz na razie nie mam czasu, bo wciąż myślę&lt;br&gt;
Jak odzyskać mego Smitha and Wessona,&lt;br&gt;
Co go kiedyś zakopałem pod Przemyślem.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polska Baba</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/391/</link><pubDate>Wed, 25 Jul 2001 21:04:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/391/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POLSKA BABA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czoło potem się perli,&lt;br&gt;
Tętni bruk pod stopami,&lt;br&gt;
Maszeruje na Berlin&lt;br&gt;
Polska Baba z jajami.&lt;br&gt;
Maszeruje przez fronty,&lt;br&gt;
Przez granice się rwie,&lt;br&gt;
Tak jak w czterdziestym piątym&lt;br&gt;
Pierwsza Armia WP.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
	Idzie Baba po lesie&lt;br&gt;
	Podśpiewuje pod nosem,&lt;br&gt;
	Oprócz jaj serek niesie&lt;br&gt;
	I kociołek z bigosem.&lt;br&gt;
	Zadrżał Zachód Europy,&lt;br&gt;
	Spojrzał z lękiem na Wschód.&lt;br&gt;
	Obudziły się Szkopy:&lt;br&gt;
	- Salmonella u wrót!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Berlin broni się słabo,&lt;br&gt;
Faszyzm w norze swej kona,&lt;br&gt;
Myśmy z tobą, o Babo,&lt;br&gt;
Polska Babo natchniona.&lt;br&gt;
Za kompleksy, za cięgi,&lt;br&gt;
Za historię, za kraj,&lt;br&gt;
Bij w zachodnie potęgi&lt;br&gt;
Celną serią swych jaj!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wilki i misie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/392/</link><pubDate>Wed, 25 Jul 2001 21:04:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/392/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WILKI I MISIE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kompanem polskiego syndromu&lt;br&gt;
Są napisy "Ruscy do domu"&lt;br&gt;
Pewno Ruscy już nam nadojedli,&lt;br&gt;
Żeby wreszcie w jakiś pociąg wsiedli,&lt;br&gt;
Tyle mieszkań by nam zostawili,&lt;br&gt;
Rakiet by już po wsiach nie gubili,&lt;br&gt;
Jeszcze byśmy dali im kwiaty,&lt;br&gt;
Żeby tylko pojechali do chaty.&lt;br&gt;
I zostalibyśmy w końcu sami ...&lt;br&gt;
.. no, nie całkiem bo z Niemcami.&lt;br&gt;
Osiemdziesiąt milionów Niemców&lt;br&gt;
Patrzy na nas przez most w Zgorzelcu,&lt;br&gt;
Mają swoje wspaniałe pensje,&lt;br&gt;
Mają do nas zastarzałe pretensje.&lt;br&gt;
Zawsze słowian traktowali władczo,&lt;br&gt;
Teraz jeszcze nie ruszyli. Patrzą.&lt;br&gt;
Kiedyś jeszcze będzie czwarta rano...&lt;br&gt;
Rany boskie, niech ci Ruscy zastaną!&lt;br&gt;
Można z nimi się bić lub się gniewać&lt;br&gt;
Ale można z nimi popić i pośpiewać.&lt;br&gt;
Można kochać bardzo piękną Rosjankę.&lt;br&gt;
(Niemka kwiknie i powie - Sztop, danke!)&lt;br&gt;
Ja z Ruskimi się nie ściskam, nie bratam,&lt;br&gt;
Przez nich zginął mój dzielny Tata.&lt;br&gt;
Gdybym miał możliwości kilka,&lt;br&gt;
Lecz mam dwie: albo Misia albo Wilka.&lt;br&gt;
Wolę Miszkę. Wprawdzie bywa zeń złodziej,&lt;br&gt;
Ale umie dać wilkowi po mordzie.&lt;br&gt;
Jego dola jak i nasza jest twarda,&lt;br&gt;
Całkiem obca jest mu wilcza pogarda.&lt;br&gt;
Wilk ma teraz w polowaniem przerwę,&lt;br&gt;
Lecz wiadomo kto dla Wilka ścierwem.&lt;br&gt;
Miszka gryzie nas albo nas liże,&lt;br&gt;
Lecz dla Miszki My jesteśmy Paryżem.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Droga</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/393/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/393/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Droga
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A droga wiedzie w przód i w przód&lt;br&gt; 
Skąd się zaczęła tuz za progiem&lt;br&gt;
I w dal przede mną mknie na wschód&lt;br&gt;
A ja wciąż za nią tak jak mog&lt;br&gt;
Skorymi stopy za nią w ślad&lt;br&gt;
Aż w szersza się rozpłynie drogę&lt;br&gt;
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł&lt;br&gt;
A potem dokąd rzec nie mogę.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kres</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/394/</link><pubDate>Thu, 26 Jul 2001 20:15:25 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/394/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; Kres &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wyruszajmy póki czas,&lt;br&gt;
Póki nie dostrzega nas,&lt;br&gt;
Oko śmierci, przerażenia,&lt;br&gt;
I wiecznego potępienia,&lt;br&gt;
Jeszcze mamy serca zdrowe,&lt;br&gt;
Nie splamione brudną krwią,&lt;br&gt;
Na tę próbę nie gotowe,&lt;br&gt;
Nasze serca jeszcze są,&lt;br&gt;
Lecz nadchodzi dzień osądu,&lt;br&gt;
Więc nadchodzi życia kres,&lt;br&gt;
Niech umyka z tego lądu,&lt;br&gt;
Kto ciemności sługą jest,&lt;br&gt;
Nam nie grożą kary i tortury,&lt;br&gt;
Ni żałości i grozy kraj,&lt;br&gt;
To nie dla nas piekła stoją mury,&lt;br&gt;
Dla nas szczęście wieczne, oraz wieczny raj.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wampir</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/395/</link><pubDate>Thu, 26 Jul 2001 20:15:25 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/395/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; Wampir &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pośród ludzi szarych stoisz,&lt;br&gt;
Niby nie wyróżniasz się,&lt;br&gt;
Ale ty niczego się nie boisz,&lt;br&gt;
Boś wampirem nie od dzisiaj jest,&lt;br&gt;
Co noc twarz twa zmienia się potwornie,&lt;br&gt;
I dwa kiełki wychylają się,&lt;br&gt;
Niby podwórze sprzątasz pokornie,&lt;br&gt;
Lecz naprawdę napić dziś się chcesz,&lt;br&gt;
Czekasz tylko na ofiarę, aby zęby w szyję wbić,&lt;br&gt;
No a później to wiadomo będziesz tylko pić i pić,&lt;br&gt;
I gdy ciało blade będzie,&lt;br&gt;
Gdzieś do kubła je wyrzucisz,&lt;br&gt;
I w wariackim swoim pędzie,&lt;br&gt;
Do swej trumny znów powrócisz.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Słomiany zapał</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/396/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:38 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/396/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; 
SŁOMIANY ZAPAŁ&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz na bardzo wytworny raut u księżnej pani &lt;br&gt;
Gdy na stół właśnie wjeżdżał peklowany zając, &lt;br&gt;
Przyszedł rotmistrz wraz z koniem, a obaj pijani, &lt;br&gt;
I stanęli pośrodku, ordynarnie czkając. &lt;br&gt;
Zbledli dostojni goście. Księżnej pani babcia &lt;br&gt;
Padła, jakby dotknęła elektrycznych kabli, &lt;br&gt;
A rotmistrz stał, i tylko macał się po rapciach, &lt;br&gt;
Szukając najwyraźniej swojej wiernej szabli... &lt;br&gt;
Jakoś znalazł i wyjął. Błysnęło straszliwie, &lt;br&gt;
Rotmistrz przez figle zaczął robić w meblach dziurki &lt;br&gt;
Poczem stanął przed księżną i rzekł bełkotliwie: &lt;br&gt;
- Pani mi s-swego czasu odmówiłaś c...córki? &lt;br&gt;
Tu aluzyjnie rąbnął klingą po marmurze, &lt;br&gt;
Ciachnął dwakroć na odlew, wąs stryjowi ostrzygł, &lt;br&gt;
Dziadkowi wepchnął w usta tłuste udko kurze, &lt;br&gt;
A księżna wyjąkała: - Nie ja ... to nieboszczyk &lt;br&gt;
Mój mąż był nieprzychylny zamierzeniom pańskim, &lt;br&gt;
Ale ja nie żywiłam niechęci do pana ... &lt;br&gt;
I przerwała, albowiem spity koń ułański &lt;br&gt;
Z infantylną ufnością wlazł jej na kolana &lt;br&gt;
I zasnął ... Zasię księżna, aczkolwiek w opałach &lt;br&gt;
Poczuła, że jej w oku łza się nagle kręci, &lt;br&gt;
Bo ów siwy, chrapiący w jej objęciach wałach &lt;br&gt;
Przypominał żywo jej męża, świętej pamięci, &lt;br&gt;
Więc załkała, zaś szwagier, dostojny senator, &lt;br&gt;
Wyrzucił z oka monokl jednym drgnięciem powiek &lt;br&gt;
i powiedział: - Znajdziemy jakąś radę na to, &lt;br&gt;
Rotmistrzu, wszak pan jesteś honorowy człowiek, &lt;br&gt;
Schowaj szablę do pochwy! A rotmistrz posapał, &lt;br&gt;
Ale schował, i obaj wdali się w konszachty... &lt;br&gt;
Oto jak zwykle kończył się słomiany zapał, &lt;br&gt;
I jak bezpłodne były poczynania szlachty!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ilość w jakość</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/397/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:38 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/397/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ILOŚĆ W JAKOŚĆ&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wszystko nam rośnie wszystko się zmienia,&lt;br&gt;
Osiągi coraz bardziej podniebne, &lt;br&gt;
Tutaj badania, tam - doświadczenia, &lt;br&gt;
Tylko czy aby wszystkie potrzebne? &lt;br&gt;
Na przykład Józef Maria Wybzdyczaj&lt;br&gt;
Zdoktoryzował się był w cichości, &lt;br&gt;
Bo andrzejkowy opisał zwyczaj&lt;br&gt;
Wraz z laniem wosku, i z laniem gości.&lt;br&gt;
Ot, docent Dreptak, na seminarium &lt;br&gt;
Wraz z asystentem, Janem Panicznym, &lt;br&gt;
Dręczyli rybę pięć lat w akwarium &lt;br&gt;
Prądem tresując ją elektrycznym &lt;br&gt;
I doświadczenia robiąc najdziksze &lt;br&gt;
A teraz dumą ich to nastraja &lt;br&gt;
Że biedna ryba siada na ikrze &lt;br&gt;
Jak jaka głupia kura na jajach. &lt;br&gt;
Jedni się trudzą, inni im płacą, &lt;br&gt;
Prądu wychodzi ilość niezgorsza, &lt;br&gt;
A ja się pytam: - komu to na co, &lt;br&gt;
Że mamy kwokę z samicy dorsza? &lt;br&gt;
Są wprawdzie pewne uzasadnienia, &lt;br&gt;
Dreptak dowodził mi w sposób gładki &lt;br&gt;
Że po piętnastu latach siedzenia &lt;br&gt;
Rybie wyrosnąć mogą pośladki, &lt;br&gt;
Że w jej potomstwie się to utrwali &lt;br&gt;
I że dzień taki jest już bliziutko, &lt;br&gt;
Kiedy będziemy w knajpie wołali: &lt;br&gt;
- Proszę pół litra i rybie udko! &lt;br&gt;
Ale niestety, dziś w czasie tarła &lt;br&gt;
Ta ryba - widać spryciara duża - &lt;br&gt;
Bez dania racji wzięła i zmarła &lt;br&gt;
Zanim wyrosła jej pupa kurza. &lt;br&gt;
Atoli Dreptak nasz nie rozpacza, &lt;br&gt;
I dalej kroczy swą słuszną drogą, &lt;br&gt;
Właśnie dorwawszy gdzieś szopa-pracza &lt;br&gt;
Wsadził draniowi grzałkę pod ogon. &lt;br&gt;
Teraz go śledzi, mierzy suwmiarką, &lt;br&gt;
Eksperymenty różne wyczynia...... &lt;br&gt;
Co z tego będzie? Praczka z suszarką, &lt;br&gt;
A jak szop zdechnie, to będzie świnia!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wernisaż</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/398/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:38 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/398/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WERNISAŻ
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Hej, kroczy Dreptak, niczym cysarz, &lt;br&gt;
Duma niezmierna go rozdęła, &lt;br&gt;
Bo Dreptak dzisiaj ma wernisaż, &lt;br&gt;
Bo dziś wystawia swoje dzieła. &lt;br&gt;
Ze wszech stron cisną się ciekawi, &lt;br&gt;
Wszędzie "Wólczanek" lśnią mankiety. &lt;br&gt;
"Ciekawe, co też on wystawi?" - &lt;br&gt;
Interesują się kobiety. &lt;br&gt;
Tłum recenzentów wzrokiem zgłębia &lt;br&gt;
Obrazy mistrza, poczem szczerze &lt;br&gt;
Się cieszy: - "O, jest jarzębiak &lt;br&gt;
W butelkach po Courvasierze!" &lt;br&gt;
Koledzy snują się jak neptki, &lt;br&gt;
Bowiem zazdrości czerw ich toczy. &lt;br&gt;
Plastyczne kręcą się adeptki &lt;br&gt;
I do Dreptaka robią oczy. &lt;br&gt;
Wtem szmer się rozległ powitalny, &lt;br&gt;
Niektórzy pochowali ćwiartki, &lt;br&gt;
Bo wszedł kierownik kulturalny &lt;br&gt;
I zaczął truć zabranych z kartki. &lt;br&gt;
(Właściwie był to raczej foliał, &lt;br&gt;
Bumaga w skórę oprawiona) &lt;br&gt;
A truł tak, jak Lukrecja Borgia, &lt;br&gt;
Lub jak Radziwiłłównę Bona. &lt;br&gt;
Hej, był to widok śliczny nader! &lt;br&gt;
Wszyscy kolejno zasypiali, &lt;br&gt;
A on tak truł ich jak kumader &lt;br&gt;
Azotox, fenol i cjankali. &lt;br&gt;
Skończył i spojrzał w krąg narrator: &lt;br&gt;
Sala chrapała na potęgę, &lt;br&gt;
Co widząc, chwycił w dłoń sekator &lt;br&gt;
I z głośnym zgrzytem przeciął wstęgę. &lt;br&gt;
I wnet, jak za dotknięciem wróżki &lt;br&gt;
Znowu ruch zrobił się w salonie, &lt;br&gt;
I znowu za kieliszków nóżki &lt;br&gt;
Chwyciły recenzentów dłonie. &lt;br&gt;
I znów koledzy jęli szeptać, &lt;br&gt;
Że Dreptak powystawiał chały, &lt;br&gt;
Natomiast ówże właśnie Dreptak &lt;br&gt;
Ponownie zrobił się wspaniały &lt;br&gt;
I słuchał, co mu jeden pisarz &lt;br&gt;
Kadził do ucha przypochlebnie. &lt;br&gt;
I znów potoczył się wernisarz &lt;br&gt;
Wysztyftowany niemożebnie. &lt;br&gt;
A za oknami, na ulicy &lt;br&gt;
Pozamiatanej pozytywnie, &lt;br&gt;
Liczni i chytrzy urzędnicy &lt;br&gt;
Szli uśmiechnęci bardzo dziwnie, &lt;br&gt;
A w myślach mieli różne stacje, &lt;br&gt;
Co jadąc w teren przejechali &lt;br&gt;
I kiepsko płatne delegacje, &lt;br&gt;
Co to je ciut ponaciągali. &lt;br&gt;
A jeszcze dalej, hen, w plenerze &lt;br&gt;
Śpiewali żeńce i dojarki, &lt;br&gt;
Pastuszek jechał na skuterze &lt;br&gt;
I stało kilka kopalń siarki, &lt;br&gt;
I trochę wojska trenowało &lt;br&gt;
Teirię rozkładania noszy &lt;br&gt;
I ksiądz coś wpłacał na PKO &lt;br&gt;
Drobnymi po pięćdziesiąt groszy. &lt;br&gt;
Ale poza tym była cisza &lt;br&gt;
Plebejsko - prometejsko - wiejska, &lt;br&gt;
A jak dodamy ten wernisaż, &lt;br&gt;
To średnio wschodnio europejska. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Korzyść</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/399/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:38 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/399/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KORZYŚĆ 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
&lt;i&gt;(w tle coś wiejskiego)&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden pan mówił w radio &lt;br&gt;
Już od wczesnego świtania &lt;br&gt;
Że wkrótce przed nami staną &lt;br&gt;
Odpowiedzialne zadania. &lt;br&gt;
Faktycznie, niedługo potem &lt;br&gt;
Przy Dreptakowej chałupie &lt;br&gt;
Jedno stanęło pod płotem &lt;br&gt;
I stało jak jakie głupie. &lt;br&gt;
Ludzie je nieraz prosili: &lt;br&gt;
- Niechże zadanie siada! &lt;br&gt;
- Niestety... nie wypada..... &lt;br&gt;
Nie po to mnie postawili.... &lt;br&gt;
Po pewnym czasie, ludność &lt;br&gt;
W związku z najnowszym etapem &lt;br&gt;
Ogólnej Walki O Schludność &lt;br&gt;
Pobieliła zadanie wapnem, &lt;br&gt;
A później sołtys przyszedł &lt;br&gt;
I zaczął na tym zadaniu &lt;br&gt;
Przyklejać różne afisze &lt;br&gt;
O inseminowaniu, &lt;br&gt;
O stonce, o walce z posuchą, &lt;br&gt;
O tym, że teatr przybędzie, &lt;br&gt;
Oraz "Bij wroga w ucho", &lt;br&gt;
Jak również "Jakoś to będzie"; &lt;br&gt;
Tudzież na inny temat, &lt;br&gt;
Aż stwierdzono pewnej niedzieli, &lt;br&gt;
Że nawet już miejsca nie ma &lt;br&gt;
Żeby coś jeszcze nakleić. &lt;br&gt;
I chłopi mówili po sumie &lt;br&gt;
(a przed audycją meteo)&lt;br&gt;
- Hej, dobrze by było, kumie, &lt;br&gt;
Żeby co znowu stanęło! &lt;br&gt;
Na szczęście prognozy są dobre &lt;br&gt;
Sam słyszałem wczoraj wieczorem &lt;br&gt;
Już wkrótce stanąć ma problem, &lt;br&gt;
Zagadnienie i droga otworem!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Potęga śledzia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/400/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:38 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/400/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 POTĘGA ŚLEDZIA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden rycerz, dość ponury, &lt;br&gt;
Konno wybrał się w konkury,&lt;br&gt;
Przez cały dzień trząsł się w siodle, &lt;br&gt;
Więc pod wieczór czuł się podle, &lt;br&gt;
Bo mu pancerz czynił rumor, &lt;br&gt;
Co na ogół psuje humor. &lt;br&gt;
Aż nareszcie ujrzał blanki &lt;br&gt;
Zamczyska swojej bogdanki &lt;br&gt;
I ukłonił się jej tacie &lt;br&gt;
Który stał tam przy armacie. &lt;br&gt;
Tata spojrzał nań łaskawie &lt;br&gt;
I pyta: - Pan w jakiej sprawie? &lt;br&gt;
Na to ten rycerz wkurzony, &lt;br&gt;
Powiada, że jest zmęczony, &lt;br&gt;
- Jak zjem i jak się wypluszczę, &lt;br&gt;
To - mówi - sprawę wyłuszczę! &lt;br&gt;
Tato w śmiech: - Czyś waszeć głupi? &lt;br&gt;
Tu jedzenia pan nie kupi, &lt;br&gt;
Bo właśnie wszystko wysłali &lt;br&gt;
Na eksport do Gwatemali. &lt;br&gt;
Rycerz więc uśmierzył gniewy, &lt;br&gt;
Wyjął śledzia zza cholewy, &lt;br&gt;
Z przyłbicy dobył cebulkę, &lt;br&gt;
Zwinął wszystko w ładną kulkę, &lt;br&gt;
Połknął, beknął, wypluł skórkę &lt;br&gt;
I oświadczył się o córkę. &lt;br&gt;
Lecz tato nie odpowiedział &lt;br&gt;
Tylko patrzył w tego śledzia, &lt;br&gt;
Przyczem do ust starowiny &lt;br&gt;
Napłynęło mnóstwo śliny, &lt;br&gt;
Zadrżał mu chudy tyłeczek &lt;br&gt;
I prosi: - Daj kawałeczek! &lt;br&gt;
- Chałę! - odparł rycerz na to - &lt;br&gt;
- Najpierw córkę daj mi tato! &lt;br&gt;
Ale gdy starzec ponury &lt;br&gt;
Wciąż się wzbraniał co do córy, &lt;br&gt;
Wówczas nasz rycerz zza pasa &lt;br&gt;
Wyjął drugiego matjasa, &lt;br&gt;
Popieprzył, oblał keczupem &lt;br&gt;
I zjadł razem z kręgosłupem. &lt;br&gt;
Wtedy w nieszczęsnym staruchu &lt;br&gt;
Coś jak pies zawyło w brzuchu, &lt;br&gt;
I - nie robiąc żadnych scysji - &lt;br&gt;
Udzielił swojej permisji, &lt;br&gt;
Czyli córce swej pozwolił &lt;br&gt;
Żeby ją rycerz zniewolił, &lt;br&gt;
Poczem już bez dalszej zwłoki &lt;br&gt;
Rzucił się na rybie zwłoki, &lt;br&gt;
Wyżej ceniąc te delicje &lt;br&gt;
Niż swe ojcowskie ambicje. &lt;br&gt;
Stąd dewiza nam wyrasta: &lt;br&gt;
- Śledź potęgą jest i basta! &lt;br&gt;
A wy, gdy ojczyzna w biedzie &lt;br&gt;
Błaga byście jedli śledzie, &lt;br&gt;
Bo rybacy dla odmiany &lt;br&gt;
Znów poprzekraczali plany &lt;br&gt;
I śledź cuchnie w braku chłodni, &lt;br&gt;
To wy jesteście wygodni, &lt;br&gt;
I każdy się tylko ino &lt;br&gt;
Rozgląda za wieprzowiną, &lt;br&gt;
W dupie mając wyższe cele? &lt;br&gt;
Fuj, brzydko, obywatele!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Niże</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/401/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/401/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NIŻE &lt;/p&gt;

&lt;p class="prawy"&gt;&lt;i&gt;w tle "BOLERO" Ravela&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gucio Dreptak przerwał pracę, wstchnął, wyszedł do ogrodu &lt;br&gt;
Znowu westchnął, bo się poczuł jakiś słaby i maleńki, &lt;br&gt;
A to tylko brzydkie niże nadciągały od zachodu &lt;br&gt;
Niosąc oprócz zmian ciśnienia różne stresy, łzy i lęki. &lt;br&gt;
Gucio Dreptak swój żywopłot sekatorem wielkim strzyże, &lt;br&gt;
Ciacha, macha, bo ma stracha, że nie skończy z tym przed nocą, &lt;br&gt;
A z zachodu ciągną sznurem obrzydliwe, małe niże &lt;br&gt;
I już Gucio zamiast ciachać, z rezygnacją myśli: - Po co? &lt;br&gt;
Stanął Gucio na trawniku, wzniósł zmartwione oczki w górę, &lt;br&gt;
Szarpnął rzadką swą fryzurę i pomyślał: - Matko Boska! &lt;br&gt;
Jadowite małe niże od zachodu ciągną sznurem, &lt;br&gt;
A na każdym, jak na koniu, jedzie jakaś podła troska! &lt;br&gt;
Wszystko wokół zdrowe, nowe, i zielone, i ruchliwe &lt;br&gt;
Mamy więcej kalafiorów, tranzystorów i prodiży, &lt;br&gt;
Ale ciągną od zachodu małe niże obrzydliwe, &lt;br&gt;
A co będzie, gdy nade mną któryś taki niż się zniży? &lt;br&gt;
I popatrzył Gucio Dreptak na sąsiadów, też Dreptaków, &lt;br&gt;
Co czytali, pracowali, spali, gnali za potrzebą, &lt;br&gt;
A nad nimi też te niże szły jak stada wrednych ptaków, &lt;br&gt;
Ale mało który Dreptak tak jak Gucio zerkał w niebo. &lt;br&gt;
Więc pomyślał sobie Gucio: - skoro wszyscy tacy sami, &lt;br&gt;
To dlaczego mam żyć w trwodze na krawędzi paraliżu &lt;br&gt;
I od innych czemu bardziej mam przejmować się niżami, &lt;br&gt;
Które ciągną tu stadami, od zachodu, niż po niżu? &lt;br&gt;
I to - mówiąc między nami - jest jedyna słuszna rada, &lt;br&gt;
Nie przejmować się, szczególnie gdy się na noc drzwi zatrzaśnie,&lt;br&gt;
Że paskudne, małe niże od zachodu ciągną w stadach, &lt;br&gt;
I że któryś może wybrać domek Gucia, lub twój właśnie...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Poufałość</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/402/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/402/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POUFAŁOŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na przyjęciu u państwa Dreptaków &lt;br&gt;
Kiedy wszyscy zajadali bryzol, &lt;br&gt;
Młody Dreptak, popiwszy koniaku, &lt;br&gt;
Wlazł do szafy z jedną panną Izą &lt;br&gt;
Kaczorkówną, pod byle pretekstem, &lt;br&gt;
Że niby tam szuka szala z lamy, &lt;br&gt;
A ta Iza była z dużym seksem, &lt;br&gt;
A on miał niewąski temperament. &lt;br&gt;
A nim wszedł tam, to włosy przylizał, &lt;br&gt;
Mrugnął okiem i na ręce chuchnął... &lt;br&gt;
A za jakiś kwadrans panna Iza &lt;br&gt;
Wyskoczyła i woła: - Mamuchno! &lt;br&gt;
I zaczęła mamci w ucho szeptać &lt;br&gt;
Budząc podziw i ciekawość gości, &lt;br&gt;
Że tam w szafie ten paskudny Dreptak &lt;br&gt;
Się dopuścił z nią poufałości... &lt;br&gt;
Na to mama na swej otomanie &lt;br&gt;
Podskoczyła i w ryk jak armata: &lt;br&gt;
- I ty na to pozwalasz Stefanie? &lt;br&gt;
Bowiem Stefan zwał się Izy tata... &lt;br&gt;
Stefan powstał, choć był chuderlawy &lt;br&gt;
I narażać się nie lubił zgoła, &lt;br&gt;
Lecz chcąc jakoś włączyć się do sprawy &lt;br&gt;
Wymamrotał: - No, to twoja szkoła! &lt;br&gt;
Wtedy jeden z wujów, względnie stryjów, &lt;br&gt;
O przepięknym, wręcz cerkiewnym basie, &lt;br&gt;
Do Dreptaka rzekł: - Ty świński ryju! &lt;br&gt;
A ów odparł ciepło: - Ty złamasie! &lt;br&gt;
Stryj się zachwiał, myślano że runie, &lt;br&gt;
Lecz go w porę złapał szwagier rudy, &lt;br&gt;
I posadził na śpiącą babunię, &lt;br&gt;
Która budząc się, krzyknęła: - Wódy! &lt;br&gt;
Wówczas mama, tłumiąc straszną żałość &lt;br&gt;
I chcąc wagi nadać całej gaffie, &lt;br&gt;
Zażądała: - Opisz poufałość, &lt;br&gt;
Której drań ten dopuścił się w szafie! &lt;br&gt;
Tu spojrzeli wszyscy na podleca, &lt;br&gt;
A panienka szept wydała cichy: &lt;br&gt;
- On mamuńciu rąbnął mnie po plecach &lt;br&gt;
I powiedział "Ty, pożycz dwie dychy"! &lt;br&gt;
Na te słowa zapadło milczenie, &lt;br&gt;
W ciszy pękła komuś w majtkach guma, &lt;br&gt;
I babunia głucha niczym pieniek &lt;br&gt;
Zapytała przytomnie: - Kto umarł?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wezwanie do technicyzacji</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/403/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/403/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WEZWANIE DO TECHNICYZACJI &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trochę obycia w sprawach techniki, &lt;br&gt;
Szczypce, śrubokręt, drut, et caetera, &lt;br&gt;
Kiedy wysiadły ci bezpieczniki &lt;br&gt;
Nie musisz zaraz wołać montera, &lt;br&gt;
W byle książeczce jest taki rozdział &lt;br&gt;
Z którego prosta prawda wynika - &lt;br&gt;
Wetknięty w dziurę kawałek gwoździa &lt;br&gt;
Jest skuteczniejszy od bezpiecznika. &lt;br&gt;
Trochę obycia, praktyki trochę, &lt;br&gt;
Choćby o, tyle, liźnij na razie! &lt;br&gt;
Gazyfikuje się każdą wiochę, &lt;br&gt;
Lecz ty, ciapciaku, co wiesz o gazie? &lt;br&gt;
Puszczasz sąsiadom zniewagi płaczem, &lt;br&gt;
Bowiem zasada nie jest ci znana, &lt;br&gt;
Iż zwykła dętka nabita gazem &lt;br&gt;
Działa skuteczniej, niż ręczny granat. &lt;br&gt;
Trochę praktyki, trochę metody, &lt;br&gt;
Dowiedźmy wszystkim, żeśmy nie burki, &lt;br&gt;
Można tak zwiększyć ciśnienie wody, &lt;br&gt;
Że u Kwiatkowskich wylecą kurki, &lt;br&gt;
Trochę wysiłku, posiedź po nocach, &lt;br&gt;
Ileż perspektyw ci się roztacza! &lt;br&gt;
Zamontowana do bramy proca &lt;br&gt;
Pozbawi wredną ciotkę siekacza, &lt;br&gt;
Podpiłowany w klo rezerwuar &lt;br&gt;
Zrzędnego stryjca gruchnie po glacy... &lt;br&gt;
Szeroki możesz mieć repertuar &lt;br&gt;
Przy odrobinie solidnej pracy! &lt;br&gt;
Bo zgodnie z treścią pięknej wytycznej &lt;br&gt;
I w duchu dziejowego nakazu &lt;br&gt;
Należy myśli humanistycznej &lt;br&gt;
Nadać techniczne środki wyrazu. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Turkucie i łowcy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/404/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/404/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 TURKUCIE I ŁOWCY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Profesja to nader rzadka, &lt;br&gt;
Ale się zdarza czasami &lt;br&gt;
Łowca Turkucia Podjadka &lt;br&gt;
Co walczy z turkuciami. &lt;br&gt;
Obce mu jest uczucie &lt;br&gt;
Litości dla turkuci, &lt;br&gt;
Jak złapie gdzieś turkucie &lt;br&gt;
To zaraz do worka wrzuci. &lt;br&gt;
A potem pan zwiadowca &lt;br&gt;
Instytutu Walki z Turkuciami &lt;br&gt;
Mówi: - O, dzielny łowca! &lt;br&gt;
Turkucie łapie garściami! &lt;br&gt;
Nikt jednak faktu nie zatrze, &lt;br&gt;
Że dzięki temu łowcy &lt;br&gt;
Turkucie są dzisiaj rzadsze &lt;br&gt;
Niż Kurpie, albo Połowcy, &lt;br&gt;
To tu, to ówdzie turkuć &lt;br&gt;
Jeden, dwa w każdej gminie... &lt;br&gt;
Nic tylko łbem o mur kuć - &lt;br&gt;
Co będzie, gdy reszta zginie, &lt;br&gt;
Albo ucieknie w Bieszczady, &lt;br&gt;
Lub na tatrzańskie manowce? &lt;br&gt;
O, zwolnią wtedy z posady &lt;br&gt;
Zasłużonego łowcę! &lt;br&gt;
Przepadnie wysoka gaża! &lt;br&gt;
Więc łowca, w trosce o byt &lt;br&gt;
Turkucie nocą rozmnaża &lt;br&gt;
I stwarza o nich mit. &lt;br&gt;
I wzrasta zagrożenie &lt;br&gt;
I plany, i plony trzeszczą, &lt;br&gt;
I łowca znowu jest w cenie &lt;br&gt;
I znowu go chwalą i pieszczą, &lt;br&gt;
I znowu obrasta legendą &lt;br&gt;
I ma za co jeść oraz pić... &lt;br&gt;
... jak długo łowcy będą - &lt;br&gt;
Tak długo turkuciom żyć! &lt;br&gt;
bo - zgodnie z bessą i hossą - &lt;br&gt;
Tworzy się obwód zamknięty. &lt;br&gt;
... chyba, żebyśmy tym łowcom &lt;br&gt;
Dali wysokie renty?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Porywacze</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/405/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/405/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PORYWACZE &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Co to się dzieje na świecie! &lt;br&gt;
Ostatnio podano w okólniku &lt;br&gt;
Że Cyganie oprócz małych dzieci, &lt;br&gt;
Porywają małych urzędników, &lt;br&gt;
Takich od ósmej grupy w dół. &lt;br&gt;
Najpierw stuzłotówką kuszą ich, podniecają, &lt;br&gt;
A gdy się który wychyli, to chwytają go w pół i porywają.&lt;br&gt;
I nocami, wertepami wiozą &lt;br&gt;
Aż przywożą urzędnika do obozu. &lt;br&gt;
A w obozie grają skrzypki i drumle &lt;br&gt;
Kipi w kotłach pachnący gulasz, &lt;br&gt;
A cyganki mają w oczach zadumę &lt;br&gt;
I pytają: - Ef, referent, pohulasz??? &lt;br&gt;
A referent jak referent, niska stopa, &lt;br&gt;
I w dodatku płaska, wikt - przeważnie kasza, &lt;br&gt;
Któżby się - mówiąc szczerze - oparł, &lt;br&gt;
Kiedy piękna cyganka zaprasza &lt;br&gt;
Do czardasza i do gulasza? &lt;br&gt;
Więc urzędnik podnosi głowę, &lt;br&gt;
Wszystkie nerwy grają w bidaczku, &lt;br&gt;
I zdejmuje zarękawki satynowe &lt;br&gt;
A binokle przekrzywia po kozacku, &lt;br&gt;
Chrząka cienko, pręży biust chudy &lt;br&gt;
I się puszcza. Na razie w prysiudy... &lt;br&gt;
Więc trzeba by coś zadziałać, &lt;br&gt;
Bo dzięki tym cygańskim praktykom &lt;br&gt;
Może nam się wykruszyć wspaniała &lt;br&gt;
Kadra naszych polskich urzędników &lt;br&gt;
I co by się wtedy z nami stało? &lt;br&gt;
Oj, ładnie byśmy na tym wyszli!!! &lt;br&gt;
... tylko że Cyganów u nas jakoś mało, &lt;br&gt;
A żeby ich zaimportować, to jakoś nikt nie pomyśli.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Święto kwiatów I</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/406/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/406/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ŚWIĘTO KWIATÓW I&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
O efektownej, smukłej dziewannie &lt;br&gt;
Mówi się wszędzie i nieustannie, &lt;br&gt;
Ot, mąż na przykład gdy wraca z drogi, &lt;br&gt;
Woła: - Dzie wanna? Ide myć nogi! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;

Fiołek jest wśród kwiatków rodzajem wesołka, &lt;br&gt;
Nie razu się powiada o kimś że "ma fiołka". &lt;br&gt;
Natomiast o kimś ważnym powiada się zgoła &lt;br&gt;
Inaczej, bo z szacunkiem: Ten, ale, ma fioła! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bratek ma dosyć mocną pozycję, &lt;br&gt;
Gdyż popierany jest przez milicję. &lt;br&gt;
Podczas włamania, albo wypadku, &lt;br&gt;
Milicja woła: - Ha! Tuś mi, bratku! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Aluzjonista</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/407/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/407/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ALUZJONISTA
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gucio jest mówca, Pucio - cyklista, &lt;br&gt;
Ja jestem znany Aluzjonista! &lt;br&gt;
Hi hi, ha ha! Aluzje robię jaaaaaaaaaa! &lt;br&gt;
Inny to co myśli chlapie, o uchwale, o etapie, &lt;br&gt;
Bez ogródek wypowiada wszystko wprost, ach ach! &lt;br&gt;
Ja - gdy siedząc na kanapie aluzyjnie stopę drapię - &lt;br&gt;
Komentuję równocześnie stopy wzrost, ha ha! &lt;br&gt;
W saloniku cioci Mrówci inny dowcip robię znów ci, &lt;br&gt;
Bo gdy lufcik ktoś otwiera - twierdzę, że &lt;br&gt;
Jeśli ktoś otworzył lufcik, to nie aby swąd wypuścić. &lt;br&gt;
Lecz by spostrzec, kto wychyli pierwszy się, hi hi! &lt;br&gt;
&lt;i&gt;(śmieje się sam ze swego dowcipu)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Pim pim, pam pam, aluzjonista jaaaaaaaam! &lt;br&gt;
Kiedy jest na obiad zupa, też się śmiechu robi kupa, &lt;br&gt;
Bo nadaję zwykłej zupie sens i głąb, tak tak! &lt;br&gt;
Kiedy odniechcenia w zupie aluzyjnie chochlą chlupię - &lt;br&gt;
Nucąc "ząb zupa dąb" i "dąb zupa ząb" hu hu! &lt;br&gt;
W telewizji o nawozach, kiedy mowa i o kozach, &lt;br&gt;
Lub zasiewy ktoś omawia, względnie tucz, &lt;br&gt;
Minę robię wręcz rozumną, - Teraz - mówię - będzie gumno! &lt;br&gt;
Mrużąc przy tym aluzyjnie jedno z ócz! &lt;br&gt;
&lt;i&gt;(ryczy ze śmiechu)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
I szał i śmiech, i krzyk "Bodajbyś zdechł"! &lt;br&gt;
Towarzyskie me zalety uwielbiają wręcz kobiety, &lt;br&gt;
Kontemplują każde słowo me i gest, och och! &lt;br&gt;
Grono pań się wprost zaśmiewa, &lt;br&gt;
Gdy ja cóś o rżnięciu... &lt;i&gt;(hi hi hi! hu hu hu!)&lt;/i&gt;... drzewa &lt;br&gt;
Lub gdy pytam, czy panienka lubi bez... &lt;i&gt;(trzymajcie mnie)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Bufetową śmieszę w bistro mówiąc: - Czy ma pani czystą? &lt;br&gt;
Ministrowi: - Ale ma pan mini-ster! Hu hu! &lt;br&gt;
Dżokejowi: - Nie bij konia.....!!!! No i cześć aluzju poniał! &lt;br&gt;
Taki ze mnie bawidamek i ceseur... oj ja nie mogę... &lt;br&gt;
ojej bo ja trzasnę... hi hi hi... hu hu hu...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sprawdzian</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/408/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/408/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SPRAWDZIAN&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden naczelny dyrektor wytwórni Kurdemoli &lt;br&gt;
Postanowił swych pracowników poddać psychicznej kontroli &lt;br&gt;
I przeprowadzić z nimi testy i doświadczenia &lt;br&gt;
Czy posiadają zdolność samodzielnego myślenia. &lt;br&gt;
Powstał więc sapiąc ciężko, bo był potężny i gruby, &lt;br&gt;
I nieoczekiwanie wszedł do Wydziału Rachuby &lt;br&gt;
I z głupia frant zagadnął młodszą księgową, Zosię: &lt;br&gt;
- Wie pani, że ostatnio dwa plus cztery jest osiem? &lt;br&gt;
Zosia podniosła oczy na swego sąsiada, rachmistrza: &lt;br&gt;
- Panie Dreptak, pan mówił mi co innego dotychczas...! &lt;br&gt;
- Ja? - krzyknął rachmistrz ze strachem, mrugając na Zosię skrycie - &lt;br&gt;
- Na pewno mnie z kontystą Babilończykiem mylicie! &lt;br&gt;
Toż ja pierwszy twierdziłem w sposób jasny i szczery &lt;br&gt;
Że dwa plus cztery jest osiem, jak dwa a dwa jest cztery! &lt;br&gt;
Na to podskoczył w górę kontysta Babilończyk: &lt;br&gt;
- Pan panie Dreptak myśli, że pan mnie tu wykończy? &lt;br&gt;
Ja panu dyrektorowi powiem, jeśli dyrektor nie wie, &lt;br&gt;
Ten Dreptak twierdził, że cztery plus dwa jest dziewięć! &lt;br&gt;
Dreptak podsunął mu kartkę: - O rany, nie syp mnie chłopie! &lt;br&gt;
Powiedzmy, że to Kociutko - co właśnie jest na urlopie...!!! &lt;br&gt;
Tu popatrzyli na siebie obaj wymownie i krótko &lt;br&gt;
I wykrzyknęli w duecie: - To nie my, to Kociutko!!! &lt;br&gt;
W tej chwili dyrektorowi wpadł nowy pomysł do głowy, &lt;br&gt;
Więc rzucił: - może sprawdzimy w mózgu elektronowym? &lt;br&gt;
A serca w urzędnikach jęknęły: - No to cześć! &lt;br&gt;
Mózg bez wątpienia wykaże, że cztery plus dwa jest sześć! &lt;br&gt;
Ale cóż robić? Drżący i bladzi niesłychanie &lt;br&gt;
Wsadzili mózgowi gdzie trzeba zaszyfrowane zadanie. &lt;br&gt;
Mózg warknął, połknął kartkę, odpowiedź wypluł w mig: &lt;br&gt;
Dyrektor patrzy: Dwa a cztery jest osiem, stoi jak byk! &lt;br&gt;
Dyrektor skoczył do lustra, wywalił jęzor różowy, &lt;br&gt;
Puls zmacał, spocił się silnie: - Ja - mówi - jestem niezdrowy.... &lt;br&gt;
Głowa mnie jakoś boli... Serce mi jakoś nawala... &lt;br&gt;
Wrócę mniej więcej za miesiąc... którędy tu do szpitala? &lt;br&gt;
A oni pojęli prawdę, co dotąd im była daleka: &lt;br&gt;
- Myśląca maszyna na prawdę potrafi zastąpić człowieka! &lt;br&gt;
I tak się zaprzyjaźnili z tą swoją kochaną maszynką &lt;br&gt;
Że co dzień ją smarowali świeżutką wazelinką. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Punktualność</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/409/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/409/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PUNKTUALNOŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wyliczymy sobie nareszcie &lt;br&gt;
Dokładnie i pryncypialnie, &lt;br&gt;
Co się w naszym kochanym mieście &lt;br&gt;
Dzieje niepunktualnie: &lt;br&gt;
- Niepunktualnie tramwaj przybywa, &lt;br&gt;
Niepunktualny dowóz pieczywa, &lt;br&gt;
Niepunktualny początek obrad, &lt;br&gt;
Niepunktualnie nadana "Kobra", &lt;br&gt;
Niepunktualnie przyszła pocztówka, &lt;br&gt;
Niepunktualnie pociąg do Lwówka, &lt;br&gt;
Niepunktualnie zostałaś mamą, &lt;br&gt;
Niepunktualnie coś z panoramą, &lt;br&gt;
Niepunktualne szycie ubrania, &lt;br&gt;
Niepunktualny odbiór mieszkania, &lt;br&gt;
Niepunktualnie chodzą zegary, &lt;br&gt;
Niepunktualnie otwarto bary, &lt;br&gt;
Niepunktualnie rusza produkcja, &lt;br&gt;
Niepunktualnie idzie obdukcja, &lt;br&gt;
Niepunktualny przebieg owacji, &lt;br&gt;
Niepunktualnie mąż z delegacji, &lt;br&gt;
Niepunktualnie wyjazd nad morze, &lt;br&gt;
Niepunktualnie lekarz, ksiądz, pogrzb, &lt;br&gt;
Niepunktualnie wywożą śmieci, &lt;br&gt;
Niepunktualnie wszystko, jak leci! &lt;br&gt;
Mimo tego jak zaraz dowiodę &lt;br&gt;
Coś się jednak robi po trochu, &lt;br&gt;
Bo jak trzeba wyłączyć wodę, &lt;br&gt;
To punkt ósma wyłączają, jej bohu! &lt;br&gt;
Widocznie naszą szerokość &lt;br&gt;
Zasilają dwa różne źródła: &lt;br&gt;
- Świadczenia - pi razy oko, &lt;br&gt;
- Ograniczenia - bez pudła!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przesada</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/410/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/410/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRZESADA &lt;/p&gt;

&lt;p class="prawy"&gt;&lt;i&gt;w tle melodia "Ośla serenada"&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w pewnym wielkim biurze &lt;br&gt;
Na nadodrzańskich stepach &lt;br&gt;
Zasługi bardzo duże &lt;br&gt;
Miał jeden Maciej Dreptak &lt;br&gt;
Co zrobił usprawnienie, &lt;br&gt;
Wynalazł nową metodę &lt;br&gt;
Więc wszyscy się cieszyli szalenie &lt;br&gt;
I chcieli mu dać nagrodę &lt;br&gt;
Ale on się zaczął certować &lt;br&gt;
Szarpiąc wstydliwie gumki od podwiązek, &lt;br&gt;
- Za co - pytał - obywatele chcecie mnie premiować? &lt;br&gt;
- Ta żeż to - mówił - był mój obowiązek! &lt;br&gt;
I rękami przecząco machał, &lt;br&gt;
A dyrektor mówił do niego: &lt;br&gt;
- No no, nie bądź pan taki skromniacha, &lt;br&gt;
To się panu należy, kolego &lt;br&gt;
Całkiem serio zasłużył pan na to! &lt;br&gt;
A ten Dreptak pocałował go w nogę: &lt;br&gt;
- Pan dyrektor - krzyknął - to całkiem jak tato, &lt;br&gt;
Ale ja tej premii wziąć nie mogę, &lt;br&gt;
Chociaż pan był łaskaw ją przyznać &lt;br&gt;
A mówiąc w taki sposób &lt;br&gt;
Chciał się świntuch dyrekcji podlizać &lt;br&gt;
I wyróżnić się wśród innych osób, &lt;br&gt;
Ale trochę tej metody nadużył &lt;br&gt;
Bo zapierał się nogami przy kasie &lt;br&gt;
Aż dyrektor się strasznie wkurzył &lt;br&gt;
I jak wrzaśnie: - Bierz nagrodę, ty burasie! &lt;br&gt;
A jak nie to w ogóle stąd szczeźniesz, &lt;br&gt;
Bo jak widzę ziółko z ciebie niezłe! &lt;br&gt;
- A nie wezmę! &lt;br&gt;
- A właśnie że weźmiesz! &lt;br&gt;
- A nie wezmę! &lt;br&gt;
Tu dyrektor uspokoił się, &lt;br&gt;
Uśmiech mu zagościł w szlachetnych rysach, &lt;br&gt;
Rzekł: - Klawo, jak nie to nie &lt;br&gt;
I wykreślił tę nagrodę przy pomocy długopisa, &lt;br&gt;
A ten durny Dreptak, z twarzą dziką &lt;br&gt;
Stanął, jakby się zamienił w słup soli... &lt;br&gt;
Nie wazelinujmy się przesadnie swym zwierzchnikom, &lt;br&gt;
Każdy nadmiar jest szkodliwy. I boli!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Klub odnowy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/411/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/411/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KLUB ODNOWY &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden Mikołaj Dreptak, osobnik postępowy &lt;br&gt;
Postanowił założyć Klub Moralnej Odnowy &lt;br&gt;
I założył! I wkrótce tego Dreptaka jadalnię &lt;br&gt;
Zapełniły osoby, pragnące się odnowić moralnie, &lt;br&gt;
Zaś Dreptak wszedł i chrząknął i rzekł: Panie, panowie, &lt;br&gt;
Zaraz się poświęcimy wszyscy moralnej odnowie, &lt;br&gt;
Tylko wpierw zarząd wybierzmy rozsądnie acz uroczyście, &lt;br&gt;
Kto będzie prezesem? A wszyscy w krzyk: - Pan oczywiście &lt;br&gt;
Dreptak się skłonił wzruszony. Następnie metodą seryjną &lt;br&gt;
Wybrano zarząd, skarbnika, komisję rewizyjną, &lt;br&gt;
Oraz komisję matkę i komisarza - tatkę &lt;br&gt;
I ustalono jaką miesięcznie płacić składkę, &lt;br&gt;
I zrobiono plan dalszych zebrań, jak również preleminarz &lt;br&gt;
I wszyscy pobiegli do domów, bo Eden się właśnie zaczynał, &lt;br&gt;
A za tydzień znów się zebrali i myśleli o czym radzić? &lt;br&gt;
O alienacji? Frustracji? O ciąży panny Jadzi? &lt;br&gt;
Aż Kociutko powiedział że nuda, i że wynosi się stąd, &lt;br&gt;
To prezes się zdenerwował: - No to panie Kociutko, wont! &lt;br&gt;
- Tylko nie wont! - rzekł Kociutko - tylko nie wont ty burasie! &lt;br&gt;
I gwizdnął prezesa srewantką, która rozleciała się..... &lt;br&gt;
Tu straszny się zrobił zamęt, bo wszyscy dawaj się naparzać, &lt;br&gt;
Naciągać drugim uszy i po podłodze się tarzać, &lt;br&gt;
Oraz wyrywać oburącz włosy z bród, wąsów i grzywek, &lt;br&gt;
Ponieważ faktycznie byli pozbawieni jakichkolwiek rozrywek, &lt;br&gt;
A gdy skończyli bójkę i chcieli czym prędzej nawiać, &lt;br&gt;
To Dreptak wziął dubeltówkę i rzekł: - Jazda meble odnawiać! &lt;br&gt;
I oto po trzech godzinach powstawiano wyłamane szczeble, &lt;br&gt;
Pozaszywano obicia, wypucowano te meble, &lt;br&gt;
Że były zupełnie jak nowe, i wszyscy zmęczeni usiedli &lt;br&gt;
I rzekli: - Po co nam moralna odnowa? Załóżmy punkt odnowy mebli!!!&lt;br&gt;
I założyli, i odtąd żyli w dobrobycie i wielkiej sytości, &lt;br&gt;
A dlaczego im się tak udało? Bo zaczęli od spraw moralności!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ananas</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/412/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/412/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ANANAS 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeszcze od czasów Mieszka lub Sasa &lt;br&gt;
Zawzięliśmy się na ananasa. &lt;br&gt;
Jak ktoś coś komuś naskarżył na nas, &lt;br&gt;
Mówimy o nim: - O, to ananas! &lt;br&gt;
Czemuż do diabła - niech mi kto powi - &lt;br&gt;
Tak dokuczamy ananasowi? &lt;br&gt;
Czemu życzliwych słów kilku w prasie &lt;br&gt;
Nikt nie zamieści o ananasie? &lt;br&gt;
Zdrowiej by było, zamiast półbasem &lt;br&gt;
Na deser raczyć się ananasem! &lt;br&gt;
Ba, ale nasze pola i lasy &lt;br&gt;
Bardzo ubogie są w ananasy, &lt;br&gt;
Chociaż - jak mówią sceny z arrasów - &lt;br&gt;
Ongiś kmieć zbierał plon z ananasów &lt;br&gt;
Pastewnych: - Lepiej się krowy pasom - &lt;br&gt;
- powiadał - Dzięki tym ananasom! &lt;br&gt;
I sam dokarmiał się, z potomkami, &lt;br&gt;
Z braku kawioru - ananasami, &lt;br&gt;
Aż po zbyt intensywnych wypasach &lt;br&gt;
Nawet ślad zginął po ananasach, &lt;br&gt;
W związku z czym docent Dyonizy Panas &lt;br&gt;
Rzekł iż "Nec locus ubi ananas". &lt;br&gt;
Pozostał tylko obraz Picassa &lt;br&gt;
Nazwany "Anna je ananasa" &lt;br&gt;
Rejestrowany też błędnie czasem &lt;br&gt;
Pod hasłem "Anna je ananasem". &lt;br&gt;
Drodzy słuchacze! Tak coś mi zda się &lt;br&gt;
Że czas zawołać: - Wróć, ananasie! &lt;br&gt;
Wśród pól pszenicznych zostawmy pasy &lt;br&gt;
Gdzie będą mogły róść ananasy, &lt;br&gt;
Ponieważ mnóstwo różnych frykasów &lt;br&gt;
Można sporządzić z tych ananasów - &lt;br&gt;
Poddać fermentom, zacierom, kwasom, &lt;br&gt;
I wódkę dzięki mieć ananasom. &lt;br&gt;
A taki okrzyk - pomyślcie sami! - &lt;br&gt;
- Proszę schabowy z ananasami! &lt;br&gt;
Gadałem tutaj we wszystkich czasach...... &lt;br&gt;
(pardon: przypadkach!) - o ananasach, &lt;br&gt;
Lecz stąd pociecha nieduża dla nas, - &lt;br&gt;
Nie chce się w Polsce przyjąć ananas. &lt;br&gt;
Choć zaproszenia zewsząd się sypią - &lt;br&gt;
Ananas na nas tylko się wypiął, &lt;br&gt;
W związku z wypięciem owym, w ogóle &lt;br&gt;
Skreślam faceta. Byde żarł grule.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wrocławczyki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/413/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/413/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WROCŁAWCZYKI&lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
narrator: Drodzy Wrocławianie, ponieważ nie mamy swoich wrocławskich śpiewek, więc skorzystajmy z krakowiaczków. Melodia ludowa a treść postępowa, z tym że treść dotyczy Wrocławia, więc to już nie będą krakowiaczki tylko co? No co? &lt;br&gt;
wszyscy: Wrocławiaczki!!!! &lt;br&gt;
narrator: Oczywiście że tak! Śpiewamy więc wrocławiaczki! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;(przygrywka) &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie opuszcza humor, &lt;br&gt;
Nie opuszcza wigor, &lt;br&gt;
Chociaż nas opuścić &lt;br&gt;
Chce Przegrodzki Igor!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chce stołeczne sceny &lt;br&gt;
Zasilić od wtorku, &lt;br&gt;
Oj wrócisz ty do nas &lt;br&gt;
Niewierny Igorku! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oj wrócisz ty do nas &lt;br&gt;
W garniturku w łaty, &lt;br&gt;
Będziesz gorzko płakał: &lt;br&gt;
- Pomyłujte braty!!! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Toasty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/414/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/414/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
TOASTY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ech, krzyk i rewelacja, &lt;br&gt;
Atmosfera paniczna, &lt;br&gt;
Bo z Francji delegacja &lt;br&gt;
Przybyła zagraniczna, &lt;br&gt;
Nawiązać z nami kontakt, &lt;br&gt;
A szef tej delegacji &lt;br&gt;
Podpisze nawet kontrakt &lt;br&gt;
W sprawie kooperacji! &lt;br&gt;
Ot problem, daj go katu, &lt;br&gt;
Jak przyjąć zagranicę? &lt;br&gt;
Dyrektor kombinatu &lt;br&gt;
Rozmawia ze swym "vice" &lt;br&gt;
Jak uczcić przedsięwzięcie &lt;br&gt;
By elegancko było? &lt;br&gt;
Jak urządzić przyjęcie? &lt;br&gt;
Po pół litra na ryło? &lt;br&gt;
Może po całym litrze? &lt;br&gt;
I co? Winiak czy czysta? &lt;br&gt;
I może by na cytrze &lt;br&gt;
Grał w kącie Karapystka? &lt;br&gt;
Może by przy nakryciach &lt;br&gt;
Asparagus pierzasty? &lt;br&gt;
I jakie podczas picia &lt;br&gt;
Należy wznieść toasty, &lt;br&gt;
Żeby było frymuśnie, &lt;br&gt;
Ale przy tym z fasonem..... &lt;br&gt;
- Może "chluśniem bo uśniem"? &lt;br&gt;
Rzekł ktoś niepewnym tonem. &lt;br&gt;
- Owszem, to niezły wierszyk, &lt;br&gt;
Ale gdzieś tak pod koniec! &lt;br&gt;
- "Zdrowie pań po raz pierwszy"! &lt;br&gt;
Krzyknął kasjer Piotr Dzwoniec. &lt;br&gt;
- To nam też nie podejdzie &lt;br&gt;
Bo przybyli bez kobiet. &lt;br&gt;
- "Prosiemy, bo śkłem przejdzie!" &lt;br&gt;
Zawołali księgowi. &lt;br&gt;
- Ba, któż to przetłumaczy, &lt;br&gt;
Chociaż brzmi, dość ambitnie.... &lt;br&gt;
Szef kadr rzucił w rozpaczy: &lt;br&gt;
- "Pierdykniem, bo odwykniem ?" &lt;br&gt;
A francuska ekipa &lt;br&gt;
Już do jadalni zmierza, &lt;br&gt;
Nie wiadomo, czy stypa, &lt;br&gt;
Czy ostatnia wieczerza? &lt;br&gt;
Smutno acz uroczyście, &lt;br&gt;
Coś skwierczy w jarzeniówkach &lt;br&gt;
I wódka lśni srebrzyście &lt;br&gt;
W czterdziestu półlitrówkach, &lt;br&gt;
A dla niektórych osób &lt;br&gt;
Nawet koniak francuski, &lt;br&gt;
I słychać próby rozmów: &lt;br&gt;
- Gawaricie po ruski? &lt;br&gt;
Wreszcie główny szef powstał, &lt;br&gt;
I wszyscy nań spojrzeli: &lt;br&gt;
Twarz, myśląca choć prosta &lt;br&gt;
W prawicy rżnięty kielich. &lt;br&gt;
Urodziwy jak Drozda &lt;br&gt;
A natchniony jak w transie &lt;br&gt;
Po francusku się rozdarł: &lt;br&gt;
Hende hoch! Aby nam sie... &lt;br&gt;
Zabulgotała czysta, &lt;br&gt;
Zaczęły się narady &lt;br&gt;
Zbliżono stanowiska, &lt;br&gt;
Podpisano układy, &lt;br&gt;
A szef błagał tłumacza &lt;br&gt;
Gdy szli do toalety: &lt;br&gt;
- Jezu, sprawdźcie no Kawczak, &lt;br&gt;
Czy to znów nie Berliety!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>The Polish Streap-Tease System</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/415/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/415/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
THE POLISH STRIP-TEASE SYSTEM &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
&lt;i&gt;(baba grubo ubrana, śpiewa, tańczy, podskakuje) &lt;/i&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wreszcie komuś przyszedł do łba pomysł zbawczy, &lt;br&gt;
Poszły w kąt zachodnie trendy i metody - &lt;br&gt;
Oto striptiz, ale striptiz wychowawczy,&lt;br&gt;
Czyli striptiz połączony z rewią mody! &lt;br&gt;
Od zachwytu pieje prasa, trzeszczy kasa, &lt;br&gt;
Biegną młodzi, tłumnie pchają się staruchy: &lt;br&gt;
Ludzie! Babka się rozbiera na golasa, &lt;br&gt;
A po drodze demonstruje różne ciuchy! &lt;br&gt;
Proszę wyjąć okulary, przetrzeć lupy &lt;br&gt;
I podziwiać, bo to zdrowe i ludowe - &lt;br&gt;
Płaszcz z torbami w których mieszczą się zakupy, &lt;br&gt;
A ta skrytka to na kartki żywnościowe! &lt;br&gt;
&lt;i&gt;(zdejmuje płaszcz, zostaje w sukience)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Tej sukienki używamy w trudnych sprawach &lt;br&gt;
Do protekcji, kumoterstwa i przyśpieszeń - &lt;br&gt;
Tak łapówkę ładujemy do rękawa... &lt;i&gt;(demonstruje)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
A tak wpadnie ona zgrabnie w czyjąś kieszeń... &lt;i&gt;(demonstruje)&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
&lt;i&gt;(zdejmuje sukienkę, zostaje w spodniach)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Oto ładne i praktyczne bardzo spodnie &lt;br&gt;
Na zebrania, albo nudne imieniny, &lt;br&gt;
Inni cierpią, my siedzimy zaś wygodnie &lt;br&gt;
Mając z tyłu wszyty kawał watoliny... &lt;i&gt;(demonstruje)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
&lt;i&gt;(zdejmuje spodnie, zostaje w mini)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Gdy natomiast poczujemy się kobietą &lt;br&gt;
I gdy piękny jakiś samiec nas uwodzi, &lt;br&gt;
Posługujemy się tą mini-toaletą... &lt;i&gt;(rozpina)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Zapinaną błyskawicznie gdy mąż wchodzi... &lt;i&gt;(zapina)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
I w ten sposób nadszedł wreszcie czas na nagość &lt;br&gt;
Którą państwu obiecałam w swoim czasie, &lt;br&gt;
Więc marzeniom wszystkich panów czyniąc zadość, &lt;br&gt;
Stanę teraz w nieokrytej niczym krasie... &lt;i&gt;(rozpina)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Ale może taki widok was zniechęci? &lt;br&gt;
Może zwiędną waszych chuci bujne sztormy....? &lt;br&gt;
Zaczekajmy! Jak reforma się rozkręci, &lt;i&gt;(zapina)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
To z nas sama ściągnie gacie i reformy! &lt;br&gt;
&lt;i&gt;(wychodzi plącząc się w gaciach)&lt;/i&gt; &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jana Dezyderego Dreptaka rozprawa z filozofią pesymizmu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/416/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/416/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
JANA DEZYDEREGO DREPTAKA ROZPRAWA Z FILOZOFIĄ PESYMIZMU &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jan Dezydery Dreptak zapoznał się kiedyś z Sartrem &lt;br&gt;
(znaczy nie osobiście, tylko z jego twórczością) &lt;br&gt;
I przeczytał że życie prawie nic nie jest warte, &lt;br&gt;
Ponieważ i tak zagłada wisi nad ludzkością. &lt;br&gt;
Następnie przeczytał również Levi-Straussa&lt;br&gt;
(Którego snobi nazywają Levi-Sztrosem &lt;br&gt;
Chociaż jest Sztraus i pochodzi z okolic Buczacza)&lt;br&gt;
I zapłakał nad człowieczym losem, &lt;br&gt;
Ponieważ tam wyczytał że nie ma dialektyki &lt;br&gt;
I wszystko się rozwija w sposób dowolny i dziki. &lt;br&gt;
Tu Dreptak sięgnął jeszcze do Schopenhauera &lt;br&gt;
Przeczytał "Die Welt als Wille und Vorstellung" &lt;br&gt;
I zawołał głośno: - O cholera! &lt;br&gt;
Ta żeż to wszystko się dzieje bez celu! &lt;br&gt;
Ot lepiej się powieszę, po co przedłużać ten bezsens? &lt;br&gt;
I w samobójczych celach wydrapał się był na kredens, &lt;br&gt;
Ażeby się powiesić na haku od obrazka &lt;br&gt;
Przy pomocy sznura elektrycznego oderżniętego od żelazka. &lt;br&gt;
Już sobie założył pętelkę, już miał się przenieść w zaświaty, &lt;br&gt;
Już wyobrażał sobie siebie sztywnego, strojnego w kwiaty. &lt;br&gt;
A wtem nagle jak naraz nie wrzaśnie, jak nie zeskoczy na ziemię: &lt;br&gt;
Ot, byłbym się powiesił, a jutro mam dostać premię! &lt;br&gt;
Co rzekłszy wziął Levi-Straussa i buch przez okno na deptak, &lt;br&gt;
A stamtąd krzyk się podniósł: - Ożeż ty jakiś Dreptak! &lt;br&gt;
Bo książka spadając, trafiła w sam środek kapelusza &lt;br&gt;
Jednego rozrabiakę, Superfajczaka Tymoteusza, &lt;br&gt;
Co widząc Dreptak się zaśmiał, na okiennej się oparł ramie &lt;br&gt;
I wrzasnął: - Ja ci jeszcze dołożę, ty jakiś chamie! &lt;br&gt;
I dawaj w niego Sartrem i Schopenhauerem Arturem! &lt;br&gt;
... i co za głupota twierdzić, że życie jest złe i ponure????&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Limeryki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/417/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/417/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
LIMERYKI &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żył raz mnich, co zbieraczem był ikon &lt;br&gt;
Dnia jednego wydał gromki ryk on, &lt;br&gt;
Rzucił klasztor z tym rykiem &lt;br&gt;
I się został górnikiem &lt;br&gt;
Co przekraczał stale dzienny wykon. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żył raz pewien chłop na Dolnym Śląsku &lt;br&gt;
Co nie spełniał swoich obowiązków &lt;br&gt;
Tylko chadzał na bale, &lt;br&gt;
I za to raz szakale &lt;br&gt;
Pozjadały go kąsek po kąsku &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nieuczciwy sprzedawca w komisie &lt;br&gt;
Brał zbyt dużą należność za misie &lt;br&gt;
Nylonowe, a za to &lt;br&gt;
Wpadł do beczki z sałatą &lt;br&gt;
I tam nogi połamały mu się. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Limeryki lecytynowe</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/418/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/418/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 LIMERYKI LECYTYNOWE 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz literat żył przy wąskiej dróżce &lt;br&gt;
Który nie chciał pisać o peluszce &lt;br&gt;
Lecz udawał Jonesca &lt;br&gt;
Pieska jego niebieska, &lt;br&gt;
Za co wrzód mu się zrobił na nóżce. 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na Pilczycach jedna pani Marta &lt;br&gt;
Wciąż nuciła kompozycje Sarta &lt;br&gt;
Zamiast nucić Szpilmana &lt;br&gt;
I za to kiedyś z rana &lt;br&gt;
Wszyscy patrzą - a ona umarta...
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na Sępolnie jeden Piotr Ostróżka &lt;br&gt;
Pobił raz ciężarnego staruszka &lt;br&gt;
Lecz krótko się weselił, &lt;br&gt;
Bo mu dobrzy anieli &lt;br&gt;
Jeża za to wsadzili do łóżka. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wrocławskie limeryki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/419/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/419/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WROCŁAWSKIE LIMERYKI (XX) &lt;/p&gt;

&lt;p class="tytul"&gt;
Odważny mąż. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na basenie zwanym Morskie Oko &lt;br&gt;
Pewien pan nazwał żonę wywłoką,&lt;br&gt;
A chciaż był na gazie, &lt;br&gt;
Wiadomo w każdym razie &lt;br&gt;
Że mniej bał się jej, niż Kiki Koko. &lt;/p&gt;
&lt;p class="tytul"&gt;
Ohydny postępek Szkota. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden Szkot w narodowej spódnicy &lt;br&gt;
Pił raz wódkę w Świdnickiej Piwnicy. &lt;br&gt;
Wypiwszy cały trunek &lt;br&gt;
Zażądał by rachunek &lt;br&gt;
Przedstawiono nieboszczce carycy... &lt;/p&gt;

&lt;p class="tytul"&gt;
WROCŁAWSKIE LIMERYKI (C) &lt;/p&gt;

&lt;p class="tytul"&gt;
Systematyczna działalność. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz na Krzykach tuż koło remizy &lt;br&gt;
Dwaj bandyci robili striptizy, &lt;br&gt;
Lecz nie sobie. Przechodniom. &lt;br&gt;
A całą odzież spodnią &lt;br&gt;
Pakowali porządnie w walizy. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Limeryki poolimpijskie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/420/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/420/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
LIMERYKI POOLIMPIJSKIE I
&lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
narrator: Olimpiada już dawno minęła, ale wspomnienia i spostrzeżenia zostały, w związku z czym publikować zamierzamy od dziś Limeryki Poolimpijskie, łączące w sobie maksimum wiedzy o różnych gałęziach sportu, z głęboką nieraz filozofią. O, na przykład taki oto limeryk o dyskobolu: &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś jeden znany miotacz dyskiem &lt;br&gt;
się zajmował procederem niskiem, &lt;br&gt;
Rzucał bowiem tym dyskiem w sędziego &lt;br&gt;
A gdy trafił, to potem z kolegą &lt;br&gt;
Brali portfel i dzielili się zyskiem. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wrocławskie fraszki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/421/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/421/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WROCŁAWSKIE FRASZKI XII
&lt;/p&gt;

&lt;p class="tytul"&gt;
Ulisses! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ulisses był bardzo chytry! Kiedy w grę wchodzi kiesa, &lt;br&gt;
To profesor, pan Iwaszkiewicz przypomina mocno Ulissesa, &lt;br&gt;
Bo gdy się do niego zwrócić żeby dał na to lub owo, &lt;br&gt;
To on się pyta wymijająco: &lt;br&gt;
- A czytałeś pan Orzeszkową? &lt;/p&gt;

&lt;p class="tytul"&gt;
Umieranie... 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Umieranie nie jest u nas łatwe... nie dość że się w życiu wciąż pętasz, &lt;br&gt;
To się musisz pętać i po śmierci, gdyż cię nie chcą wpuścić na cmentarz, &lt;br&gt;
Zwłaszcza jeśli nie byłeś ochrzczony... Ale co tam! Jak już dobrze skonam, &lt;br&gt;
To niech się martwi pogrzebem Kierownictwo Komitetu do Spraw Radia i Telewizji, oraz moja kochana żona! &lt;br&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Gburowate hasełka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/422/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/422/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
GBUROWATE HASEŁKA&lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
dżentelmen: pierwszy na widowni a ostatni w szatni. &lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
Baletu synonim nowy: Zawracanie nogami głowy. &lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
Uwaga! Oprócz papierosów "Carmen" jest także opera Carmen! &lt;br&gt;
Zapraszamy! &lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
Tytuł na pierwszej stronie wiele sensu mieści:&lt;br&gt;
Nareszcie opera Narodowa w treści! &lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
I gdzie ten rozwój kultury, gdy nawet w operze "Gbury"? &lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
Aidę zamurowano w piramidzie, ale o wiele skuteczniej zamurowuje "Tanalbina". Do nabycia we wszystkich aptekach. &lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
Nowe, eleganckie hobby: Kwiaty do garderoby! &lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
Klasyczna metafora: Księgozbiór tenora. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń o obłapce</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/423/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/423/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIEŚŃ O OBŁAPCE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
On: Obłapka przy śniadanku &lt;br&gt;
To miły zwyczaj nasz, &lt;br&gt;
Bo zwykle o poranku &lt;br&gt;
Na baczność wszystko masz, &lt;br&gt;
Więc zachwycona babka &lt;br&gt;
Podziwia: - Ho ho ho! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
chór: Obłapka, ach obłapka, &lt;br&gt;
Doprawdy to jest to!&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
duet: Obłapki przy obiadku &lt;br&gt;
Też nie ma się co bać, &lt;br&gt;
Choć wolałbyś w swym sadku &lt;br&gt;
Na trawce świeżej spać, &lt;br&gt;
Gdzie wokół pachną jabłka, &lt;br&gt;
I pająk snuje nić.... &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
chór: Obłapka, ech obłapka, &lt;br&gt;
I bez niej da się żyć! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń finałowa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/424/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/424/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIEŚŃ FINAŁOWA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej ramiona swoje złączmy &lt;br&gt;
Niech poglądy nas nie dzielą &lt;br&gt;
Śmiałym krokiem wspólnie kroczmy &lt;br&gt;
W czwarty wiek przed naszą erą, &lt;br&gt;
Wprawdzie wiatr złowrogi zadął &lt;br&gt;
I nastaje na nas Pers, &lt;br&gt;
Ale my z helleńską swadą &lt;br&gt;
Zakrzyknijmy z głębi serc: &lt;br&gt;
Jakoś to będzie, jakoś to będzie, &lt;br&gt;
Tu się doczepi, tam dolepi lub doprzędzie, &lt;br&gt;
Tu się wywróży, tam się przedłuży, &lt;br&gt;
Ciut zachachmęci, ciut wykręci, ciut wykurzy, &lt;br&gt;
Trochę przysiędzie, trochę zbędzie, &lt;br&gt;
Trochę w oczy sypnie kurz, &lt;br&gt;
Jakoś to będzie i już! &lt;br&gt;
Kiedyś w szkole każde dziecię &lt;br&gt;
Będzie wkuwać greckie mity, &lt;br&gt;
Jak do domu przez lat dziesięć &lt;br&gt;
wracał Odys tak był spity, &lt;br&gt;
I co łabądź zrobił Ledzie, &lt;br&gt;
A co znów Europie byk... &lt;br&gt;
Bedzie o nas głośno, bedzie, &lt;br&gt;
Więc radosny wznieśmy krzyk: &lt;br&gt;
Jakoś to będzie, jakoś to będzie, &lt;br&gt;
Tu się doczepi, tam dolepi lub doprzędzie, &lt;br&gt;
Tu się wywróży, tam się przedłuży, &lt;br&gt;
Ciut zachachmęci, ciut wykręci, ciut wykurzy, &lt;br&gt;
Trochę przysiędzie, trochę zbędzie, &lt;br&gt;
Trochę w oczy sypnie kurz, &lt;br&gt;
Jakoś to będzie i już! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Święto kwiatów II</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/425/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:48:52 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/425/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ŚWIĘTO KWIATÓW II&lt;/p&gt;

&lt;p class="tytul"&gt;
Pożytek z mlecza:
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Siadł w mlecz &lt;br&gt;
Pewien rozrabiaka.... &lt;br&gt;
Mała rzecz, &lt;br&gt;
A radość jaka! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś pewien kneź w Klecinie &lt;br&gt;
Zrobił forsę na roślinie, &lt;br&gt;
Więc ten kwiatek, zgodnie z tradycją, &lt;br&gt;
Zwiemy po dziś dzień forsycją. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pan Mickiewicz w wierszu "Lilie" &lt;br&gt;
Okrył wstydem swą familię &lt;br&gt;
Pisząc: "W wieńcu lilije &lt;br&gt;
Ach czyjeż to są, czyje?" &lt;br&gt;
Tymczasem wie nawet dziecię &lt;br&gt;
że Lilii nikt nie uplecie, &lt;br&gt;
Bo jest sztywna, więc się złamie... &lt;br&gt;
Do szkoły panie Adamie! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kolorowe wsie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/426/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/426/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOLOROWE WSIE&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dzień dobry, na początek trochę geografii i trochę historii: &lt;br&gt;
Gdy ktoś z państwa mapę złapie &lt;br&gt;
I przejedzie się po mapie, &lt;br&gt;
Za Wrocławiem znajdzie pasmo niskich wzgórz, &lt;br&gt;
Tam wśród lasów i pszenicy &lt;br&gt;
Widać mury Oleśnicy &lt;br&gt;
Bardzo słusznie zwanej Miastem Wież i Róż. &lt;br&gt;
Wokół starej tej sadyby &lt;br&gt;
Wioski mnożą się jak grzyby &lt;br&gt;
Takie piękne że ich widok oczy rwie, &lt;br&gt;
Więc nasunął nam się wniosek &lt;br&gt;
By rozsławić urok wiosek &lt;br&gt;
I tak powstał konkurs "Kolorowe wsie"! &lt;br&gt;
Kolorowe wsie, a w każdej festyn, &lt;br&gt;
Kolorowe wsie - grają orkiestry, &lt;br&gt;
Kolorowe wsie - bielimy mury, &lt;br&gt;
Kolorowe wsie - śpiewają chóry &lt;br&gt;
Kolorowe wsie - zwiedzajcie je, &lt;br&gt;
Kolorowe wsie &lt;br&gt;
Kolorowe wsie &lt;br&gt;
Kolorowe wsie! &lt;br&gt;
A jakie konkurencje składały się na nasz konkurs? &lt;br&gt;
Między innymi współzawodnictwo korowodów: &lt;br&gt;
Ruszyły korowody, &lt;br&gt;
Woźnica z bata strzela, &lt;br&gt;
Jadą barwne powody &lt;br&gt;
A na każdej kapela, &lt;br&gt;
Jedzie jedzie banderia, &lt;br&gt;
Ta chłopska kawaleria, &lt;br&gt;
Jadą prześliczne dziewki &lt;br&gt;
Nucą takie przyśpiewki: &lt;br&gt;
"Panny z Twardogóry &lt;br&gt;
Pospadały z fury, &lt;br&gt;
Koń się przez nie spłoszył, &lt;br&gt;
Myślał że to szczury". &lt;br&gt;
A te z Twardogóry odpowiadają: &lt;br&gt;
"Panny z Długołęki &lt;br&gt;
Rozwarły paszczęki, &lt;br&gt;
Przyszedł pan leśniczy, &lt;br&gt;
Policzył im pieńki". &lt;br&gt;
Teraz konkursy plastyczne: &lt;br&gt;
Może w innej okolicy &lt;br&gt;
Tylu zdolnych się nie zdarza, &lt;br&gt;
Lecz w rejonie Oleśnicy &lt;br&gt;
Każda wioska ma rzeźbiarza. &lt;br&gt;
Kawał lipy albo wierzby, &lt;br&gt;
Porobione z gwoździ dłutka, &lt;br&gt;
I już wszędzie stoją rzeźby &lt;br&gt;
Po zagrodach i ogródkach. &lt;br&gt;
Tu pastuszek, a tam świątek, &lt;br&gt;
Rzeźbią lepiej niż po kursie! &lt;br&gt;
Nie zabraknie nam pamiątek &lt;br&gt;
I pomników po konkursie! &lt;br&gt;
Panny zaś malują kwiaty &lt;br&gt;
Na stolnicach i kopyściach, &lt;br&gt;
Nawet poniektóre chaty &lt;br&gt;
Całe w kwiatach albo liściach. &lt;br&gt;
Wiatr przeleci, czas upłynie, &lt;br&gt;
Przyjdą deszcze i frasunki, &lt;br&gt;
I nasz konkurs dawno minie &lt;br&gt;
Lecz zostaną te malunki. &lt;br&gt;
I oczywiście konkurs kulinarny: &lt;br&gt;
U nas każda gmina &lt;br&gt;
Inne ma przysmaki, &lt;br&gt;
Tutaj baranina, &lt;br&gt;
Tam znów pyszne flaki. &lt;br&gt;
Gmina Dobroszyce &lt;br&gt;
Przyniosła donicę &lt;br&gt;
A w niej błyszczą tłusto &lt;br&gt;
Pierogi z kapustą. &lt;br&gt;
We gminie Bierutów &lt;br&gt;
Była rzeź kogutów &lt;br&gt;
Więc członkowie jury &lt;br&gt;
Musieli jeść kury. &lt;br&gt;
Za to w Długołęce &lt;br&gt;
Przysmaki cielęce, &lt;br&gt;
Wspaniała to gmina &lt;br&gt;
I jej cielęcina! &lt;br&gt;
Niesie Twardogóra &lt;br&gt;
Barszcz a w barszczu rura, &lt;br&gt;
Barszcz na takiej rurze &lt;br&gt;
Ma zalety duże. &lt;br&gt;
W Oleśnicy można &lt;br&gt;
Zjeść prosiaka z rożna, &lt;br&gt;
Taki prosiak z farszem &lt;br&gt;
Dobry jest przed marszem! &lt;br&gt;
Jurorzy pojedli &lt;br&gt;
I kurę i wieprza, &lt;br&gt;
Wyrok wydać mieli &lt;br&gt;
Która z potraw lepsza? &lt;br&gt;
Ale nie wydają, &lt;br&gt;
Tylko dyskutują, &lt;br&gt;
Co raz przyjeżdżają, &lt;br&gt;
Na nowo próbują! &lt;br&gt;
Jurorzy jurorzy &lt;br&gt;
My wam nie żałujem, &lt;br&gt;
Jak będziecie chorzy &lt;br&gt;
To was poratujem! &lt;br&gt;
Były jeszcze i inne konkursy...&lt;br&gt;
Była młocka cepami &lt;br&gt;
Konkurs tańca parami &lt;br&gt;
I dojenie kóz - &lt;br&gt;
Oleśnicki blues... &lt;br&gt;
Były pokazy mody, &lt;br&gt;
Noszenie wiadrem wody &lt;br&gt;
I który szybszy wóz - &lt;br&gt;
Oleśnicki blues... &lt;br&gt;
Przemawiali sołtysi, &lt;br&gt;
Obradowali łysi, &lt;br&gt;
Wróżki wróżyły z fus - &lt;br&gt;
Oleśnicki blues... &lt;br&gt;
Przędzono kołowrotkiem, &lt;br&gt;
Wbijano kliny młotkiem, &lt;br&gt;
Sprawdzano wszystkim ZUS - &lt;br&gt;
Oleśnicki blues... &lt;br&gt;
Opowiadano bajki, &lt;br&gt;
Haftowano fufajki, &lt;br&gt;
Pousuwano gruz - &lt;br&gt;
Oleśnicki blues... &lt;br&gt;
Teraz to kraj wesoły, &lt;br&gt;
Wkażdej wiosce zespoły, &lt;br&gt;
W ogóle pełny luz - &lt;br&gt;
Oleśnicki blues! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Oszustwo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/427/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/427/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
OSZUSTWO 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W jednym klubie, o ósmej wieczorem &lt;br&gt;
Ogłoszono spotkanie z autorem &lt;br&gt;
Co prześlicznie pisał wierszem i prozą. &lt;br&gt;
Oczekują więc czytelnicy, &lt;br&gt;
Aż tu nagle hen, w głębi ulicy &lt;br&gt;
Słychać krzyki: - O, właśnie go wiozą! &lt;br&gt;
I faktycznie, już jedzie na wozie &lt;br&gt;
Drabiniastym we wspaniałej pozie, &lt;br&gt;
O, już wysiadł, po schodach już idzie, &lt;br&gt;
A kierownik referatury kultury &lt;br&gt;
Powiada: - Witam was z góry &lt;br&gt;
Wielmożny obywatelu Norwidzie! &lt;br&gt;
Zaraz wokół zabrzmiały wiwaty, &lt;br&gt;
Grupa dziewcząt wręczyła mu kwiaty, &lt;br&gt;
Starsi ludzie mocno się wzruszyli, &lt;br&gt;
Sołtys nawet się spłakał dyskretnie &lt;br&gt;
I wyszeptał: - Ach, on tak ślachetnie &lt;br&gt;
Pisał "żeby moje księgi pod strzechy trafili!" &lt;br&gt;
O, to było przepiękne spotkanie, &lt;br&gt;
Kto żyw tylko, ten przyszedł był na nie, &lt;br&gt;
Nikt się nie bił, nikt nie klął, nie krzyczał, &lt;br&gt;
Nikt nie poszedł na telewizję, &lt;br&gt;
A literat ślicznie snuł swe wizje &lt;br&gt;
Jak to pisał "Bez dogmatu" Sienkiewicza! &lt;br&gt;
Dokonawszy tej pionierskiej roboty &lt;br&gt;
Pobrał dziesięć tysięcy złotych &lt;br&gt;
I odjechał po wertepach i rozstajach, &lt;br&gt;
Zaś kierownik zainterpelował &lt;br&gt;
Świetliczarkę: - Pani Dreptakowa! &lt;br&gt;
Coś ten Norwid przypominał Hemingweja! &lt;br&gt;
Ta, nieszczęsna, najsampierw pobladła, &lt;br&gt;
Potem siadła, a na koniec upadła, &lt;br&gt;
Coś przez chwilę bełkotała trzy po trzy, &lt;br&gt;
Aż jękneła: - Jak zaczęła się impreza, &lt;br&gt;
Też myślałam: Skąd ja znam tego zeza? &lt;br&gt;
Patrz pan, szefie, jak skubaniec się podszył!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przed lustrem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/428/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/428/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRZED LUSTREM&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mężczyzna w pewnym wieku... to nie brzmi najlepiej, &lt;br&gt;
Kojarzy się dziadyga co pacierze klepie.... &lt;br&gt;
"Mężczyzna w sile wieku" - dźwięczy bardziej mile &lt;br&gt;
Nie precyzując w jakiej mianowicie sile, &lt;br&gt;
Albowiem siła złego na jednego chłopa &lt;br&gt;
Gdy nam stuknie czterdziestka... Cóż dopiero kopa?? &lt;br&gt;
Wzrok mętny, mięśnie wiotkie, słuch słabnąć zaczyna, &lt;br&gt;
I jak groźne memento zjawia się łysina... &lt;br&gt;
Tfu! W złą godzinę rzekłem! O nieszczęsne losy! &lt;br&gt;
Widzę w lustrze, żem właśnie utracił trzy włosy, &lt;br&gt;
Czwarty zaraz wyleci... Może nie wyleci? &lt;br&gt;
- ... Wyleciał! Nie ma rady, czas nabyć tupecik... &lt;br&gt;
Lecz jak będę wyglądał w takowej protezie? &lt;br&gt;
Ot, żonina peruka... spróbujmy... nie wlezie...? &lt;br&gt;
Wlazła! Ha, całkiem całkiem, znikła przestrzeń łysa, &lt;br&gt;
Mam teraz wygląd punka... Ba, nawet hipisa! &lt;br&gt;
Młody gniewny! Poczułem w sobie dziwną parę - &lt;br&gt;
Jeszcze żeby tak babkę, lub choćby gitarę, &lt;br&gt;
Pokazałbym co umiem! Chyba ruszę w pląsy! &lt;br&gt;
Ba, lecz wąsy też w modzie, a skąd tu wziąć wąsy, &lt;br&gt;
Jeśli w swej gotowalni nie trzyma ich żona, &lt;br&gt;
Szczególnie iż jest własnym wąsem obdarzona, &lt;br&gt;
Przez co całkiem podobna do Lecha Wałęsy... &lt;br&gt;
Cóż, gdy wąsów zabrakło - weźmy sztuczne rzęsy... &lt;br&gt;
Przyklejmy (popluwa), spójrzmy w lustro...całkiem inne lico... &lt;br&gt;
&lt;i&gt;(uwodzicielsko)&lt;/i&gt; - Witam panią, kim jesteś prześliczna dziewico? &lt;br&gt;
&lt;i&gt;(wstydliwie)&lt;/i&gt; Jam uczciwa dziewczyna.... &lt;br&gt;
- A czyja? - Niczyja..... &lt;br&gt;
- Więc może... Co ja gadam????!!! Szajba mi odbija! &lt;br&gt;
Niepotrzebnie zajrzałem dzisiaj do butelki! &lt;br&gt;
....ach te oczy te włosy... Może by w pędzelki? &lt;br&gt;
Zwiążemy mocno końce... Odsłonimy uszka.... &lt;br&gt;
Ach, cóż to za urocza, niewinna dziewuszka! &lt;br&gt;
Pyzata, ale miła! No, popatrz na wujka.... &lt;br&gt;
Jaki biuścik... Czwóreczka? &lt;br&gt;
- Hi, hi, skądże, trójka... &lt;br&gt;
Przestańmy!!! Co u diabła? Czas harce ukrócić, &lt;br&gt;
Zwłaszcza że żona może zaraz z miasta wrócić... &lt;i&gt;(drzwi)&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
O! Wróciła!!! Przeczuwam że się wstydu najem.... &lt;br&gt;
&lt;i&gt;Żona&lt;/i&gt;: Jezus Maria! A kto to???? &lt;br&gt;
&lt;i&gt;On&lt;/i&gt;: Jakoś nie poznaje.... &lt;br&gt;
Przygląda się....Nie wierzy... Pamięć swą natęża.... &lt;br&gt;
&lt;i&gt;Żona&lt;/i&gt;: Joj! Nieboszczka teściowa, matka mego męża!!! &lt;i&gt;(upadek)&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń o tłamszeniu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/429/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/429/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIEŚŃ O TŁAMSZENIU
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Podupada nam Hellada &lt;br&gt;
Nikt nie robi, każdy gada &lt;br&gt;
Od Kythery do Tessalii &lt;br&gt;
Wszystko się dokoła wali, &lt;br&gt;
Więc skrupuły swe oddalmy &lt;br&gt;
I się także zdrowo walmy, &lt;br&gt;
Wnet zaroi się przychówek, &lt;br&gt;
Składający się z krzyżówek: &lt;br&gt;
Faun - pół chłopa, a pół capa, &lt;br&gt;
Centaur - pół chłop, a pół szkapa, &lt;br&gt;
Zaś syrena, jest to chyba &lt;br&gt;
Na wpół-baba, na wpół-ryba, &lt;br&gt;
Baba-ryba, baba-ryba, &lt;br&gt;
Baba-ryba, rock. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wkurza nas dzisiejsza młodzież &lt;br&gt;
Która chętnie zrzuca odzież &lt;br&gt;
I bezwstydnie sobie hasa &lt;br&gt;
Po zaroślach na golasa, &lt;br&gt;
A nam starym niewesoło, &lt;br&gt;
Bo lubimy też na goło, &lt;br&gt;
Ale co zrzucimy szaty - &lt;br&gt;
Zaraz krzyk dezaprobaty: &lt;br&gt;
- Aż wy prukwy, mumie, wraki, &lt;br&gt;
Pochowajta te siwaki!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Walczyk łazienkowy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/430/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/430/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WALCZYK ŁAZIENKOWY &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy masz nerwy stargane, życie masz nieudane &lt;br&gt;
Gdy bezbronny się czujesz i miękki &lt;br&gt;
Nie na korty i bieżnie i do dusznych knajp też nie &lt;br&gt;
Tylko udaj się wprost do łazienki &lt;br&gt;
Bo w łazience lśnią kurki, błyszczą krany i rurki &lt;br&gt;
Ci wygrali co właśnie tu uszli &lt;br&gt;
Tutaj możesz jak kotek igrać wśród mydeł, szczotek, &lt;br&gt;
Z umywalki korzystać i z muszli &lt;br&gt;
I raz i dwa i raz i dwa &lt;br&gt;
Z umywalki korzystać i z muszli &lt;br&gt;
Spuść w łazience firanki, drzwi zatrzaśnij na zamki &lt;br&gt;
Swych kompleksów się pozbądź i masek &lt;br&gt;
Zrzuć czym prędzej ubranie i spójrz w lustro kochanie &lt;br&gt;
Jaki z ciebie ładniutki golasek! &lt;br&gt;
Ot, już w wodę cieplutką wsuwasz łydkę i udko &lt;br&gt;
Grzęźniesz, więźniesz w rozkosznej kąpieli &lt;br&gt;
Lecz pohamuj oskomę, przedłuż miły ten moment &lt;br&gt;
Słodką chwilę siadania w kąpieli! &lt;br&gt;
I raz i dwa, i raz i dwa &lt;br&gt;
Słodką chwilę siadania w kąpieli! &lt;br&gt;
Już objęła cię woda, mydło marki "Uroda" &lt;br&gt;
Efektownie się pieni w twych lokach &lt;br&gt;
Teraz mógłbyś w swej wannie trwać już tak nieustannie &lt;br&gt;
A za drzwiami niech mija epoka! &lt;br&gt;
Niech tam burze i wojny, ty w łazience spokojny &lt;br&gt;
I pogodny jak wietrzyk poranny... &lt;br&gt;
O Panie! Mnie nie trzeba raju ani też nieba, &lt;br&gt;
Ty po śmierci mnie wpakuj do wanny! &lt;br&gt;
I raz i dwa i raz i dwa &lt;br&gt;
Ty po śmierci mnie wpakuj do wanny. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Autokop</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/431/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/431/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 AUTOKOP &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w pewnej instytucji miała się odbyć narada &lt;br&gt;
Produkcyjna, z udziałem delegatów z dużo wyższego szczebla, &lt;br&gt;
Więc dyrektor tej instytucji dosłownie z tremy upadał, &lt;br&gt;
A wicedyrektor ze strachu także o mało nie zemdlał, &lt;br&gt;
Bo się bali, że urzędnicy na ich prośby i groźby głusi, &lt;br&gt;
Nie bacząc na obecność różnych wpływowych osób, &lt;br&gt;
Nie będą absolutnie chcieli brać udziału w dyskusji, &lt;br&gt;
A jeśli nawet wezmą, to we właściwy sobie, głupkowaty sposób.... &lt;br&gt;
Więc nawet rodzaj szkolenia zorganizowali biedacy, &lt;br&gt;
Ażeby z personelu usunąć psychicznego kaca, &lt;br&gt;
I pytali na przykład: - Dreptak, wypowiedzcie się o planie pracy! &lt;br&gt;
A na to Dreptak się głupio pytał: - A co znaczy "praca"? &lt;br&gt;
Więc dyrektor wprzewidywaniu makabry rwał sobie włosy z głowy, &lt;br&gt;
A wicedyrektor nerwowo gryzł w zębach własne krawaty, &lt;br&gt;
A tu narada już zaraz! Ba, już zaczynają się mowy! &lt;br&gt;
Już właśnie - O Matko Boska! - wygłaszają się referaty!!!! &lt;br&gt;
Już do dyskusji wzywają! Już nieszczęście wisi na włosku! &lt;br&gt;
Już pytają: - Kto z tu obecnych chce podzielić się uwagami? &lt;br&gt;
Tu dyrektor dłużej nie zdzierżył i zapisał się chyłkiem do głosu &lt;br&gt;
Pod sześcioma wymyślonymi, różnymi nazwiskami, &lt;br&gt;
A następnie, to zakładając, to zdejmując wąsy na gumie, &lt;br&gt;
Nasuwając perukę na głowę a różne binokle na oczy, &lt;br&gt;
Sześciokrotnie w doniosłych sprawach wypowiedział się bardzo rozumnie, &lt;br&gt;
Przyczem tak wczuł się w rolę, że sam na siebie napsioczył. &lt;br&gt;
Następnie obrady zamknięto, a tegoż dnia wieczorem &lt;br&gt;
Jeden delegat z centrali klepiąc drugiego w plecy &lt;br&gt;
Powiedział: - Słuchajcie, trzeba coś zrobić z tym dyrektorem, &lt;br&gt;
Bo dyskutanci zgodnie stwierdzili że to typowy imbecyl.... &lt;br&gt;
I wzięli i zaraz zdjęli ze stanowiska niebogę, &lt;br&gt;
W momencie, gdy oczekiwał właśnie na duży awans....... &lt;br&gt;
I słusznie! Bo po jaką cholerę wyręczał własną załogę? &lt;br&gt;
Jak mu chciała podstawić stołka, to niechby się pofatygowała sama!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szopka wrocławska 84</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/432/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/432/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 SZOPKA WROCŁAWSKA 84 &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Miś Fazi: Ludzie prosimy do nas! &lt;br&gt;
Kermit: Do nas jeśli łaska! &lt;br&gt;
Miś Fazi: Tutaj wrocławska szopka! &lt;br&gt;
Kermit: Tu szopka wrocławska! &lt;br&gt;
Miś Fazi: Ucho czujnie nadstawcie! &lt;br&gt;
Kermit: Hej! Nadstawcie ucho! &lt;br&gt;
Miś Fazi: Przestań za mną powtarzać paskudna ropucho! &lt;br&gt;
Kermit: To ty za mną! &lt;br&gt;
Pigi: Sza, spokój, zgoda narodowa, &lt;br&gt;
Bierzcie przykład z Gazety i z Polskiego Słowa, &lt;br&gt;
One też powtarzają, jeden temat młócą, &lt;br&gt;
Ale nigdy się przytem tak brzydko nie kłócą. &lt;br&gt;
Popatrzcie tu w Gazecie jest artykuł taki: &lt;br&gt;
Sensacja! Pod Wołowem chłop sadzi ziemniaki &lt;br&gt;
A teraz dla odmiany zajmijmy się Słowem.... &lt;br&gt;
O proszę "Chłop ziemniaki sadzi pod Wołowem" &lt;br&gt;
Kermit: O, to Wieczór Wrocławia lepiej sobie radzi &lt;br&gt;
Pisząc "Koło Wołowa chłop ziemniaki sadzi". &lt;br&gt;
Miś Fazi: Fakt, reszta wiadomości też w tym samym tonie, &lt;br&gt;
"Wszyscy uczciwi ludzie jednoczą się w PRONie!" &lt;br&gt;
Pigi: "Bułgaria polski rynek wesprze marmeladą!" &lt;br&gt;
Kermit: "W USA dwie katastrofy, powódź i tornado!" &lt;br&gt;
Pigi: I wy także jedności łączcie się murem, &lt;br&gt;
A pragnąc coś powiedzieć - mówcie wszystko chórem! &lt;br&gt;
Fazi i Kermit: Dobrze, będziemy chórem mówili chłop w chłopa: &lt;br&gt;
Chodźcie ludzie, zaprasza was wrocławska szopa, &lt;br&gt;
Zaraz różne postacie na scenę się wedrą &lt;br&gt;
A spektakl poprowadzi stary hrabia Fredro. &lt;br&gt;
Dzieduszycki: Pumyłka, Oleś Fredru by sy ni puradził, &lt;br&gt;
I dlategu mnie prosił, żeby ja pruwadził. &lt;br&gt;
Pigi: Ba, ale to różnica, i to podstawowa..... &lt;br&gt;
Dzieduszycki: Jaka? Ja takży hrabia i takży zy Lwowa. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Remanent I</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/433/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/433/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
REMANENT I&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;w tle "Noc na Łysej Górze"&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej remanent remanent, &lt;br&gt;
Panny wysztyftowane, &lt;br&gt;
A kasjerka &lt;br&gt;
U fryzjerki &lt;br&gt;
Każe sobie zrobić &lt;br&gt;
Z tyłu koczek, &lt;br&gt;
Z przodu loczek, &lt;br&gt;
Żeby tę komisję dobić, &lt;br&gt;
Oczarować &lt;br&gt;
I zblatować &lt;br&gt;
I wogóle usposobić &lt;br&gt;
Przychylnie gości, &lt;br&gt;
W razie gdyby &lt;br&gt;
Wykryli &lt;br&gt;
Jakie-takie &lt;br&gt;
Lub owakie &lt;br&gt;
Niedokładności. &lt;br&gt;
Magnifika &lt;br&gt;
Kierownika &lt;br&gt;
Mu goździka &lt;br&gt;
W klapę wtyka &lt;br&gt;
I mu każe wziąć garnitur &lt;br&gt;
Stary &lt;br&gt;
Cały w plamy od konfitur &lt;br&gt;
I po molach w szpary, &lt;br&gt;
Bo jakby wziął nowy &lt;br&gt;
(chociaż mu w nim ładnie) &lt;br&gt;
To by mogło przyjść do głowy &lt;br&gt;
Komisji remanentowej &lt;br&gt;
Że kierownik kradnie..... &lt;br&gt;
A ona, &lt;br&gt;
Znaczy ta żona, &lt;br&gt;
Wtedy trupem padnie. &lt;br&gt;
Kierownik po sklepie lata: &lt;br&gt;
- Słuchaj Hanka! &lt;br&gt;
Lepsza mała superata &lt;br&gt;
Od dużego manka &lt;br&gt;
Magazynier - stoik &lt;br&gt;
Sprawdza każdy słoik, &lt;br&gt;
Ile słoi &lt;br&gt;
W rzędzie stoi, &lt;br&gt;
I czy leży &lt;br&gt;
Gdzie należy &lt;br&gt;
Każda jedna paczka..... &lt;br&gt;
Wtem róg zadął, &lt;br&gt;
Wleciał goniec: &lt;br&gt;
- Jadą, jadą! &lt;br&gt;
- To już koniec! &lt;br&gt;
Wrzasnęła sprzątaczka &lt;br&gt;
I jak sprzątała &lt;br&gt;
W sieniach, &lt;br&gt;
Tak zemdlała &lt;br&gt;
Z wrażenia. &lt;br&gt;
Oto już straszliwa &lt;br&gt;
Jedzie komisyja, &lt;br&gt;
Limuzyna siwa &lt;br&gt;
Raźno się uwija, &lt;br&gt;
Jedzie jedzie komisarz &lt;br&gt;
Cały w złocie jak cysarz, &lt;br&gt;
Jadą jadą hajduki &lt;br&gt;
W blasku getrów i swetrów, &lt;br&gt;
każdy ma po dwie sztuki &lt;br&gt;
Arytmometrów, &lt;br&gt;
Jedzie protokólantka &lt;br&gt;
Jak filmowa amantka, &lt;br&gt;
A na końcu groźny &lt;br&gt;
I wąsaty woźny &lt;br&gt;
Jak wielki oboźny, &lt;br&gt;
U - ha! &lt;br&gt;
- W dwuszeregu zbiórka! &lt;br&gt;
Znieruchomiał szereg, &lt;br&gt;
Odśpiewał mazurka &lt;br&gt;
I wciągnął banderę. &lt;br&gt;
Komisarz kroczy, &lt;br&gt;
Noga za nogą, &lt;br&gt;
Patrzy im w oczy, &lt;br&gt;
Wzrok w dusze wraża: &lt;br&gt;
- Czołem, załogo! &lt;br&gt;
- Ku chwale tela sarza!!! &lt;br&gt;
Pokraśniał &lt;br&gt;
Na odzew taki, &lt;br&gt;
Się zaśmiał: &lt;br&gt;
- Ech wy, kozaki! &lt;br&gt;
I przy okrzykach &lt;br&gt;
"Hip hip hura" &lt;br&gt;
Do kierownika &lt;br&gt;
Wkroczył biura &lt;br&gt;
W całej asyście &lt;br&gt;
I w całym sprzęcie &lt;br&gt;
I huknął: - Czyście &lt;br&gt;
Coś wiedzieliście &lt;br&gt;
O remanencie? &lt;br&gt;
A gdy tak huknął - &lt;br&gt;
Kierownik z szacunku &lt;br&gt;
Dwukrotnie puknął, &lt;br&gt;
Zawył: - Ratunku! &lt;br&gt;
A następnie &lt;br&gt;
Łzami siknie, &lt;br&gt;
Jak nie klęknie, &lt;br&gt;
jak nie jęknie, &lt;br&gt;
jak nie ryknie &lt;br&gt;
Niczym kocur &lt;br&gt;
W seradeli: &lt;br&gt;
- Przebacz wodzu, &lt;br&gt;
My wiedzieli! &lt;br&gt;
A dobry szef &lt;br&gt;
Przygładził brew, &lt;br&gt;
Rzęsami skinął, &lt;br&gt;
Uścisnął dłoń mu, &lt;br&gt;
Pogładził skroń mu &lt;br&gt;
I rzekł &lt;br&gt;
ów zacny człowiek: &lt;br&gt;
- Tak być powinno! &lt;br&gt;
Albowiem pamiętajcie &lt;br&gt;
I dzieciom powtarzajcie &lt;br&gt;
Codzień i przy święcie: &lt;br&gt;
Zły to handlowiec &lt;br&gt;
I okaz ciury &lt;br&gt;
Co się nie dowie &lt;br&gt;
O remanencie &lt;br&gt;
Z góry, Howgh! &lt;br&gt;
Tu się ucałowali &lt;br&gt;
po pleckach poklepali, &lt;br&gt;
Zapalili carmena&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Remanent II</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/434/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/434/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
REMANENT II&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;w tle "Noc na Łysej Górze"&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej remanent remanent, &lt;br&gt;
Panny wysztyftowane, &lt;br&gt;
A kasjerka &lt;br&gt;
U fryzjerki &lt;br&gt;
Każe sobie zrobić &lt;br&gt;
Z tyłu koczek, &lt;br&gt;
Z przodu loczek, &lt;br&gt;
Żeby tę komisję dobić, &lt;br&gt;
Oczarować &lt;br&gt;
I zblatować &lt;br&gt;
I wogóle usposobić &lt;br&gt;
Przychylnie gości, &lt;br&gt;
W razie gdyby &lt;br&gt;
Wykryli &lt;br&gt;
Jakie-takie &lt;br&gt;
Lub owakie &lt;br&gt;
Niedokładności. &lt;br&gt;
Magnifika &lt;br&gt;
Kierownika &lt;br&gt;
Mu goździka &lt;br&gt;
W klapę wtyka &lt;br&gt;
I mu każe wziąć garnitur &lt;br&gt;
Stary &lt;br&gt;
Cały w plamy od konfitur &lt;br&gt;
I po molach w szpary, &lt;br&gt;
Bo jakby wziął nowy &lt;br&gt;
(chociaż mu w nim ładnie) &lt;br&gt;
To by mogło przyjść do głowy &lt;br&gt;
Komisji remanentowej &lt;br&gt;
Że kierownik kradnie..... &lt;br&gt;
A ona, &lt;br&gt;
Znaczy ta żona, &lt;br&gt;
Wtedy trupem padnie. &lt;br&gt;
Kierownik po sklepie lata: &lt;br&gt;
- Słuchaj Hanka! &lt;br&gt;
Lepsza mała superata &lt;br&gt;
Od dużego manka &lt;br&gt;
Magazynier - stoik &lt;br&gt;
Sprawdza każdy słoik, &lt;br&gt;
Ile słoi &lt;br&gt;
W rzędzie stoi, &lt;br&gt;
I czy leży &lt;br&gt;
Gdzie należy &lt;br&gt;
Każda jedna paczka..... &lt;br&gt;
Wtem róg zadął, &lt;br&gt;
Wleciał goniec: &lt;br&gt;
- Jadą, jadą! &lt;br&gt;
- To już koniec! &lt;br&gt;
Wrzasnęła sprzątaczka &lt;br&gt;
I jak sprzątała &lt;br&gt;
W sieniach, &lt;br&gt;
Tak zemdlała &lt;br&gt;
Z wrażenia. &lt;br&gt;
Oto już straszliwa &lt;br&gt;
Jedzie komisyja, &lt;br&gt;
Limuzyna siwa &lt;br&gt;
Raźno się uwija, &lt;br&gt;
Jedzie jedzie komisarz &lt;br&gt;
Cały w złocie jak cysarz, &lt;br&gt;
Jadą jadą hajduki &lt;br&gt;
W blasku getrów i swetrów, &lt;br&gt;
każdy ma po dwie sztuki &lt;br&gt;
Arytmometrów, &lt;br&gt;
Jedzie protokólantka &lt;br&gt;
Jak filmowa amantka, &lt;br&gt;
A na końcu groźny &lt;br&gt;
I wąsaty woźny &lt;br&gt;
Jak wielki oboźny, &lt;br&gt;
U - ha! &lt;br&gt;
- W dwuszeregu zbiórka! &lt;br&gt;
Znieruchomiał szereg, &lt;br&gt;
Odśpiewał mazurka &lt;br&gt;
I wciągnął banderę. &lt;br&gt;
Komisarz kroczy, &lt;br&gt;
Noga za nogą, &lt;br&gt;
Patrzy im w oczy, &lt;br&gt;
Wzrok w dusze wraża: &lt;br&gt;
- Czołem, załogo! &lt;br&gt;
- Ku chwale tela sarza!!! &lt;br&gt;
Pokraśniał &lt;br&gt;
Na odzew taki, &lt;br&gt;
Się zaśmiał: &lt;br&gt;
- Ech wy, kozaki! &lt;br&gt;
I przy okrzykach &lt;br&gt;
Hip hip hura, &lt;br&gt;
Do kierownika &lt;br&gt;
Wkroczył biura &lt;br&gt;
W całej asyście &lt;br&gt;
W całym swym sprzęcie &lt;br&gt;
I spytał: Czyście &lt;br&gt;
Coś wiedzieliście &lt;br&gt;
O remanencie? &lt;br&gt;
Kierownik zadrżał &lt;br&gt;
Jak liść topoli: &lt;br&gt;
- Pan nas obraża, &lt;br&gt;
A to boli..... &lt;br&gt;
A dobry szef &lt;br&gt;
Czując, że brew &lt;br&gt;
Łza jemu zrasza, &lt;br&gt;
Uścisnął dłoń mu, &lt;br&gt;
Pogładził skroń mu, &lt;br&gt;
I rzekł &lt;br&gt;
Ów zacny człek: &lt;br&gt;
- Przepraszam! &lt;br&gt;
... a wówczas w głębi piekieł, ohydne szatany &lt;br&gt;
Z niewymowną uciechą puściły się w tany...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mały historyk</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/435/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/435/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MAŁY HISTORYK &lt;/p&gt;

&lt;p class="tekst"&gt;
Narrator: W trosce o uświadomienie najmłodszego pokolenia, i w chwalebnej dążności do naśladowania niektórych naszych literatów, co to nie wahają się zniżyć do poziomu dzieci i ponapisywać dla nich różne takie, a przy okazji zarobić parę złotych, także i my zdecydowaliśmy się publikować cykl popularnych wykładów historycznych o łatwo przystępnej, a zarazem wzruszającej formie. &lt;br&gt;
Dziś kilka źródłowych wiadomości o Leszku Białym! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Leszek Biały jak był mały, &lt;br&gt;
To był dosyć przemądrzały. &lt;br&gt;
Lecz go spotkał cios straszliwy: &lt;br&gt;
Zmarł Kazimierz Sprawiedliwy &lt;br&gt;
Czyli tego Leszka tatko, &lt;br&gt;
A Leszek się został z matką. &lt;br&gt;
Miała na imię Helena &lt;br&gt;
I była niezła gangrena - &lt;br&gt;
Ledwie mąż się schował w grobie - &lt;br&gt;
Ta już chłopa szuka sobie! &lt;br&gt;
Zwłaszcza niejaki Goworek &lt;br&gt;
Wyzwalał w niej ten motorek, &lt;br&gt;
Wciąż chodziła z tym Goworkiem, &lt;br&gt;
Nazywała go kaczorkiem, &lt;br&gt;
Karmiła słodyczami, &lt;br&gt;
Aż Leszek zgrzytał ząbkami, &lt;br&gt;
I takie go żarły smutki &lt;br&gt;
Że aż się zrobił siwiutki, &lt;br&gt;
A inne dzieci wołały: &lt;br&gt;
- O, o! Jaki Leszek biały! &lt;br&gt;
Wtedy on się cały zmieniał &lt;br&gt;
I na twarzyczce czerwieniał, &lt;br&gt;
I był w czerwieni i w bieli, &lt;br&gt;
Aż go za chorągiew wzięli, &lt;br&gt;
Mieli go wywiesić właśnie, &lt;br&gt;
A on nagle jak nie wrzaśnie! &lt;br&gt;
Dopiero jeden Bździbździkiewicz &lt;br&gt;
Powiada: - Taż to królewicz! &lt;br&gt;
Dalej więc gromadą całą &lt;br&gt;
Pytać co się księciu stało? &lt;br&gt;
A on im prawdę wyłuszcza, &lt;br&gt;
Że mamusia mu się puszcza! &lt;br&gt;
Rycerstwo szablami macha: &lt;br&gt;
Dawać no tu tego gacha! &lt;br&gt;
Gdzie ten lubieżnik Goworek? &lt;br&gt;
Wsadzimy my jemu korek! &lt;br&gt;
Mieczem, kopią go połechcem! &lt;br&gt;
Lecz królewicz rzekł: - Ja nie chcem! &lt;br&gt;
&lt;i&gt;[Podsmażymy go na ruszcie!&lt;br&gt;
Lecz królewicz rzekł: - Nie ruszcie!]&lt;br&gt;&lt;/i&gt;
Nie będę szkodził matusi, &lt;br&gt;
Niech se z nim żyje, jak musi! &lt;br&gt;
Tutaj wyszedł fakt fatalny, &lt;br&gt;
Że Leszek jest nienormalny, &lt;br&gt;
Bo każdy inny monarcha &lt;br&gt;
Zarżnął by takiego parcha, &lt;br&gt;
Zarządził wybicie oczek, &lt;br&gt;
Przynajmniej uszkodził kroczek, &lt;br&gt;
I w ogóle wygnał z kraju, &lt;br&gt;
Jak wtedy było w zwyczaju. &lt;br&gt;
A Leszek był zbyt łaskawy, &lt;br&gt;
Bo wyjechał do Gąsawy, &lt;br&gt;
Gdzie już prawie nieustannie &lt;br&gt;
Dnie i noce spędzał w wannie, &lt;br&gt;
Podważając wiarę ludu,&lt;br&gt;
Że jeszcze nikt nie zmarł z brudu.&lt;br&gt;
Aż jego wuj, Świętopełek, &lt;br&gt;
Wziął sznurek, zrobił węzełek, &lt;br&gt;
Wszedł z tym sznurem do łazienki, &lt;br&gt;
I skrócił Leszkowi męki: &lt;br&gt;
Dusiu-dusiu, i po wrzasku... &lt;br&gt;
Trzeba ci było, głuptasku? &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mały geograf</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/436/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/436/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MAŁY GEOGRAF &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Holender jest duży, różowy, mieszka najczęściej w wiatrakach, &lt;br&gt;
Holenderka chodzi w czepku oraz w drewnianych chodakach. &lt;br&gt;
Oboje budują tamy, oboje są ckliwi i czuli &lt;br&gt;
Więc czasem w tulipanach pani pana przy tamie tuli. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Szkot bardzo wszystko oszczędza więc chodzi w żoninej spódnicy &lt;br&gt;
Podrywacz nieraz się myli w tej Szkocji na ulicy... &lt;br&gt;
Szkot wieczorami Szkotce grywa oszczędnie na kobzie, &lt;br&gt;
A Szkotka spytana jak się bawi, mówi oszczędnie "dobzie"! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Monaco jest maciupeńkie, ale się bardzo opłaca, &lt;br&gt;
Bo jest tam ruletka, plaża i jedna artystka Graca. &lt;br&gt;
Jej mąż nazywa się Reiner, ma baczki jak jaki Romeo, &lt;br&gt;
I długo nie mógł mieć dzieci ale mu już minęło. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pejzażyk</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/437/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/437/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 Pejzażyk &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stoi kiosk, a przed kioskiem &lt;br&gt;
Walkowiak z Rosołowskim &lt;br&gt;
Piją z butelek piwo &lt;br&gt;
I dyskutują żywo. &lt;br&gt;
A stoją jak trębacze, &lt;br&gt;
Jakby w sposób junacki &lt;br&gt;
Grali na trąbkach czaczę &lt;br&gt;
Względnie hejnał mariacki &lt;br&gt;
Lewe dłonie na szelkach &lt;br&gt;
A prawe na butelkach. &lt;br&gt;
Ustalony porządek, &lt;br&gt;
I schemat już utarty - &lt;br&gt;
Lewa bada żołądek, &lt;br&gt;
Prawa odmierza kwarty. &lt;br&gt;
Tymczasem ich zmysły &lt;br&gt;
Pracują w sposób ścisły &lt;br&gt;
Aż słychać przez naskórek &lt;br&gt;
Chrobot szarych komórek, &lt;br&gt;
I spod nawisłych powiek &lt;br&gt;
Oko błyska rozumnie, &lt;br&gt;
Zaraz widać, że człowiek, &lt;br&gt;
A człowiek to brzmi dumnie &lt;br&gt;
Zwłaszcza gdy podsłuchacie &lt;br&gt;
Jak dyskutują z mocą, &lt;br&gt;
Walkowiak: - No co bracie? &lt;br&gt;
Rosołowski: - A bo co? &lt;br&gt;
Tu się uśmiechną do się &lt;br&gt;
Okrzykną pannę Helcię: &lt;br&gt;
- Panno Helciu, poprosiem &lt;br&gt;
Jeszcze raz po dubelcie! &lt;br&gt;
Mrok już ziemię ogarnia, &lt;br&gt;
Słychać w krzakach wrzask koci, &lt;br&gt;
A w nich wre uczuć nadmiar &lt;br&gt;
Oraz nadmiar wilgoci. &lt;br&gt;
Et z wilgocią pół biedy, &lt;br&gt;
Można i na półpiętrze, &lt;br&gt;
Ale co począć, kiedy &lt;br&gt;
Uczucia coraz większe? &lt;br&gt;
Więc już się jeden słania &lt;br&gt;
Drugi się wspina miętko, &lt;br&gt;
Po schodach do mieszkania &lt;br&gt;
Do żony, byle prędko! &lt;br&gt;
Jak wysoko.... mój boże... &lt;br&gt;
Ręka za klamkę łapie... &lt;br&gt;
Homo sapiens? Być może &lt;br&gt;
Na razie homo sapie...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Narkoman</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/438/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/438/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
N A R K O M A N&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Było kiedyś takie miasto, które miało prawie wszystko, &lt;br&gt;
Adwokatów i lekarzy, w ZOO jeża i pawiana, &lt;br&gt;
Dalej ratusz, teatr, kino, szpital, hotel i boisko &lt;br&gt;
Literatów i malarzy, lecz nie miało narkomana.... &lt;br&gt;
Nieraz burmistrz tego miasta pan inżynier Dreptak &lt;br&gt;
W swej łazience, pod prysznicem stojąc sobie na golasa &lt;br&gt;
Myślał: - Żebyż chociaż tyci u nas zjawił się narkoman, &lt;br&gt;
To już, prawdaż, inna ranga, to już, prawdaż, jakaś klasa... &lt;br&gt;
Lecz niestety, narkomanów dookoła ani-ani, &lt;br&gt;
Tylko kilku melomanów i kilkuset kleptomanów, &lt;br&gt;
I megalomanów czterech oraz dwaj erotomani, &lt;br&gt;
Narkomana zaś, to chyba by sprowadzić trza ze Stanów. &lt;br&gt;
Wreszcie burmistrz wpadł na pomysł w poniedziałek, gdzieś nad ranem, &lt;br&gt;
I wezwawszy urzędnika, który zwał się Jan Kundziela &lt;br&gt;
Rzekł: - Od jutra wy, Kundziela, macie zostać narkomanem! &lt;br&gt;
- Fajnie - odrzekł ten Kundziela, poczem dodał: - a za wiela? &lt;br&gt;
Zaś gdy wszystko ustalono i umowę podpisano, &lt;br&gt;
Tudzież opieczętowano czarnym i czerwonym tuszem, &lt;br&gt;
Jan Kundziela już codziennie o godzinie ósmej rano &lt;br&gt;
Elegancki, wyświeżony, siadał sobie przed ratuszem. &lt;br&gt;
Zrobił się zeń nałogowiec i narkoman w każdym calu &lt;br&gt;
Ale znowuż bez przesady, bo wszak nie brak mu rozsądku, &lt;br&gt;
Ot, powącha dezodoro, ot, popije kokosalu, &lt;br&gt;
I zagryzie mydłem ixi, beknie sobie, i w porządku.&lt;br&gt;
Niech tam sobie w innych krajach narkomania mocniej kipi, &lt;br&gt;
Ja jej wcale źle nie życzę, lecz rozwoju też nie wróżę, &lt;br&gt;
U nas jest zasada zdrowsza: - W każdym mieście jeden hipi, &lt;br&gt;
Lecz po pierwsze członek związku, a po drugie po maturze! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Socjolodzy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/439/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/439/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SOCJOLODZY
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;w tle "Polowanie na tygrysa" Le Cuony&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Socjolodzy się mnożą, socjolodzy się mnożą, &lt;br&gt;
W miastach, siołach, po lasach i drogach, &lt;br&gt;
Gdzie nie wejdziesz, nie spojrzysz, &lt;br&gt;
Bez wątpienia tam dojrzysz &lt;br&gt;
Dorodnego jak byk socjologa. &lt;br&gt;
Siedzą, chodzą stadami, &lt;br&gt;
Sami lub z samicami, &lt;br&gt;
Coraz więcej ich wszędzie się pęta, &lt;br&gt;
A po skwerach, trawnikach, &lt;br&gt;
Kto ugania? Kto fika? &lt;br&gt;
Przyjrzyj no się - to socjolożęta! &lt;br&gt;
Niewesołe to sprawy! Ciągle jakieś obławy &lt;br&gt;
Słychać wrzaski: Laboga! Nie drągiem! &lt;br&gt;
Socjologów gromada cichych ludzi napada, &lt;br&gt;
Kogo złapie - ankietę mu ściągnie! &lt;br&gt;
Socjologia jest wszędzie, &lt;br&gt;
Socjologia w urzędzie, &lt;br&gt;
Przez fabryki przechodzi jak furia, &lt;br&gt;
Socjologia rębaczy, &lt;br&gt;
Tkaczy, rwaczy, spawaczy, &lt;br&gt;
Socjologia w dywizjach i w kurierach... &lt;br&gt;
Jęczą polskie uczelnie &lt;br&gt;
Przeciążone piekielnie, &lt;br&gt;
Ale gdyby nadążyć nie mogli, &lt;br&gt;
To już po siódmej klasie &lt;br&gt;
Wkrótce będzie można się &lt;br&gt;
Wpisać do Technikum Socjologii &lt;br&gt;
Hej, jak Polska szeroka &lt;br&gt;
Idzie piękna epoka, &lt;br&gt;
Całkiem nowe otwiera nam drogi, &lt;br&gt;
Co na ogół się chwali, &lt;br&gt;
Oby tylko socjalizm &lt;br&gt;
Nie przekształcił się w socjologizm... &lt;br&gt;
Rosną socjologowie, &lt;br&gt;
Zwiększa się ich pogłowie, &lt;br&gt;
Sytuacja się ciągle zaostrza, &lt;br&gt;
Może-by hibernacja? &lt;br&gt;
Może sterylizacja? &lt;br&gt;
Może jakiś planowy odstrzał? &lt;br&gt;
Planowy... hm... aliści &lt;br&gt;
Tutaj znowu planiści &lt;br&gt;
Mogliby się rozmnożyć... Jej bogu!!! &lt;br&gt;
Niech mi lepiej ankiety &lt;br&gt;
Ściągają, płaszcz, sztyblety, &lt;br&gt;
Z dwojga złego wolę już socjologów!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Skromny cyrk</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/440/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/440/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SKROMNY CYRK &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To był cyrk niezwykle skromny i ubogi, &lt;br&gt;
Jakiejś ósmej, a najwyżej siódmej klasy - &lt;br&gt;
Połykaczka ognia miała w iksa nogi, &lt;br&gt;
A dwie girlsy - vice cersa - jak nawiasy, &lt;br&gt;
Trener zwierząt, zawiedziony i ponury, &lt;br&gt;
Z cerą barwy cytrynowej limoniady &lt;br&gt;
Wyprowadzał dwie łysawe, stare kury &lt;br&gt;
I polecał wykonywać im przysiady. &lt;br&gt;
Potem klauni rozgrywali rodzaj stypy &lt;br&gt;
W pupy kopiąc się krzywymi sztybletami, &lt;br&gt;
Konferansjer opowiadał zaś dowcipy &lt;br&gt;
Bardzo modne w czasie bitwy pod Płowcami, &lt;br&gt;
Jeszcze innych tam atrakcji parę było, &lt;br&gt;
Lecz przy każdej jakiś skandal albo blama - &lt;br&gt;
Jak przerżnięto jedną panią w skrzyni piłą, &lt;br&gt;
To pół loży honorowej było w plamach. &lt;br&gt;
Wreszcie małpie przywiązano wentylator &lt;br&gt;
Ale ona zamiast skakać - zdechła z nudów, &lt;br&gt;
I na koniec wyszedł prestidigitator &lt;br&gt;
Co miał numer pod tytułem "Jarmark cudów". &lt;br&gt;
Dość mizerną prezentował przy tym wprawę &lt;br&gt;
I ze wstydu biedaczysko aż się kulił, &lt;br&gt;
Gdy króliki wyłaziły mu z nogawek &lt;br&gt;
I gdy karty wypadały zza koszuli. &lt;br&gt;
Kiedy krzyknął: Zara zjawi się kanarek! &lt;br&gt;
- Biała myszka wyskoczyła jemu z głowy, &lt;br&gt;
A w moździerzu kiedy zaczął tłuc zegarek, &lt;br&gt;
To właściciel zaraz pobiegł kupić nowy. &lt;br&gt;
Aż nareszcie po ostatni sięgnął atut, &lt;br&gt;
Tak się zebrał jak tonący siły zbiera &lt;br&gt;
I oznajmił głośno miastu oraz światu: &lt;br&gt;
- Tamten facet w pierwszym rzędzie zniknie tera! &lt;br&gt;
Że jednakże nie był ci to okaz asa &lt;br&gt;
(...)
Więc ten pan co prawda zniknął, lecz do pasa, &lt;br&gt;
A od pasa ganiał w koło po arenie. &lt;br&gt;
Aż ktoś spytał: - Nie wstyd Wam, że tak knocicie? &lt;br&gt;
Zaś dyrektor na to tonem rzekł rozsądku: &lt;br&gt;
- Wstyd? My jedziemy na planowym deficycie! &lt;br&gt;
- Ach - westchnęli wszyscy z ulgą - To w porządku!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>W Izbie Lordów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/441/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/441/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 W IZBIE LORDÓW 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Słonko zachód już oświetla &lt;br&gt;
Złocąc młode lipki, &lt;br&gt;
W Izbie Lordów rżnie basetla &lt;br&gt;
I cieszą się skrzypki. &lt;br&gt;
W Izbie Lordów wielka wrzawa, &lt;br&gt;
Krzyki "husia-siusia" &lt;br&gt;
Na stojących wokół ławach &lt;br&gt;
Lord przy Lordzie usiadł. &lt;br&gt;
Lord przy lordzie, graf przy grafie &lt;br&gt;
A przy hrabi hrabia... &lt;br&gt;
Aż opisać nie potrafię &lt;br&gt;
Co się tam wyrabia! &lt;br&gt;
Co wyrabia, co się czyni, &lt;br&gt;
Wprost nie uwierzyta, &lt;br&gt;
Bo lordówny wszystkie w mini &lt;br&gt;
Kiej zespół "Partita", &lt;br&gt;
Względnie kieby "Alibabki" &lt;br&gt;
Czy też inne dzlopy. &lt;br&gt;
A prześmiewki, a obłapki, &lt;br&gt;
A pisk: - Puśćta chłopy! &lt;br&gt;
Ej lordowie! Siedźta cicho, &lt;br&gt;
Ostawta dziewuchy, &lt;br&gt;
Bo królowa wchodzi z michą &lt;br&gt;
A w tej misce - kluchy! &lt;br&gt;
Kluchy z makiem pachną w misce &lt;br&gt;
Że o moiściewy! &lt;br&gt;
Już też każden lord, po łyżce &lt;br&gt;
Wyjon zza cholewy. &lt;br&gt;
Wyjon, strząsnął z łyżki wiechcie, &lt;br&gt;
Skosztował potrawę &lt;br&gt;
I z zachwytem rzekł: - A niech cię, &lt;br&gt;
Jakie to-to klawe! &lt;br&gt;
Jakie klawe, znakomite, &lt;br&gt;
Aż lizie do gemby, &lt;br&gt;
Oraz jakie zmyślne przytem, &lt;br&gt;
Bo zakleja zemby! &lt;br&gt;
Hej, zakleja jak butapren, &lt;br&gt;
Zalepia je w dechę! &lt;br&gt;
Teraz będzie dużo łatwiej &lt;br&gt;
Po angielsku szprechen! &lt;br&gt;
Tak przygotowani zatem &lt;br&gt;
Angielscy lordowie &lt;br&gt;
Zaczynają swą debatę &lt;br&gt;
W anglikańskiej mowie, &lt;br&gt;
Obgadują wszystko szczerze, &lt;br&gt;
Ustalają wszystko, &lt;br&gt;
A na Trafalgarskim Skwerze&lt;br&gt;
Kłosi się już żytko, hej! &lt;br&gt;
Kłosi się już żytko!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cel walki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/442/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/442/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CEL WALKI &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz gdy był wspaniały turniej i rycerze strącali się z koni, &lt;br&gt;
Lechu Dreptak wykombinował jak się pozbyć Dzyndzel Apolonii, &lt;br&gt;
Swej wieloletniej kochanki, w wieku grubo powyżej czterdziestki, &lt;br&gt;
Ponętnej jak ekshumacja lecz za to twardszej od deski. &lt;br&gt;
Owoż chcąc mieć ją z głowy, ustalił taką metodę, &lt;br&gt;
Że kto go zwycięży w turnieju - Apolonię weźmie w nagrodę. &lt;br&gt;
Ledwie to herold ogłosił, natychmiast, na łapu-capu, &lt;br&gt;
Zgłosił się do turnieju niejaki Dyćko z Okapu. &lt;br&gt;
Ogromne i dzikie chłopisko, ozdobne w blizny i w guzy, &lt;br&gt;
Co kiedyś wysadził był z siodła samego Rajmunda z Tuluzy. &lt;br&gt;
- Ha - myśli Dreptak, zerkając na potężnego Dyćka &lt;br&gt;
- Kto jak kto, ale Dyćko mnie bez wątpienia wyryćka. &lt;br&gt;
Muszę prędziutko spaść z konia, żeby nie drażnić goryla, &lt;br&gt;
A przy okazji pozbędę się wreszcie tego babsztyla. &lt;br&gt;
Już pan sędzia ustawił ich w szrankach, sprawdził koniom uszczelki i felgi &lt;br&gt;
I poprosił by rycerskim zwyczajem: zawodnicy rzucali obelgi. &lt;br&gt;
- Panie Dyćku - zapiszczał Dreptak - ubezpieczył pan siebie w ZUS-ie? &lt;br&gt;
Dyćko splunął przez szparę w przyłbicy i powiedział: &lt;br&gt;
- Oż, ty konusie... &lt;br&gt;
A że Dreptak był faktycznie nieduży - metr czterdzieści w skarpetkach i w hełmie/ &lt;br&gt;
Więc po takiej strasznej obeldze panowanie stracił zupełnie. &lt;br&gt;
Kolanami ścisnął wałacha, zakurzyło się na klepisku &lt;br&gt;
I nim Dyćko się zorientował - dostał kilka razy po pysku. &lt;br&gt;
Zahuczało i zabrzęczało, zakrzyknęli z emocji widzowie, &lt;br&gt;
Dyćko krwawiąc obficie z nosa, siedzi sobie jak głupi... w rowie. &lt;br&gt;
A zaś Dreptak cwałuje po polu, w pióropuszu wiatr jemu świszcze &lt;br&gt;
I już słychać ogólne wołania: - Niechaj żyje nam mistrz nad mistrze! &lt;br&gt;
Już prowadzę go do prezydium, by nagrodę tam pokwitował, &lt;br&gt;
A on zbladł, bo zapomniał, że nagroda to ta pani Aplonia Dzyndzelowa... &lt;br&gt;
Próżno chciał się biedaczek wymigać, próżno wołał: &lt;br&gt;
- Jam jej niegodzien! &lt;br&gt;
Przytroczyli mu babę do siodła i znów ma ją z powrotem na co dzień. &lt;br&gt;
Zasię Dyćko żyje szczęśliwie w swoim zamku gdzieś na uboczu... &lt;br&gt;
Tak bywa, gdy w trakcie walki - cel walki utraci się z oczu. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szturm I</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/443/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/443/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZTURM I &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dusza od dumy mi urosła, &lt;br&gt;
W oczach radosne lśnią iskierki - &lt;br&gt;
Swoje Casino ma już Wrocław, &lt;br&gt;
A w nim przepiękne ma krupierki. &lt;br&gt;
Żetony tylko dewizowe, &lt;br&gt;
Goryle przyodziani skromnie, &lt;br&gt;
Stroje wyłącznie wieczorowe &lt;br&gt;
(co najwyraźniej widać po mnie). &lt;br&gt;
Babcia w klozecie liczy dolce, &lt;br&gt;
Wogóle czysto, sprawnie, ładnie, &lt;br&gt;
Wprost czuję żem u siebie, w Polsce, &lt;br&gt;
Że tu włos z głowy mi nie spadnie &lt;br&gt;
Krupierka, toż to swojska postać! &lt;br&gt;
Zawsze warzyła w kuchni krupy, &lt;br&gt;
Zawsze mógł od niej Polak dostać &lt;br&gt;
Krupniku, albo innej zupy. &lt;br&gt;
Cassino też już kiedyś było, &lt;br&gt;
Zdobyliśmy je bagnetami &lt;br&gt;
I proszę, nic się nie zmieniło, &lt;br&gt;
Nawet obrońcy tacy sami. &lt;br&gt;
Tyle, że brak czerwonych (maków), &lt;br&gt;
Tyle, że nie ten wódz przed frontem, &lt;br&gt;
Lecz co tam, wnuku andersiaków, &lt;br&gt;
Rozbijaj bank, jak dziadek Monte!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szturm II</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/444/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/444/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 SZTURM II&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dusza od dumy mi urosła, &lt;br&gt;
W oczach radosne lśnią iskierki - &lt;br&gt;
Swoje Casino ma już Wrocław, &lt;br&gt;
I bardzo piękne ma krupierki. &lt;br&gt;
Żetony tylko dewizowe, &lt;br&gt;
Goryle pochwani skromnie, &lt;br&gt;
Stroje wyłącznie wieczorowe &lt;br&gt;
(co najwyraźniej widać po mnie). &lt;br&gt;
Babcia w klozecie bierze dolce, &lt;br&gt;
Lecz za to jak tu czysto ładnie,&lt;br&gt;
Wprost czuję żem u siebie, w Polsce, &lt;br&gt;
Że tu włos z głowy mi nie spadnie &lt;br&gt;
Krupierka, toż to swojska postać! &lt;br&gt;
Zawsze warzyła w kuchni krupy, &lt;br&gt;
Zawsze mógł od niej Polak dostać &lt;br&gt;
Krupniku, albo innej zupy. &lt;br&gt;
Cassino też już kiedyś było, &lt;br&gt;
Zdobyliśmy je bagnetami, &lt;br&gt;
Więc tutaj nic się nie zmieniło - &lt;br&gt;
Nawet obrońcy tacy sami. &lt;br&gt;
Tylko czerwonych nie ma maków &lt;br&gt;
I już nie dymią wraki tanków.... &lt;br&gt;
Do szturmu, wnuki andersiaków, &lt;br&gt;
Życzymy wam rozbicia banku. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szturm III</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/445/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/445/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZTURM III&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dusza od dumy mi urosła, &lt;br&gt;
W oczach radosne lśnią iskierki - &lt;br&gt;
Swoje casino ma już Wrocław, &lt;br&gt;
A w tym casinie ma krupierki. &lt;br&gt;
Z Casinem mamy doświadczenia, &lt;br&gt;
Zdobyliśmy je bagnetami, &lt;br&gt;
Więc tutaj się niewiele zmienia -&lt;br&gt;
Nawet obrońcy są ci sami.&lt;br&gt;
Krupierka, to też polska postać, &lt;br&gt;
Zawsze warzyła w kuchni krupy, &lt;br&gt;
Polak mógł zawsze od niej dostać &lt;br&gt;
Krupniku, albo innej zupy. &lt;br&gt;
Żetony tylko dewizowe, &lt;br&gt;
Goryle pochowani skromnie, &lt;br&gt;
Zaś stroje tylko wieczorowe &lt;br&gt;
Co najwyraźniej widać po mnie. &lt;br&gt;
I znów swą werwą i fasonem &lt;br&gt;
Polak zadziwił cudzoziemców, &lt;br&gt;
Podeptał maki (te czerwone) &lt;br&gt;
I ma Casino! A w nim Niemców.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Diagnoza</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/446/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/446/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DIAGNOZA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Był jeden Dreptak Zenon, który miał sąsiada &lt;br&gt;
A ten sąsiad nazywał się Leon Chudzielak, &lt;br&gt;
I ten Chudzielak czasem do Dreptaka wpadał, &lt;br&gt;
Mówił mu różne głupstwa i go w ucho strzelał. &lt;br&gt;
Poza tym mu tratował pod oknami kwiatki, &lt;br&gt;
To tu to ówdzie robił mu koszmarny skandal, &lt;br&gt;
I groził że się kiedyś dorwie do Agatki &lt;br&gt;
Czyli córki Dreptaka, i że będzie Wandal. &lt;br&gt;
Trudno wyliczyć wszystkie zajścia i szykany, &lt;br&gt;
Jakim nieraz rodzina Dreptaka uległa,&lt;br&gt;
Czasami się rozlegał głośny krzyk: - O rany! &lt;br&gt;
Gdy na Dreptaka żonę spadła z góry cegła, &lt;br&gt;
Czasami Dreptak jęczał że go oczy pieką, &lt;br&gt;
Bo ten Chudzielak wpuszczał mu gazy łzawiące, &lt;br&gt;
A poza tym mu siusiał w butelki na mleko &lt;br&gt;
I mówił przez telefon: - Już ja cię przetrącę! &lt;br&gt;
Aż Dreptak, żyć nie mogąc wśród huku i swądu, &lt;br&gt;
Ciągłych gwałtów, napaści to z lewa to z prawa, &lt;br&gt;
Zaskarżył Chudzielaka do miejskiego sądu, &lt;br&gt;
I już nazajutrz miała odbyć się rozprawa. &lt;br&gt;
Lecz wieczorem ktoś dzwoni do drzwi Chudzielaka, &lt;br&gt;
Chudzielak drzwi otworzył i mruga oczami &lt;br&gt;
Bo nie wie: Rzeczywistość to, czy zjawa jaka? &lt;br&gt;
Dreptak z miłym uśmiechem stoi pode drzwiami &lt;br&gt;
I mówi: - Puśćmy tamte sprawy w zapomnienie &lt;br&gt;
Moje pęknięte żebra niech się już nie liczą, &lt;br&gt;
Przebaczam i sam proszę też o przebaczenie.... &lt;br&gt;
Chudzielak ryknął śmiechem i zawołał: - Byczo!!! &lt;br&gt;
Na szczęście za Dreptakiem przyszła jego żona &lt;br&gt;
Schwytała go, na czole położyła rączkę &lt;br&gt;
I jęknęła: &lt;br&gt;
- No proszę, głowa rozpalona... &lt;br&gt;
Zenek, weź aspirynę, ty masz gorączkę!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Uśnięcie krytyka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/447/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/447/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
UŚNIĘCIE KRYTYKA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz jeden znany krytyk, kosmiczny asekurant, &lt;br&gt;
Z tchórzostwa i indolencji wspaniale znany w mieście,&lt;br&gt;
Wrócił wieczorem do domu i dał pod kołdrę nura&lt;br&gt;
I się odprężył trochę i mruknął z ulgą: - Nareszcie...! &lt;br&gt;
Fakt faktem, dzień dzisiejszy nerwowy był i ciężki, &lt;br&gt;
Różne lokalne burze wstrząsały powiatem i miastem, &lt;br&gt;
Krytyk miał mały sukces i dwie dość spore klęski, &lt;br&gt;
Więc teraz leżąc pod kołdrą myślał: - My bed is my castle! &lt;br&gt;
I czuł się względnie bezpieczny, jak orzech w łupiny środku, &lt;br&gt;
I drzemał, aż nagle zadrżał, skrzypnęły bowiem drzwi, &lt;br&gt;
I niewyżyta żona wszedłszy, szepnęła: - Kotku...! &lt;br&gt;
Lecz krytyk był asekurant, więc wolał udawać że śpi. &lt;br&gt;
A przy tym kombinował: jeśli wysunę głowę, &lt;br&gt;
To w rezultacie dojść może do jakichś ekscesów, &lt;br&gt;
I mogą mi się wyrobić jakieś poglądy nowe, &lt;br&gt;
I jeszcze coś o tym napiszę i to będzie koniec sukcesów... &lt;br&gt;
Tu wstrząsnął się w przerażeniu i się zatroskał szczerze &lt;br&gt;
Głębiej pod kołdrę się wsunął, nie bacząc że duszno i ciasno, &lt;br&gt;
Pomyślał, że trudno jest tworzyć we wrogiej atmosferze &lt;br&gt;
Wytworzył ad hoc przyjazną, odetchnął głęboko i zasnął...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Proporcje</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/448/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/448/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PROPORCJE &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Powiedzmy odważnie to sobie, &lt;br&gt;
Że u nas trwa taka zasada, &lt;br&gt;
Iż ważne jest nie co kto robi, &lt;br&gt;
Lecz ważne jest to, co kto gada. &lt;br&gt;
Przypuśćmy, że jakiś architekt &lt;br&gt;
Szpitale wystawia lub szkoły, &lt;br&gt;
I dzieła to są znakomite, &lt;br&gt;
Zaś gada - pardon - lecz pierdoły. &lt;br&gt;
Hej, jakby wichurą zadęło, &lt;br&gt;
Wnet krzyki, krytyki i spowiedź - &lt;br&gt;
Nieważne wspaniałe jest dzieło, &lt;br&gt;
Lecz ważna ta durna wypowiedź, &lt;br&gt;
Ją właśnie przyjęto za główną, &lt;br&gt;
I drze się na temat jej szatę, &lt;br&gt;
A przecież Cambronne wołał "merd", &lt;br&gt;
Lecz walczył - jak wielki bohater. &lt;br&gt;
John Steinbeck na starość stetryczał &lt;br&gt;
I poparł agresję na Vietnam, &lt;br&gt;
Czy jego "Nadbrzeżna ulica" &lt;br&gt;
Jest przez to mniej pięka i świetna? &lt;br&gt;
Bo lata i wieki upłyną, &lt;br&gt;
I słowa się staną legendą, &lt;br&gt;
Lub nawet bez śladu przeminą, &lt;br&gt;
Zaś dzieła zostaną i będą. &lt;br&gt;
Pomyślmy, kochani, czasami &lt;br&gt;
Jak sprawa to błaha i mała &lt;br&gt;
Com ó w i łarchitekt piramid, &lt;br&gt;
Jak ważna natomiast - co działał. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szept</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/449/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/449/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 SZEPT &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Starszy referent Jan Dreptak miał żonę, tapczan i półki. &lt;br&gt;
I rzadko, raz na lat kilka miał także przyjaciółki. &lt;br&gt;
Ostatnio zauważono, że ciągle po mieście lata &lt;br&gt;
I szuka jakiejś blondynki o dźwięcznym imieniu Beata, &lt;br&gt;
Więc nie raz mu kumple mówili: Te, nie bądź wybredny taki, &lt;br&gt;
Są przecież Manie, Franie i inne ładne kociaki! &lt;br&gt;
Ty chyba kochany Jasiu jesteś ciut szusowaty, &lt;br&gt;
Że szukasz z oślim uporem jakiejś mitycznej Beaty! &lt;br&gt;
Aż wreszcie nie wytrzymali, zmówili się kiedyś chytrze &lt;br&gt;
I jęli badać Jasia przy eksportowym półlitrze. &lt;br&gt;
I wreszcie wydarli mu sekret dosłownie z głębi łona: &lt;br&gt;
- Beata - powiedział Dreptak - nazywa się moja żona, &lt;br&gt;
Więc chyba nie będzie miała do mnie pretensji za to, &lt;br&gt;
Że czasem przez sen wyszepczę cichutko "Beato, Beato"... &lt;br&gt;
Podczas gdy w razie, gdybym wyszeptał powiedzmy "Elżbieta", &lt;br&gt;
To by rąbnęła mnie po łbie, a rękę ma jak atleta! &lt;br&gt;
I Jasio Dreptak, swym kumplom opowiedziawszy wszystko, &lt;br&gt;
Poszedł się spotkać z Beatą Kołpiszewską, starszą kontystką. &lt;br&gt;
Po kilku dniach od tej daty zjawia się Dreptak w biurze, &lt;br&gt;
A tu ci na nim siniaki kwitną jak w polu róże. &lt;br&gt;
Więc wzbudził wielką sensację pośród kolegów grona... &lt;br&gt;
- Kto cię zlał? Pietrzykowski? &lt;br&gt;
- Nie... - mówi Dreptak - żona...&lt;br&gt;
- Jakże to? Czyżby zawiódł zupełnie twój system wspaniały? &lt;br&gt;
- Zawiódł... - No ale przecież imiona klapowały...? &lt;br&gt;
- I owszem... - Więc czemu żona popadła w pasję szewską? &lt;br&gt;
Cóżeś ty przez sen szeptał? &lt;br&gt;
- Szeptałem "O, Kołpiszewsko..."!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szantażyk</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/450/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/450/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZANTAŻYK &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeśli żona mężowi czasem grozi kopyścią, &lt;br&gt;
Łatwo pojąć intencję która w ruchu tym jest - &lt;br&gt;
Minimalny szantażyk z minimalną korzyścią, &lt;br&gt;
Tradycyjny, seryjny, rytualny wręcz gest. &lt;br&gt;
Żona nie chce, by z kumplem szedł na piwo jej starzyk, &lt;br&gt;
Innych środków wyrazu w danej chwili jej brak, &lt;br&gt;
Korzyść stąd równie mała jak ten mały szantażyk, &lt;br&gt;
W sumie cały ów problem maciupeńki jak mak. &lt;br&gt;
Czasem sprzeczka wybucha w biurze, albo i w barze, &lt;br&gt;
Różne słowa padają, a wśród innych i te: &lt;br&gt;
- Czy pan wie kto ja jestem? Już ja panu pokażę! &lt;br&gt;
Przyczem nie precyzujec opokazać nam chce. &lt;br&gt;
Cóż, słuchamy ze złością, ale nie z nienawiścią, &lt;br&gt;
Wszyscyśmy już przywykli do utartych tych zdań, &lt;br&gt;
Minimalny szantażyk z minimalną korzyścią, &lt;br&gt;
Wiemy - gość nic nie może, ale straszy nas drań. &lt;br&gt;
Jeli jednak coś może? Jeśli to sekretarzyk &lt;br&gt;
Sekretarki ministra albo posła, to co? &lt;br&gt;
Dajmy odnieść mu korzyść małą jak ten szantażyk, &lt;br&gt;
Zlekceważmy to zajście, takie drobne jak źdźbło. &lt;br&gt;
I w miłości się zdarza takich spraw dosyć wiele, &lt;br&gt;
Gdy ktoś w naszej osobie znajdzie uczuć swych cel &lt;br&gt;
I powiada: - Nie zechcesz, to się zara zastrzelę! &lt;br&gt;
Patrząc na nią - lub niego - myślę sobie: - To strzel! &lt;br&gt;
Lecz po chwili rozważam: - Miłość gdy zacznie gryźć ją &lt;br&gt;
Gotów - albo gotowa - strzelić w łeb, względnie w biust... &lt;br&gt;
Minimalny szantażyk z minimalną korzyścią, &lt;br&gt;
Ale lepiej bliźniemu nie odmawiać... hm... ust... &lt;br&gt;
Więc idziemy w paskudny okoliczny pejzażyk, &lt;br&gt;
Albo li też do chaty podążamy tup tup, &lt;br&gt;
Minimalna to korzyść, minimalny szantażyk, &lt;br&gt;
Ale po co sumienie ma obarczać nam trup? &lt;br&gt;
Szumią łany jak rany, dymią liczne fabryki, &lt;br&gt;
Rozkwitają budynki biur, uczelni i hut, &lt;br&gt;
Nieustannie drobniutkie dzieją się szantażyki &lt;br&gt;
Z których mini-korzyści tu i tam ciągnie lud. &lt;br&gt;
Jaki ze mnie poeta? Jam nie Przyboś, ni Ważyk, &lt;br&gt;
Nie mam dużych wymagań, skromny starcza mi byt, &lt;br&gt;
A ten wierszyk, to taki minimalny szantażyk, &lt;br&gt;
Korzyść zaś - honorarium takie ciupcie, aż wstyd...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cichociemni</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/451/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/451/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CICHOCIEMNI &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Są tacy cichociemni &lt;br&gt;
Ogromnie nieprzyjemni &lt;br&gt;
Którzy mnie śledzą, &lt;br&gt;
I jak tylko coś zbroję, &lt;br&gt;
To zaraz żonie mojej &lt;br&gt;
Wszystko powiedzą.... &lt;br&gt;
Nie wiem czy to blondyni, &lt;br&gt;
Bruneci czy szatyni &lt;br&gt;
Czy może rudzi? &lt;br&gt;
Czasem myślę, że w tłumie &lt;br&gt;
Jakoś ich poznać umiem, &lt;br&gt;
A guzik... &lt;br&gt;
Kończą się dla mnie marnie &lt;br&gt;
Kina, parki, kawiarnie &lt;br&gt;
I spacery en deux, &lt;br&gt;
Wracam do domu: w progu &lt;br&gt;
Stoi żona. Jej bogu!!!! &lt;br&gt;
Już wszystko wie! &lt;br&gt;
Myślę, dziwię się szczerze, &lt;br&gt;
Skąd ona forsę bierze &lt;br&gt;
Na to śledztwo bez przerwy i luki? &lt;br&gt;
Jak się z nimi oblicza? &lt;br&gt;
Czy mają u niej ryczałt, &lt;br&gt;
Czy są płatni - że tak powiem - od sztuki? &lt;br&gt;
Kiedyś z jedną Kwiatkowską &lt;br&gt;
NA pustynię Błędowską &lt;br&gt;
Pojechałem, bo tam duży horyzont, &lt;br&gt;
Równina, słońce świeci, &lt;br&gt;
Więc już żadni faceci &lt;br&gt;
Nie ukryją się i nie zbliżą, &lt;br&gt;
Okolica puściutka, &lt;br&gt;
Spostrzegłbyś krasnoludka, &lt;br&gt;
Sytuacja wyraźna i prosta! &lt;br&gt;
Niestety.... bez rezultatu... &lt;br&gt;
Opuchlizna - o, ta tu - &lt;br&gt;
To nie żadna, proszę państwa, okostna... &lt;br&gt;
Cichociemni mnie śledzą, &lt;br&gt;
Wszystko żonie powiedzą, &lt;br&gt;
Życie w trosce i smutku mi płynie, &lt;br&gt;
Tylko Jaś kumpel twierdzi &lt;br&gt;
Że skąd, nikt mnie nie śledzi, &lt;br&gt;
Tylko że każda, żona jak jest trochę wprawiona, &lt;br&gt;
To od razu wszystko pozna po... minie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Casus Józio</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/452/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/452/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 CASUS JÓZIO &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Józio, co był dotąd zerem &lt;br&gt;
Pragnął zostać bohaterem. &lt;br&gt;
We śnie wciąż mu się przyczepi &lt;br&gt;
Judym, albo książę Pepi, &lt;br&gt;
Albo rotmistrz Kozietulski, &lt;br&gt;
Zorro lub Cezary Julski. &lt;br&gt;
Także często niesłychanie &lt;br&gt;
Śnią Józiowi się Indianie, &lt;br&gt;
Którzy białe dziewczę podle &lt;br&gt;
Porwają w step na siodle &lt;br&gt;
Poczem krzywdzą je w wigwamie, &lt;br&gt;
A on wbiega i ich łamie, &lt;br&gt;
Strzela z kolta i z pepeszy &lt;br&gt;
A dziewczę się z tego cieszy, &lt;br&gt;
Potem wpada mu w objęcia &lt;br&gt;
A jej tatko ściska zięcia, &lt;br&gt;
Znaczy Józia, zaczem próbna &lt;br&gt;
Ma nastąpić noc poślubna,... &lt;br&gt;
Tu się Józio budził zawsze, &lt;br&gt;
Tracąc wizje ci ciekawsze..... &lt;br&gt;
Rzecz normalna, że w tej sprawie &lt;br&gt;
Pragnął by tak coś na jawie, &lt;br&gt;
A więc ciągle chodzi, tropi, &lt;br&gt;
Czy gdzieś babka się nie topi, &lt;br&gt;
Żeby ją wydobyć z Odry &lt;br&gt;
I mieć z tego profit szczodry, &lt;br&gt;
Względnie aż do ZOO jedzie &lt;br&gt;
Bo tam białe są niedźwiedzie, &lt;br&gt;
Jakby wpadł ktoś między bestie, &lt;br&gt;
Józio by nastraszył fest je &lt;br&gt;
Potem brawa, radość, kwiaty, &lt;br&gt;
A on bierze ją do chaty..... &lt;br&gt;
Czasem chodzi i patrzysie &lt;br&gt;
Czy gdzieś z okna nie kopcisie, &lt;br&gt;
Znaczy czy się gdzieś nie pali, &lt;br&gt;
I - powiedzmy - wszyscy zwiali, &lt;br&gt;
A wysoko na balkonie &lt;br&gt;
Śliczna babka zaraz spłonie, &lt;br&gt;
Ale zanim to nastąpi, &lt;br&gt;
On na ogień dziarsko siąpi, &lt;br&gt;
Oraz niesłychanie zwinnie &lt;br&gt;
W górę wspina się po rynnie! &lt;br&gt;
Zachwycona wyje tłuszcza, &lt;br&gt;
A on się z tą panną spuszcza.... &lt;br&gt;
Czując takie powołanie &lt;br&gt;
Chodził dumny niesłychanie, &lt;br&gt;
Oczy miał rozanielone, &lt;br&gt;
I odważnie zbił raz żonę. &lt;br&gt;
Tu skończyła się kariera &lt;br&gt;
Odważnego bohatera, &lt;br&gt;
Bo się przytem tak sforsował &lt;br&gt;
Że na serce wykorkował. &lt;br&gt;
Teraz wniosek: - Jak kto słaby, &lt;br&gt;
Niech uważa z biciem baby! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Atleta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/453/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/453/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ATLETA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wysławszy małżonkę wraz z dziećmi do Szczyrku &lt;br&gt;
I pragnąc zagłuszyć tęsknotę, &lt;br&gt;
Poszedłem wraz z jedną znajomą do cyrku &lt;br&gt;
I siadłem pod szarym namiotem. &lt;br&gt;
Niestety, cyrk program miał nader fatalny &lt;br&gt;
Coś jak na odpuście w Pinczowie... &lt;br&gt;
Przeważnie po puchach kopały się klauny, &lt;br&gt;
I jeden pan stawał na głowie, &lt;br&gt;
Dyrygent orkiestry we fraku miał dziury, &lt;br&gt;
Żonglerem był stary reumatyk, &lt;br&gt;
A zamiast tygrysów dwa chude kocury &lt;br&gt;
Niechętnie skakały przez patyk. &lt;br&gt;
Po tak anemicznych i drętwych podnietach &lt;br&gt;
Gdy wszystkich nas trzęsła cholera, &lt;br&gt;
Wystąpił chudziutki, malutki atleta &lt;br&gt;
I pisnął, że szuka partnera... &lt;br&gt;
Tu wątłe muskułki z wysiłkiem natężył, &lt;br&gt;
Brzuch wciągnął kompletnie zwiotczały, &lt;br&gt;
I dodał, że kto go w zapasach zwycięży, &lt;br&gt;
Otrzyma ćwierć litra gorzały, &lt;br&gt;
A we mnie krew przodków zagrała i serce, &lt;br&gt;
Wezwanie dodało mi weny, &lt;br&gt;
I chcąc przypodobać się swojej partnerce &lt;br&gt;
Wkroczyłem na piasek areny. &lt;br&gt;
Atleta podciągnął pasiaste jegiery, &lt;br&gt;
Podrapał się w stopę ospale, &lt;br&gt;
Osadził na nosie wytarte cwikiery &lt;br&gt;
I jęknął: - Chodź niech cię rozwalę! &lt;br&gt;
Tu z taką energią natarłem na wroga, &lt;br&gt;
Że zanim się spostrzegł biedaczek, &lt;br&gt;
Wyleciał w powietrze, wycharczał "Laboga"!!!! &lt;br&gt;
I capnął na ziemię jak flaczek... &lt;br&gt;
I leżał... i rączka mu drżała i nóżka, &lt;br&gt;
Więc cała impreza mi zbrzydła, &lt;br&gt;
Bo ludzie szemrali: O, pobił staruszka! &lt;br&gt;
A to ci kawałek chamidła! &lt;br&gt;
I wleciał dyrektor i krzyczał! Niestety! &lt;br&gt;
Oburącz za włosy się łapał: &lt;br&gt;
Cóż teraz mam począć bez mego atlety, &lt;br&gt;
Toć plajta mnie czeka i klapa! &lt;br&gt;
I zaczął go macać czy nie ma gdzie dziury, &lt;br&gt;
I jęczał w rozpaczy i żalu: &lt;br&gt;
- Rok tylko mu brakło do emerytury, &lt;br&gt;
A pan go zabiłeś, brutalu! &lt;br&gt;
Wtem staruch się ocknął, wycofał się rakiem, &lt;br&gt;
(...)&lt;br&gt;
Popatrzył się na mnie z wyraźnym niesmakiem &lt;br&gt;
I kwiknął: - Taż ja go zabiję! &lt;br&gt;
I wtedy pojąłem, iż tu się wyłania &lt;br&gt;
Myśl jasna i ostra jak brzytew, &lt;br&gt;
Że są retoryczne nie tylko pytania, &lt;br&gt;
Lecz także wyzwania do bitew... &lt;br&gt;
Kto takie wyzwanie traktuje z powagą, &lt;br&gt;
Jak jakiś prawdziwy mecz w lidze, &lt;br&gt;
Jest burkiem, ciemniakiem, i zwykłym stilagą... &lt;br&gt;
Cóż... dałem się pobić dziadydze...!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cena szczęścia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/454/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/454/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CENA SZCZĘŚCIA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

W jednym z miast sprawozdawca sportowy &lt;br&gt;
Wypluskawszy jak rybka się w wannie &lt;br&gt;
Mocny proszek na ból zażył głowy &lt;br&gt;
I się ubrał niezwykle starannie. &lt;br&gt;
Włożył majtki, koszulę dederon, &lt;br&gt;
Luźne spodnie w jodełkę i sweter... &lt;br&gt;
Stary był to wyjadacz i pieron &lt;br&gt;
Mikrofonu bezbłędny muszkieter! &lt;br&gt;
Wciąż masztowej podobny był sośnie &lt;br&gt;
I szatańską się cieszył kondycją, &lt;br&gt;
Ale czuł, że znów trema w nim rośnie &lt;br&gt;
Tak jak zwykle, przed każdą audycją... &lt;br&gt;
Wypił wódkę, owinął się w szalik &lt;br&gt;
Co był w kratkę różowo-błękitną, &lt;br&gt;
A na piersiach skrył chytrze medalik &lt;br&gt;
Który dziad jego miał, pod Rokitną.... &lt;br&gt;
Zjadł miętówkę by oddech mieć świeży, &lt;br&gt;
Powiódł wzrokiem po swoim pokoju, &lt;br&gt;
A tu "Trabant" już zarżał u dźwierzy, &lt;br&gt;
A tu trzeba już ruszać do boju. &lt;br&gt;
Kazał Trabant redaktor kulbaczyć, &lt;br&gt;
Trabant, w każdej mu wierny potrzebie, &lt;br&gt;
Chcąc go jeszcze przed meczem zobaczyć, &lt;br&gt;
Kazał przywieźć do izby, do siebie... &lt;br&gt;
Rannym świtem dzwoniono w kaplicy, &lt;br&gt;
Lecz nie było w kaplicy tej ścisku &lt;br&gt;
Bo był mecz tego dnia w okolicy &lt;br&gt;
Więc kto żyw skupił się na boisku. &lt;br&gt;
Sprawozdawca przy swym mikrofonie &lt;br&gt;
Patrzył okiem obłędnym na stadion &lt;br&gt;
I nerwowo swe własne gryzł dłonie &lt;br&gt;
Aż transmisja zaczęła się w radio. &lt;br&gt;
Wtem poczuł, że jeszcze jest dobry, &lt;br&gt;
Cały spokój mu wrócił dopiero, &lt;br&gt;
Wziął mikrofon i krzyknął: - Dzień dobry! &lt;br&gt;
Do tej pory mamy stan zero zero! &lt;br&gt;
I już dalej, w przepięknej polszczyźnie &lt;br&gt;
Mówił wszystko, kto kogo przewraca... &lt;br&gt;
... wielu mamy sprawozdawców w ojczyźnie, &lt;br&gt;
Lecz nikt nie wie, jaka ciężka to praca!!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nowe sporty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/455/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/455/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NOWE SPORTY &lt;br&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;monolog dziecka&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bardzo kiepskie są wyniki &lt;br&gt;
Naszej lekkiej atletyki, &lt;br&gt;
Polak kiedyś był potęgą &lt;br&gt;
A teraz jest niedołęgą, &lt;br&gt;
Jak pobiegnie to zemdleje &lt;br&gt;
A jak skoczy to się zleje &lt;br&gt;
Zimnym potem, oraz przedtem, &lt;br&gt;
I o pomoc prosi szeptem. &lt;br&gt;
Ja bym tam inne metody &lt;br&gt;
Wprowadził na te zawody, &lt;br&gt;
Nie jakieś biegi wzdłóż toru, &lt;br&gt;
Tylko raczej coś z folkloru, &lt;br&gt;
Jakąś specyfikę naszą &lt;br&gt;
Której inni się przestraszą, &lt;br&gt;
A my w absolutnej chwale &lt;br&gt;
Zgarniamy wszystkie medale. &lt;br&gt;
Na przykład zrobiłbym skoki &lt;br&gt;
Nie w górę, tylko na boki, &lt;br&gt;
A zamiast skoku o tyczce &lt;br&gt;
Wprowadził Skok O Zaliczce, &lt;br&gt;
Bieg po pensję dał czasami &lt;br&gt;
/trzy tysiące. Z przeszkodami/ &lt;br&gt;
A znowuż wyścigi w chodach &lt;br&gt;
Rozgrywałbym w samochodach, &lt;br&gt;
Bo po marce samochodu &lt;br&gt;
Zaraz poznać klasę chodu. &lt;br&gt;
Poza tym po co te rzuty?&lt;br&gt;
Dużo lepsze są odrzuty &lt;br&gt;
Z zagranicznego eksportu, &lt;br&gt;
W sam raz dla naszego sportu, &lt;br&gt;
A jak rzut - to nie oszczepem, &lt;br&gt;
Tylko po naszemu, cepem, &lt;br&gt;
Ewentualnie nie młotem &lt;br&gt;
Tylko od sąsiadów kotem, &lt;br&gt;
Natomiast również nie kulą &lt;br&gt;
Tylko Józefem Kotulą &lt;br&gt;
Co chodził do twojej żony &lt;br&gt;
I ukradł ci kalesony. &lt;br&gt;
Wreszcie zamiast rzutu dyskiem &lt;br&gt;
Można by dać rzut przyciskiem &lt;br&gt;
Biurowym, w głowę kolegi, &lt;br&gt;
Potem rozegrać grę w piegi, &lt;br&gt;
Po zawodach palnąć mówkę, &lt;br&gt;
Zamiast nagród dać łapówkę &lt;br&gt;
I zdrowo popić na mecie, &lt;br&gt;
A nie gdzieś jeździć po świecie &lt;br&gt;
Żeby się z nas inni śmiali &lt;br&gt;
Że my tak kiepsko biegali... &lt;br&gt;
I owszem, zaprosić drani: &lt;br&gt;
- Przyjedźcie do nas kochani, &lt;br&gt;
Włóżcie tenisówki, szorty, &lt;br&gt;
Uprawiajcien a s z esporty! &lt;br&gt;
Lecz mało kto stąd wyjedzie....&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wolny najmita w hotelu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/456/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/456/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WOLNY NAJMITA W HOTELU &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pośród wędrowców umęczonych wielu, &lt;br&gt;
Między półkami jęczmienia i żyta &lt;br&gt;
Szedł, aby pokój wynająć w hotelu &lt;br&gt;
Wolny najmita. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wszedłszy, pokłonił się dawnym zwyczajem &lt;br&gt;
Recepcjoniście któren gości wita &lt;br&gt;
I cichym głosem prosił o wynajem &lt;br&gt;
Wolny najmita. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Recepcjonista podniósł wzrok jowialny &lt;br&gt;
A zrozumiawszy o co facet pyta, &lt;br&gt;
Krzyknął ze strachem: - Jakiś nienormalny &lt;br&gt;
Wolny najmita! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- Mamy - powiada - tłok i straszny zamęt, &lt;br&gt;
Jest Chińczyk, Fińczyk i Izraelita, &lt;br&gt;
A tu wynająć chciałby apartament &lt;br&gt;
Wolny najmita! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mazur urwisowski</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/457/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/457/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MAZUR URWISOWSKI I&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Obsypało śniegiem krzaki &lt;br&gt;
Sopel sobie wisi, &lt;br&gt;
A Jaś sadzi koperczaki &lt;br&gt;
Do pięknej Marysi! &lt;br&gt;
Sadzi dziarsko i radośnie &lt;br&gt;
Koperczaków szereg, &lt;br&gt;
Kiedy Maryś w nie obrośnie - &lt;br&gt;
Będziem mieć koperek! &lt;br&gt;
Hop dziś przy stodole, &lt;br&gt;
Pecunia non olet! &lt;br&gt;
W górach wali dym na hali &lt;br&gt;
Niby wulkan wielki, &lt;br&gt;
Toż to Piotr cholewki smali &lt;br&gt;
Do niejakiej Felki, &lt;br&gt;
A że iskry idą z dziewki &lt;br&gt;
I krzyk: - Ty urwisie! &lt;br&gt;
A Piotr smali swe cholewki &lt;br&gt;
Póki Felka tli się! &lt;br&gt;
Hop dziś dziś, przy stodole, &lt;br&gt;
Pecunia non olet! &lt;br&gt;
Zagdakała w gąszczu kura, &lt;br&gt;
Sypnęło się kwiecie, &lt;br&gt;
Kaśka robi koło pióra &lt;br&gt;
Jednemu poecie! &lt;br&gt;
Zaś poeta rzekł wesoło &lt;br&gt;
I z dezynwolturą: &lt;br&gt;
- Rób mi rób Kasieńkok o ł o, &lt;br&gt;
Byle nie na pióro&lt;br&gt;
Hop dziś dziś, przy stodole, &lt;br&gt;
Pecunia non olet! &lt;br&gt;
Nieopodal tuż przy młynie &lt;br&gt;
Gdzie zagon rzepaku, &lt;br&gt;
Podkłada Henio świnię &lt;br&gt;
Rodzinie Dreptaków. &lt;br&gt;
- Będzie fajnie, będzie piknie! &lt;br&gt;
Powiada z nadzieją: &lt;br&gt;
- Świnia kwiknie, Dreptak fiknie, &lt;br&gt;
Ludzie się uśmieją! &lt;br&gt;
Hop dziś dziś dziś, przy stodole, &lt;br&gt;
Pecunia non olet!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Urwisy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/458/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/458/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MAZUR URWISOWSKI II&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;alternatywnie: Urwisy&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Obsypało śniegiem krzaki &lt;br&gt;
Sopel sobie wisi, &lt;br&gt;
A Jaś sadzi koperczaki &lt;br&gt;
Do pięknej Marysi! &lt;br&gt;
Sadzi dziarsko i radośnie &lt;br&gt;
Koperczaków szereg, &lt;br&gt;
Kiedy Maryś w nie obrośnie - &lt;br&gt;
Będziem mieć koperek! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W górach zasię dym na hali &lt;br&gt;
Niby wulkan wielki...&lt;br&gt;
Toż to Piotr cholewki smali &lt;br&gt;
Do niejakiej Felki, &lt;br&gt;
A że iskry idą z dziewki &lt;br&gt;
I krzyk: - Ty urwisie! &lt;br&gt;
A Piotr smali furt cholewki &lt;br&gt;
Póki Felka tli się! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zagdakała w gąszczu kura, &lt;br&gt;
Sypnęło się kwiecie, &lt;br&gt;
Kaśka robi koło pióra &lt;br&gt;
Jednemu poecie! &lt;br&gt;
Zaś poeta rzekł wesoło &lt;br&gt;
I z dezynwolturą: &lt;br&gt;
- Rób Kasieńko, byle k o ł o, &lt;br&gt;
A nie wprost na pióro&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wyczyn</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/459/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:13 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/459/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WYCZYN &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W gromadzie Grzmotki powiew świeży, &lt;br&gt;
Jakie okrzyki, radość jaka, &lt;br&gt;
Bo oto sołtys Dreptak Jerzy &lt;br&gt;
Przeszedł trzy mile na czworakach! &lt;br&gt;
Pomyśleć tylko - aż trzy mile - &lt;br&gt;
Sukces doprawdy to wspaniały, &lt;br&gt;
I jeszcze się uśmiechał mile &lt;br&gt;
I gadał różne komunały! &lt;br&gt;
Ba, i to jeszcze i jak gadał, &lt;br&gt;
Aż popłakały się kobiety, &lt;br&gt;
A on nie stawał i nie siadał &lt;br&gt;
Tylko zasuwał wprost do mety! &lt;br&gt;
Tak nie potrafił by nikt inny, &lt;br&gt;
Więc wszyscy nim zachwycalisie, &lt;br&gt;
A Drzyzga Józef, pisarz gminny &lt;br&gt;
Machnął poemat o sołtysie! &lt;br&gt;
W tym poemacie różne zdania &lt;br&gt;
Sikały bujnym wodotryskiem, &lt;br&gt;
Że kto tak na czworakach gania, &lt;br&gt;
Ten już się musi znać na wszystkiem! &lt;br&gt;
Temu nie trzeba żadnych porad, &lt;br&gt;
Wszyscy go mogą trala lala, &lt;br&gt;
Po co mu dyplom i doktorat, &lt;br&gt;
Jeśli tak pięknie zachromala? &lt;br&gt;
Jest gdzieś na świecie głód i wojna, &lt;br&gt;
lecz to mieszkańcom Grzmotków zwisa! &lt;br&gt;
O wsi, ty możesz spać spokojnie &lt;br&gt;
Jeśli takiego masz sołtysa!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Oświadczyny</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/460/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:28 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/460/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
OŚWIADCZYNY &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mama zagląda szparą w drzwiach, &lt;br&gt;
A ciotki poprzez dziurki, &lt;br&gt;
Znowu się zjawił jakiś gach &lt;br&gt;
Prosić o rękę córki! &lt;br&gt;
Mleko się pali, wszędzie dym, &lt;br&gt;
Lecz każdy ma to w pięcie, &lt;br&gt;
Bo tata w gabinecie swym &lt;br&gt;
Rozmawia z przyszłym zięciem. &lt;br&gt;
Gadają już od godzin trzech &lt;br&gt;
Jak kumple dwa najszczersi, &lt;br&gt;
Aż tata rzekł: - chodź synu, niech &lt;br&gt;
Przytulę cię do piersi! &lt;br&gt;
lecz na to śmiechem zięć in spe &lt;br&gt;
Wybuchnął jak z armaty, &lt;br&gt;
Bo wyobraził sobie dwie &lt;br&gt;
Piersi na ciele taty, &lt;br&gt;
A ponad nimi rzadki wąs &lt;br&gt;
I wzrok co drży i kusi, &lt;br&gt;
I twarz mu zaraz pokrył pąs &lt;br&gt;
I poczuł że się dusi. &lt;br&gt;
I z oczu mu trysnęła łza &lt;br&gt;
Język mu kołkiem stanął, &lt;br&gt;
Wyjąkał cicho: - Ja... Przepra... &lt;br&gt;
I tyle go widziano. &lt;br&gt;
Więc obrugany został teść &lt;br&gt;
Niedoszły, przez teściową: &lt;br&gt;
- Znowu żeś wspomniał swoją pierś? &lt;br&gt;
A teść się przyznał: - Znowu....&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń o rzeźnikach</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/461/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:28 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/461/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PIEŚŃ O RZEŹNIKACH &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto jest pieśń o rzeźnikach, &lt;br&gt;
Ponura i smutna pieśń - &lt;br&gt;
Jak topór nad karkiem byka &lt;br&gt;
Ty pieśni nad miastem się wznieś &lt;br&gt;
Bij jak obuchem po głowie, &lt;br&gt;
Niech pojmie nareszcie świat &lt;br&gt;
Że rzeźnik to także człowiek, &lt;br&gt;
Chociaż z pozoru - kat..... &lt;br&gt;
Rzeźnik - kreator kotletów, &lt;br&gt;
Narzędzie pracy - nóż, &lt;br&gt;
Lecz serce rzeźnika - sonetów &lt;br&gt;
Łaknie, motyli, i róż! &lt;br&gt;
W nim trel się rozlega słowiczy, &lt;br&gt;
W nim srebrna fontanna..... &lt;br&gt;
...Cholera! Znów tucznik kwiczy, &lt;br&gt;
Trafiony nie tam gdzie trza! &lt;br&gt;
Gdzieś, hen, jest noc księżycowa, &lt;br&gt;
Jaśminy na brzegach rzek, &lt;br&gt;
A tutaj pierwsza krzyżowa, &lt;br&gt;
Comber, rozbratel i stek, &lt;br&gt;
I nóżki, podgardla i karki, &lt;br&gt;
Więc boleść w rzeźnikach, i gniew, &lt;br&gt;
I w domach hodują kanarki &lt;br&gt;
By uszy im cieszył ich śpiew..... &lt;br&gt;
... lecz patrząc na miłe ptaszynki &lt;br&gt;
I w głosów wsłuchując się chór, &lt;br&gt;
Wciąż widzą ich udka... i szynki &lt;br&gt;
Obrane ze skórek i z piór..... &lt;br&gt;
I bawi się dłoń scyzorykiem &lt;br&gt;
A w serce zakrada się dreszcz..... &lt;br&gt;
Pointa: &lt;br&gt;
-Kto był raz rzeźnikiem - &lt;br&gt;
Już raczej nie będzie zeń wieszcz! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mistrzostwa w chodzie I</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/462/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:28 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/462/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MISTRZOSTWA W CHODZIE I
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Odbywają się mistrzostwa w chodzie, &lt;br&gt;
Trener błaga o przyśpieszenie &lt;br&gt;
Smutny sędzia w starym samochodzie &lt;br&gt;
Dłubiąc w nosie czyta "Odrodzenie", &lt;br&gt;
Zawodnicy ledwie - ledwie lezą, &lt;br&gt;
Mimo pokrzykiwań kierownictwa, &lt;br&gt;
A patronat nad całą imprezą &lt;br&gt;
Objął woźny z Ministerstwa Leśnictwa, &lt;br&gt;
Bowiem inni dygnitarze odmówili, &lt;br&gt;
Każdy tylko ręce rozkładał &lt;br&gt;
Że jest zajęty w tej chwili, &lt;br&gt;
- Jeszcze żeby - powiadali - olimpiada... &lt;br&gt;
Wy na Wyścig Pokoju nas zaproście &lt;br&gt;
Lub na inną imprezę z ikrą, &lt;br&gt;
A tu tylko kuśtykają goście &lt;br&gt;
I się krzywią, aż spojrzeć przykro... &lt;br&gt;
No i chodzą chodziarze. Deszcz siąpi, &lt;br&gt;
Tłum nie zbiera się na chodniku, &lt;br&gt;
Żadne auto im nie ustąpi, &lt;br&gt;
Nikt nie wzniesie na ich cześć okrzyku, &lt;br&gt;
Nikt napisu nie zawiesi na trasie &lt;br&gt;
Ani flagi, ani żadnej szmatki, &lt;br&gt;
Wynik marszu ukaże się w prasie &lt;br&gt;
Gdzieś za tydzień, w rubryce "Wypadki", &lt;br&gt;
A na szarej, chudej linii mety &lt;br&gt;
Prócz staruszka-krótkowidza co czas mierzy &lt;br&gt;
Oczekują zawodników ich kobiety &lt;br&gt;
Nieciekawe, w niemodnej odzieży, &lt;br&gt;
Ale każda ze swojego dumna, &lt;br&gt;
Ale każda myśli to samo: &lt;br&gt;
Aby puchar, paskudny jak trumna &lt;br&gt;
Jej mężowi jednogłośnie przyznano. &lt;br&gt;
Więc męczącym dniem i wredną nocą &lt;br&gt;
Trwają te mistrzostwa niepoważne &lt;br&gt;
Nie wiadomo właściwie po co, &lt;br&gt;
Lecz dla kogoś ważne. A więc - ważne!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ekspertyza</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/e/463/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/e/463/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 EKSPERTYZA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w ciemnym lesie pod wykrotem &lt;br&gt;
W pobliżu wioski Majzel Biskupi &lt;br&gt;
Dwaj grotołazi znaleźli grotę &lt;br&gt;
I powłazili do niej jak głupi. &lt;br&gt;
Mieli czekany, mieli latarki, &lt;br&gt;
Haki, dziamdziaki, troki i trocie, &lt;br&gt;
I jak zaleźli już do tej szparki, &lt;br&gt;
patrzą, a wewnątrz różne starocie, &lt;br&gt;
A mianowicie: - Kamienny topór, &lt;br&gt;
Spiżowa brama, żelazna piła, &lt;br&gt;
Cztero-omowy spalony opór, &lt;br&gt;
kawałek płyty z napisem "Chyła", &lt;br&gt;
List jakiejś Szwedki, względnie Angielki, &lt;br&gt;
Albo Bułgarki, bo w obcej mowie, &lt;br&gt;
Dwie wypróżnione do dna butelki, &lt;br&gt;
Gwóźdź i książeczka "Jak stracić zdrowie", &lt;br&gt;
Zbroja husarska prawie w całości, &lt;br&gt;
Majtki ze srebra, ucho od śledzia, &lt;br&gt;
I wreszcie cały komplet kości &lt;br&gt;
Jaskiniowego niedźwiedzia, joj! &lt;br&gt;
Zaraz się zaczęły dochodzenia, &lt;br&gt;
Osiągnięto wiele sprzecznych wyników, &lt;br&gt;
Jeden mówił że to z okresu kamienia &lt;br&gt;
Łupanego przez nieznanych osobników, &lt;br&gt;
Inny twierdził, że to jest raczej &lt;br&gt;
Z okresu błędów i wypaczeń, &lt;br&gt;
I że to nie są szczątki niedźwiedzia jaskiniowego &lt;br&gt;
Tylko lwa salonowego niejakiego Rosołowskiego, &lt;br&gt;
Aż przyjechał z Akademii Nauk &lt;br&gt;
Pan profesor, co znał różne groty, &lt;br&gt;
Do tej jamy się wpakował pomału &lt;br&gt;
I obejrzał te wszystkie przedmioty, &lt;br&gt;
Zdjął binokle, podrapał się w łydki, &lt;br&gt;
Zastanowił się przez krótką chwilę &lt;br&gt;
I powiedział: - Idźcież, jakież to zabytki? &lt;br&gt;
Miecio znowuż narozrabiał, i tyle......&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Spojrzenie z boku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/464/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/464/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SPOJRZENIE Z BOKU 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="prawy"&gt;w tle walc angielski&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Myślisz że jesteś wspaniały, godny podziwu, szczęśliwy? &lt;br&gt;
Człowieku, naucz się patrzeć na siebie z perspektywy! &lt;br&gt;
Popatrz na swoje wyczyny z dwóch metrów, a choćby z metra, &lt;br&gt;
Przyjrzyj się sobie - nieszczęsny - jak palisz papierosa, &lt;br&gt;
Jak chodzisz, jak wkładasz spodnie lub palec jak wkładasz do nosa, &lt;br&gt;
I myślisz że nikt nie widzi, a wszyscy ze wstrętem się patrzą, &lt;br&gt;
Zastanów się jak przemawiasz czule, pokornie lub władczo, &lt;br&gt;
Jaki w rozmowie z szefem min asortyment masz tani: &lt;br&gt;
Uśmiech idioty gdy chwali, barani smutek gdy gani. &lt;br&gt;
Wyobraź sobie że nie ma śmieszniejszej rzeczy na świecie, &lt;br&gt;
Niż ty sam, gdy się z książką zamykasz w - pardon - toalecie, &lt;br&gt;
Szczególnie kiedy się zmagasz z awangardową powieścią, &lt;br&gt;
Łączącą zawiłość formy z niezrozumiałą treścią. &lt;br&gt;
O, odwróć bracie lornetkę i zwróć krytyczne spojrzenia &lt;br&gt;
Na siebie, kiedy podrywasz jakąś Terenię lub Genię, &lt;br&gt;
Bez szacunku dla własnej łysinki i przepuklinki i zmarszczek, &lt;br&gt;
I wzrok masz jak kot na puszczy, a uszko czerwone jak barszczyk...... &lt;br&gt;
A cóż dopiero gdy sukces, gdy twych zabiegów obfitość &lt;br&gt;
Sprawi, że wreszcie ta dama z nudów, czy może przez litość. &lt;br&gt;
Ach, wtedy nie myśl tak trzeźwo i nie wyzwalaj się z transu &lt;br&gt;
I raczej nie patrz na siebie z obiektywnego dystansu, &lt;br&gt;
Bo byś z litością i trwogą zobaczył na oczy swe własne &lt;br&gt;
Jak starszy, poważny człowiek.... Ech... tch... przepraszam... &lt;br&gt;
jak trzasnę..... &lt;br&gt;
&lt;i&gt;(eksplozja)&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cwani Żydzi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/465/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/465/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CWANI ŻYDZI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Polscy Żydzi zawsze mieli bezpieczniki lub uszczelki &lt;br&gt;
Co chroniły jakoś ich przed kłopotami &lt;br&gt;
Na koszt państwa posprowadzał Żydów król Kazimierz Wielki &lt;br&gt;
A Polacy się musieli przywlec sami. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W drugiej Rzeczypospolitej Żydzi mieli jeszcze lepiej, &lt;br&gt;
Sprzedawali mnóstwo śledzi albo tkanin, &lt;br&gt;
Każdy Żyd z podstępną miną stał za ladą w swoim sklepie &lt;br&gt;
I sprzedawał na złość taniej niż chrześcijanin. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nawet okres okupacji też się polskim Żydom przydał - &lt;br&gt;
Po podwórku Himmler miotał się z armatką, &lt;br&gt;
Zaś w mieszkaniu Polak z Polką ukrywali swego Żyda, &lt;br&gt;
A czy Żyd Polaka ukrył? Bardzo rzadko. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wdzięczność</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/466/</link><pubDate>Sun, 31 Mar 2002 17:06:28 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/466/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WDZIĘCZNOŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Każdy Dreptaka docenia, &lt;br&gt;
Cywile, duchowni, wojskowi, &lt;br&gt;
Wszyscy do zawdzięczenia &lt;br&gt;
Mają coś Dreptakowi. &lt;br&gt;
Tuzy i ludzie prości &lt;br&gt;
I jeszcze różni inni &lt;br&gt;
Cierpią na kompleks wdzięczności &lt;br&gt;
Które są jemu winni, &lt;br&gt;
A Dreptak, skromny pozornie &lt;br&gt;
Chodzi i ściska im dłonie, &lt;br&gt;
A w sercu mu grają waltornie, &lt;br&gt;
Puzony i fisharmonie, &lt;br&gt;
I wielkie, szlachetne wzruszenie &lt;br&gt;
Targa Dreptaka duszą: &lt;br&gt;
- Ach, jakże oni szalenie &lt;br&gt;
Kochać i cenić mnie muszą! &lt;br&gt;
Za wszystkie przysługi, pomoce, &lt;br&gt;
Za dobrodziejstwa bez miary, &lt;br&gt;
Za nieprzespane noce, &lt;br&gt;
Za niesłychane dary, &lt;br&gt;
Za łzy otarte z powiek, &lt;br&gt;
Za tyle czarów i cudów, &lt;br&gt;
Ja, skromny, wspaniały człowiek &lt;br&gt;
Zasłużyłem na wdzięczność ludu! &lt;br&gt;
I płynie środkiem miasta &lt;br&gt;
Jak morzem dwustutysięcznik &lt;br&gt;
A w ludziach niechęć narasta, &lt;br&gt;
A ludzie nie lubią być wdzięczni, &lt;br&gt;
A wdzięczność męczy ludzi, &lt;br&gt;
Gniotą zbyt wielkie długi, &lt;br&gt;
I niewymownie ich nudzi &lt;br&gt;
Wypominanie przysługi, &lt;br&gt;
I - chociaż to nielogiczne &lt;br&gt;
I nonsensowne na ogół - &lt;br&gt;
Dreptaka zasługi liczne &lt;br&gt;
Jak mur otaczają go wokół, &lt;br&gt;
A przez ten mur jakoś nie słychać &lt;br&gt;
Treści ukrytej w szeptach.... &lt;br&gt;
O proszę, znowu ktoś wzdycha: &lt;br&gt;
- O rany... ciągle ten Dreptak... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ostatnia krzyżówka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/467/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/467/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 OSTATNIA KRZYŻÓWKA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w jednym instytucie, poważny naukowiec &lt;br&gt;
Obdarzony naturą odkrywczą i zadziorną, &lt;br&gt;
Usiłował wyhodować nową rasę owiec, &lt;br&gt;
Bardziej od innych odporną. &lt;br&gt;
Na ukąszenie okolicznych wilków. &lt;br&gt;
Wpierw krzyżował biedne owce z jeżem. &lt;br&gt;
I rzeczywiście - po latach kilku &lt;br&gt;
Osiągnął wymarzone zwierzę, &lt;br&gt;
Atoli sukces nie był całkowicie pełny, &lt;br&gt;
Bo owe owco-jeże i jeżo-barany &lt;br&gt;
Nie dawały tradycyjnej wełny &lt;br&gt;
Tylko igłowe dywany, &lt;br&gt;
Choć z drugiej strony można mówić o rekordzie, &lt;br&gt;
Bo wilk, ugryzłszy to-to z przodu lub od zadu &lt;br&gt;
Uciekał wyjąc, z kolcem w poranionej mordzie &lt;br&gt;
i wolał się wyrzec obiadu. &lt;br&gt;
Długo myślał uczony, oczy wzniósłszy w górę, &lt;br&gt;
Aż wpadł ponownie w bardzo twórczy zapał &lt;br&gt;
I skrzyżował najbliższą owieczkę z kocurem. &lt;br&gt;
Przy czym ten kocur mocno go podrapał. &lt;br&gt;
Zaś po kilku tygodniach na okoliczne płoty &lt;br&gt;
Powyłaziły dziwne, kosmate figury &lt;br&gt;
W naukowym języku zwane owco-koty, &lt;br&gt;
Które dawały mleko, lecz miały pazury, &lt;br&gt;
I gdy wilki wypadły z prawa albo lewa &lt;br&gt;
I myślały, że złapią taką jedną kozę, &lt;br&gt;
To guzik! Cały kierdel uciekał na drzewa, &lt;br&gt;
Zaś baca wiał do knajpy z okrzykiem: - &lt;br&gt;
Ło boze!!!! &lt;br&gt;
Że jednak owce gryzły przy próbie strzyżenia &lt;br&gt;
I za myszami czasem właziły do dziury, &lt;br&gt;
Szef kazał w dalszym ciągu robić doświadczenia &lt;br&gt;
Temu naukowcowi, któren stał ponury, &lt;br&gt;
I ze złości wziął za łapy najbliższą kozicę &lt;br&gt;
I jak przytenteguje nią szefa po krzyżu! &lt;br&gt;
... bo ostatecznie wszystko ma swoje granice....&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przestroga</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/468/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/468/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PRZESTROGA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
... a gdy w sobotę w jakimś barze &lt;br&gt;
Pijesz czyściochę pod śledzika &lt;br&gt;
I kiedy pośród innych twarzy &lt;br&gt;
Ujrzysz twarz swego kierownika, &lt;br&gt;
To - choć alkohol cię podnieca &lt;br&gt;
I choć cię sytuacja kusi - &lt;br&gt;
Za klapy nie bierz ty podleca &lt;br&gt;
I nie obrażaj mu mamusi, &lt;br&gt;
Ja, bracie wiem co ci się marzy, &lt;br&gt;
Ja wierzę, że on zły i brzydki, &lt;br&gt;
Lecz ty mu nie przerabiaj twarzy &lt;br&gt;
Na krwawy befsztyk lub na bitki, &lt;br&gt;
Bo po sobocie jest niedziela &lt;br&gt;
A po niedzieli poniedziałek &lt;br&gt;
I rano zbudzi cię twa Fela, &lt;br&gt;
I chleba z masłem da kawałek, &lt;br&gt;
I powędrujesz znów do biura &lt;br&gt;
Straciwszy werwę oraz nabiał &lt;br&gt;
I staniesz tam jak zmokła kura &lt;br&gt;
Jęcząc - Ach, pocom ja rozrabiał? &lt;br&gt;
I spadną na twą biedną glacę &lt;br&gt;
Z wyciem i rykiem monstrualnym &lt;br&gt;
Dwa sprzymierzone ściśle katze: &lt;br&gt;
Gastro-fizyczny wraz z moralnym. &lt;br&gt;
I zadrżysz jak zaszczute zwierzę &lt;br&gt;
/raczej coś z tchórza niż odyńca/ &lt;br&gt;
Gdy skrzypną gabinetu dźwierze &lt;br&gt;
I szef w nich stanie, cały w sińcach... &lt;br&gt;
O, pilnuj się, gdy jest sobota, &lt;br&gt;
Spokojnie siedź przy swym stoliku. &lt;br&gt;
Nie wołaj: - Przylazł ten idiota! &lt;br&gt;
Tylko: - Cześć panie kierowniku!!! &lt;br&gt;
Może ktoś inny mu przyleje, &lt;br&gt;
Oklnie i za drzwi go wysiuda? &lt;br&gt;
Urzędnik winien mieć nadzieję &lt;br&gt;
I wierzyć! Wiara działa cuda!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dreptak się budzi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/469/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/469/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 DREPTAK SIĘ BUDZI &lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;w tle "Marzenie" Schumana &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dreptak się budzi! Skrzypią sprężyny, &lt;br&gt;
Dreptak przeciąga się i mamrocze, &lt;br&gt;
Widać wyraźnie z Dreptaka miny &lt;br&gt;
Że sny miał takie więcej prorocze. &lt;br&gt;
A śniły mu się kwiatki, ruczaje, &lt;br&gt;
Że był przepiękny, że kochał ludzi... &lt;br&gt;
Nad sennym miastem świt blady wstaje, &lt;br&gt;
A w centrum miasta Dreptak się budzi. &lt;br&gt;
Dreptak się budzi! Jest mu przyjemnie, &lt;br&gt;
Sen o realia w nim się zazębia, &lt;br&gt;
- Ach - myśli - ileż jest dobra we mnie, &lt;br&gt;
I jaka, prawdę mówiąc, jest głębia! &lt;br&gt;
W kuchni za ścianą stukają szklanki, &lt;br&gt;
To żona kawę poranną studzi, &lt;br&gt;
I płomień słońca padł na firanki, &lt;br&gt;
I cały w blasku Dreptak się budzi. &lt;br&gt;
Głowa szlachetna, choć trochę łysa, &lt;br&gt;
Noga kosmata, lecz drobnej kości, &lt;br&gt;
I jedna ręka przez krawędź zwisa &lt;br&gt;
Jakby szukała nowych wartości. &lt;br&gt;
Z odgiętym jeszcze o pościel uchem, &lt;br&gt;
Z lekkim trzeszczeniem obu podudzi! &lt;br&gt;
I z białej dłoni powolnym ruchem &lt;br&gt;
Potężny duchem Dreptak się budzi! &lt;br&gt;
Dłoń, jak mówiłem, zwisa z krawędzi &lt;br&gt;
I szuka czegoś po dywaniku... &lt;br&gt;
- Ha ha! - mówicie - Tu dowcip będzie! &lt;br&gt;
Dreptak się budzi z ręką w nocniku! &lt;br&gt;
Tak myśląc jednak - byście nie zgadli, &lt;br&gt;
A on, szukając, także się łudzi... &lt;br&gt;
Dreptak to Polak. Nocnik mu skradli. &lt;br&gt;
I z ręką w próżni Dreptak się budzi...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Najgorsza plaga</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/470/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/470/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NAJGORSZA PLAGA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Człowiek - dziwna to postać i niezmiernie złożona, &lt;br&gt;
Jakieś stresy, kompleksy prześladują go wciąż... &lt;br&gt;
Ot, na przykład, powiedzmy - jest tam gdzieś czyjaś żona, &lt;br&gt;
Z czego wniosek logiczny, że jest również jej mąż.&lt;br&gt;
Zakładamy, że żona to osoba ponętna, &lt;br&gt;
Mamy na nią ochotę, ona na nas ma też... &lt;br&gt;
Postać męża natomiast jest nam tu obojętna, &lt;br&gt;
Bo go wcale nie znamy... (wiemy tylko, że jest) &lt;br&gt;
Nieprzemożne uczucie budzić się w nas zaczyna, &lt;br&gt;
Nie ma sił, co by mogły przeciwstawić się mu, &lt;br&gt;
Już w marzeniu prześliczny nam rysuje się finał, &lt;br&gt;
Jakieś miłe we dwoje śni się nam randez-vous... &lt;br&gt;
Już jesteśmy w przededniu! Jużeśmy umówieni! &lt;br&gt;
Nie możemy wytrzymać pośród ścian, mebli, szyb, &lt;br&gt;
Wychodzimy na spacer. I - pod niebem jesieni - &lt;br&gt;
Spotykamy tę panią. A z nią jest jakiś typ. &lt;br&gt;
Ukłon. Potem rozmowa. Pani czar swój roztacza, &lt;br&gt;
- Pozwól - mówi - to właśnie jest małżonek mój, Piotr, &lt;br&gt;
- A to - mówi do Piotra - mój znajomy z Karpacza! &lt;br&gt;
A ja patrzę na Piotra, i już czuję, że łotr... &lt;br&gt;
Oko Piotra poczciwe, lico Piotra - zmęczone, &lt;br&gt;
Jest taki zacny, że tygrys rad by łasił się doń! &lt;br&gt;
Z uwielbieniem i dumą patrzy, dureń, na żonę, &lt;br&gt;
A z tak zwanym wylaniem ściska, kretyn, mą dłoń... &lt;br&gt;
I ja także mu ściskam, zasłoniwszy się maską &lt;br&gt;
Sympatycznych uśmiechów nie schodzących mi z ust, &lt;br&gt;
Ale w duchu drętwieję, bowiem czuję już fiasko &lt;br&gt;
Mojej pięknej przygody... nie zdobędę się, szlus! &lt;br&gt;
Gdybyż on był zazdrosny! Albo gdyby był wredny! &lt;br&gt;
Gdyby miał podejrzliwą minę, względnie też złą... &lt;br&gt;
A on taki poczciwy, taki zacny i biedny, &lt;br&gt;
Taka dupa nie człowiek, że wprost grzech skrzywdzić go... &lt;br&gt;
Bracia moi! Nie bójcie się skorpionów ni wężów! &lt;br&gt;
Narkotyków, cholery, wódek, kaw, ani kart, &lt;br&gt;
Ale się zidiociałych strzeżcie - błagam was - mężów, &lt;br&gt;
Bowiem samym wyglądem w falstart zmienią wam start....&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szympans</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/471/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/471/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZYMPANS &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Sensacja! Wrocław był świadkiem następującej sceny: &lt;br&gt;
W cyrku na placu Grunwaldzkim małpa, bodajże szympans, &lt;br&gt;
Przerwała nagle występy i uciekła z cyrkowej areny &lt;br&gt;
I pod kopułą namiotu zaczęła się wspinać po linkach. &lt;br&gt;
Więc wszyscy się wystraszyli i podniecili szalenie, &lt;br&gt;
A trener tej małpy z rozpaczy zrobił się bardzo blady, &lt;br&gt;
I zaraz na pół godziny przerwano przedstawienie &lt;br&gt;
I małpę zaczęto kusić tabliczką czekolady. &lt;br&gt;
Atoli ta małpa, to było stworzenie całkiem niegłupie, &lt;br&gt;
A taka wycieczka to dla niej był całkiem niezły festyn, &lt;br&gt;
I tylko jedną ręką zaczęła się drapać po pupie, &lt;br&gt;
A drugą czyniła do ludzi nieprzyzwoite gesty. &lt;br&gt;
Więc biedny trener rad nie rad zaczął się wspinać na sznury &lt;br&gt;
Potem pomagier trenera w pomarańczowym dresie, &lt;br&gt;
Aż cały personel cyrku powyłaził za małpą do góry &lt;br&gt;
I wyglądał jak stado pawianów w podzwrotnikowym lesie. &lt;br&gt;
Zaś patrząc na małpę, która skakała jak szalona, &lt;br&gt;
Gość pewien westchnął tak ciężko jakby się znalazł na mękach &lt;br&gt;
I szepnął: - W czterdziestym ósmym, jak mi uciekła żona &lt;br&gt;
To też się nie dała złapać... - Tu łza mu kapnęła na rękaw. &lt;br&gt;
A pewien młody pisarz ze Związku Literatów, &lt;br&gt;
Na marginesie ucieczki małpy pomyślał przytomnie &lt;br&gt;
Że nie powinien uciekać od różnych współczesnych tematów, &lt;br&gt;
I zaraz to sobie zapisał, ażeby nie zapomnieć. &lt;br&gt;
A jedna pani myślała, że uciekła jej ostatnia szansa &lt;br&gt;
A na następną szansę raczej nadziei nie ma... &lt;br&gt;
I w tym momencie złapano zbuntowanego szympansa. &lt;br&gt;
A szympans się złapał za głowę. A ja złapałem za temat!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Na baczność</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/472/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/472/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NA BACZNOŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dla mnie wstrętna jest dwuznaczność, &lt;br&gt;
Wiem dokładnie co popłaca - &lt;br&gt;
Bardzo lubię stać na baczność &lt;br&gt;
Kiedy szef się do mnie zwraca! &lt;br&gt;
Wszystko razem trwa minutkę, &lt;br&gt;
Nie rozkłada się na raty, &lt;br&gt;
Ruki po szwam, pysk na kłódkę &lt;br&gt;
W oczach wyraz aprobaty. &lt;br&gt;
Żadnych wahań, żadnej tremy, &lt;br&gt;
Zachwyt jak w obliczu nieba: &lt;br&gt;
- Rozumiecie? - Rozumiemy!!!! &lt;br&gt;
- Więcej takich nam nie trzeba! &lt;br&gt;
Tu uśmiecham się pogodnie &lt;br&gt;
Bez kompleksu i frasunku &lt;br&gt;
I popuszczam z lekka w spodnie, &lt;br&gt;
Co oznacza szczyt szacunku! &lt;br&gt;
Taka salwa - to nie despekt, &lt;br&gt;
Szef się cieszy niesłychanie: &lt;br&gt;
- Ha, czujecie, widzę, respekt??? &lt;br&gt;
- Trochę czuję, jasny panie! &lt;br&gt;
Jasny pan przygładza baki, &lt;br&gt;
Wzrok smutnieje, twarz mu blaknie: &lt;br&gt;
- Wiecie, coraz mniej jest takich, &lt;br&gt;
Co to będzie gdy was braknie? &lt;br&gt;
To podcina mnie jak batem, &lt;br&gt;
Klękam przed nim na arrasie: &lt;br&gt;
- Szefie - wołam - jak świat śwatem, &lt;br&gt;
N a snie braknie w żadnym czasie! &lt;br&gt;
Wówczas on kraśnieje znowu, &lt;br&gt;
Choć już był od lilii bledszy. &lt;br&gt;
- Dzięki wam za dobre słowo, &lt;br&gt;
Idźcie! &lt;br&gt;
Idę... A on wietrzy...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zbytek szczęścia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/473/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/473/</guid><description>&lt;br&gt;
 ZBYTEK SZCZĘŚCIA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Była raz mała dzielnica &lt;br&gt;
W odległym miejskim zakątku &lt;br&gt;
I był w niej miły milicjant &lt;br&gt;
Co w niej pilnował porządku. &lt;br&gt;
Chodził po małych uliczkach &lt;br&gt;
I patrzył malutkim oczkiem &lt;br&gt;
Jak się malutkim kroczkiem &lt;br&gt;
porusza malutka publiczka. &lt;br&gt;
A nocą też małe ulice &lt;br&gt;
Przemierzał w kożuszku i w bindzie &lt;br&gt;
Pod dziwnie małym księżycem &lt;br&gt;
Mniejszym niżeli gdzie indziej. &lt;br&gt;
Ale nie było przestępcy &lt;br&gt;
W rejonie jego działania, &lt;br&gt;
Nikt nawet nie rzucał mięsem, &lt;br&gt;
Nie mówiąc już o włamaniach. &lt;br&gt;
Nikt z łupem skradzionym nie wiał, &lt;br&gt;
Nie wszczynał nikt bijatyki, &lt;br&gt;
Więc pałkę mu gryzły korniki &lt;br&gt;
A rewolwer powoli mu rdzewiał... &lt;br&gt;
I tylko kompleksy w nim się &lt;br&gt;
Większe rodziły co dzień, &lt;br&gt;
I wizje miał, że po gzymsie &lt;br&gt;
Do okna skrada się złodziej. &lt;br&gt;
... ale to tylko koty &lt;br&gt;
Karmione przez ludność hojnie, &lt;br&gt;
Czyniły swoje psoty, &lt;br&gt;
Też - niż gdzie indziej - spokojniej... &lt;br&gt;
Aż raz milicjant szedł skwerem, &lt;br&gt;
A tu wyleciał skądś gangster &lt;br&gt;
Z bombą i z pancerfaustem, &lt;br&gt;
I z nożem i ze szmajserem, &lt;br&gt;
I zaraz ginekologa &lt;br&gt;
Bogatego rozpruł i okradł, &lt;br&gt;
A ginekolog wrzasnął "laboga"!!! &lt;br&gt;
I martwy na ziemię opadł, &lt;br&gt;
A wtedy ten bandzior do banku &lt;br&gt;
Wskoczył, na końcu uliczki, &lt;br&gt;
Strzelając bez ustanku &lt;br&gt;
I krzywdząc urzędniczki, &lt;br&gt;
I ukradł stamtąd stówę, &lt;br&gt;
I kasjerkę podziurawił jak sitko, &lt;br&gt;
A milicjant krzyknął: Fe! Jak brzydko! &lt;br&gt;
I radośnie wyciągnął spluwę... &lt;br&gt;
... ale zaraz usiadł na chodniku, &lt;br&gt;
Potem upadł... I umarł zaraz, &lt;br&gt;
Bo mu serce pękło z zachwytu &lt;br&gt;
Wobec tylu wspaniałości naraz... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Cud mniemany</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/474/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/474/</guid><description>CUD MNIEMANY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W roku tysiąc sześćsetnym osiemdziesiątym trzecim &lt;br&gt;
Jan Sobieski podskoczył aż mu spadła burka, &lt;br&gt;
Roześmiał się i zakrzyknął: - Dziękuję wam, dzieci, &lt;br&gt;
Bardzo żeście fachowo rozgromili Turka! &lt;br&gt;
Faktycznie, gdzie nie spojrzeć - tam tureckie trupy &lt;br&gt;
Leżały pociachane jak jaka rąbanka, &lt;br&gt;
Tu inwentaryzował ktoś zdobyte łupy, &lt;br&gt;
Ówdzie łkała z radości wyzwolona branka, &lt;br&gt;
Gdzie indziej różnym rannym dziury zalepiano &lt;br&gt;
Razowcem, ugniecionym sprytnie z pajęczyną... &lt;br&gt;
A wtem do króla podszedł padre d'Aviano, &lt;br&gt;
Świątobliwy kapucyn ze zmartwioną miną, &lt;br&gt;
Przysiadł na jakimś trupie, z kurdybanu teczkę &lt;br&gt;
Otwarł, wyjął z jej wnętrza rękopis ozdobny &lt;br&gt;
I rzekł kwaśno: &lt;br&gt;
- Znów jedną tutejszą dzieweczkę &lt;br&gt;
Cud spotkał i akt łaski nieprawdopodobny... &lt;br&gt;
Król drgnął lecz wziął się w cugle. Nie podnosząc głosu &lt;br&gt;
Mruknął: - To prowokacja księże i obelga... &lt;br&gt;
- Dałby Bóg - ksiądz wyszeptał - nie lubię donosów, &lt;br&gt;
Lecz to fakt. Panna zwie się Pappendeckel Helga, &lt;br&gt;
Lat osiemnaście. Ją to ubiegłej niedzieli &lt;br&gt;
Gdy była zatrudniona przy pasieniu bydła &lt;br&gt;
Dopadli - jak tu pisze - dwaj piękni anieli &lt;br&gt;
Strojni w ogromne, bardzo szeleszcące skrzydła &lt;br&gt;
Król przez ściśnięte zęby kilka słów wyszeptał, &lt;br&gt;
Zrobił się fioletowy i siny na twarzy, &lt;br&gt;
Aż warknął: &lt;br&gt;
- Oczywiście... Kwiatkowski i Dreptak!!!! &lt;br&gt;
I wrzasnął: &lt;br&gt;
- Wołać mi tu rotmistrza husarzy!!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prawo konwergencji</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/475/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/475/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PRAWO KONWERGENCJI &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rzadko się taka historia zdarza &lt;br&gt;
Jak się zdarzyła w jednej przychodni, &lt;br&gt;
W której się zgłosił gość do lekarza &lt;br&gt;
Więc lekarz jego badał bez spodni, &lt;br&gt;
Znaczy bez spodni gość był, nie doktór, &lt;br&gt;
I bez koszuli, tylko w zegarku, &lt;br&gt;
A doktór spytał: - No jak tam Kotku? &lt;br&gt;
Bo gość nazywał się Kotek Artur, &lt;br&gt;
Nieduży blondyn, dziwna figura, &lt;br&gt;
Niby normalny całkiem na górze, &lt;br&gt;
Ale u dołu mu rosły pióra, &lt;br&gt;
I zawodowo robił w kulturze, &lt;br&gt;
Jako naczelnik działu kultury, &lt;br&gt;
Więc doktór spojrzał na niego bystrze &lt;br&gt;
I krzyknął: - Jejku! Pan coś do kury &lt;br&gt;
Się upodabnia, panie magistrze! &lt;br&gt;
A ten magister gorzko zapłakał &lt;br&gt;
I jęknął: - Właśnie, doktorze drogi, &lt;br&gt;
To straszne, lecz się zamieniam w ptaka, &lt;br&gt;
O, niech pan spojrzy na moje nogi &lt;br&gt;
Doktór popatrzył i rzekł: No, może &lt;br&gt;
Pan swym wydziałem rządzi tak mądrze, &lt;br&gt;
Że zwolna robi się z pana orzeł? &lt;br&gt;
lecz pacjent szczerze odparł: - Ta skądże....! &lt;br&gt;
Tu zrobił kilka bezradnych gestów, &lt;br&gt;
Znów załkał, przeklął losu fatalność, &lt;br&gt;
No to ten doktór wziął kilka testów &lt;br&gt;
I dawaj badać jemu mentalność, &lt;br&gt;
Potem naciskał mu różne mięśnie, &lt;br&gt;
A wreszcie wyjął z biurka korkowca &lt;br&gt;
I jak nie huknie! A ten nieszczęśnik &lt;br&gt;
Beknął ze strachu jak błędna owca, &lt;br&gt;
Więc doktór myśli: - No cóż, idiota! &lt;br&gt;
Zaś pacjent spojrzał wokół nerwowo, &lt;br&gt;
Zobaczył skrzynkę z piaskiem dla kota, &lt;br&gt;
I wsadził w piasek szyję wraz z głową. &lt;br&gt;
Więc doktór orzekł, że nie demencja &lt;br&gt;
Tutaj zachodzi, lecz raczej chyba &lt;br&gt;
Uwidoczniła się konwergencja, &lt;br&gt;
Tak jak powiedzmy u wieloryba, &lt;br&gt;
Który jest ssakiem lecz żyjąc w wodzie &lt;br&gt;
Rybopodobny kształt przybrać musiał, &lt;br&gt;
A ten gość, głowę chowając codzień, &lt;br&gt;
W krótkich abcugach zmienia się w strusia..... &lt;br&gt;
Tak lekarz rzecz tę wywieść się starał, &lt;br&gt;
Lecz wtem wstrzymały go nowe racje: &lt;br&gt;
- Czemu gość w strachu beczał jak baran? &lt;br&gt;
- To, to ja sam wiem! &lt;br&gt;
- wyjaśnił pacjent....&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Notomania</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/476/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/476/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NOTOMANIA &lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
w tle polonez&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
O muzo, rękę moją poprowadź &lt;br&gt;
Gdyż chcę rymami spytać rodaków: &lt;br&gt;
- Czy my musimy wszystko notować &lt;br&gt;
Z uporem, godnym kupy maniaków? &lt;br&gt;
Przez historyczne wszystkie okresy &lt;br&gt;
Przez różne zwadki, zdradki, przypadki &lt;br&gt;
Przeszliśmy, dzierżąc w dłoniach notesy &lt;br&gt;
I robiąc szybkie, zbędne notatki. &lt;br&gt;
Pewien kronikarz zgłupiał ze szczętem &lt;br&gt;
Gdyż zanotował - słuchajcie młodzi! - &lt;br&gt;
Iż Leszek Czarny był impotentem. &lt;br&gt;
Co to - przepraszam - kogo obchodzi, &lt;br&gt;
Z wyjątkiem Leszka, pani Leszkowej &lt;br&gt;
(dorzućmy jeszcze dwie - trzy osoby) &lt;br&gt;
A może Leszek miał bóle głowy, &lt;br&gt;
Albo po prostu miał inne hobby? &lt;br&gt;
A weźmy radio! Cóż tam gadają! &lt;br&gt;
Oto dziś rano spikerka rzekła: &lt;br&gt;
- W północnej części naszego kraju &lt;br&gt;
Zanotowano pięć stopni ciepła! &lt;br&gt;
Było co zaraz wpisywać w notes! &lt;br&gt;
Było co bazgrać - marne pięć stopni! &lt;br&gt;
O, muszę ostry założyć protest, &lt;br&gt;
Bo się stajemy wszyscy okropni. &lt;br&gt;
Niech-no kartofle sprzeda gospodarz - &lt;br&gt;
Wnet dziennikarze żmudnie wypocą: &lt;br&gt;
- Zanotowano zwiększoną podaż... &lt;br&gt;
Kto zanotował? Na co i po co???? &lt;br&gt;
Zyzio notuje co rzekł Antoni, &lt;br&gt;
Antoni każdy notuje grosik, &lt;br&gt;
Henio z notesem jak głupi goni &lt;br&gt;
By zanotować kto spał u Zosi... &lt;br&gt;
Ludzie! Ja pierwszy protestowałem &lt;br&gt;
Przeciw tej manii, nim nas omota! &lt;br&gt;
... nawet tu wszystko zanotowałem, &lt;br&gt;
Zawsze co nota, to jednak nota... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lizonie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/477/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/477/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
LIZONIE &lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
w tle melodia "maszerujące skrzypce"&lt;/p&gt; 
&lt;p class="zwrotka"&gt;
... a gdy czerwone słońce zajdzie na nieboskłonie, &lt;br&gt;
I kiedy do snu się kładzie Pekin, Rambertów i Piza, &lt;br&gt;
To wtedy z lasów wyłażą podługowate lizonie &lt;br&gt;
I przeciągając się, patrzą komu by się podlizać? &lt;br&gt;
Widząc je, ogon podtula drapieżnik, przeżuwacz i gryzoń, &lt;br&gt;
Kret się w swej norze ukrywa, morwojad włazi na morwę, &lt;br&gt;
Zwierzak ostrzega zwierzaka okrzykiem: - Uwaga! lizoń! &lt;br&gt;
A lizoń uśmiecha się, myśląc: - Kochani, i tak was dorwę! &lt;br&gt;
I - nie zważając na wrzaski: - Odwal ode mnie się stary! - &lt;br&gt;
Jak również na groźby, prośby i na modlitwy najczystsze, &lt;br&gt;
Siada półgębkiem naprzeciw wybranej przez siebie ofiary &lt;br&gt;
I dalejże oblizywać językiem swój własny pyszczek, &lt;br&gt;
A robi to z takim fajerem i z wprawą tak nadzwyczajną, &lt;br&gt;
Tak przy tym ciamka i mlaska i wyraz ma taki błogi, &lt;br&gt;
Że ta ofiara przeważnie myśli: - To musi być fajno! &lt;br&gt;
Zamiast od razu go kopnąć i prędko wziąć za pas nogi. &lt;br&gt;
I wtedy jest już stracona, już wtedy wygrało to źwirze, &lt;br&gt;
Już oto dopięło swego, spełniło zamysły złowieszcze! &lt;br&gt;
Popatrzcie, gdzie tylko spojrzeć - tam lizoń kogoś liże &lt;br&gt;
Lizany zaś prosi lizonia: - Ach liż mnie lizoniu jeszcze! &lt;br&gt;
A wtedy już nie ma odwrotu z męczącej acz słodkiej niewoli, &lt;br&gt;
Przestrogi tu nie pomogą, kuracje, i inne sposoby, &lt;br&gt;
Albowiem, jak mówi nauka: - Kto raz się podlizać pozwolił, &lt;br&gt;
Ten nie obejdzie się nigdy bez trzech podlizań na dobę! &lt;br&gt;
Tkwią przeto w zgubnym nałogu mrówki i wilki i słonie, &lt;br&gt;
Oraz mastodont, kalodont, drozofilia i filoderma... &lt;br&gt;
I tylko jeden stwór - człowiek - potrafił ujarzmić lizonia: &lt;br&gt;
Po prostu hoduje je w klatkach. O, proszę, jaka ferma...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ludzie dbają o siebie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/478/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/478/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
LUDZIE DBAJĄ O SIEBIE &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ludzie dbają o siebie, ludzie dbają o siebie &lt;br&gt;
ludzie dbają o siebie stale &lt;br&gt;
uważają na siebie i chuchają na siebie, &lt;br&gt;
noszą ciepłe skarpety i szale &lt;br&gt;
zażywają mikstury, wybierają się w góry, &lt;br&gt;
by oddychać pełnymi płucami &lt;br&gt;
zabijają kurczaki, przyrządzają przysmaki &lt;br&gt;
i wzmacniają swój wątły organizm &lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie/2x/ &lt;br&gt;
ludzie dbają o siebie stale &lt;br&gt;
uważają na siebie i chuchają na siebie/2x/ &lt;br&gt;
noszą ciepłe skarpety i szale &lt;br&gt;
A tu lata mijają, a ci ludzie wciąż dbają &lt;br&gt;
góry, góry, mikstury etc. &lt;br&gt;
Lecz rzecz dziwna tym nie mniej &lt;br&gt;
choć to nie brzmi przyjemnie &lt;br&gt;
coraz gdzieś jakiś człowiek umiera &lt;br&gt;
inni wzrokiem go mierzą, patrzą, ale &lt;br&gt;
nie wierzą, czasem któryś z nich westchnie &lt;br&gt;
"O rany!" &lt;br&gt;
Szepcą do siebie w sieniach &lt;br&gt;
Józek popatrz na Henia choć nieboszczyk &lt;br&gt;
a jaki zadbany &lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie/2x/ &lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie stale &lt;br&gt;
uważają na siebie i chuchają na siebie, &lt;br&gt;
noszą ciepłe skarpety i szale &lt;br&gt;
A tu lata mijają, a ci ludzie wciąż dbają, &lt;br&gt;
góry, góry, mikstury etc. &lt;br&gt;
lecz rzecz dziwna tym niemniej &lt;br&gt;
Choć to nie brzmi przyjemnie &lt;br&gt;
coraz gdzieś jakiś człowiek umiera &lt;br&gt;
A potem, po pogrzebie znów jest słońce na niebie &lt;br&gt;
ten sam cykl widać znów w świetle słońca &lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie/2x/ &lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie do końca &lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie/2x/ &lt;br&gt;
Ludzie dbają o siebie stale &lt;br&gt;
uważają na siebie i chuchają na siebie, &lt;br&gt;
noszą ciepłe skarpety i szale &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mistrzostwa w chodzie II</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/479/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/479/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MISTRZOSTWA W CHODZIE II&lt;/p&gt;
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
w tle marsz sportowy&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Odbywają się mistrzostwa w chodzie, &lt;br&gt;
Maszerują biedni Dreptacy,&lt;br&gt;
Smutny sędzia w starym samochodzie &lt;br&gt;
Dłubiąc w nosie czyta "Głos Pracy", &lt;br&gt;
Zawodnicy ledwie - ledwie lezą, &lt;br&gt;
Mimo pokrzykiwań kierownictwa, &lt;br&gt;
A patronat nad całą imprezą &lt;br&gt;
Objął woźny z Ministerstwa Leśnictwa, &lt;br&gt;
Bowiem inni dygnitarze odmówili, &lt;br&gt;
Każdy tylko ręce rozkładał &lt;br&gt;
Że jest zajęty w tej chwili, &lt;br&gt;
- Jeszcze żeby - powiadali - olimpiada... &lt;br&gt;
Wy na Wyścig Pokoju nas zaproście &lt;br&gt;
Lub na inną imprezę z ikrą, &lt;br&gt;
A tu tylko kuśtykają goście &lt;br&gt;
I się krzywią, aż spojrzeć przykro... &lt;br&gt;
No i chodzą chodziarze. Deszcz siąpi, &lt;br&gt;
Tłum nie zbiera się na chodniku, &lt;br&gt;
Żadne auto im nie ustąpi, &lt;br&gt;
Nikt nie wzniesie na ich cześć okrzyku, &lt;br&gt;
Nikt napisu nie zawiesi na trasie &lt;br&gt;
Ani flagi, ani żadnej szmatki, &lt;br&gt;
Komunikat ukaże się w prasie &lt;br&gt;
Gdzieś za tydzień, w rubryce "Wypadki", &lt;br&gt;
A na szarej, chudej linii mety &lt;br&gt;
Prócz staruszka-krótkowidza co czas mierzy &lt;br&gt;
Oczekują zawodników ich kobiety &lt;br&gt;
Nieciekawe, w niemodnej odzieży, &lt;br&gt;
Ale każda ze swojego dumna, &lt;br&gt;
Ale każda myśli to samo: &lt;br&gt;
Aby puchar, paskudny jak trumna &lt;br&gt;
Jej mężowi jednogłośnie przyznano. &lt;br&gt;
Więc męczącym dniem i wredną nocą &lt;br&gt;
Trwają te mistrzostwa niepoważne &lt;br&gt;
Nie wiadomo właściwie po co, &lt;br&gt;
Lecz dla kogoś ważne. A więc - ważne! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Psy piszczą o dwunastej</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/480/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/480/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PSY PISZCZĄ O DWUNASTEJ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wszystkie psy o dwunastej piszczą &lt;br&gt;
GDy sygnał czasu słychać w radiach, &lt;br&gt;
Uszy im stają, oczy błyszczą, &lt;br&gt;
I każdy z nich ogonem majda, &lt;br&gt;
I nie wiadomo, czy jest zły, &lt;br&gt;
Czy ucieszony, ale fakt &lt;br&gt;
Że o dwunastej piszczą psy &lt;br&gt;
Że o dwunastej piszczą psy, &lt;br&gt;
Że o dwunastej piszczą psy &lt;br&gt;
Od niepamiętnych lat! &lt;br&gt;
Wszystkie psy o dwunastej piszczą &lt;br&gt;
Skowyt rozdyma pieskie płuca, &lt;br&gt;
Nawet jak któryś z nich nad kiszką &lt;br&gt;
Kaszaną, siedział, to ją rzuca. &lt;br&gt;
I też zaczyna "pi pi pi", &lt;br&gt;
Więc jak wyjaśnić można to, &lt;br&gt;
Że o dwunastej wszystkie psy, &lt;br&gt;
Że o dwunastej wszystkie psy, &lt;br&gt;
Że o dwunastej wszystkie psy &lt;br&gt;
Piszczą jak nie wiem co? &lt;br&gt;
Wszystkie psy o dwunastej piszczą, &lt;br&gt;
Ale nie zbadał nikt niestety &lt;br&gt;
Czy one piszczą tak, bo myślą &lt;br&gt;
Że to jest sygnał z psiej planety, &lt;br&gt;
Że to wiadomość lub zew krwi, &lt;br&gt;
A może ostrzegawczy krzyk? &lt;br&gt;
Punkt o dwunastej piszczą psy, &lt;br&gt;
Punkt o dwunastej piszczą psy, &lt;br&gt;
Punkt o dwunastej piszczą psy, &lt;br&gt;
A czemu - nie wie nikt... &lt;br&gt;
Więc może by jakiś student uczynił rzecz pionierską &lt;br&gt;
Pisząc na dany temat swą pracę magisterską?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Fachowość</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/f/481/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/f/481/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 FACHOWOŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach, chciałbym być fachowcem &lt;br&gt;
W jakiejś wąskiej dziedzinie &lt;br&gt;
Na przykład krzyżować owce &lt;br&gt;
Na górskiej połoninie, &lt;br&gt;
Pisać żywoty świętych, &lt;br&gt;
Tresować czarne pantery &lt;br&gt;
Wyrabiać śrubokręty &lt;br&gt;
Wzór zero osiem cztery, &lt;br&gt;
Ewentualnie rwać zęby, &lt;br&gt;
Być wójtem w Międzyrzeczu, &lt;br&gt;
Dodawać do paszy otręby, &lt;br&gt;
NAdawać transmisje z meczów, &lt;br&gt;
Wajchy na prawo i lewo &lt;br&gt;
Przerzucać, sprzedawać kwiatki, &lt;br&gt;
Rżnąć w Puszczy Piskiej drzewo, &lt;br&gt;
Spowiadać nastolatki, &lt;br&gt;
Układać dla dzieci bajki, &lt;br&gt;
Pracować w sortowni listów, &lt;br&gt;
Szyć dla bachorów majtki &lt;br&gt;
Lub demaskować trockistów. &lt;br&gt;
I byłbym spokojny i zdrowy, &lt;br&gt;
Regularniebym jadał obiady, &lt;br&gt;
I nie miałbym bólów głowy &lt;br&gt;
I byłbym pewny posady, &lt;br&gt;
I satyrycznych nie musiał-&lt;br&gt;
bym pisać wciąż wypowiedzi &lt;br&gt;
Na zmianę: o gazie, o USA, &lt;br&gt;
O nadmiernym zużyciu miedzi, &lt;br&gt;
O konsumpcyjnym stosunku, &lt;br&gt;
O wodzie, o grzybobraniu, &lt;br&gt;
O nadużyciu trunków, &lt;br&gt;
O przeinwestowaniu, &lt;br&gt;
O niepotrzebnej edycji, &lt;br&gt;
O słoniu i sprawie polskiej, &lt;br&gt;
O roli kleru w Galicji &lt;br&gt;
O Rollingstonsach, o Rolskiej, &lt;br&gt;
O tym, że Franco jest draniem, &lt;br&gt;
O mini, o bikini, &lt;br&gt;
O grupie pod Wezwaniem &lt;br&gt;
Oraz o grupie Maryni... &lt;br&gt;
... lecz pomimo to, nerwów nie tracę &lt;br&gt;
Bo - choć zawód mam trudny, i śliski - &lt;br&gt;
w każdym kraju powinien być facet,&lt;br&gt;
który zna się mniej więcej na wszystkim!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rezultat</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/482/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/482/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 REZULTAT 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Zdarzyło się Dreptakowi to co się innym zdarza: &lt;br&gt;
Poczuł się dziwnie słabo, więc poszedł do lekarza. &lt;br&gt;
Lekarz go grzecznie przyjął, spytał się jakie ma bóle, &lt;br&gt;
Zajrzał mu w oczy, w uszy, i mówi: - Zdejm pan koszulę! &lt;br&gt;
Dreptak się strasznie zawstydził, krew mu zalała jagody, &lt;br&gt;
Bo była tam sekretarka wręcz nieprzeciętnej urody..... &lt;br&gt;
Ale co robić... ściągnął..., stoi półnagi bidaka, &lt;br&gt;
A lekarz powiedział: - Panie, pan jesteś okaz zdechlaka! &lt;br&gt;
Taż panu się wszystko - powiada - jak galareta trzęsie! &lt;br&gt;
I przytaknął na dowód palcem w najbliższy z brzegu mięsień, &lt;br&gt;
A mięsień na chudej rączce zadrżał i jęknął jak guma, &lt;br&gt;
A jego właściciel ze wstydu o mało na miejscu nie umarł. &lt;br&gt;
Więc lekarz zaczął go rugać, pouczać i sztorcować, &lt;br&gt;
- Pan się - powiada - panie, musisz gimnastykować! &lt;br&gt;
Pan musisz robić przysiady, pan musisz dźwidać ciężary, &lt;br&gt;
Nasz pacjent coś pisnął, zapłacił i pędem wyleciał z biura &lt;br&gt;
A za jakiś czas do doktora przyszła potężna figura! &lt;br&gt;
Wszędzie tysiące muskułów jak spore bochny chleba! &lt;br&gt;
- Nazwisko? - zapytał doktor, a postać odrzekła: - Dreptak&lt;br&gt;
- Co, Dreptak? - zakrzyknął doktor i wzruszył się, choć był cynik &lt;br&gt;
I szepnął ze łzami w oczach: - No patrz pan, co za wynik! &lt;br&gt;
Od dziś się w świecie lekarskim nareszcie na serio liczę! &lt;br&gt;
Z takiego zdechlaka Dreptaka zrobił się Dreptak byczek! &lt;br&gt;
Zdejmuj no pan koszulę! Lecz postać odrzekła z chichotem: &lt;br&gt;
- Koszulę panie doktorze to może... ten tego... potem.... &lt;br&gt;
A wogóle to ja nie jestem Dreptak, lecz Dreptakowa..... &lt;br&gt;
- Co???? Żona tamtego Dreptaka???? &lt;br&gt;
- Żona? Skąd znowu? Wdowa! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czerwony Dżoel</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/483/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/483/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 CZERWONY DŻOEL 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

W obskurnym barze, najpodlejszym ze wszystkich barów &lt;br&gt;
Czerwony Dżoel oszukańczo rozbił bank, &lt;br&gt;
Orkiestrze rzucił hojną ręką sto dolarów, &lt;br&gt;
Niech mu orkiestra gra wiązankę starych tang. &lt;br&gt;
Już drży w powietrzu motyw znany i zużyty, &lt;br&gt;
Co na głos pana wraca jak wierny pies, &lt;br&gt;
A z nim wracają wyświechtane rekwizyty, &lt;br&gt;
A Dżoel słucha i ma oczy pełne łez - &lt;br&gt;
O dalekiej dziewczynie &lt;br&gt;
(to było, Dżoel w Casablance) &lt;br&gt;
O miłości i winie &lt;br&gt;
(pamiętasz, wino miałeś w szklance) &lt;br&gt;
O walczących fregatach, &lt;br&gt;
Grzmiących salwą wszystkich burt, &lt;br&gt;
O tajfunach i passatach, &lt;br&gt;
O nieważnych dziś już datach &lt;br&gt;
Które zabrał morski nurt. &lt;br&gt;
W obskurnym barze, najpodlejszym chyba w świecie &lt;br&gt;
Czerwony Dżoel nagle z miejsca podniósł się, &lt;br&gt;
Chciał coś powiedzieć, lecz się zachwiał na parkiecie, &lt;br&gt;
Chciał kogoś wołać, ale tylko szepnął: - Nie.... &lt;br&gt;
W orkiestrze trąbka zadławiła się falsetem &lt;br&gt;
Ku leżącemu chciała podejść morska brać, &lt;br&gt;
Lecz Maur potężny, królujący za bufetem &lt;br&gt;
Zatrzymał wszystkich i rozkazał dalej grać &lt;br&gt;
O dalekiej dziewczynie &lt;br&gt;
Która umarła w Casablance, &lt;br&gt;
O miłości i winie &lt;br&gt;
W stłuczonej przed pół wiekiem szklance &lt;br&gt;
O walczących fregatach &lt;br&gt;
Grzmiących salwą wszystkich burt, &lt;br&gt;
O tajfunach i passatach, &lt;br&gt;
O nieważnych dziś już datach &lt;br&gt;
Które zabrał morski nurt.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń o górkach rozrządowych</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/484/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/484/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIEŚŃ O GÓRKACH ROZRZĄDOWYCH &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jest gdzieś, na wyspach koralowych &lt;br&gt;
Rozsianych jak korali sznurek &lt;br&gt;
Kraina Górek Rozrządowych &lt;br&gt;
Niezwykle dumna z owych górek. &lt;br&gt;
Wachlarz - rzec można - dość rozległy: &lt;br&gt;
Paryż jest dumny ze swej mody, &lt;br&gt;
Rzym chlubi się swym Colloseum, &lt;br&gt;
Istambuł - piękną Odaliską, &lt;br&gt;
Leningrad piękne ma muzeum, &lt;br&gt;
A Pekin ma wogóle wszystko... &lt;br&gt;
Zaś w tej krainie, za morzami &lt;br&gt;
Za sześćdziesiątą zagranicą, &lt;br&gt;
Rozrządowymi się górkami &lt;br&gt;
Mieszkańcy nałogowo szczycą. &lt;br&gt;
Prasa wypluwa z siebie żyły, &lt;br&gt;
I w radio nieraz nucą chórki: &lt;br&gt;
- Daj Bóg, by latoś obrodziły &lt;br&gt;
W ojczyźnie górki jak ogórki! &lt;br&gt;
W telewizorze widać biurko &lt;br&gt;
I się odbywa akademia &lt;br&gt;
Na temat: "Rozrządową górką &lt;br&gt;
Jak spowodować falę przemian?" &lt;br&gt;
Poeta w rymy wiąże słowa &lt;br&gt;
Poemat pisząc na maszynie: &lt;br&gt;
- O górko, górko rozrządowa, &lt;br&gt;
Wolę cię, niźli swą Marynię! &lt;br&gt;
Wyspierz, gdy się w pościeli tarza &lt;br&gt;
W jednym z bezsennych swoich stanów &lt;br&gt;
Te górki sobie wyobraża &lt;br&gt;
Jak stado licząc je baranów, &lt;br&gt;
Myli, zaczyna więc od nowa &lt;br&gt;
Chcąc snem ukoić biedną głowę: &lt;br&gt;
- O... roz-rządowa, dwu-rządowa, &lt;br&gt;
Trzy, cztero, czterysto-rządowe... &lt;br&gt;
Budzi się nagle... Wszędzie ciemno... &lt;br&gt;
Wtem jak nie wrzaśnie: - Joj, sen mara! &lt;br&gt;
Tam znowu górki dwie przede mną...! &lt;br&gt;
Nie... to śpi tylko moja stara... &lt;br&gt;
Spokojnie wstaje, je śniadanie, &lt;br&gt;
Poczem do pracy mknie, fachowiec, &lt;br&gt;
Zadanie: górek rozrządzanie, &lt;br&gt;
Zawód: górkowiec - rozrządowiec. &lt;br&gt;
Cel życia: Tak zadaniom sprostać &lt;br&gt;
I taką się wykazać głową, &lt;br&gt;
Żeby samemu kiedyś zostać &lt;br&gt;
Największą Górką Rozrządową!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Porwanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/485/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/485/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PORWANIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Na nazwisko miał Dreptak a na imię miał Lolo &lt;br&gt;
Od lat siedział spokojnie w PSS na etacie &lt;br&gt;
Aż mu nagle odbiło: wziął i porwał samolot, &lt;br&gt;
Postraszywszy pilota puszką dorsza w tomacie. &lt;br&gt;
Pilot dorsza nie lubił, zwłaszcza jego zapachu, &lt;br&gt;
Etykietę gdy zoczył - wnet wysiadły mu nerwy, &lt;br&gt;
Włosy mu się zjeżyły, wzrok słupiał ze strachu: &lt;br&gt;
- Lecę dokąd pan zechce! Nie otwierać konserwy!!!!! &lt;br&gt;
Wtedy Dreptak pomyślał, że właściwie sam nie wie, &lt;br&gt;
Czy by wolał być w Rzymie, Krymie czy w Hondurasie, &lt;br&gt;
Więc na wszelki wypadek kazał lecieć przed siebie, &lt;br&gt;
A tymczasem jął szukać gorączkowo w atlasie. &lt;br&gt;
Szuka, niucha wytrwale, bada lądy i kraje, &lt;br&gt;
Porównując ze sobą Paryż i Ułan-Bator, &lt;br&gt;
To go Irak podnieca, to go kuszą Hawaje, &lt;br&gt;
Jednym słowem - z Dreptaka fupa, nie nawigator! &lt;br&gt;
A tymczasem samolot leci sobie leniwo &lt;br&gt;
W tę i we wtę, jak pijak lub jak konik szachowy, &lt;br&gt;
Lada chwila w zbiornikach skończy mu się paliwo &lt;br&gt;
I usiądzie w rejonie Mielca lub Częstochowy. &lt;br&gt;
Pewnie wsadzą Dreptaka na dwa lata do paki, &lt;br&gt;
Lub nie wsadzą, gdyż sędziów swą głupotą rozrzewni... &lt;br&gt;
Wiele jest samolotów, w wielu siedzą Dreptaki, &lt;br&gt;
Lecz lądują bliziutko. Pod tym względem są pewni.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pean na cześć intronizacji Ministra Sidorowicza</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/486/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/486/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PEAN NA CZEŚĆ INTRONIZACJI MINISTRA SIDOROWICZA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Szumi Odra, pluszcze Wisła, &lt;br&gt;
Świeży wietrzyk powiał, &lt;br&gt;
Wrocław wreszcie ma ministra &lt;br&gt;
W Ministerstwie Zdrowia. &lt;br&gt;
Zdychają mikroby, &lt;br&gt;
Pryskają choroby, &lt;br&gt;
Już nie będą nas gnębiły &lt;br&gt;
I naszej chudoby. &lt;br&gt;
Smutna Czerwonka &lt;br&gt;
Po polu się błąka, &lt;br&gt;
Tak przelękła się ministra &lt;br&gt;
Aż się biedna jąka. &lt;br&gt;
Krętek, całkiem blady, &lt;br&gt;
Ucieka w Bieszczady. &lt;br&gt;
Szukaj sobie, Blady Krętku &lt;br&gt;
Gdzie indziej posady! &lt;br&gt;
Spotkała się Grypa &lt;br&gt;
Z kompleksem Edypa: &lt;br&gt;
- Wie pan, wczoraj umarł Tyfus, &lt;br&gt;
Jutro ma być stypa......&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Podkładaniec</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/487/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/487/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PODKŁADANIEC &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Duże zmiany niesie życie, &lt;br&gt;
Folklor też postępy czyni, &lt;br&gt;
Kiedyś było świniobicie, &lt;br&gt;
Dzisiaj - podkładanie świni. &lt;br&gt;
Obrzęd śliczny jak dożynki &lt;br&gt;
Słychać śpiewy i żarciki, &lt;br&gt;
Idą chłopcy i dziewczynki &lt;br&gt;
Niosą śliczne bukieciki, &lt;br&gt;
Niosą, niosą je przez salę &lt;br&gt;
I wręczają je z ukłonem &lt;br&gt;
Facetowi co ma talent &lt;br&gt;
Lub co ma przepiękną żonę, &lt;br&gt;
Względnie temu co ma stołek &lt;br&gt;
Albo co go cieszy praca, &lt;br&gt;
A on patrzy jak matołek &lt;br&gt;
I się wcale nie odwraca... &lt;br&gt;
Ach, niedługo jego tryumf, &lt;br&gt;
Guzik warta kwiatków kupka! &lt;br&gt;
Głowę trzeba mieć do tyłu,&lt;br&gt;
Oczy trzeba mieć na słupkach! &lt;br&gt;
Bo gdy dzieci tu trzy po trzy &lt;br&gt;
Wznoszą okrzyk - Niech nam żyje! &lt;br&gt;
Tam, od tyłu, już kumotrzy &lt;br&gt;
Wnoszą świnię z wrednym ryjem! &lt;br&gt;
Już mu cichcem podłożyli! &lt;br&gt;
On tu jeszcze gada, pieprzy, &lt;br&gt;
Jeszcze się na grzeczność sili, &lt;br&gt;
A tam za nim tęgi wieprzyk! &lt;br&gt;
Wreszcie jak się gość pośliźnie, &lt;br&gt;
Jak mu splączą się odnóża, &lt;br&gt;
Jak się przez tę świnię gwiźnie!!!! &lt;br&gt;
A na sali - radość duża. &lt;br&gt;
Możesz zacny być i święty, &lt;br&gt;
Mieć zasługi niesłychane, &lt;br&gt;
Gdy ci mówią komplementy - &lt;br&gt;
Usuń bracie się pod ścianę, &lt;br&gt;
Bo już coś w półmroku chrząka, &lt;br&gt;
Już coś cichcem ryć zaczyna, &lt;br&gt;
Już tam widać cień ogonka &lt;br&gt;
Skręconego jak sprężyna... &lt;br&gt;
Nie bądź asem i chojrakiem, &lt;br&gt;
Kieruj się rozsądną linią: &lt;br&gt;
- Lepiej jest być przeciętniakiem? &lt;br&gt;
... a najlepiej - być tu świnią...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Motyw</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/488/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/488/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 M O T Y W &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Król Edmund kazał w trąby dąć &lt;br&gt;
Na znak i pogotowie,&lt;br&gt;
Bowiem do brzegów Anglii skądś &lt;br&gt;
Przybili Wikingowie.&lt;br&gt;
A widok ich był straszny, acz&lt;br&gt;
Nie brakło mu uroku:&lt;br&gt;
Na burtach statków rzędy tarcz,&lt;br&gt;
Na dziobach - głowy smoków.&lt;br&gt;
I zaraz rosły, płowy lud&lt;br&gt;
Sypnął się z wąskich łodzi - &lt;br&gt;
Syn Swena, Kanut w bój ich wiódł,&lt;br&gt;
Szesnastoletni młodzik.&lt;br&gt;
W obronie zaś angielskich pól&lt;br&gt;
Stanął jak dąb wysoki,&lt;br&gt;
Syn Ethelreda, młody król,&lt;br&gt;
Edmund Żelazoboki,&lt;br&gt;
Straszliwa się zaczęła rzeź,&lt;br&gt;
Rzężenia i charkoty,&lt;br&gt;
I taka była bitwy treść,&lt;br&gt;
Lecz jakiż był jej motyw?&lt;br&gt;
Jaki był rzezi cel i sens&lt;br&gt;
I jaki był rezultat&lt;br&gt;
Wysiłków, zwycięstw, łez i klęsk&lt;br&gt;
Edmunda i Kanuta?&lt;br&gt;
Tysiąc szesnasty wówczas rok&lt;br&gt;
Trwał, naszej smutnej ery,&lt;br&gt;
Więc dawnookrył czas i mrok &lt;br&gt;
Poległe bohatery, &lt;br&gt;
Lecz związek przyczynowy trwa &lt;br&gt;
Choć wiek dwudziesty nastał - &lt;br&gt;
Ludność jaśniejszą cerę ma &lt;br&gt;
W podbitych wówczas hrabstwach &lt;br&gt;
I oczu błękitniejszy ton &lt;br&gt;
I włos jak zboże w lipcu, &lt;br&gt;
I po to był potrzebny zgon &lt;br&gt;
Obrońców i zdobywców. &lt;br&gt;
Za twoją policzkową kość, &lt;br&gt;
ZA smagłą twarz, lub bladą, &lt;br&gt;
Gdzieś kiedyś w dziejach jakiś gość &lt;br&gt;
Miał poderżnięte gardło. &lt;br&gt;
Więc twa odrębność i twój styl &lt;br&gt;
Tkwią korzeniami w trumnie, &lt;br&gt;
Choć wilka nie pożera wilk, &lt;br&gt;
Choć człowiek, to brzmi dumnie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Arystokracja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/489/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/489/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ARYSTOKRACJA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz na wielkim przyjęciu u hrabiów Badenich &lt;br&gt;
Książę Zyzio co mamę miał de domo Kapet &lt;br&gt;
Wlazłszy pod stół by podnieść kawałek pieczeni &lt;br&gt;
Wpadł na pomysł ściągnięcia lakierków i skarpet &lt;br&gt;
Następnie zaś spod fraka wyjął ostrą piłkę &lt;br&gt;
I wyrżnął w blacie stołu okrągły otworek &lt;br&gt;
I pod stołem na rękach stanąwszy z wysiłkiem &lt;br&gt;
Bosą nogę w ten otwór wpakował jak korek. &lt;br&gt;
Wyrosła przeto noga w pośrodku zastawy &lt;br&gt;
jak egzotyczny kaktus lub kwiat orchidei, &lt;br&gt;
A pani domu właśnie dolewała kawy &lt;br&gt;
I pytała z uśmiechem dlaczego nikt nie ji? &lt;br&gt;
A nikt nie jadł, bo wszystkich ogarnęła zgroza &lt;br&gt;
I milczeli, krew mając w żyłach strachem ściętą &lt;br&gt;
I trwała przez chwil kilka zbiorowa hypnoza &lt;br&gt;
I ta noga stercząca jak groźne memento. &lt;br&gt;
I pokryły się twarze przeraźliwą bielą &lt;br&gt;
A potem buchnął zamęt okrzyków i wizgów &lt;br&gt;
I baron Zdziś porwawszy wielki tort Marcellego &lt;br&gt;
Wbił go sobie na głowę wśród kremowych bryzgów. &lt;br&gt;
Na ten widok od razu stało się swobodniej, &lt;br&gt;
Jęły fruwać w powietrzu ciastka i butelki, &lt;br&gt;
I jęły się obsuwać na posadzkę spodnie, &lt;br&gt;
Bo młodzież swym tatusiom podżynała szelki, &lt;br&gt;
I sadzała w majonez bladziutkie panienki &lt;br&gt;
I babciom za dekolty pakowała sery, &lt;br&gt;
I wyjmując figlarnie dziadkom sztuczne szczęki &lt;br&gt;
Wołała że chce zdobyć wąwóz Samossierry. &lt;br&gt;
Zaś w sieniach były premier, pochodzący z ludu, &lt;br&gt;
Rzekł do kuchty, co w kącie ogryzała szczątki: &lt;br&gt;
- Fajnie, żeśmy zadali sobie tyle trudu &lt;br&gt;
Żeby arystokratom pozwracać majątki!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nasi ludzie w Ameryce</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/490/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/490/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NASI LUDZIE W AMERYCE &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W początkach wieku siedemnastego &lt;br&gt;
Po przemierzeniu burzliwych szlaków &lt;br&gt;
Dotarła wreszcie z ulgą do brzegów &lt;br&gt;
Amerykańskich, grupka Polaków. &lt;br&gt;
Kraj ów zadziwił ich niesłychanie &lt;br&gt;
Takie to było niezwykłe miejsce - &lt;br&gt;
Wszędzie bizony albo Indianie, &lt;br&gt;
Aż Miecio krzyknął: - Patrz Jasiu! Western! &lt;br&gt;
Jasio uczynił dwa lub trzy kroki, &lt;br&gt;
Ukląkł, odmówić chcąc pierwszy pacierz, &lt;br&gt;
I rzekł: - O rany! Tu som ziemniaki! &lt;br&gt;
Magda! Kociołek! Robimy zacier! &lt;br&gt;
Tymczasem Józio, zdjąwszy ubranko &lt;br&gt;
Zaczął uganiać się jak szalony &lt;br&gt;
Za pewną bardzo ładną Indianką, &lt;br&gt;
Bo chciał mieć dziecko biało czerwone. &lt;br&gt;
Starsi rodacy, ci z kierownictwa, &lt;br&gt;
We trzech usiadłszy w cieniu akacji &lt;br&gt;
Stworzyli zaraz cztery stronnictwa, &lt;br&gt;
Dwa odchylenia i osiem frakcji &lt;br&gt;
Wreszcie magister Dreptak Emilia &lt;br&gt;
Pisała, leżąc na brzuszku w trawie &lt;br&gt;
Doktorat "Wpływy polskie wśród Indian" &lt;br&gt;
/Podtytuł "Pióro orle, czy pawie?"/ &lt;br&gt;
Tak weszli w kraju owego plener &lt;br&gt;
I w społeczeństwo też przy okazji, &lt;br&gt;
Wnosząc swój folklor, upór i wenę, &lt;br&gt;
Ciut rozrabiactwa, mnóstwo fantazji, &lt;br&gt;
Kurpiowskie hafty na zgrzebnych portkach &lt;br&gt;
/do dzisiaj dżinsy tak się wyszywa/ &lt;br&gt;
I nie wie nawet współczesny Morgan &lt;br&gt;
Że jego dziad się Morda nazywał..... &lt;br&gt;
Dziś, gdy dążymy, po starych tropach &lt;br&gt;
I gdy wzajemna nieufność znika, &lt;br&gt;
Wspomnijmy czule polskiego chłopa &lt;br&gt;
Co pierwszy krzyknął: - Ło! Hameryka!!!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Grupa Wrocławiaków odwiedza Łyczaków</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/491/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/491/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 GRUPA WROCŁAWIAKÓW ODWIEDZA ŁYCZAKÓW &lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
przyśpiewki na melodię "Bal u weteranów"&lt;/p&gt;
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nasza grupa Wrucławiaków &lt;br&gt;
Udwiedza Łyczaków, &lt;br&gt;
Żeby uświadomić &lt;br&gt;
Tamtejszych rudaków! &lt;br&gt;
Przywuzimy dla nich w gości &lt;br&gt;
Świeży wiadumości, &lt;br&gt;
Ach, iliż radości &lt;br&gt;
Będą mieć! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wielgi zmiany w PRL-u &lt;br&gt;
Ud Tatr aż du Helu, &lt;br&gt;
Bedzi tobi łatwiej &lt;br&gt;
Żyć, ubywatelu! &lt;br&gt;
Wszystko co jest duzwolony &lt;br&gt;
Nie jist zabruniony - &lt;br&gt;
Właź do łóżka żony &lt;br&gt;
Taj swoji rób! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
W tylywizji zapudali &lt;br&gt;
Ży ma być pluralizm, &lt;br&gt;
Możesz pluć na wszystku &lt;br&gt;
Daleku i blisku! &lt;br&gt;
Wszystki tera si ganiają &lt;br&gt;
I si upluwają, &lt;br&gt;
Bo Pluralizm mają &lt;br&gt;
I fajnu jest! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Miękkie lądowanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/492/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/492/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MIĘKKIE LĄDOWANIE &lt;br&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;W tle jakaś muzyka elektronowa lub konkretna&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz jeden naukowiec zaczął czynić starania &lt;br&gt;
By opanować system miękkiego lądowania &lt;br&gt;
Na księżycu, więc do międzygwiezdnej maszyny &lt;br&gt;
Wmontował specjalne sprężyny &lt;br&gt;
Z fabryki specjalnych tapczanów i zawiasy &lt;br&gt;
A na nich amortyzator najwyższej krajowej klasy &lt;br&gt;
Z fabryki motocykli, a przód statku z dumą &lt;br&gt;
Wyłożył najnowszą polską mikrogumą, &lt;br&gt;
A po skończeniu całej tej żmudnej roboty &lt;br&gt;
Postanowił odbyć próbne loty. &lt;br&gt;
Oto start! Gra orkiestra ogniste bolero, &lt;br&gt;
I słychać głos startera: - Trzy..dwa..jeden..zero! &lt;br&gt;
Tu huknęło straszliwie a wielka rakieta &lt;br&gt;
Wzbiła się tak wysoko, że wyglądała na peta, &lt;br&gt;
A potem zaczęła spadać wiedziona pewną ręką, &lt;br&gt;
- Patrzecie - wrzasnęli wszyscy - jak zaraz siądzie &lt;br&gt;
miękko! &lt;br&gt;
Aż tutaj jak nie rąbnie, jak straszliwie nie rypnie, &lt;br&gt;
Jak się w całym mieście szkło z okien nie sypnie, &lt;br&gt;
Jak nie zasunie w ziemię z tak potężną siłą, &lt;br&gt;
Że otwór na trzy tysiące metrów w głąb wybiło, &lt;br&gt;
A z otworu siknęła śliczna, wyborowa &lt;br&gt;
Czarna i tłusta ropa naftowa! &lt;br&gt;
I jęła się wydobyć w tak kolosalnej ilości, &lt;br&gt;
Że Rumuni i Arabowie wszyscy pobledli ze złości, &lt;br&gt;
A naukowiec zginął, tym niemniej jego landszafty &lt;br&gt;
Powywieszano wszędzie, jako odkrywcy nafty, &lt;br&gt;
I tylko jeden Dreptak usiłował taką myśl rozwijać&lt;br&gt;
Że ten profesor wcale się nie chciał w ziemię wbijać, &lt;br&gt;
I że się wbił przypadkiem, lecz wszyscy w krzyk: &lt;br&gt;
- Łolaboga! &lt;br&gt;
Nie pozwolimy znieważać pamięci ropologa! &lt;br&gt;
I zaraz udowodniono, że właśnie do tego dążył &lt;br&gt;
I że ku głębi ziemi już od dzieciństwa ciążył &lt;br&gt;
I temu Dreptakowi zamknęli gębę jak skoblem! &lt;br&gt;
..... bo u nas dorobić teorię do faktów - to żaden problem!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Motocross</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/493/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/493/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MOTOCROSS&lt;/p&gt;

&lt;p class="prawy"&gt;
w tle utwór "Lot trzmiela"&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, ileż ruchu, wrzawy ile, &lt;br&gt;
Jakaż atrakcja pierwszej klasy, &lt;br&gt;
Motocross zacznie się za chwilę, &lt;br&gt;
Wezmą w nim udział same asy! &lt;br&gt;
Potem opiszą ich w gazecie, &lt;br&gt;
Tłum kobiet będzie o nich szeptał, &lt;br&gt;
Lecz nikt nie wspomni, że na mecie &lt;br&gt;
Stał niepozorny, szary Dreptak. &lt;br&gt;
Że stał na mecie skromnie z drągiem, &lt;br&gt;
Że nie pchał się, bo nie był nachał, &lt;br&gt;
A na tym drągu miał chorągiew, &lt;br&gt;
I gdy ktoś wjeżdżał - to on machał. &lt;br&gt;
Ja nie wiem co to jest za funkcja, &lt;br&gt;
Lecz sam widziałem na kronice &lt;br&gt;
Ot, wyścigowa interpunkcja - &lt;br&gt;
Machanie flagą w szachownicę. &lt;br&gt;
Oto ryknęły już motory, &lt;br&gt;
Wiatr w uszach zawodnikom gwizda, &lt;br&gt;
A Dreptak stoi drżąc z pokory &lt;br&gt;
I czuje się jak nędzna glizda. &lt;br&gt;
Brzmi warkot bliższy, to znów dalszy, &lt;br&gt;
Stado błyskawic pędzić zda się, &lt;br&gt;
I już zawodnik najwspanialszy &lt;br&gt;
Pierwszy do mety mknie po trasie. &lt;br&gt;
Już zza zakrętu się wynurza, &lt;br&gt;
I triumf już mu błyszczy w oku, &lt;br&gt;
... wtem Dreptak poczuł, że się wkurza, &lt;br&gt;
I warknął cicho: - Oż ty ćwoku! &lt;br&gt;
I blask wystrzelił mu z pod powiek, &lt;br&gt;
I dodał: - Ty żeż byku krasy, &lt;br&gt;
Ja zwykły, szary, skromny człowiek &lt;br&gt;
Także chcę dostać się do prasy! &lt;br&gt;
Tu wzniósł chorągiew na kształt szabli, &lt;br&gt;
Tak się wysilił jak potrafił, &lt;br&gt;
Wycharczał: - Niech cię wszyscy diabli! &lt;br&gt;
Zamachnął się - babach! - i trafił! &lt;br&gt;
... a potem jeden pan, w cywilu, &lt;br&gt;
Rzekł, ręce mu skuwając z wprawą: &lt;br&gt;
- Panie! Starało się już tylu, &lt;br&gt;
pan pierwszy trafił. Duże brawo!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Męczeństwo Kurkowiaka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/494/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/494/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MĘCZEŃSTWO KURKOWIAKA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na miedzy, za wiatrakiem &lt;br&gt;
Gdy noc zapadła dżdżysta, &lt;br&gt;
Kurkowiak z Fabisiakiem &lt;br&gt;
Spotkali ancychrysta. &lt;br&gt;
Ancychryst był pci żeńskiej, &lt;br&gt;
W odzieży był szatańskiej, &lt;br&gt;
Urody był diabelskiej &lt;br&gt;
A postawy był pańskiej, &lt;br&gt;
Światopogląd miał letki, &lt;br&gt;
Nie był bynajmniej płaski, &lt;br&gt;
Brakowało mu hetki, &lt;br&gt;
Pętelki i zatrzaski, &lt;br&gt;
Nie wierzył w świętą Klarę &lt;br&gt;
I świętego Anzelma, &lt;br&gt;
I w innych świętych parę,&lt;br&gt;
I w ogóle był szelma. &lt;br&gt;
Mówił że tak dla zdrowia &lt;br&gt;
Na miedzy sobie przysiadł, &lt;br&gt;
Więc osłupiał Kurkowiak, &lt;br&gt;
Więc zbaraniał Fabisiak, &lt;br&gt;
I wprost nie byli w stanie &lt;br&gt;
Podjąć żadnej decyzji &lt;br&gt;
Czy dać znać do plebanii, &lt;br&gt;
Czy może do milicji? &lt;br&gt;
Kurkowiak, bardziej cwany &lt;br&gt;
Chciał sprawdzić w sposób chytry &lt;br&gt;
Z czego jest zbudowany &lt;br&gt;
Taki dany ancychryst? &lt;br&gt;
Lecz że już był wiekowy &lt;br&gt;
Więc niewiele potrafił, &lt;br&gt;
Zrobił się fioletowy &lt;br&gt;
I zaraz szlag go trafił, &lt;br&gt;
I wszystkich tak przeraził, &lt;br&gt;
Że - gdy już był pogrzebion - &lt;br&gt;
Nawet ksiądz się wyraził &lt;br&gt;
Że to zarządzenie niebios, &lt;br&gt;
Odtąd w zimie i w lecie &lt;br&gt;
Coś huka w ciemnym gaju.... &lt;br&gt;
To inni, zacni kmiecie &lt;br&gt;
Ancychrysta szukają, &lt;br&gt;
Co był zły, miał płeć żeńską, &lt;br&gt;
I w powietrzu się rozwiał, &lt;br&gt;
Bo też chcą śmierć męczeńską &lt;br&gt;
Ponieść.... &lt;br&gt;
Tak jak Kurkowiak! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Meta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/495/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/495/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 META &lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;w tle "Bolero" Ravela&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pod chmurami czarnymi, brzemiennymi od grzmotów &lt;br&gt;
Naprzeciwko wichrowi co przechodniów z nów wali, &lt;br&gt;
Mały, blady producent gwizdków i sukinkotów &lt;br&gt;
Idzie, w palto przewiewne spowinięty, i w szalik. &lt;br&gt;
Grzmią wokoło pioruny jak armatnie wystrzały, &lt;br&gt;
Stado żubrów nadciąga, tygrys pręży się w gniewie, &lt;br&gt;
Świat jest taki ogromny, a producent tak mały &lt;br&gt;
Że powinien zapłakać, lecz nie płacze, bo nie wie. &lt;br&gt;
Oceany huczące, i wulkany dymiące, &lt;br&gt;
Stada rakiet gwiżdżące koło głowy i uszu..... &lt;br&gt;
Idzie mały producent, trzyma synka za rączkę, &lt;br&gt;
Synek trzyma niedźwiadka a niedźwiadek jest z pluszu. &lt;br&gt;
Miną wichry i chmury, oceanów obszary &lt;br&gt;
Pozostaną za nimi, i piorunów blask zgaśnie, &lt;br&gt;
Będzie wieczór spokojny, miękki, ciepły i szary, &lt;br&gt;
I przystanie producent i wyszepce: - Tu właśnie..... &lt;br&gt;
A to będzie niewiele, a to będzie na krótko, &lt;br&gt;
A to będą dwa drzewa, jakiejś łąki kawałek, &lt;br&gt;
Rzeczka z mostkiem, a mostek z przywiązaną doń łódką, &lt;br&gt;
Wszystko blade, zamglone, nierealne i małe....... &lt;br&gt;
Przed płóciennym namiotem błyśnie wątłe ognisko, &lt;br&gt;
Synek siądzie opodal ze swym misiem w objęciach, &lt;br&gt;
A producent pomyśli że to właśnie jest wszystko, &lt;br&gt;
I upadnie na trawę płacząc z bólu i szczęścia....&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Młodzi gniewni I</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/496/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/496/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MŁODZI GNIEWNI I&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
1: A do panny Magdaleny &lt;br&gt;
Przyszły cztery angrymeny, &lt;br&gt;
A jak przyszli, zaraz rzekli: &lt;br&gt;
2i3: My jesteśmy młodzi wściekli! &lt;br&gt;
1: I zaczęli do dziewczyny &lt;br&gt;
Robić przeokropne miny! &lt;br&gt;
Przestraszyła się kobieta.... &lt;br&gt;
4: Czego chłopcy tutaj chceta? &lt;br&gt;
1: Na to oni sobie siedli.... &lt;br&gt;
3: My by sobie cóś tak zjedli, &lt;br&gt;
Potem by my też wypilim! &lt;br&gt;
2: ... i by my ciebie skrzywdzilim! &lt;br&gt;
3: Więc nam zara wódki nalej! &lt;br&gt;
4: Cacy cacy, a co dalej? &lt;br&gt;
Czy projekty równie duże &lt;br&gt;
Macie też w literaturze? &lt;br&gt;
Jaki jest wasz twórczy program? &lt;br&gt;
2i3: My by se wypili sto gram...... &lt;br&gt;
1: Na to dziewczę się wkurzyło, &lt;br&gt;
Angrymenów miotłą zbiło, &lt;br&gt;
Bo z takim programem &lt;br&gt;
Byli już u niej nad ranem &lt;br&gt;
Dekadenci i turpiści, &lt;br&gt;
Oraz egzystencjaliści &lt;br&gt;
I realiści krytyczni &lt;br&gt;
I naturaliści liczni, &lt;br&gt;
Tudzież jeszcze inni różni..... &lt;br&gt;
4: &lt;i&gt;(b.szybko)&lt;/i&gt; Ciekawe, że u nas między tymi wszystkimi kie-&lt;br&gt;
runkami nie można się jakoś dopatrzeć różnic! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Młodzi gniewni II</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/497/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/497/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MŁODZI GNIEWNI II&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
1: ... a przedwczoraj do Bożeny &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku! &lt;br&gt;
1: Przyszły cztery angrymeny! &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej! &lt;br&gt;
1: A jak weszli, zaraz rzekli: &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku! &lt;br&gt;
1: My jesteśmy młodzi wściekli! &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej! &lt;br&gt;
1: I zaczęli do dziewczyny &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku! &lt;br&gt;
1: Robić przeokropne miny! &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej!&lt;br&gt;
1: Przestraszyła się kobieta... &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku!&lt;br&gt;
1: Czego - pyta - tutaj chceta? &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej! &lt;br&gt;
1: Na to oni sobie siedli... &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku! &lt;br&gt;
1: My by sobie coś tak zjedli! &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej! &lt;br&gt;
1: Potem my by też wypili &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku! &lt;br&gt;
1: I by my ciebie skrzywdzili! &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej! &lt;br&gt;
1: Więc nam zaraz wódki nalej! &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku! &lt;br&gt;
1: Cacy cacy, a co dalej? &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej? &lt;br&gt;
1: Czy projekty równie duże &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku!&lt;br&gt;
1: Macie też w literaturze? &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej? &lt;br&gt;
1: Jaki jest wasz twórczy program? &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku? &lt;br&gt;
1: My by se wypili sto gram, &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej! &lt;br&gt;
1: Na to dziewczę się wkurzyło! &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku! &lt;br&gt;
1: Angrymenów miotłą zbiło! &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jej! &lt;br&gt;
1: Bo z takim samym programem &lt;br&gt;
2: Jejku jejku jejku &lt;br&gt;
1: Byli już u niej nad ranem &lt;br&gt;
Dekadenci i turpiści, &lt;br&gt;
Oraz egzystencjaliści &lt;br&gt;
I realiści krytyczni &lt;br&gt;
I naturaliści liczni, &lt;br&gt;
Tudzież jeszcze inni różni..... &lt;br&gt;
Ciekawa rzecz, że u nas między tymi wszystkimi &lt;br&gt;
kierunkami nie można się jakoś dopatrzeć różnic!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Moja teoria absencji Polaków w II krucjacie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/498/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/498/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MOJA TEORIA ABSENCJI POLAKÓW W II KRUCJACIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Piotr Włost, komes wrocławski, podniósł w górę szkło, &lt;br&gt;
Spojrzał na miód pod światło, mlasnął, wypił, usiadł, &lt;br&gt;
I zagłębił się w liście Bernarda z Clairvaux, &lt;br&gt;
Słynnego naonczas cystersa, inicjatora krucjat. &lt;br&gt;
Znamienity ów opat pisał po łacinie: &lt;br&gt;
- Sercu mojemu miły palatynie Włoście! &lt;br&gt;
Szykujemy wyprawę nową, przeto ninie &lt;br&gt;
Swoje dzielne rycerstwo na nogi podnoście, &lt;br&gt;
Wyostrzcie rohatyny, chwyćcie w dłoń kopije, &lt;br&gt;
Zaopatrzcie swe żony, domostwa i schedę, &lt;br&gt;
I przybądźcie! Już czeka na was król Francyjej, &lt;br&gt;
Ludwik, co w inwentarzu nosi numer siedem, &lt;br&gt;
Oraz cesarz Wszechniemiec, możnowładny Konrad, &lt;br&gt;
Któren ponad krucjatą zwierzchnią władzę sprawia. &lt;br&gt;
Przybądźcie jeno licznie, tedy będzie on rad, &lt;br&gt;
Sam mi mówił że liczy na hufce z Wrocławia!&lt;br&gt;
W krucjacie onej chwała czeka was niezmierna, &lt;br&gt;
I szansa pięknej śmierci w boju z muzułmany! &lt;br&gt;
Rok tysiąc sto czterdziesty piąty. Podpis (-) Bernard.&lt;br&gt;
Włost skończył, i przez chwilę siedział zadumany &lt;br&gt;
I myślał: - &lt;i&gt;Wierzę mocno, iż niemiecki cesarz &lt;br&gt;
Radby moje rycerstwo wyciągnął za mury &lt;br&gt;
I zgubił w piaskach Azji, jako iż na kresach &lt;br&gt;
Jak mur tkwimy, o któren on tępi pazury.... &lt;br&gt;
Nie dziw przeto, że na nas pułapkę zastawia &lt;br&gt;
I pragnie nas w nią wciągnąć cudzymi rękoma, &lt;br&gt;
Ale cię nie opuścim, miły nasz Wrocławiu!&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
... Tu wziął pióro i machnął list: - Ostajem doma!!! &lt;br&gt;
Jakoż i pozostali. A za rok mniej więcej &lt;br&gt;
Konrad ruszył na Polskę, ale w skórę dostał, &lt;br&gt;
I w odrzańskich mokradłach wyginęli Niemcy, &lt;br&gt;
Zaś krzyżowcy w pustyniach... Bardzo kocham Włosta!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Metoda</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/499/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:55:10 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/499/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
METODA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bawiąc na wczasach w Kudowie, Jan Dreptak kiedyś z wieczora &lt;br&gt;
Napisał list z obelgami do swego dyrektora. &lt;br&gt;
Chłostał go szczerze i ostro, smagał ironii biczem, &lt;br&gt;
Nazywał go lizusem oraz karierowiczem, &lt;br&gt;
I koniunkturalistą tudzież okazem drania &lt;br&gt;
I dużym specjalistą od antyszambrowania, &lt;br&gt;
I podpisał się u dołu bardzo wyraźnie "Jan Dreptak" &lt;br&gt;
Zaadresował kopertę i wyszedł z tym listem na deptak. &lt;br&gt;
Traf chciał, że momentalnie spotkał na skraju chodnika &lt;br&gt;
Swojego kumpla z biura, Floriana Samotraczyka, &lt;br&gt;
A tamten się bardzo ucieszył kiedy Dreptaka zobaczył, &lt;br&gt;
- Cześć Dreptak! - zawołał do niego, a Dreptak: - Cześć &lt;br&gt;
Samotraczyk! &lt;br&gt;
I pogadali przez chwilę, stojąc swobodnie przy drodze &lt;br&gt;
- No, poderwałeś coś stary? I owszem. Ścięgno w nodze. &lt;br&gt;
Pośmiali się, poszturchali (jak zwykle biuraliści) &lt;br&gt;
- Ty dokąd? - zapytał Florian - Do skrzynki, wrzucić liścik.... &lt;br&gt;
- Do żony? Nie, do dyrekcji. Do dyra mówiąc ściśle. &lt;br&gt;
Właśnie mu napisałem co o nim właściwie myślę....... &lt;br&gt;
Samotraczyk osłupiał z wrażenia, otworzył japę jak ryba.... &lt;br&gt;
- I... wrzucisz to serio do skrzynki...? &lt;br&gt;
- Czy wrzucę? Mowa! No chyba!!!! &lt;br&gt;
A Dreptak, stary wyjadacz, niegłupi był oczywiście, &lt;br&gt;
Zupełnie mu wystarczyło że wyżył się w tym liście, &lt;br&gt;
Chciał tylko nim zabłysnąć, a potem do domu wrócić, &lt;br&gt;
I podrzeć to pismo na strzępki i spalić albo wyrzucić, &lt;br&gt;
Tak jak w nowelce Dygata. Ale się nadział na haczyk, &lt;br&gt;
Bo mu się nagle z pomocą wmeldował Samotraczyk, &lt;br&gt;
I koleżeńską przysługę zaczął traktować zbyt ściśle: &lt;br&gt;
- O, tam jest - powiada - skrzynka, ja ci to zaraz wyślę!!!! &lt;br&gt;
Tu hyc! Pochwycił kopertę, podbiegł, i - co za potwór! - &lt;br&gt;
Wpakował ją jednym ruchem w pocztowej skrzynki otwór...... &lt;br&gt;
Jan Dreptak pobladł jak ściana... oparł się o kiosk Ruchu... &lt;br&gt;
Ale przytomnie wyszeptał: - Dziękuję ci... stary druhu..... &lt;br&gt;
Zaś kiedy tamten odszedł, Jan, nie zważając na mękę, &lt;br&gt;
Wpakował z największym trudem do wąskiej dziury rękę.... &lt;br&gt;
Chciał list uchwycić, nie zdołał... wyszeptał: - Boże nie mogę.. &lt;br&gt;
Trzeba się nogą zaprzeć.... tu wsadził do skrzynki nogę. &lt;br&gt;
Co widząc nabrał otuchy! Spłaszczył się cały jak taca! &lt;br&gt;
Czołga się... włazi po trochę... brzuszek, i pupka i glaca... &lt;br&gt;
Zapalił wewnątrz zapałkę, zaczął przerzucać listy..... &lt;br&gt;
Już ma!!!!! Już wypełzł ze środka na podobieństwo glisty! &lt;br&gt;
Zeskoczył na chodnik... stanął, dech złapał, otrzepał płaszczyk &lt;br&gt;
I mruknął: - Mówcie co chcecie, a dobrze jest umieć się spłaszczyć!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mój głos w dyskusji o boksie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/500/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/500/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MÓJ GŁOS W DYSKUSJI O BOKSIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kto na zdrowie swoje baczył, &lt;br&gt;
Nie pił, i się nie łajdaczył, &lt;br&gt;
Kto trenera słuchał rady, &lt;br&gt;
Robił zwody i przysiady, &lt;br&gt;
Kto we świątek, piątek, wtorek &lt;br&gt;
W treningowy walił worek &lt;br&gt;
Kto ma pięknych mięśni tyle &lt;br&gt;
Co bawoły lub goryle, &lt;br&gt;
Kto - chcąc giętki być jak brzeszczot - &lt;br&gt;
Żonie swej odmawiał pieszczot, &lt;br&gt;
Kto - by mózgu nie forsować - &lt;br&gt;
Kazał książki na strych schować, &lt;br&gt;
Kto sprytniejszy jest od innych, &lt;br&gt;
Kto zgrabniejszy, bardziej zwinny, &lt;br&gt;
Kto ma tyle krzepy w pięści &lt;br&gt;
Że przeciwnik aż zachrzęści, &lt;br&gt;
Kto swojego adwersarza &lt;br&gt;
Mocniej leje i naparza, &lt;br&gt;
Kto go lepiej poobija, &lt;br&gt;
Twarz przerobi mu na ryja, &lt;br&gt;
Kto dokona na nim gwałtu, &lt;br&gt;
Doprowadzi do nokautu - &lt;br&gt;
Ten - wspaniały wzór mężczyzny - &lt;br&gt;
Za to że się bić nie lenił &lt;br&gt;
Słucha hymnu swej ojczyzny!!!! &lt;br&gt;
... a ojczyzna się rumieni.......&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mądrość</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/501/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/501/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MĄDROŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto już gwiazdka świeci, &lt;br&gt;
Wnet aniołek przyleci &lt;br&gt;
W bielutkiej kombinacji &lt;br&gt;
By przynieść upominki &lt;br&gt;
Dla przezacnej rodzinki &lt;br&gt;
Zebranej przy kolacji. &lt;br&gt;
Czeka tatko wraz z matką &lt;br&gt;
Oraz z dziatek gromadką, &lt;br&gt;
W świątecznej atmosferze, &lt;br&gt;
Każdy nadstawia uszy &lt;br&gt;
By usłyszeć, czy w głuszy &lt;br&gt;
Szemrze anielskie pierze..... &lt;br&gt;
A wtem dzwonek zadzwonił, &lt;br&gt;
Tatko jak stał - pogonił &lt;br&gt;
Pod choinkę tak raźnie, &lt;br&gt;
Że gwizdnął się w gipsaturkę &lt;br&gt;
I wybił górną czwórkę &lt;br&gt;
I mówił coś niewyraźnie &lt;br&gt;
Lecz za to po łacinie &lt;br&gt;
Przy całej swej rodzinie &lt;br&gt;
Nie wyłączając sprzątaczki, &lt;br&gt;
A potem - repertuar &lt;br&gt;
Skończywszy - jak jaguar &lt;br&gt;
Skoczył rozwijać paczki &lt;br&gt;
Ot, już papier szeleści, &lt;br&gt;
każdy paczuszkę pieści, &lt;br&gt;
Aż wreszcie jedna z córek &lt;br&gt;
Jak się dobrze zaparła, &lt;br&gt;
To w połowie przeżarła &lt;br&gt;
Czyli raczej przegryzła sznurek. &lt;br&gt;
I wnet z opakowania, &lt;br&gt;
Wypadł dyplom uznania &lt;br&gt;
Różne esy-floresy dokoła, &lt;br&gt;
A zawierał zachęty &lt;br&gt;
Pochwały, oraz święty &lt;br&gt;
Podpis tego dobrego anioła.... &lt;br&gt;
Reszta dzieci wraz z mamą &lt;br&gt;
Też dostało to samo, &lt;br&gt;
Wszyscy w rękach trzymali dyplomy, &lt;br&gt;
Patrząc na ojca, który &lt;br&gt;
Przżynał właśnie sznury, &lt;br&gt;
Przerżnął, spojrzał i zawył z oskomy &lt;br&gt;
Bo w paczuszce bidaka &lt;br&gt;
Była jakaś odznaka, &lt;br&gt;
Jakiś order czy medal na szarfie &lt;br&gt;
I notka załączona &lt;br&gt;
Że posiadacz - gdy skona - &lt;br&gt;
To ma prawo grać w raju na harfie. &lt;br&gt;
Strach mówić, jakie aluzje &lt;br&gt;
Tatuś robił, jak fuzję &lt;br&gt;
Swą myśliwską zdjął z kołka, &lt;br&gt;
Jak strzelał, się odgrażał &lt;br&gt;
Oraz jak się wyrażał &lt;br&gt;
Pod adresem dobrego aniołka, &lt;br&gt;
Jak go po dłuższej chwili &lt;br&gt;
jakoś uspokoili, &lt;br&gt;
Jak tę strzelbę wyjęli mu z ręki, &lt;br&gt;
jak ochłonął do rana, &lt;br&gt;
I jak padł na kolana &lt;br&gt;
Aby złożyć na prezent ów dzięki, &lt;br&gt;
Potem wstał, spodnie strzepnął, &lt;br&gt;
Uśmiechnął się i szepnął &lt;br&gt;
- Morda w kubeł, ani słowa! &lt;br&gt;
Jak się obrazi to może &lt;br&gt;
Za rok wydymać nas gorzej.... &lt;br&gt;
.....i w tym była wielka mądrość ludowa!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mała zagwozdka historyczna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/502/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/502/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MAŁA ZAGWOZDKA HISTORYCZNA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Smutnej pamięci dziadek naszego bohatera &lt;br&gt;
Królowi Karolowi Szwedzkiemu towarzyszył w Prusach i Warmii, &lt;br&gt;
Zaś tata bohatera był to dość znany generał &lt;br&gt;
A potem nawet feldcechmistrz wrogiej, austriackiej armii. &lt;br&gt;
Prababcia była Włoszką, nosiła nazwisko Rofranco, &lt;br&gt;
Natomiast z dwóch babek każda szła swoją ścieżką, &lt;br&gt;
Bo jedna była Litwinką, druga austriacką poddanką, &lt;br&gt;
Atoli po swoim tatusiu Kinskim, w połowie Czeszką. &lt;br&gt;
Bohater nasz się urodził w Wiedniu, przy Herrengasse. &lt;br&gt;
Ochrzczony został natychmiast w pobliskiej Schottenkirche, &lt;br&gt;
I poszedł z tym całym bagażem na swoją życiową trasę &lt;br&gt;
Na której go spotkały co krok przeżycia nieliche. &lt;br&gt;
Wsławił się w damskich sypialniach i na bitewnych polach &lt;br&gt;
Z bagnetem w ręku żołnierzy własnym przykładem krzepił, &lt;br&gt;
I wszedł na karty historii jako typowy Polak. &lt;br&gt;
A zginął w błotnistej Elsterze. A zwano go "książę Pepi".&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Moja wizja Samosierry</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/503/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/503/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MOJA WIZJA SAMOSIERRY &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przechodniu! Idź powiedz Sparcie... Pardon, siądź i się zastanów, &lt;br&gt;
Czy mogłaby u nas powstać Spółdzielnia Dzielnych Ułanów, &lt;br&gt;
Z prezesem Kozietulskim, wiceprezesem Niegolewskim &lt;br&gt;
I z księgowym co wszystko by liczył i stawiał by cyfry i kreski. &lt;br&gt;
Przypuśćmy, że Napoleon by się zwrócił do takiej spółdzielni &lt;br&gt;
I by krzyknął: - Hej! Samosierrę zdobądźcie, ułani dzielni! &lt;br&gt;
A na to Prezes: - Chwileczkę, przy całym romantyźmie &lt;br&gt;
Tej myśli, bardzo bym prosił o zamówienie na piśmie! &lt;br&gt;
Podskoczył cesarz Francuzów, zakrzyknął: - Hej, podać mi bęben! &lt;br&gt;
Rozłożył na bębnie formularz, pisze i zgrzyta zębem &lt;br&gt;
Przy wypełnianiu rubryk... Skończył - wtem problem nowy, &lt;br&gt;
Bo prezes przeczytał i mówi: - Proszę załączyć odmowy! &lt;br&gt;
- Jakie odmowy? Wrzasnął Bonaparte, wkurzony wielce. &lt;br&gt;
- Odmowy od instytucji państwowych, bo my jesteśmy spółdzielce! &lt;br&gt;
Rozesłał Korsykanin po odmowy adiutantów w sto koni, &lt;br&gt;
Odmówiła ataku gwardia, huzary, jak również dragoni, &lt;br&gt;
Szwadrony już się zbierają, już za chwilę się zerwą do szarży, &lt;br&gt;
Czekają, aby księgowy obliczył wysokość marży, &lt;br&gt;
Wreszcie się podniósł księgowy, do cesarza truchcikiem pośpiesza &lt;br&gt;
- Pardon, a ile pan życzy okrzyków "Niech żyje cesarz"? &lt;br&gt;
- Jeden!!! - Niestety, na rękę poszedł bym z miłą chęcią, &lt;br&gt;
Lecz my nie wydajemy w ilości poniżej pięciu... &lt;br&gt;
- Więc pięć!!! Tu dopisano odpowiednią ilość zer, &lt;br&gt;
Szwoleżerowie pięć razy krzyknęli - Vive l merpreur! &lt;br&gt;
Hiszpanie zadrżeli ze strachu od jenerała do ciecia, &lt;br&gt;
Trąbka zagrała do boju... i w tej chwili wybiła trzecia, &lt;br&gt;
Wobec czego Prezes w pół drogi zatrzymał całą brygadę, &lt;br&gt;
I przebrali się na cywila i poszli na obiadek, &lt;br&gt;
I szarżę obiecali odbębnić jutro rano, &lt;br&gt;
Lecz cesarz nie mógł już czekać i sam rzucił się na Hiszpanów, &lt;br&gt;
To znaczy byłby się rzucił, bo to są tylko takie dywagacje... &lt;br&gt;
Hej, iluż to rodaków by się uratowało, gdybyśmy wtedy mieli &lt;br&gt;
dzisiejszą organizację.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Moja prywatna deglomeracja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/504/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/504/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MOJA PRYWATNA DEGLOMERACJA &lt;br&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;Na melodię "Patrycja" &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, władze mają rację, &lt;br&gt;
Hej, słusznie piszą w prasie, &lt;br&gt;
Trzeba deglomerację &lt;br&gt;
Przeprowadzić gdzie da się! &lt;br&gt;
W stolicy i w każdym mieście, &lt;br&gt;
A jeśli idzie o mnie, &lt;br&gt;
To przeprowadzę nareszcie &lt;br&gt;
Deglomerację wspomnień. &lt;br&gt;
Wspomnień mam bardzo wiele, &lt;br&gt;
Rzekłbym nawet że mnóstwo, &lt;br&gt;
A moi przyjaciele &lt;br&gt;
Skarżą się na ubóstwo... &lt;br&gt;
Nigdy mnie nie bujali, &lt;br&gt;
A więc mogę im wierzyć &lt;br&gt;
Że chętnie by skorzystali &lt;br&gt;
Z niektórych moich przeżć. &lt;br&gt;
Lecz - by się ustrzec swarów - &lt;br&gt;
Ustalmy raz na zawsze &lt;br&gt;
Że wcale nie mam zamiaru &lt;br&gt;
Pozbyć się najciekawszych! &lt;br&gt;
Natomiast bez oporu &lt;br&gt;
Zdeglomeruję wspomnienie &lt;br&gt;
Jak mnie jednego wieczoru &lt;br&gt;
Zlali Zyzio i Heniek, &lt;br&gt;
Jak również bez frustracji &lt;br&gt;
Przekażę, i bez obsesji, &lt;br&gt;
Wspomnienie jak mąż Konstancji &lt;br&gt;
Wrócił dzień wcześniej z sesji... &lt;br&gt;
A także chętnie i zgodnie &lt;br&gt;
Uwolnię się od tematu, &lt;br&gt;
Jak mi zleciały raz spodnie &lt;br&gt;
Na mównicy, podczas referatu. &lt;br&gt;
Natomiast za wszelką cenę &lt;br&gt;
Zachowam w pamięci i w myśli &lt;br&gt;
Basię, Kasię, Helenę, Bożenę &lt;br&gt;
I resztę, oprócz Marysi, &lt;br&gt;
Oraz niektóre podróże, &lt;br&gt;
Wojny fragmencik ciekawy, &lt;br&gt;
Dwa maki, dzikie wino i różę &lt;br&gt;
I cztery popijawy, &lt;br&gt;
Przeto zgłaszajcie się do mnie &lt;br&gt;
Po odbiór swoich transportów, &lt;br&gt;
Deglomerację wspomnień &lt;br&gt;
Ogłaszam, drugiego sortu... &lt;br&gt;
Że co? Że tych lepszych nie daję? &lt;br&gt;
Że dla siebie chowam każdy rarytas? &lt;br&gt;
O koledzy, ja nie jestem frajer, &lt;br&gt;
A deglomeracja bracia nie Caritas!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mini-pech</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/505/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/505/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MINI-PECH &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jakże smutny los dziewuszki, &lt;br&gt;
Ciągle tylko marznę w nóżki, &lt;br&gt;
A szczególnie w udko, &lt;br&gt;
Bo już kiedy byłam mała, &lt;br&gt;
To mnie mama ubierała &lt;br&gt;
Niesłychanie krótko...... &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czy was to nie martwi, czy was to nie wkurza, &lt;br&gt;
Żeby biedne dziecko tak marzło w odnóża? &lt;br&gt;
Wicher harce czyni, a ja noszę mini, &lt;br&gt;
Zimno jest Jadwini, jejku jej! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mówili mi, że dla dziecka &lt;br&gt;
To jest odpowiednia kiecka, &lt;br&gt;
Że to mnie upiększa, &lt;br&gt;
Że dostanę dłuższe suknie &lt;br&gt;
I jak będę większa....... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mój karabin</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/506/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/506/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MÓJ KARABIN 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To się działo przed dwudziestu laty &lt;br&gt;
Nad rosyjską wielką rzeką, Oką, &lt;br&gt;
I był czerwiec i pachniały kwiaty &lt;br&gt;
I przestronnie było i szeroko. &lt;br&gt;
I jechały ciężarówki z rumorem - &lt;br&gt;
Uśmiechali się kierowcy z kabin, &lt;br&gt;
To pamiętny był dzień, bo wieczorem &lt;br&gt;
Otrzymałem swój pierwszy karabin. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jakże mogę cię zapomnieć wysłużony karabinie, &lt;br&gt;
Najwierniejsza, najpewniejsza z wszystkich broni? &lt;br&gt;
Lata płyną, włos siwieje, czas nad nami wartko płynie &lt;br&gt;
A ja wciąż twój znany ciężar czuję w dłoni. &lt;br&gt;
Z tobą byłem pod Lenino, w Kołobrzegu i Berlinie &lt;br&gt;
I niejeden wróg od twoich strzałów padł, &lt;br&gt;
Jak więc mogę cię zapomnieć niezawodny karabinie, &lt;br&gt;
Karabinie z przed dwudziestu lat! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Monotonia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/507/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/507/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MONOTONIA &lt;br&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;w tle "Marsz gladiatorów"&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Neron okropnie wrzeszczał&lt;br&gt;
I klął, pełen niesmaku, &lt;br&gt;
Gdyż lwy nie chciały chrześcijan &lt;br&gt;
Pozjadać na spektaklu. &lt;br&gt;
Drażniono je na siłę, &lt;br&gt;
Szczuto je, ale one &lt;br&gt;
Obróciły się tyłem &lt;br&gt;
I machnęły ogonem, &lt;br&gt;
Potem jeden zachrapał, &lt;br&gt;
Drugi na stołku usiadł, &lt;br&gt;
Trzeci motylki łapał &lt;br&gt;
A czwarty się wysiusiał, &lt;br&gt;
Piąty skakał dla hucpy, &lt;br&gt;
Szósty obwąchał stadion, &lt;br&gt;
Zaś siudmy razem z ósmym &lt;br&gt;
To aż wstyd mówić w radio. &lt;br&gt;
A chrześcijanie czekali, &lt;br&gt;
Poustawiani w rządek, &lt;br&gt;
I jeszcze narzekali: &lt;br&gt;
- A cóż to za porządek? &lt;br&gt;
Spektakl się znowu spóźnia, &lt;br&gt;
Choć na widowni komplet, &lt;br&gt;
Oj, coś tu się rozluźnia, &lt;br&gt;
Czas by zrobić porządek! &lt;br&gt;
Neron z patrycjuszami &lt;br&gt;
Rozwścieczony jak Wandal &lt;br&gt;
Wszczął pertraktację z lwami &lt;br&gt;
Aby przerwać ten skandal. &lt;br&gt;
Starszy lew łbem pokiwał &lt;br&gt;
I ryknął: - jaśnie panie! &lt;br&gt;
Monotonia straszliwa, &lt;br&gt;
Ciągle tylko chrześcijanie! &lt;br&gt;
NAwet przeciętny smakosz &lt;br&gt;
Nie je codzień befsztyka - &lt;br&gt;
W doborze ofiar takoż &lt;br&gt;
Potrzebna jest taktyka! &lt;br&gt;
Lecz Neron, co był nerwus &lt;br&gt;
I krytyki nie lubił, &lt;br&gt;
Wrzasnął: - Tak? No to serwus! &lt;br&gt;
Odwieźć te lwy do Nubii! &lt;br&gt;
Poczem - na dużej wódce - &lt;br&gt;
Puścił cały Rzym z dymem, &lt;br&gt;
I chrześcijanie już wkrótce &lt;br&gt;
Panowali nad Rzymem, &lt;br&gt;
Zaś Neron w grobie leży. &lt;br&gt;
Stąd wynika pointa: &lt;br&gt;
- Oj liczyć się należy &lt;br&gt;
Ze zdaniem konsumenta!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Manneken - Pis</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/508/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/508/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MANNEKEN - PIS &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stoją sobie od Bugu do Nysy &lt;br&gt;
Smutne, polskie Manneken-Pisy, &lt;br&gt;
Co powstały z powodów paru: &lt;br&gt;
powód pierwszy - brak pisuarów. &lt;br&gt;
Powód drugi - to nadmiar piwa, &lt;br&gt;
Więc co drugi Manneken się kiwa. &lt;br&gt;
Powód trzeci niska kultura: &lt;br&gt;
Można nawet za drzwiami biura.... &lt;br&gt;
Czwarty powód - to wciąż ta sama &lt;br&gt;
Stara, polska autoreklama: &lt;br&gt;
- Niechże w podziw wpadną cudzoziemcy, &lt;br&gt;
A szczególnie Czesi i Niemcy! &lt;br&gt;
Niemcy? Może. Lecz czasem w podróży &lt;br&gt;
Kraj nasz zwiedza przygodny Murzyn, &lt;br&gt;
Zaraz łza mu wypływa spod powiek: &lt;br&gt;
- Biedna, biedna ta biała człowiek..... &lt;br&gt;
Czwarta z przyczyn także jest prosta - &lt;br&gt;
Stare hasło "Zastaw się, a postaw!" &lt;br&gt;
Owszem, postaw, ale - jeśli łaska - &lt;br&gt;
Zgodnie z hasłem czymś się przedtem zastaw.... &lt;br&gt;
Świat potępia ich, albo wyśmiewa, &lt;br&gt;
Lub narzeka że przez nich schną drzewa, &lt;br&gt;
Ale mnie oni cieszą nad wyraz, &lt;br&gt;
Bo mnie przestał straszyć pewien wyraz, &lt;br&gt;
Co myślałem że jest z ekonomii, &lt;br&gt;
A poznałem że on z anatomii! &lt;br&gt;
Oto dzięki wam, Manneken-Pisi &lt;br&gt;
Wiem co znaczy słowo "tumiwisizm"....!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mamo daj mi setkę</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/509/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/509/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MAMO DAJ MI SETKĘ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mamo proszę cię daj mi setkę &lt;br&gt;
Mamo daj mi ja proszę cię, &lt;br&gt;
Nie na karty, nie na ruletkę, &lt;br&gt;
Na fistaszki ja wydać chcę! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mamo ja tak lubię fistaszki, &lt;br&gt;
Jak fistaszki zwęszę to cześć! &lt;br&gt;
Nie chcę babki, forsy i flaszki, &lt;br&gt;
Chcę fistaszki bez przerwy jeść! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mamo nie każ mi szukać żony, &lt;br&gt;
Cóż przy żonie byłby wart świat? &lt;br&gt;
Byłbym przy niej wciąż zatrudniony, &lt;br&gt;
Kiedy bym swe fistaszki jadł? &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Moje zobowiązania</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/510/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/510/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MOJE ZOBOWIĄZANIA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stanąłem wobec pytania &lt;br&gt;
Co tak mniej więcej brzmi: &lt;br&gt;
- Co zrobisz z Pierwszym Maja, &lt;br&gt;
Znaczy ku jego czci? &lt;br&gt;
Święto równo za tydzień &lt;br&gt;
Okres to raczej krótki, &lt;br&gt;
Więc jestem poniekąd w bidzie &lt;br&gt;
Myśląc jak by je uczcić? &lt;br&gt;
Jam nie żaden bohatyr &lt;br&gt;
Który przekracza normy..... &lt;br&gt;
Mam podnieść poziom satyr? &lt;br&gt;
Wymyślać nowe formy? &lt;br&gt;
Niewymierne to prace, &lt;br&gt;
W tabelę nie ujęte... &lt;br&gt;
Wiem, pójdę sobie na spacer &lt;br&gt;
W związku z majowym świętem! &lt;br&gt;
Proszę więc ująć w planie &lt;br&gt;
Zgłosić i odnotować &lt;br&gt;
To moje zobowiązanie &lt;br&gt;
I proszę je serio traktować &lt;br&gt;
I niech nim państwo nie gardzą &lt;br&gt;
Bo primo: jest niebanalne, &lt;br&gt;
Secundo: miłe bardzo &lt;br&gt;
I tertio: zupełnie realne. &lt;br&gt;
A jakie przyniesie korzyści &lt;br&gt;
I jak to przeliczyć da się? &lt;br&gt;
To się pokaże i ziści &lt;br&gt;
Dopiero po jakimś czasie. &lt;br&gt;
Przejdę się po swym mieście &lt;br&gt;
Nabiorę szerszego oddechu &lt;br&gt;
I nikt i nic mnie nareszcie &lt;br&gt;
Nie zmusi do pośpiechu.&lt;br&gt;
Przyjrzę się bardzo dokładnie &lt;br&gt;
Co jest, a czego nie ma, &lt;br&gt;
I może akurat mi wpadnie &lt;br&gt;
Jakiś bombowy temat? &lt;br&gt;
Będę się zastanmawiał &lt;br&gt;
To nad tym, to nad owym, &lt;br&gt;
Oglądnę urodę Wrocławia - &lt;br&gt;
Parki i nowe budowy, &lt;br&gt;
Obejrzę najnowsze tramwaje &lt;br&gt;
Oraz najnowsze dziewczęta, &lt;br&gt;
I przyjdzie mi, słowo daję, &lt;br&gt;
Niejedna najnowsza pointa, &lt;br&gt;
Niejedne rymy najnowsze &lt;br&gt;
Na temat narodu i grodu... &lt;br&gt;
Tu wziąć pod uwagę proszę &lt;br&gt;
Specyfikę mojego zawodu, &lt;br&gt;
I proszę się na mnie nie sierdzić &lt;br&gt;
Nie wkraczać mi z buchalterią, &lt;br&gt;
Tylko życzliwie zatwierdzić, &lt;br&gt;
Bo też chcę się włączyć. Serio!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Metamorfoza</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/511/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/511/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 METAMORFOZA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na zebraniu związku literatów &lt;br&gt;
Gdy dyskusja trwała właśnie szczera &lt;br&gt;
Nad jednym z prześlicznych, epickich poematów, &lt;br&gt;
Nagle zagdakał licznik Geigera! &lt;br&gt;
Zaraz zrobił się na sali bałagan, &lt;br&gt;
Ktoś zajęczał: O Panno przeczysta! &lt;br&gt;
A przewodniczący wykrzyknął: - Uwaga! &lt;br&gt;
Koledzy! Między nami musi być turpista! &lt;br&gt;
Tu wyjaśnił po detalu detal &lt;br&gt;
Że turpista to jest taka pluskwa &lt;br&gt;
(bo trudno powiedzieć że poeta) &lt;br&gt;
Co to pisuje różne paskudztwa, &lt;br&gt;
I że takie rozmaite bubki &lt;br&gt;
Piszą często jak wieść gminna niesie &lt;br&gt;
NA ten przykład "Odę do kupki", &lt;br&gt;
Lub powiedzmy - sonet o sedesie...... &lt;br&gt;
Nastrój zrobił się więc ponury, &lt;br&gt;
Jeden drugiemu podejrzliwie patrzył w oczy, &lt;br&gt;
A prezes wołał: - No który to, który? &lt;br&gt;
Niech no ja się dorwę do swołoczy! &lt;br&gt;
A wtem wszyscy oczy wytrzeszczyli &lt;br&gt;
Bo wypadek wydarzył się rzadki: &lt;br&gt;
Z miejsca podniósł się Dreptak Bazyli, &lt;br&gt;
Doskonały poeta co dotychczas opisywał kwiatki! &lt;br&gt;
Wstał, podrapał się wstydliwie za uchem: &lt;br&gt;
- Ja - powiada - jestem tym świntuchem.... &lt;br&gt;
Rzeczywiście, pobłądziłem srodze &lt;br&gt;
I zupełnie zeszedłem na manowce, &lt;br&gt;
Pisząc Rapsod o brudnej nodze &lt;br&gt;
Jednego Rosołowskiego Zyzia, &lt;br&gt;
Taka mi się wydarzyła wpadka, &lt;br&gt;
Bijcie bracia! - tu nadstawił zadka...... &lt;br&gt;
Zaraz wszyscy na niego wsiedli, &lt;br&gt;
Każdy życzliwie krytykować się starał, &lt;br&gt;
I w krótkich abcugach mu dowiedli &lt;br&gt;
Że jest szwagrem Czang-Kai-Szeka i zięciem Salazara, &lt;br&gt;
Że ma w Hondurasie bogatego syna &lt;br&gt;
I że raz pobił Murzyna. &lt;br&gt;
A Dreptak bije się w piersi i w okolice wątroby &lt;br&gt;
I mówi że wszystko racja, ale od dzieciństwa &lt;br&gt;
Miał już takie dziwne hobby, &lt;br&gt;
Że po płotach pisał różne świństwa &lt;br&gt;
I że to mu zostało i że jest cały w nerwach, &lt;br&gt;
Ale nie może przerwać..... &lt;br&gt;
Zasmucili się zebrani okropnie, &lt;br&gt;
Naradzali się dłuższy czas szeptem, &lt;br&gt;
Aż tu prezes jak się z miejsca kopnie: &lt;br&gt;
- Mam - powiada - genialną receptę!!!! &lt;br&gt;
Jak Dreptaka to aż tak nurtuje, &lt;br&gt;
Jeśli taka w nim drzemie natura, &lt;br&gt;
To niech Dreptak wierszem opisuje &lt;br&gt;
Świństwa w różnych sklepach tudzież w biurach &lt;br&gt;
Że na przykład tu zrobiono manko, &lt;br&gt;
A tam że dyrektor się prowadzi z barmanką! &lt;br&gt;
Dreptak zalał się ze szczęścia łzami, &lt;br&gt;
Jak prezesa za nogi nie ściśnie, &lt;br&gt;
A prezes go nazwał "mon ami" &lt;br&gt;
(bo znal język czeski w mowie i na piśmie). &lt;br&gt;
I teraz Dreptak Bazyli pisze krytyki sążniste, &lt;br&gt;
I ma nawet dostać nagrodę powiatową. &lt;br&gt;
Można, można wychować pozytywnego turpistę, &lt;br&gt;
Trzeba tylko trochę ruszyć głową!!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Święty Włodzimierz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/512/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 19:11:11 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/512/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ŚWIĘTY WŁODZIMIERZ
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Między żywych schodzi co jesieni &lt;br&gt;
 Dobry święty, towarzysz Lenin. &lt;br&gt;
 Wieczorami stąpa po asfalcie &lt;br&gt;
 W leninówce i w niemodnym palcie, 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Chodzi, bracie po szarym świecie, &lt;br&gt;
 Wiatr mu liście pod nogi miecie, &lt;br&gt;
 Idą deszcze, żółkną ogrody, &lt;br&gt;
 Obryzgują go samochody. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Patrzy Lenin w lewo i w prawo, &lt;br&gt;
 Czasem mruczy sam do siebie: - Brawo! &lt;br&gt;
 Czasem okiem mongolskim błyska &lt;br&gt;
 I w kieszeni pięści zaciska. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Wielkomiejski ruch dokoła, &lt;br&gt;
 Tu fabryka, tam nowa szkoła, &lt;br&gt;
 Oświetlone sklepy przy drodze &lt;br&gt;
 I urzędnik w błyszczącej wołdze. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Co i dlaczego</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/513/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/513/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CO I DLACZEGO &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dziś jeden pan mnie bardzo speszył, &lt;br&gt;
Pytając ze zmarszczonym czołem: &lt;br&gt;
- Panie, a cóż tak pana cieszy, &lt;br&gt;
Czegóż pan taki znów wesołek? &lt;br&gt;
Ba... Co mnie cieszy? Prawie wszystko, &lt;br&gt;
Taka już jest natura moja, &lt;br&gt;
Tak krótki romans z szansonistką &lt;br&gt;
Jak długie wczasy w Międzyzdrojach. &lt;br&gt;
Cieszy mnie mały biały domek, &lt;br&gt;
I wiza, i odnowa wizy, &lt;br&gt;
Mój własny cieszy mnie potomek, &lt;br&gt;
I na talerzu smaczne pyzy, &lt;br&gt;
Z Flipem i Flapem film kretyński, &lt;br&gt;
Spokojny sen na trawce w cieniu, &lt;br&gt;
Dzierżanowskiego gdy z Dzierżyńskim &lt;br&gt;
Szef mój pomyli w przemówieniu, &lt;br&gt;
I gdy się mogę ubrać modnie, &lt;br&gt;
I gdy się mogę tarzać w sianie, &lt;br&gt;
I gdy Guciowi spadną spodnie, &lt;br&gt;
I kiedy Nobla ktoś dostanie, &lt;br&gt;
I kiedy ktoś dostanie w ucho, &lt;br&gt;
I kiedy komuś wytną narośl, &lt;br&gt;
I kiedy Henio za dziewuchą &lt;br&gt;
Zacznie uganiać się na starość, &lt;br&gt;
Cieszy mnie wzrost hodowli owiec &lt;br&gt;
I wyraz cieszy mnie "Pergola", &lt;br&gt;
I ozonator, i ślizgowiec, &lt;br&gt;
I nasza własna Pepsi-Cola, &lt;br&gt;
Cieszą mnie z Jelcza autobusy, &lt;br&gt;
Poprawy cieszy mnie nadzieja, &lt;br&gt;
Cieszy że Franio ma platfusy, &lt;br&gt;
Bo lepiej, że on ma, a nie ja... &lt;br&gt;
na koniec przyznać się ośmielę &lt;br&gt;
Że cieszy mnie aż do rozkoszy &lt;br&gt;
Kiedy za takie duperele &lt;br&gt;
Mogę zarobić kilka groszy...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szlaban</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/514/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/514/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZLABAN &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rodaku! Nie wpadaj w kobiece objęcia: &lt;br&gt;
"Płód będzie chroniony od chwili poczęcia". &lt;br&gt;
Daj żonie banana lub kup jej wibrator, &lt;br&gt;
Bo już na was czyha zgrzybiały senator, &lt;br&gt;
Już patrzą na stoper, ukryci za krzakiem, &lt;br&gt;
Duchowny Chudzielak z gliniarzem Miziakiem, &lt;br&gt;
By wpisać dokładnie do swego zeszytu &lt;br&gt;
O której twa baba kwiknęła z zachwytu, &lt;br&gt;
Ty jeszcze na dobre nie zlazłeś z kanapy, &lt;br&gt;
A Państwo już stoi na straży Kuciapy. &lt;br&gt;
Wzruszony tym kultem czcigodnych otworów, &lt;br&gt;
Wraz z Lechem domagam się szybszych wyborów! &lt;br&gt;
Stawiajcie kabiny! Podnieście strop, cieśle! &lt;br&gt;
Tym razem na pewno już wiem, kogo skreślę.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ostatnia ekspozycja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/515/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/515/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 OSTATNIA EKSPOZYCJA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Noc nad miastem zła i dżdżysta, &lt;br&gt;
Wiatry takie jak spod bacy, &lt;br&gt;
Stary ekshibicjonista &lt;br&gt;
Dziś ostatni raz jest w pracy. &lt;br&gt;
Już czterdzieści lat wystawia &lt;br&gt;
W swój klasycznie prosty sposób, &lt;br&gt;
Zna go chyba z pół Wrocławia &lt;br&gt;
I przyjezdnych mnóstwo osób. &lt;br&gt;
Lubym pieści się wspomnieniem: &lt;br&gt;
- Kiedyś, kiedyś, to się żyło, &lt;br&gt;
Gdyśmy wystawiali z Heniem... &lt;br&gt;
A rozróba, a zadyma, &lt;br&gt;
A kobiecych próśb medestia: &lt;br&gt;
- Panie, niechże pan to trzyma, &lt;br&gt;
Toż to jakaś straszna bestia! &lt;br&gt;
Dzisiaj już nie służy głowa, &lt;br&gt;
Nie ten wzrok, fizyczna nędza... &lt;br&gt;
Wczoraj myślał że to wdowa &lt;br&gt;
I wystawił wprost na księdza. &lt;br&gt;
Kapłan, od zazdrości siny &lt;br&gt;
Że Jankowski kupił Volvo, &lt;br&gt;
Z roztargnienia i z rutyny &lt;br&gt;
Mruknął: - Ego to absolvo! &lt;br&gt;
... Czas na rentę, relaks, letarg, &lt;br&gt;
Kawę, szachy i tak w kółko... &lt;br&gt;
Tydzień temu przegrał przetarg &lt;br&gt;
Z jedną polsko-szwedzką spółką, &lt;br&gt;
Prezes spółki na video, &lt;br&gt;
Pokazuje wprost z przyczepy, &lt;br&gt;
Komentuje przez stereo &lt;br&gt;
A rozporek ma na rzepy... &lt;br&gt;
Stary mistrz tobołek bierze, &lt;br&gt;
Kiwa głową zadumany: &lt;br&gt;
- Ha cóż, nawet w Belwederze &lt;br&gt;
Też ostatnio zaszły zmiany, &lt;br&gt;
Tam też nastał nowy człowiek, &lt;br&gt;
Także widzów ma w nadmiarze &lt;br&gt;
I też sen mu spędza z powiek &lt;br&gt;
Problem: - Co ja im pokażę? &lt;br&gt;
Westchnął starzec, w mrok odchodzi &lt;br&gt;
Już się stapia z panoramą... &lt;br&gt;
Co też nam pokażą młodzi? &lt;br&gt;
... podejrzewam, że to samo.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń o równości</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/516/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/516/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIEŚŃ O RÓWNOŚCI &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej za ramiona się weźmy &lt;br&gt;
Czy ktoś z nas fruwa czy pełza, &lt;br&gt;
Toć wszyscy równi jesteśmy &lt;br&gt;
Wobec Zeusa. &lt;br&gt;
Mieszkańcy gór albo równin, &lt;br&gt;
Wzrostem więksi czy mniejsi - &lt;br&gt;
Wszyscy ludzie są równi, &lt;br&gt;
Z tym, że niektórzy równiejsi. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Dalejże, dalej w drogę &lt;br&gt;
Gdy taki rozkaz Pan dał, &lt;br&gt;
Równajmy bracia nogę &lt;br&gt;
Sandał w sandał! &lt;br&gt;
Wieniec - laurowe drzewo, &lt;br&gt;
Publiczność - da nam brawa, &lt;br&gt;
Hej, kto tam stąpa lewą? &lt;br&gt;
Prawa prawa prawa! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czerwony kapturek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/517/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/517/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 CZERWONY KAPTUREK &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś Czerwony Kapturek &lt;br&gt;
Niósł pół litra i ogórek &lt;br&gt;
Dla swej babaci, co w dziewiczym &lt;br&gt;
Lesie, żyła z Nadleśniczym,&lt;br&gt;
Ale go już razy kilka &lt;br&gt;
Zdradziła, w ramionach Wilka.&lt;br&gt;
Teraz też, Kapturek bieży&lt;br&gt;
A ta prukwa z Wilkiem leży,&lt;br&gt;
Ciągnie Ulung na prykusku&lt;br&gt;
I kocha się po francusku,&lt;br&gt;
Bo taki Wilk, to wygrzmoci&lt;br&gt;
Nawet i Giełdę Staroci! &lt;br&gt;
Gdy zobaczyła dziewczynka &lt;br&gt;
Że z jej Babci taka świnka, &lt;br&gt;
Dała cynk Nadleśniczemu, &lt;br&gt;
Żeby też się przyjrzał temu, &lt;br&gt;
A on, wyjąwszy kopyto, &lt;br&gt;
Postrzelał Babcię jak sito, &lt;br&gt;
Poczem z krzykiem: - Aż ty zdrajco! &lt;br&gt;
Trafił Wilka w lewe ucho. &lt;br&gt;
Pochował ich pod pagórkiem &lt;br&gt;
I ożenił się z Kapturkiem. &lt;br&gt;
Wniosek: Kto w porę kabluje &lt;br&gt;
Nigdy biedy nie odczuje.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>O Wandzie co nie chciała</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/518/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/518/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 O WANDZIE CO NIE CHCIAŁA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jedna Wanda, córka Kraka &lt;br&gt;
Chciała wyjść za Enerdziaka &lt;br&gt;
I faktycznie, pewien Helmut &lt;br&gt;
Przyszedł, przyniósł kiszkę, wermut, &lt;br&gt;
Goździk i dwa serki kozie, &lt;br&gt;
Tak jak to w naszym obozie. &lt;br&gt;
Krak młodych pobłogosławił &lt;br&gt;
I w sypialni ich zostawił, &lt;br&gt;
Czyli jak gdyby zezwolił &lt;br&gt;
Żeby Niemiec ją zniewolił. &lt;br&gt;
Ledwie drzwi się zatrzasnęły - &lt;br&gt;
Straszne rzeczy się zaczęły, &lt;br&gt;
Bo gość chyba był znad Renu &lt;br&gt;
Czy z innego RFN-u, &lt;br&gt;
Poziewał najpierw nieśmiało &lt;br&gt;
Dał jej kawę i kakao, &lt;br&gt;
Poczem z nienacka do góry &lt;br&gt;
Wystawił Zagłębie Ruhry... &lt;br&gt;
Wanda w krzyk, że on zachodni, &lt;br&gt;
A on na nią hyc bez spodni, &lt;br&gt;
I tak go poniosły zmysły &lt;br&gt;
Że razem wpadli do Wisły! &lt;br&gt;
Wniosek: Prasa słusznie twierdzi - &lt;br&gt;
Wróg nie śpi! A Wisła śmierdzi.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Królewna Śnieżka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/519/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/519/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KRÓLEWNA ŚNIEŻKA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś zła królowa, Śnieżkę &lt;br&gt;
Wywiodła na leśną ścieżkę &lt;br&gt;
I kazała, by gajowy &lt;br&gt;
Pozbawił królewnę głowy. &lt;br&gt;
Niestety, leśnik pijany &lt;br&gt;
Zasnął na środku polany. &lt;br&gt;
A królewna po cichutku &lt;br&gt;
Uciekła do krasnoludków &lt;br&gt;
I w ich grocie, czy też dziupli &lt;br&gt;
Żyła z grupką tych kurdupli, &lt;br&gt;
Więc Królowa, stara kwoka, &lt;br&gt;
Podrzuciła jej jabcoka, &lt;br&gt;
Dolawszy tam izotopu, &lt;br&gt;
A ta Śnieżka żłopu żłopu! &lt;br&gt;
Wyżłopała pięć kwaterek &lt;br&gt;
I grzmotnęło nią o skwerek. &lt;br&gt;
Nie dość że się sama hukła, &lt;br&gt;
To krasnoludków zatłukła, &lt;br&gt;
Którzy właśnie ze swej groty &lt;br&gt;
Wychodzili do roboty, &lt;br&gt;
A pod ciężarem jej zadka &lt;br&gt;
Została z nich marmoladka... &lt;br&gt;
Wniosek: Przez królewskie zbrodnie &lt;br&gt;
Zazwyczaj giną przechodnie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przyjemnie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/520/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/520/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRZYJEMNIE &lt;br&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;W tle jakaś samba&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Gdy Gucio, zresztą facet ze wszech miar zwyczajny, &lt;br&gt;
Bez przerwy stoi przede mną i woła: - Ale ja fajny! &lt;br&gt;
Ale ja przy tym mądry! A jaki u mnie dostatek! &lt;br&gt;
I muszę go wciąż podziwiać przez rok, dwa, dziesięć latek &lt;br&gt;
I muszę mu wciąż dziękować i muszę całować go w pięty, &lt;br&gt;
Ponieważ od czasu do czasu przynosi mi różne prezenty, &lt;br&gt;
I chociaż jest rzeczywiście niezły, poczciwy i schludny, &lt;br&gt;
Tylko przez swoje mentorstwo niewiarygodnie nudny, &lt;br&gt;
I ciągle mi chce tłumaczyć, Jakgdybym był jakim matołem, &lt;br&gt;
Że pies jest psem, kura kurą, czołg czołgiem a stół stołem, &lt;br&gt;
Od czego oczki mi łzawią i nieraz boli mnie głowa, &lt;br&gt;
A on się przygląda nieufnie i znowu zaczyna od nowa, &lt;br&gt;
I palcem przed nosem mi kiwa, a drugim rysuje na piasku; &lt;br&gt;
- Dwa a dwa zawsze jest cztery, no powtórz ty mały głuptasku! &lt;br&gt;
To, po pierwsze - na złość powiadam, że dwa a dwa jest osiem, &lt;br&gt;
Po drugie, gdy się odwróci, gram mu palcami na nosie, &lt;br&gt;
Po trzecie, kiedy podejdzie doń chyłkiem inny osiłek &lt;br&gt;
I tego Gucia znienacka kopnie przez figle w tyłek, &lt;br&gt;
I Gucio się wtedy musi odwrócić na chwilę ode mnie, &lt;br&gt;
To ja wiem że to nieładnie, ale robi mi się przyjemnie...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>BODZIO NA LODZIE&lt;/p&gt;</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/521/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/521/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BODZIO NA LODZIE&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Na łyżwiarskich mistrzostwach świata &lt;br&gt;
 Bodzio Dreptak, nasz rodak znad Bzury&lt;br&gt; 
 W rytmie tanga "Apasionata" &lt;br&gt;
 Odstawił następujące figury: &lt;br&gt;
 Klabraka, podwójnego lutza, &lt;br&gt;
 Szpagat imienia towarzyszki Eugenii Palej, &lt;br&gt;
 Poczem złapał powietrza w płuca &lt;br&gt;
 I kręcił dalej: &lt;br&gt;
 Hacela, radebergera,&lt;br&gt; 
 Fikusa, sukinsyna, &lt;br&gt;
 Podwójnego skakanego frajera, &lt;br&gt;
 Poczwórnego lewego hunwejbina, &lt;br&gt;
 Sussexa, pumeksa, altecheksa, &lt;br&gt;
 Schopenhauera, Kanta, &lt;br&gt;
 Pitiaforka, Azorka. Reksa,&lt;br&gt; 
 Wydymanego żyranta, &lt;br&gt;
 Pokiwanego oponenta, &lt;br&gt;
 Dwa monity, dopinga, urgensa, &lt;br&gt;
 Specjalnego korespondenta, &lt;br&gt;
 Gospodarczego nonsensa, &lt;br&gt;
 Paralaksę, kraksę, etolę, &lt;br&gt;
 Hackenkreutza, doktrynera, bigbita, &lt;br&gt;
 A poza tym liczne kurdemole, &lt;br&gt;
 A na zakończenie dupersznyta! &lt;br&gt;
 I okropnie się tym wszystkim utrudził, &lt;br&gt;
 Więc gdy huczne oklaski zabrzmiały, &lt;br&gt;
 To on się ukłonił... &lt;br&gt;
 ... i się naraz obudził... &lt;br&gt;
 A jego stara powiedziała: &lt;br&gt;
 - Wiesz Bodziu, że dzisiaj byłeś wspaniały! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>W lesie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/522/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/522/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 W LESIE 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="prawy"&gt;
Na melodię "Odgłosy wiosny"
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdzie się nie zwrócę, wietrzyk niesie &lt;br&gt;
Taki sam motyw, czyli temat: &lt;br&gt;
- O, ja nie po to byłem w lesie..... &lt;br&gt;
... lecz tutaj już się kończy schemat, &lt;br&gt;
Jeden nie po to ma zasługi &lt;br&gt;
By go obrażał Karapystka, &lt;br&gt;
Nie po to w lesie siedział drugi &lt;br&gt;
By nie mógł w sklepie dostać gwizdka. &lt;br&gt;
Hej, czasem to aż płakać chce się &lt;br&gt;
Gdy się usłyszy takie zdanie: &lt;br&gt;
- O, ja nie po to byłem w lesie, &lt;br&gt;
Żebyś ty spała z tamtym draniem! &lt;br&gt;
Przedziwna myśl się we mnie budzi &lt;br&gt;
Liczę i myślę niespokojny: &lt;br&gt;
- Trzydzieści dwa miliony ludzi &lt;br&gt;
Siedziały w lesie podczas wojny? &lt;br&gt;
To bardzo interesujące, &lt;br&gt;
Atoli w tłoku tak koszmarnym &lt;br&gt;
Gdzie pomieściły się zające, &lt;br&gt;
Wiewiórki, misie, rysie, sarny? &lt;br&gt;
Hej, ciężko było w tym okresie &lt;br&gt;
Więc słusznie gość się denerwuje: &lt;br&gt;
- O, ja nie po to byłem w lesie, &lt;br&gt;
Żeby pan dał Heniowi dwóję! &lt;br&gt;
Cóż w lesie każdy kiedyś bywał, &lt;br&gt;
Lecz różne było to bywanie, &lt;br&gt;
Bo jeden w lesie grzybki zrywał, &lt;br&gt;
A drugi znów podrywał Manię, &lt;br&gt;
Trzeci rżnął drzewo zamaszyście, &lt;br&gt;
Czwarty znów to, a piąty tamto, &lt;br&gt;
Dopiero szósty, rzeczywiście &lt;br&gt;
Przypalantował okupantom, &lt;br&gt;
Przeto w ogólnym interesie &lt;br&gt;
Kiedy ktoś woła do mnie z mocą: &lt;br&gt;
- O, ja nie po to byłem w lesie.... &lt;br&gt;
To ja go pytam: - Właśnie! Po co? &lt;br&gt;
Niejeden z miejsca się zacuka &lt;br&gt;
I bąka cicho: - Ż-że co proszę? &lt;br&gt;
N-no wie pan, las, kukułka kuka, &lt;br&gt;
Powietrze zdrowe... więc żem poszedł.... &lt;br&gt;
ZAraz poznaję po tym stresie &lt;br&gt;
Że ciura to, a nie generał, &lt;br&gt;
Bo ja nie po to byłem w lesie, &lt;br&gt;
Żeby mnie byle kto nabierał!!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pewny słup</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/523/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/523/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PEWNY SŁUP &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czasami pośród rozważań licznych &lt;br&gt;
Tak sobie myślę teoretycznie, &lt;br&gt;
Czy słup, powiedzmy telegraficzny, &lt;br&gt;
Jest całkiem pewny politycznie? &lt;br&gt;
Chyba w zasadzie jest pewny raczej, &lt;br&gt;
Dużych pretensji sobie nie rości, &lt;br&gt;
Nie miewa błędów, ani wypaczeń, &lt;br&gt;
Wahań, załamań i wątpliwości... &lt;br&gt;
Wprawdzie nikomu nigdy nie pomógł, &lt;br&gt;
Ale też nie wpadł w mieszczańskie gusta... &lt;br&gt;
Tylko że po co potrzebna komu &lt;br&gt;
Ta jego pewność, drętwa i pusta? &lt;br&gt;
Już ja tam wolę Zyzia Dreptaka, &lt;br&gt;
Co nie od razu sztywno stać umiał, &lt;br&gt;
Co nieraz gryzł się, męczył i płakał, &lt;br&gt;
I często błądził, zanim zrozumiał. &lt;br&gt;
Już ja go bardziej kocham i cenię, &lt;br&gt;
Chciałbym jak brata wziąć go w ramiona &lt;br&gt;
Za jego wady, jego zwątpienia, &lt;br&gt;
ZA jego wierność - gdy się przekona. &lt;br&gt;
Zyzio wędruje wśród huraganów, &lt;br&gt;
Szlak jego bywa wąski i śliski - &lt;br&gt;
Słup będzie służyć każdemu panu, &lt;br&gt;
Jest politycznie pewny dla wszystkich &lt;br&gt;
... ale przy wstrząsach ziemskiej skorupy &lt;br&gt;
W krytyczniej chwili, w walce lub biedzie &lt;br&gt;
Walą się nieraz bezduszne słupy &lt;br&gt;
A człowiek myśli. I nie zawiedzie.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nieładnie!</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/524/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/524/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NIEŁADNIE! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Cuda dzieją się na świecie! &lt;br&gt;
Oto historyjka jaka: &lt;br&gt;
Przyszło na świat dziwne dziecię &lt;br&gt;
Płci chłopięcej u Dreptaka. &lt;br&gt;
Maluch, niby dość normalny &lt;br&gt;
(znaczy się z zewnętrznej formy!) &lt;br&gt;
Całkiem był proporcjonalny, &lt;br&gt;
Każdy członek według normy,&lt;br&gt;
Chłopczyna ów, wieczorem &lt;br&gt;
Zamiast się pobawić z tatą - &lt;br&gt;
Siadał przed telewizorem &lt;br&gt;
Jakby jakiś głupi matoł, &lt;br&gt;
A słuchając wiadomości &lt;br&gt;
Z niezdrowymi wypiekami, &lt;br&gt;
Denerwował wszystkich gości &lt;br&gt;
Dość dziwnymi uwagami. &lt;br&gt;
Ot, na przykład jest w dzienniku &lt;br&gt;
Że się udał zbiór buraka, &lt;br&gt;
To on zaraz fiku miku! &lt;br&gt;
- Ot, - powiada - radość jaka! &lt;br&gt;
Szczęście bije mu z oblicza, &lt;br&gt;
Dłońmi aż się klepie w uda: &lt;br&gt;
- Ech, kompania cukrownicza &lt;br&gt;
Pewnie się w tym roku uda!!! &lt;br&gt;
Albo też o brygadziście &lt;br&gt;
Mówią, Janie Frydryszaku, &lt;br&gt;
Który spisał się fajniście &lt;br&gt;
Przy produkcji saletrzaku, &lt;br&gt;
A nasz chłopczyk, zamiast spatki, &lt;br&gt;
Leci, zeszyt, pióro niesie, &lt;br&gt;
Bo on robić chce notatki &lt;br&gt;
O wspaniałym tym sukcesie! &lt;br&gt;
... więc wśród rodzinnego grona &lt;br&gt;
Nie patrzono nań życzliwie... &lt;br&gt;
- Chyba robi z nas balona! &lt;br&gt;
Mawiał tato podejrzliwie... &lt;br&gt;
Aż raz, gdy się syn radował &lt;br&gt;
Wieścią że ktoś dostał order, &lt;br&gt;
Tato tak się zdenerwował &lt;br&gt;
że dał mu dwa razy w mordę, &lt;br&gt;
Poczem gonił go po chacie &lt;br&gt;
W tyłek kopiąc go co chwila.... &lt;br&gt;
Dziwię się, oj dziwię tacie! &lt;br&gt;
To nieładnie bić debila!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prywatna sprawa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/525/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/525/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PRYWATNA SPRAWA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W małym, śmiesznym domku z wykuszem, &lt;br&gt;
Koło latarni, na narożniku, &lt;br&gt;
Mieszkał sobie jeden staruszek &lt;br&gt;
Który stale miał pomocników, &lt;br&gt;
Jak był jeszcze mały niesłychanie &lt;br&gt;
I z rodziną mieszkał w mieście Łodzi, &lt;br&gt;
To miał starą, bardzo dobrą nianię &lt;br&gt;
Co mu pomagała chodzić. &lt;br&gt;
Potem w szkole był - powiedzmy - nogą, &lt;br&gt;
Lecz się tym nie przejmował chłopczyna, &lt;br&gt;
Myślał sobie: Koledzy pomogą! &lt;br&gt;
I pomogli, bo dawali odrzynać. &lt;br&gt;
jeszcze potem, jak miał lat dwadzieścia &lt;br&gt;
I się ożenił, chociaż był ubogi, &lt;br&gt;
To doczekał się pomocy teścia &lt;br&gt;
W charakterze bezzwrotnej zapomogi. &lt;br&gt;
Z ludzką pomocą szedł jakoś przez świat &lt;br&gt;
Powolutku, sennie i uparcie, &lt;br&gt;
Aż naraz zauważył że ma prawie sto lat &lt;br&gt;
I zebrało mu się na umarcie. &lt;br&gt;
Księżyc świecił, gdy się zbudził w nocy... &lt;br&gt;
Siadł na łóżku i jęknął: - O boże! &lt;br&gt;
Zawsze miałem tyle ludzkiej pomocy, &lt;br&gt;
Pewnie teraz też mi ktoś pomoże... &lt;br&gt;
Ale któż mógł powstrzymać śmierć staruszka? &lt;br&gt;
Na nic prośby, płacze i błaganie... &lt;br&gt;
Biały księżyc stanął w nogach łóżka: &lt;br&gt;
- To prywatna sprawa drogi panie.... &lt;br&gt;
I podskoczył i usiadł na szafie, &lt;br&gt;
A staruszek smutno się zadumał, &lt;br&gt;
Potem szepnął: - A jednak bez pomocy też coś potrafię... &lt;br&gt;
Uśmiechnął się. I umarł.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jaś i Małgosia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/526/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/526/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 JAŚ I MAŁGOSIA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz Baba Jaga, w silosie &lt;br&gt;
Miała Jasia i Małgosię &lt;br&gt;
I tuczyła ich jak świnki &lt;br&gt;
Żeby z nich porobić szynki &lt;br&gt;
I codziennie zła starucha &lt;br&gt;
Brała Jasia za palucha &lt;br&gt;
Żeby sprawdzić czy Jaś tyje, &lt;br&gt;
A potem mu urżnąć szyję. &lt;br&gt;
Ale ten zepsuty chłopak &lt;br&gt;
Pokazywał jej na opak, &lt;br&gt;
Wpierw kosteczkę, potem korzeń &lt;br&gt;
A potem to jeszcze gorzej... &lt;br&gt;
Nawet nie będę nazywał &lt;br&gt;
Tego, co jej pokazywał &lt;br&gt;
I wtykał jej to do rączki &lt;br&gt;
Że aż dostała gorączki, &lt;br&gt;
Ponad czterdzieści dwa stopnie! &lt;br&gt;
Rozpaliła się okropnie, &lt;br&gt;
A potem się całkiem wściekła &lt;br&gt;
I zupełnie się upiekła. &lt;br&gt;
Wtedy dzieci grzecznie siadły &lt;br&gt;
I tę Babę Jagę zjadły. &lt;br&gt;
Wniosek: Gdy żyjesz w kryzysie, &lt;br&gt;
Nie przebieraj w jadłospisie.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kibic</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/527/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/527/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KIBIC 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wczoraj miałem taki atak nerek &lt;br&gt;
Że myślałem że się powieszę, &lt;br&gt;
Aż tu przychodzi mój sąsiad Zenon Ratlerek &lt;br&gt;
I się pyta czy się bardzo cieszę. &lt;br&gt;
Mnie tak boli aż mnie diabli biorą &lt;br&gt;
Niby z czego mam się cieszyć, z czego? &lt;br&gt;
- A bo - mówi Ratlerek - nasz KS Piorun &lt;br&gt;
Wygrał z LZSem Kędziołki cztery do jednego. &lt;br&gt;
- Nie obchodzi mnie to - mówię do Ratlerka &lt;br&gt;
A jemu aż odjęło mowę... &lt;br&gt;
Wyjął sporta, podejrzliwie zerka, &lt;br&gt;
W końcu pyta: - Pan może niezdrowy? &lt;br&gt;
- A niezdrowy, bo mnie w brzuchu boli! &lt;br&gt;
Lecz on ciągle patrzy wzrokiem muła: &lt;br&gt;
- I nie cieszysz się pan z czterech goli, &lt;br&gt;
Z czego trzy strzelił osobiście Pakuła? &lt;br&gt;
- Się nie cieszę! - Ba... on nie chce wierzyć! &lt;br&gt;
Ze zmieszaniem nos wysiąkał w chustkę... &lt;br&gt;
- Panie! - mówi - pan się musi cieszyć! &lt;br&gt;
Cztery jeden, taż to panie sukces! &lt;br&gt;
- Może sobie być i osiem zero, &lt;br&gt;
Albo dziesięć i mistrzostwo świata! &lt;br&gt;
Wtedy on się rozeźlił dopiero: &lt;br&gt;
- Panie! Z kogo pan strugasz wariata? &lt;br&gt;
Zdjął kapelusz, powiesił na haku, &lt;br&gt;
Zaczął bawić się moim krawatem: &lt;br&gt;
- Ze zwycięstwa się nie cieszysz ciapciaku? &lt;br&gt;
Taki z ciebie dobry obywatel? &lt;br&gt;
- Panie - mówię - niech się pan wynosi, &lt;br&gt;
Bo zawołam milicję za chwilę! &lt;br&gt;
A Ratlerek padł na klęczki i prosi: &lt;br&gt;
- Niech się pan ucieszy chociaż tyle! &lt;br&gt;
I pokazał na palcu tyciu-tyciu &lt;br&gt;
Taki ciupki, maluśki odcinek &lt;br&gt;
A że mnie akurat ból nie chwycił, &lt;br&gt;
Więc zrobiłem radośniejszą minę. &lt;br&gt;
Wtedy on zaraz się rozweselił, &lt;br&gt;
Rozkwitł w oczach jak - powiedzmy - akacja. &lt;br&gt;
Ale im - powiada - zasunęli! &lt;br&gt;
- Gratuluję - powiadam - sensacja! &lt;br&gt;
Pożegnaliśmy się jak przyjaciele, &lt;br&gt;
Ja się wziąłem do naprawy krawata, &lt;br&gt;
A promienny i radosny pan Ratlerek &lt;br&gt;
Pobiegł uradować resztę świata.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Październik</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/528/</link><pubDate>Sat, 28 Jul 2001 18:49:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/528/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PAŹDZIERNIK 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ech, to byli chłopaki! &lt;br&gt;
Mieli stare waciaki, &lt;br&gt;
Nie tam żaden dziesiejszy ortalion! &lt;br&gt;
Szturmowali Zimowy, &lt;br&gt;
Poczem zmyto im głowy, &lt;br&gt;
Bo ktoś zgwałcił Kobiecy Batalion. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bagnetami zjeżeni &lt;br&gt;
Przypadali do ziemi, &lt;br&gt;
Podsadzali pod bramy petardy, &lt;br&gt;
Obsiadali taczanki &lt;br&gt;
Strojni w czapki uszanki, &lt;br&gt;
A na czapkach czerwone kokardy. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Byli dzielni i prości, &lt;br&gt;
Nieświadomi wielkości, &lt;br&gt;
Nie równajmy się do nich, bo wstyd aż - &lt;br&gt;
Od nich się agitacji &lt;br&gt;
Oraz argumentacji &lt;br&gt;
Mógłby uczyć współczesny dygnitarz. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mamy fiaty i wołgi, &lt;br&gt;
Samoloty i czołgi, &lt;br&gt;
Przydział chleba, i cukru, i masła, &lt;br&gt;
Produkcyjne narady, &lt;br&gt;
Personalne układy, &lt;br&gt;
Książki, wstążki, pieniążki i hasła. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Produkcyjniak</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/529/</link><pubDate>Sat, 08 Sep 2001 17:15:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/529/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Produkcyjniak
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
...więc on pracował przy nitach, a ona przy szlifierce,&lt;br&gt;
I czasem - gdy się mijali - patrzyła na niego z uwagą,&lt;br&gt;
A jemu wtedy mocniej niż zwykle biło serce&lt;br&gt;
I jakoś prędzej i lepiej nitował kolejny wagon&lt;br&gt;
Chodzili obydwoje do zakładowej stołówki,&lt;br&gt;
Czasami kręcili nosami, że ciągle mielone kotlety&lt;br&gt;
I od tych kotletów zaczęły się nawiązywać rozmówki&lt;br&gt;
I poszli raz do teatru, bo były ulgowe bilety.&lt;br&gt;
Aż wreszcie się zakochali, kiedyś, jesienią bezlistną,&lt;br&gt;
Nie dość im było spotkań i rozmów ciągle nie dość...&lt;br&gt;
A ona poprzednio żyła z siwawym brygadzistą&lt;br&gt;
I teraz ten brygadzista zaczął jej robić na złość.&lt;br&gt;
Dziewczyna po nocach płakała, a wydział plotkował i gadał,&lt;br&gt;
A chłopak z tym brygadzistą pobili się kiedyś przy piwie&lt;br&gt;
I wreszcie nawet zebrała się Zakładowa Rada,&lt;br&gt;
I prezes do brygadzisty zawołał: - Ja wam się dziwię!!!&lt;br&gt;
I wszystko skończyło się dobrze. Ślub odbył się właśnie dziś.&lt;br&gt;
Garnitur i barwna sukienka wiszą na wspólnym wieszaku,&lt;br&gt;
A chłopcu ani dziewczynie nie przejdzie nawet przez myśl,&lt;br&gt;
Że grali dwie główne role w klasycznym produkcyjniaku...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sprawa dystansu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/530/</link><pubDate>Sat, 08 Sep 2001 17:15:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/530/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Sprawa dystansu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To może być tekst piosenki,&lt;br&gt;
A może być tylko wierszyk,&lt;br&gt;
Taki poemat maleńki,&lt;br&gt;
Dedykowany tym pierwszym.&lt;br&gt;
Powiecie: - Znamy to, znamy,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
	Wrocław się jeszcze palił,&lt;br&gt;
	Gdy oni szli z tobołkami,&lt;br&gt;
	A potem na zawsze zostali.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pisano to tyle razy,&lt;br&gt;
Że zrobił się schemat i banał,&lt;br&gt;
Ale to jednak jest ważne,&lt;br&gt;
Ale to jednak jest prawda.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
	Powiecie: - Starsi faceci,&lt;br&gt;
	Każdy ich dzieje już poznał,&lt;br&gt;
	O rany Julek - powiecie -&lt;br&gt;
	Jak długo - powiecie - można?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wrocławskie reperkusje bitwy pod Hastings</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/531/</link><pubDate>Sat, 08 Sep 2001 17:15:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/531/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wrocławskie reperkusje bitwy pod Hastings
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W roku pańskim tysięcznym sześćdziesiątym szóstym,&lt;br&gt;
W dobrym mieście Wrocławiu, które wszyscy znamy,&lt;br&gt;
Siwiutki strażnik, co się zwał Dreptak Augustyn,&lt;br&gt;
Usłyszał w środku nocy stukanie do bramy.&lt;br&gt;
Zażegł przeto pochodnię od ognia w kominku&lt;br&gt;
I wysunąwszy głowę za żelazne sztangi&lt;br&gt;
Ujrzał jeźdźca i spytał: "Hej, czego tam, synku?"&lt;br&gt;
A ów wrzasnął: "Otwieraj! Wiozę wieści z Anglii!&lt;br&gt;
Dwadzieścia dni mnie wiodła droga zła i kręta,&lt;br&gt;
Ale za to spodziewam się książęcej łaski,&lt;br&gt;
Bo nowina jest ważna: książę Wilhelm Bękart&lt;br&gt;
Rozbił króla Harolda koło miasta Hastings.&lt;br&gt;
Wyrżnęli całą armię normandzcy straszliwcy,&lt;br&gt;
A Wilhelm nad Londynem rozwinął proporzec,&lt;br&gt;
Zmienił przydomek Bękart na miano Zdobywcy&lt;br&gt;
I rozpoczął swe rządy! No, puszczaj na dworzec!"&lt;br&gt;
Starzec otwarł wierzeje, zgrzytnęły zawiasy,&lt;br&gt;
A gdy jeździec w ulicy znikł pośród tętentu,&lt;br&gt;
Usiadł i jął wspominać swoje dawne czasy,&lt;br&gt;
Gdy sługiwał pochmurnym normandzkim książętom.&lt;br&gt;
A tymczasem zbudzeni wieścią wrocławianie&lt;br&gt;
Dawali upust plotkom w okrzykach i szeptach:&lt;br&gt;
"Toż to pierwsza udana inwazja Brytanii!"&lt;br&gt;
"I ostatnia bodajże" - mruknął stary Dreptak.&lt;br&gt;
A słysząc, jak pytania mnożyły się w tłumie&lt;br&gt;
I jak padały wokół gorączkowe słowa:&lt;br&gt;
"Wilhelm Bękart, doprawdy, ba, ale czyj, kumie?"&lt;br&gt;
Staruszek wąs podkręcił i pomyślał: "Mowa!"
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o Klossie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/532/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 18:33:38 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/532/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o Klossie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zachodzi słońce w strzępy dachów,&lt;br&gt;
Mgła otuliła ruin stos,&lt;br&gt;
Na romantyczny dziki zachód&lt;br&gt;
Niezwyciężony jedzie Kloss.&lt;br&gt;
Otulił się dziurawym paltem,&lt;br&gt;
Wpakował się w wagonu kąt,&lt;br&gt;
I nie ma pistoletu walter,&lt;br&gt;
I nie zna żadnych dziewcząt blond.&lt;br&gt;
Ma tylko Wrocław rozwalony,&lt;br&gt;
Co za oknami legł bez sił,&lt;br&gt;
A kolor jego jest czerwony,&lt;br&gt;
Bo przykrył go ceglany pył,&lt;br&gt;
Tu Kloss obejmie swoją wartę,&lt;br&gt;
Tu będzie życie brać za łeb,&lt;br&gt;
Tu będzie wódkę miał bez kartek -&lt;br&gt;
Na kartki zaś gliniasty chleb.&lt;br&gt;
Tu się nauczy kląć i palić&lt;br&gt;
I pozna, jak smakuje grzech,&lt;br&gt;
Jak w razie czego w mordę walić&lt;br&gt;
I jak pracować ma za trzech.&lt;br&gt;
 Jedząc w pośpiechu; śpiąc na desce,&lt;br&gt;
Wdychając popiół, kurz i dym -&lt;br&gt;
Odnajdzie swe na ziemi miejsce.&lt;br&gt;
I gwiazdę swą nad miejscem tym.&lt;br&gt;
Zachodnie słońce krwawo świeci,&lt;br&gt;
Łuna objęła nieba pół -&lt;br&gt;
Nadejdzie czas, gdy Klossa dzieci&lt;br&gt;
Pobiegną do wrocławskich szkół,&lt;br&gt;
Ale na razie w zbite szyby&lt;br&gt;
Uderza z wyciem obcy wiatr&lt;br&gt;
I oto jedzie Kloss prawdziwy&lt;br&gt;
I wiezie swych dwadzieścia lat.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przyjęcie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/534/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/534/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PRZYJĘCIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Kochani! Wy mi nie zazdrośćcie &lt;br&gt;
 Że pędzę życie towarzyskie, &lt;br&gt;
 Co stąd że przyjdą do mnie goście, &lt;br&gt;
 Gdy już na pamięć znam ich wszystkich, &lt;br&gt;
 Że wiem gdzie kto zazwyczaj siedzi, &lt;br&gt;
 I kto się koło kogo kręci, &lt;br&gt;
 I że ich wszystkie wypowiedzi &lt;br&gt;
 Mogę cytować wam z pamięci. &lt;br&gt;
 Zyzio zje dwie lub trzy kanapki &lt;br&gt;
 Ogryzie tłuste udko z kaczki, &lt;br&gt;
 I krzyknie: - Ach, całować łapki &lt;br&gt;
 Co przyrządzały te przysmaczki! &lt;br&gt;
 Pozwoli pani dobrodziejka... &lt;br&gt;
 (tak moją żoną się zachwyca) &lt;br&gt;
 Ba, lecz tu moja jest kolejka, &lt;br&gt;
 I wszyscy oczekują witza... &lt;br&gt;
 Ładuję stary dowcip w lufę &lt;br&gt;
 I mówię, krzywiąc się uciesznie: &lt;br&gt;
 -Ja dzisiaj przyrządzałem bufet, &lt;br&gt;
 Więc jeśli chcesz, to całuj żeż mnie! &lt;br&gt;
 Tu wszyscy ryczą "ha ha, ha ha", &lt;br&gt;
 Ktoś nawet spada na podłogę, &lt;br&gt;
 Trypczyńska aż rękami macha &lt;br&gt;
 I woła "Joj, ja już nie mogę"! &lt;br&gt;
 Kolej na wódkę, ruch się robi, &lt;br&gt;
 Kociutko, autor kiepskich wierszy &lt;br&gt;
 Powiada "Zdrowie pięknych kobit!" &lt;br&gt;
 Poczem dodaje: - Po raz pierwszy! &lt;br&gt;
 Zuzia chichocze: - Pan poeta! &lt;br&gt;
 Ten dowcip pewnie ze stolicy? &lt;br&gt;
 Ciach! Oto spływa pierwsza seta &lt;br&gt;
 W czeluście wrzodów dwunastnicy. &lt;br&gt;
 Po dwóch godzinach, niedopici &lt;br&gt;
 Patrzymy w otwór smutnej skrzyni, &lt;br&gt;
 Gdzie niedomyci troglodyci&lt;br&gt;
 Drogo sprzedają swój kretynizm, &lt;br&gt;
 Następnie dyskutują starsi &lt;br&gt;
 Jak zwalczyć plagę chuligaństwa, &lt;br&gt;
 A wreszcie średni-niedotarci &lt;br&gt;
 Mówią, kto ile zboża dał dla państwa. &lt;br&gt;
 Potem się wszyscy we drzwiach tłoczą, &lt;br&gt;
 - Na przyszły tydzień proszę do nas! &lt;br&gt;
 - U państwa zawsze tak uroczo! &lt;br&gt;
 - Bul bul... pardon, ach ta przepona... &lt;br&gt;
 Za tydzień zjem ze trzy kanapki, &lt;br&gt;
 Pochwalę dom, przyjęcie, kuchnię... &lt;br&gt;
 ... A może zamiast cmokać w łapki &lt;br&gt;
 Zawołam: - Fuj! Ta szynka cuchnie!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kolęda</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/535/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/535/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KOLĘDA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Uniwersalny, tonizujący &lt;br&gt;
 Więcej znaczący niż bochen chleba, &lt;br&gt;
 Na tych co wierzą, i niewierzących &lt;br&gt;
 Śnieg jednakowo sypie się z nieba. &lt;br&gt;
 Niebo co prawda jest dla wierzących &lt;br&gt;
 Lecz niewierzący też się w nim kręcą &lt;br&gt;
 I setką rakiet orbitujących &lt;br&gt;
 Nie mniej niż święci śniegu utrzęsą. &lt;br&gt;
 Świat się puszysty robi i śpiący &lt;br&gt;
 Jak biały misio co słodko drzemie, &lt;br&gt;
 A śnieg kojąco-zespalający &lt;br&gt;
 Z wspólnego nieba leci na ziemię. &lt;br&gt;
 Przystanął żołnierz atakujący &lt;br&gt;
 Mały i brudny w śniegowej bieli, &lt;br&gt;
 A żołnierz atak odpierający &lt;br&gt;
 Miał go na muszce, ale nie strzelił. &lt;br&gt;
 Drwal, po choinkę przesieką brnący, &lt;br&gt;
 Słynny wirtuoz w połowie schertza &lt;br&gt;
 I uczeń wierszyk obkuwający - &lt;br&gt;
 Złożyli prawe dłonie na sercach &lt;br&gt;
 I zapatrzyli się w gęstniejący &lt;br&gt;
 Mrok w Neapolu i mrok w Opolu, &lt;br&gt;
 I zobaczyli Trzech Jaśniejących, &lt;br&gt;
 Lecz nie Trzech Króli, a trzech Karolów: &lt;br&gt;
 Dickens wierzący, Marks - niewierzący &lt;br&gt;
 Znużone czoła na dłoniach wsparli &lt;br&gt;
 A między nimi praktykujący &lt;br&gt;
 Choć negujący, stał Karol Darwin. &lt;br&gt;
 I był to obraz pocieszający, &lt;br&gt;
 Więcej znaczący niż bochen chleba, &lt;br&gt;
 A śnieg, milcząco - zespalający &lt;br&gt;
 Od tysiącleci sypie się z nieba... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kocur</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/536/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/536/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KOCUR 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Siedzi kocur skastrowany na przypiecku, &lt;br&gt;
 już o żonie mu nie myśleć ni o dziecku, &lt;br&gt;
 Rozrabiają inne koty, &lt;br&gt;
 Ale jemu brak ciągoty, &lt;br&gt;
 bardziej mleko pachnie mu i dorsz po grecku. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Siedzi kocur skastrowany, fajkę pali, &lt;br&gt;
 Na przebytą operację się nie żali: &lt;br&gt;
 - To nie taki znów mankament &lt;br&gt;
 Żeby aż podnosić lament, &lt;br&gt;
 Oby tylko smaczny obiad mi podali! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
					Siedzi kocur skastrowany na posadzie, &lt;br&gt;
 Tłuszcz mu rośnie na podbrzuszu i na zadzie, &lt;br&gt;
 Czyści futro, wącha kwiaty &lt;br&gt;
 I układa referaty &lt;br&gt;
 Które jutro ma wygłosić na naradzie. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Robert</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/537/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/537/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ROBERT 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 
 I znowu strzał morderczy padł, &lt;br&gt;
 I świat oniemiał znowu - &lt;br&gt;
 Za starszym - odszedł młodszy brat &lt;br&gt;
 Na Pola Wiecznych Łowów. &lt;br&gt;
 Przedłuża się koszmarny cykl, &lt;br&gt;
 Wyrasta grób za grobem - &lt;br&gt;
 Prezydent, Martin Luther King &lt;br&gt;
 I uśmiechnięty Robert. &lt;br&gt;
 Dziś znów słyszymy znany ton: &lt;br&gt;
 - Odszedłeś przyjacielu.... &lt;br&gt;
 Jastrzębi, wyostrzony szpon &lt;br&gt;
 Nie chybia nigdy celu. &lt;br&gt;
 Mordercę pewnie wrzód lub rak &lt;br&gt;
 W najbliższym czasie zgubi, &lt;br&gt;
 Albo go ktoś zastrzeli, tak &lt;br&gt;
 Jak Lee Oswalda - Ruby. &lt;br&gt;
 Z Kennedych został jeszcze Ed, &lt;br&gt;
 Więc - zanim życie straci - &lt;br&gt;
 Być może będzie dalej szedł &lt;br&gt;
 Tropami starszych braci. &lt;br&gt;
 Bo taje śnieg i spada liść &lt;br&gt;
 I rzeki czasu płyną, &lt;br&gt;
 A dobrzy ludzie muszą iść &lt;br&gt;
 I muszą w marszu ginąć &lt;br&gt;
 Aż braknie luf i braknie kul &lt;br&gt;
 Na wszystkich lądach świata, &lt;br&gt;
 A cały żal i cały ból &lt;br&gt;
 Porazi rękę kata. &lt;br&gt;
 O Ameryko, pragnął bym &lt;br&gt;
 Wierzyć twym ideałom, &lt;br&gt;
 Ale nie opadł jeszcze dym &lt;br&gt;
 Tragicznych trzech wystrzałów, &lt;br&gt;
 A z tego dymu wyrósł mur &lt;br&gt;
 Co szczelnie nas oddziela, &lt;br&gt;
 Że u nas czasem też trwa spór? &lt;br&gt;
 To fakt. &lt;br&gt;
 Lecz nikt nie strzela. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Niebezpieczeństwo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/538/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/538/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NIEBEZPIECZEŃSTWO 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Idzie drogą polski urzędnik &lt;br&gt;
 Zimny deszcz mu po głowie bębni, &lt;br&gt;
 Siwa wierzba szumi na zakręcie: &lt;br&gt;
 - Gdzie ci śpieszno, miły referencie? &lt;br&gt;
 Pisnął zając w krzakach schowany: &lt;br&gt;
 - Chyba ci szajba odbiła, kochany? &lt;br&gt;
 Ale jemu nie odbiła szajba, &lt;br&gt;
 Tylko mu się przyśniła łajba, &lt;br&gt;
 Cała w żaglach, masztach i wantach, &lt;br&gt;
 A on na niej w złotych akselbantach, &lt;br&gt;
 I ze szpadą komandorską u boku &lt;br&gt;
 I z lunetą pełnomorską przy oku, &lt;br&gt;
 I z załogą buńczuczną acz sprawną &lt;br&gt;
 I z dziewczyną, strach jak powabną! &lt;br&gt;
 A pod wpływem tego omamidła &lt;br&gt;
 Nasz urzędnik połamał liczydła, &lt;br&gt;
 Potem rozbił dziurkacz ze szczętem&lt;br&gt;
 I obsikał naczelnika atramentem &lt;br&gt;
 A następnie w szalonej szarży &lt;br&gt;
 Rozbił szwadron przemysłowej straży. &lt;br&gt;
 No i idzie pod niebem pochmurnym, &lt;br&gt;
 Żona za nim woła: - Wracaj durny! &lt;br&gt;
 Wsiowe kundle go szarpią za spodnie &lt;br&gt;
 A on tylko się uśmiecha łagodnie, &lt;br&gt;
 I przeciera okulary mokre: &lt;br&gt;
 - Ja - powiada - muszę na okręt! &lt;br&gt;
 Coś - powiada - mnie popycha i dźwiga, &lt;br&gt;
 I tak chciałbym jak Leonid Teliga! &lt;br&gt;
 Maszeruje od miasta do miasta, &lt;br&gt;
 Owłosieniem i legendą obrasta, &lt;br&gt;
 Już się o nim mówi wieczorem, &lt;br&gt;
 Już dla innych się staje wzorem, &lt;br&gt;
 Już windują go na piedestał, &lt;br&gt;
 Więc go trzeba złapać, żeby przestał! &lt;br&gt;
 Bo co będzie, gdy we wszystkich biurach &lt;br&gt;
 Zabrzmi raptem zbiorowe "Hurra"? &lt;br&gt;
 Bo co będzie, gdy urzędnicy &lt;br&gt;
 Ruszą tłumnie środkiem ulicy &lt;br&gt;
 Porzucając wygodne etaty &lt;br&gt;
 I gdy każdy zażąda fregaty? &lt;br&gt;
 Statków wprawdzie robimy bez liku, &lt;br&gt;
 Ale jak tu żyć bez urzędzików???&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wieczór</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/539/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/539/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WIECZÓR 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Wróciwszy wieczorem do domu, zmęczony niesłychanie, &lt;br&gt;
 Jan Dreptak przywitał żonę słowami "Jak się masz Helu", &lt;br&gt;
 Ogarnął ciepłym spojrzeniem swoje przytulne mieszkanie, &lt;br&gt;
 I zasiadł przy pięknym kominku w niezwykle wygodnym fotelu. &lt;br&gt;
 A żona pytała troskliwie "Czy bardzo skonany biedaczek?" &lt;br&gt;
 A on znów zapytał żonę "Co na kolację dzisiaj?" &lt;br&gt;
 I zaraz do jego fotela przydreptał mały dreptaczek, &lt;br&gt;
 I zaczął mu pokazywać ulubionego misia. &lt;br&gt;
 I wyszła ze swego pokoju dostojna, śliczna babcia, &lt;br&gt;
 I jęła robić na drutach śliczną pończoszkę maleńką, &lt;br&gt;
 A Dreptak, siedząc swobodnie w ciepłych filcowych kapciach &lt;br&gt;
 Poczuł ogromną życzliwość i rzekł: No co tam, mateńko? &lt;br&gt;
 A potem spojrzał z miłością na szereg fotografii &lt;br&gt;
 Na synka co dość swobodnie wysiusiał się właśnie w spodenki, &lt;br&gt;
 I naraz czując wyraźnie, że szlag go za chwilę trafi, &lt;br&gt;
 Wyjąkał "Przepraszam na chwilę" i wyszedł do łazienki. &lt;br&gt;
 W łazience przyprawił sobie z ręcznika bokobrody &lt;br&gt;
 Twarz posmarował pastą, rozebrał się na golasa. &lt;br&gt;
 Obuwie oraz skarpetki rzucił ze złością do wody, &lt;br&gt;
 Stanął na rękach i szeptem zawołał "hopsa sasa"! &lt;br&gt;
 Następnie uporządkował i wszystko ułożył osobno, &lt;br&gt;
 Wysuszył rzeczy, wywietrzył tak, żeby już nikt nic nie czuł, &lt;br&gt;
 Zawiązał krawat i wyszedł z łazienki z twarzą pogodną &lt;br&gt;
 Ażeby znowu się włączyć w rozkoszny, rodzinny wieczór...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pogodny poranek ojca Chudzielaka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/540/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/540/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 POGODNY PORANEK OJCA CHUDZIELAKA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Hen, na świecie gdzieś się strzela, &lt;br&gt;
 Coś się rodzi i coś tonie, &lt;br&gt;
 A tu zacny ksiądz Chudzielak &lt;br&gt;
 Sadzi sobie pelargonie. &lt;br&gt;
 Pelargonie sobie sadzi &lt;br&gt;
 (a na świecie krzyk i salwy) &lt;br&gt;
 I się katechety radzi, &lt;br&gt;
 Czy by może lepiej malwy? &lt;br&gt;
 Żydzi bombardują Liban, &lt;br&gt;
 Opium się wyrabia z maku, &lt;br&gt;
 Ponoć mają znieść celibat &lt;br&gt;
 Zacny ojcze Chudzielaku? &lt;br&gt;
 Czarni się w Nigerii piorą &lt;br&gt;
 I w powiecie coś się zmienia, &lt;br&gt;
 Cztery śluby, chrzcin pięcioro, &lt;br&gt;
 Dwa ostatnie namaszczenia. &lt;br&gt;
 Dreptak się poczubił z żoną, &lt;br&gt;
 Na Sycylii proces mafii, &lt;br&gt;
 Ktoś na księżyc latał pono &lt;br&gt;
 (dobrze, że nie z tej parafii). &lt;br&gt;
 Zasypało gdzieś kopalnię &lt;br&gt;
 Waldheim [USA] wydał znów orędzie, &lt;br&gt;
 Organista, nielegalnie, &lt;br&gt;
 Był w świetlicy na big-bendzie, &lt;br&gt;
 Plan kwartalny kończą porty, &lt;br&gt;
 Już za trzy miesiące święta, &lt;br&gt;
 [Kościelnemu spuchła pięta],&lt;br&gt;
			Ministranci palą "Sporty" &lt;br&gt;
 A ta gałąź jest uschnięta, &lt;br&gt;
 A gosposia znów ma obrzęk, &lt;br&gt;
 A "Śląsk-Wrocław" znów do zera, &lt;br&gt;
 A jak jakiś lepszy pogrzeb, &lt;br&gt;
 Toż się wtedy gardło zdziera! &lt;br&gt;
 A w dzieciństwie "Powrót Posła", &lt;br&gt;
 A we wrześniu stał tu szwadron, &lt;br&gt;
 A czubatka znów się zniosła &lt;br&gt;
 A tam w sadzie jabłko spadło, &lt;br&gt;
			[A miziaka złe napadło].
 A w GS-ie dwaj panowie &lt;br&gt;
 (pewnie znowu manko wyszło) &lt;br&gt;
 A "Krzyżacy", to jest powieść! &lt;br&gt;
 A w "Przekroju" to ci piszą! &lt;br&gt;
 A brat księdza Chudzielaka &lt;br&gt;
 Wprawdzie cywil i dygnitarz, &lt;br&gt;
 Ale ksiądz jest dumny z brata - &lt;br&gt;
 Brat też prawie wszystko czyta! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wyręczyciele</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/541/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/541/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WYRĘCZYCIELE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Wszędzie postęp panowie, świat na korzyść się zmienił, &lt;br&gt;
 Dużo lżejsze mam życie, i kłopotów mniej mam, &lt;br&gt;
 Ciągle gdzieś ktoś przemawia w moim własnym imieniu, &lt;br&gt;
 Więc nie muszę się męczyć i przemawiać wciąż sam. &lt;br&gt;
 O, na przykład zebranie, w sali miękkie fotele, &lt;br&gt;
 Facet wlazł na mównicę i wyręczyć nas chce &lt;br&gt;
 - Myślę - mówi - że będę tutaj wyrazicielem &lt;br&gt;
 Wszystkich osób zebranych... (Wszystkich! Objął i
mnie!)&lt;br&gt;
 Nie wie nawet, jak wielką czuję wdzięczność dla niego, &lt;br&gt;
 Ale oto już drugi też z pomocą się pcha: &lt;br&gt;
 - Chcę powiedzieć w imieniu społeczeństwa całego ... &lt;br&gt;
 (w społeczeństwie, kochani, jestem także i ja...) &lt;br&gt;
 W setkach mów i przemówień, na sto barw i sto tonów &lt;br&gt;
 To usłyszysz, co właśnie wypowiedzieć sam chcesz: &lt;br&gt;
 - Wszyscy ludzie uczciwi z tutejszego regionu... &lt;br&gt;
 Wszyscy ludzie uczciwi! Więc - panowie - ja też!! &lt;br&gt;
 Siedzę przeto w fotelu, czytam "Przekrój" lub drzemię, &lt;br&gt;
 Tylko czasem niezwykła zastanawia mnie rzecz: &lt;br&gt;
 Skąd on wiedział, co właśnie myślę o tym problemie? &lt;br&gt;
 Że tę kwestię popieram, w tamtej mówię zaś "precz"? &lt;br&gt;
 Ale zaraz odrzucam wątpliwości z radością - &lt;br&gt;
 Mają rację senator, agitator i ksiądz, &lt;br&gt;
 Pewnie wiedzą co myślę... mówią z taką pewnością ...! &lt;br&gt;
 Lubię być tak aktywnym, dłubiąc w uchu, lub śpiąc!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wielkanocne kurczęta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/542/</link><pubDate>Sun, 09 Sep 2001 20:32:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/542/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WIELKANOCNE KURCZĘTA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Trwają długie debaty nocne &lt;br&gt;
 Skąd się wzięło kurczę wielkanocne? &lt;br&gt;
 Skąd ta ledwie co wykluta kurka &lt;br&gt;
 Przy święconem stroszy żółte piórka? &lt;br&gt;
 Może to jest oznaka dla ludzi &lt;br&gt;
 Że już wiosna, że przyroda się budzi? &lt;br&gt;
 Może kura nam zrobiła niespodziankę, &lt;br&gt;
 Bo o tydzień przenosiła pisankę? &lt;br&gt;
 Może to piszczące maleństwo &lt;br&gt;
 Wieści żółte niebezpieczeństwo? &lt;br&gt;
 Może to są rezultaty twórcze &lt;br&gt;
 Nazbyt częstych okrzyków "O kurcze"? &lt;br&gt;
 Ja rozumiem, baranek, zajączek, &lt;br&gt;
 Ale czemu kurczę się tu plącze? &lt;br&gt;
 Tu rzeżuchę uszczknie, lub wątróbkę, &lt;br&gt;
 tam na czysty obrus zrobi kupkę, &lt;br&gt;
 Chce pić wodę, trafia na żubrówkę, &lt;br&gt;
 Potem łapką się trzyma za główkę, &lt;br&gt;
 I przewraca się po stolikach &lt;br&gt;
 Ptak z gatunku gallus domestica, &lt;br&gt;
 Niewyraźny etymologicznie, &lt;br&gt;
 Podejrzany ideologicznie, &lt;br&gt;
 Aż dopiero pan profesor Dreptak &lt;br&gt;
 Pierwsze ścieżki w tej dziedzinie przedeptał, &lt;br&gt;
 Dowiódł bowiem iż owe kurczątka &lt;br&gt;
 Są symbolem kurczów żołądka! &lt;br&gt;
 Fakt, że Polak się na święta obżera, &lt;br&gt;
 Że go potem pogotowie zabiera, &lt;br&gt;
 A czasami to nawet policja, &lt;br&gt;
 Taka u nas narodowa tradycja! &lt;br&gt;
 Tak więc, dzięki profesorowi &lt;br&gt;
 Nikt już teraz nic złego nie powi, &lt;br&gt;
 Nie wywiedzie kurczaka z pogaństwa &lt;br&gt;
 lecz z narodowego chrześcijaństwa! &lt;br&gt;
 Nowy sukces w naszej trudnej walce! &lt;br&gt;
 ... a lewica gryzie w złości palce! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Konkurencja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/544/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/544/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KONKURENCJA 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Z Henia było dzieciątko rachityczne i ciche, &lt;br&gt;
 Lecz mu w wątłych piersiątkach grał dziejowy wicher, &lt;br&gt;
 Czasem stawał jak głupi na podwórku w szkole, &lt;br&gt;
 I w uszach jemu szumiały skrzydła sokole. &lt;br&gt;
 A czasem znowu słyszał nadchodzące kroki, &lt;br&gt;
 I zaraz się domyślał, że to krok epoki, &lt;br&gt;
 I wołał: - To epoka nowa do mnie kroczy! &lt;br&gt;
 I tak się biedny wzruszał, że się nieraz moczył... &lt;br&gt;
 łzami. Ale epoka przychodziła rzadko, &lt;br&gt;
 A te kroki, to zwykle wkraczał Henia Tatko; &lt;br&gt;
 Zaś widząc, że syn siedzi na stołku w bieliźnie &lt;br&gt;
 Krzyczał: - Marsz do nauki! - i jak go nie gwiźnie! &lt;br&gt;
 Zaś potem Henio podrósł, zdał egzamin dojrzałości &lt;br&gt;
 I się go zapytano czym by chciał być w przyszłości? &lt;br&gt;
 Myślał, myślał noc całą, aż nareszcie nad ranem &lt;br&gt;
 Oświadczył, że żywi zamiar zostania Wielkim Hetmanem &lt;br&gt;
 Koronnym. No to tatko z wściekłości i smutku blady &lt;br&gt;
 Wziął go za klapy i warknął: - Ta żeż nie ma takiej posady! &lt;br&gt;
 Mógłbyś najwyżej bosmanem zostać, jest ranga taka, &lt;br&gt;
 lecz kto do marynarki weźmie takiego zdechlaka? &lt;br&gt;
 Erotomanem nie będziesz, o ile znam się... &lt;br&gt;
 A Henio wciąż że hetmanem chce być, powtarzał jak w transie, &lt;br&gt;
 Aż tatuś taki rozżarty jak wszystkie tygrysy Sumatry &lt;br&gt;
 Wziął Henia za halsztuk i powlókł go do psychiatry, &lt;br&gt;
 zaś psychiatra go kładł kolejno na kilka różnych otoman, &lt;br&gt;
 Badał, stukał, aż krzyknął: - Panie to megaloman! &lt;br&gt;
 Hurra! - zawołał Henio - Hetmanem gdy być nie mogę, &lt;br&gt;
 Megalomanem zostanę! Tu skoczył na podłogę, &lt;br&gt;
 Zaś zacny psychiatra ze smutkiem do taty głową pokiwał &lt;br&gt;
 I mruknął: - Niełatwo mu będzie... konkurencja, proszę pana, straszliwa! &lt;br&gt;
 Co rzekłszy wzął rogatywkę i ryknął: - Hej kosyniery! &lt;br&gt;
Pod Racławice! &lt;br&gt;
 - Niestety - rzekł tatko - ja do Elstery... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pełnia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/545/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/545/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PEŁNIA!
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt; 
 Jedni lubią filety, &lt;br&gt;
 Drudzy wolą kobiety, &lt;br&gt;
 Jeszcze inni - uprawę ziemi, &lt;br&gt;
 Lub sportowe zmagania. &lt;br&gt;
 Ja - kocham sprawozdania &lt;br&gt;
 Z różnych otwarć i akademii. &lt;br&gt;
 Żadnych tam niespodzianek, &lt;br&gt;
 Wszystko zgodne z planem, &lt;br&gt;
 Każde słowo, gest każdy i okrzyk, &lt;br&gt;
 Tak samo od stuleci, &lt;br&gt;
 Bo to już Ramzes Trzeci &lt;br&gt;
 Rzecz ustalił, i Scypion Młodszy. &lt;br&gt;
 Wchodzą różni panowie, &lt;br&gt;
 Wiem co każdy z nich powie, &lt;br&gt;
 Jakich w mowie użyje metafor... &lt;br&gt;
 To samo w przeddzień bitwy &lt;br&gt;
 Mówił ongiś do Litwy &lt;br&gt;
 Nowogródzki władyka, Litawor. &lt;br&gt;
 Znaczy się żeby razem, &lt;br&gt;
 Oraz znaczy się z gazem, &lt;br&gt;
 bez pardonów i bez zachamowań, &lt;br&gt;
 Że jak zewrzemy tyły &lt;br&gt;
 To nie na nas siły: &lt;br&gt;
 Polepszymy jakość opakowań! &lt;br&gt;
 Wszystko z jednej matrycy - &lt;br&gt;
 Karafka na mównicy, &lt;br&gt;
 Małe dzieci wręczają kwiecie, &lt;br&gt;
 Harcerze wszystkich duszą &lt;br&gt;
 Chustkami (widać muszą!) &lt;br&gt;
 Tak w centrali, jak na powiecie. &lt;br&gt;
 Patrzę pełen zachwytu - &lt;br&gt;
 Żadnych potknięć, ni zgrzytów, &lt;br&gt;
 Niepotrzebnych, niezdrowych sensacji, &lt;br&gt;
 Wszystko jak trzeba płynie... &lt;br&gt;
 ... wreszcie w jakiejś dziedzinie &lt;br&gt;
 Mamy pełnię stabilizacji! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kociomruczki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/546/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/546/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOCIOMRUCZKI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To były nudne wczasy w kurorcie Kociomruczki &lt;br&gt;
Deszcz padał nieustannie i woda lała się &lt;br&gt;
Na pomnik Konopnickiej wyrżniętej w pozie w kuczki, &lt;br&gt;
Co miało niby znaczyć, że wieszczka kwiaty rwie. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To były nudne wczasy, ospałe i kretyńskie, &lt;br&gt;
Na ogół po kolacji się do świetlicy szło &lt;br&gt;
By bawić się w zechcyka, a góra - w koło młyńskie, &lt;br&gt;
Gdyż innych gier nie znała paniusia od K.O. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To były nudne wczasy, żałosne i ponure, &lt;br&gt;
Zrobiono raz wycieczkę na okoliczny szpic, &lt;br&gt;
Lecz kiedy towarzystwo wdrapało się na górę &lt;br&gt;
Ujrzało z góry pomnik i dom, i więcej nic... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pierwsze poważne ostrzeżenie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/547/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/547/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PIERWSZE POWAŻNE OSTRZEŻENIE 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ot, zmartwienie i zgroza: &lt;br&gt;
Wchodzi ciocia skleroza &lt;br&gt;
Ukradkiem pod czyjś dach, &lt;br&gt;
Gość siada do obiadu &lt;br&gt;
A ona go od zadu &lt;br&gt;
Zachodzi i w łeb trach! &lt;br&gt;
I spójrzmy, co się dzieje? &lt;br&gt;
Facet cały sztywnieje, &lt;br&gt;
Oczy mu stają w słup, &lt;br&gt;
A ciocia grubą laską &lt;br&gt;
Macha, i jeszcze raz go &lt;br&gt;
W wierzchołek czaszki łup! &lt;br&gt;
Gość popada w amnezję, &lt;br&gt;
Zupy do końca nie zje, &lt;br&gt;
Wstaje, biegnie do drzwi, &lt;br&gt;
Wraca, siada, coś bąka, &lt;br&gt;
Wreszcie w obrus siąka &lt;br&gt;
Śmiejąc się: - Hy hy hy!!! &lt;br&gt;
Następnie na szwagierkę &lt;br&gt;
Wylewa salaterkę &lt;br&gt;
I potok brzydkich słów, &lt;br&gt;
I wyjąwszy dwururkę &lt;br&gt;
Krzyczy: - Tę wodną kurkę &lt;br&gt;
Zastrzelę z obu luf!!! &lt;br&gt;
Tu świadomość mu wraca, &lt;br&gt;
Gość po głowie się maca &lt;br&gt;
Obrzuca wzrokiem dom, &lt;br&gt;
A widząc trwogę gości &lt;br&gt;
Udaje, że to dowcip &lt;br&gt;
Mówiąc: - Kaj my to som? &lt;br&gt;
Więc nastrój się odpręża, &lt;br&gt;
Żona całuje męża, &lt;br&gt;
A żonę pieści mąż, &lt;br&gt;
Lecz skleroza przez kuchnię &lt;br&gt;
Znów wchodzi i jak buchnie!!!! &lt;br&gt;
... i tak już będzie wciąż! &lt;br&gt;
Hej, czyś cieć, czyś dygnitarz, &lt;br&gt;
Też cię kiedyś przywita &lt;br&gt;
Zacna ciocia skleroza &lt;br&gt;
I też ci da po głowie, &lt;br&gt;
Więc żyj z ludźmi jak człowiek &lt;br&gt;
I nie bądź taki kozak!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dwa pomniki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/548/</link><pubDate>Fri, 05 Oct 2001 19:39:07 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/548/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dwa pomniki
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na rynku wrocławskim gdzie domki się gnieżdżą jak barwne słoiki konfitur,&lt;br&gt;
Od kilku lat siedzi kamienny pan Fredro, ubrany w solidny garnitur.&lt;br&gt;
Naprzeciw zaś wieszcza, to znaczy vis a vis, miast Reja, Zapolskiej lub Prusa,&lt;br&gt;
Ktoś beczkę położył, a na niej usadził brzydkiego gołego Bachusa.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tra lom, tra li, tra la, patrzą na siebie pomniki dwa.&lt;br&gt;
Tra lam, tra li, tra lu, patrzą na siebie ze stron dwu.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nowe spojrzenie na "Hamleta"</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/549/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/549/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NOWE SPOJRZENIE NA "HAMLETA" 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Hej, nie wiadomo zupełnie jak trzeba grać Hamleta, &lt;br&gt;
 Grano Hamleta różnie, bo grała go kobieta, &lt;br&gt;
 Niejaka Modrzejewska, czy też Kwiatkowska nawet? &lt;br&gt;
 I Holoubek i Hanuszkiewicz stworzyli kreacje ciekawe: &lt;br&gt;
 Był Hamlet furiat i wariat, Hamlet cwaniak i Hamlet filozof, &lt;br&gt;
 Nawet Hamlet na motocyklu, Hamlet z pieskiem i Hamlet z kozą, &lt;br&gt;
 Hamlet myśliciel, zbawiciel i Hamlet zrobiony na chama, &lt;br&gt;
 Więc jeden młody reżyser kiedy otrzymał ten dramat, &lt;br&gt;
 To najpierw ze zmartwienia zzieleniał jak jaki ogórek, &lt;br&gt;
 A potem uderzył głową w kamienny, przydrożny murek, &lt;br&gt;
 I płakał i głośno biadolił: - O losie, losie fatalny, &lt;br&gt;
 Co robić, żeby mój Hamlet był całkiem oryginalny, &lt;br&gt;
 I żeby wśród grona krytyków i kompetentnych osób &lt;br&gt;
 Mówiono, że odczytałem Hamleta na nowy sposób? &lt;br&gt;
 I tak się tym wszystkim sfrustrował, tak o tym myślał dużo, &lt;br&gt;
 Że rozpił się, i nie było dnia żeby się nie urżnął, &lt;br&gt;
 A tu już premiera nadchodzi, już wali na salę publika, &lt;br&gt;
 Już znawca siada przy znawcy, a krytyk koło krytyka... &lt;br&gt;
 A wtem się uniosła kurtyna, orkiestra zagrała hopaka, &lt;br&gt;
 I spoza kulis wyleciał reżyser na czworakach, &lt;br&gt;
 Wyłącznie w sztywnych mankietach przymocowanych sznurkiem, &lt;br&gt;
 Z półlitrówką pod lewą pachą oraz z wetkniętym piórkiem, &lt;br&gt;
 I rąbnął ryjem o deski po stracie równowagi, &lt;br&gt;
 A jeden krytyk szepnął: - To aluzja, że król jest nagi!!! &lt;br&gt;
 Tymczasem nasz reżyser czknął, usiadł, potężnie chuchnął, &lt;br&gt;
 Odgryzł zębami butelkę i jął się zalewać matuchną &lt;br&gt;
 I krzyknął do Naczelnika Kultury: - A żebyś trzasnął! &lt;br&gt;
 A potem się wypiął na wszystkich, ziewnął dwukrotnie i zasnął, &lt;br&gt;
 A potem oklaski zabrzmiały i okrzyki: Bis! Brawo! Cudownie! &lt;br&gt;
 Ach jakież to nowe spojrzenie! Dać mu medal, kupić mu auto! &lt;br&gt;
 A jeden młody recenzent nawet rozdarł się "Autor, autor!!!" &lt;br&gt;
 - Ależ panie - wyszeptał kolega - przecież Szekspir nie żyje niestety...! &lt;br&gt;
 Młodzik pobladł i jęknął: - No patrz pan... a ja dzisiaj nie czytałem gazety...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Święcone materialisty</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/550/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/550/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ŚWIĘCONE MATERIALISTY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
Żył sobie materialista, co miał wierzącą żonę, &lt;br&gt;
 A przez to moc kłopotów, ponieważ ta żona &lt;br&gt;
 Koniecznie chciała mieć w domu święcone &lt;br&gt;
 A że nie miała, więc była wkurzona, &lt;br&gt;
 Tłukła szklanki, raz zupę wylała mu na głowę, &lt;br&gt;
 Więc ten nieszczęśnik, czując że w łeb sobie strzeli, &lt;br&gt;
 Krzyknął: &lt;i&gt;- Możemy mieć święcone, ale wyłącznie ludowe!!!&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
 No i mieli... Przede wszystkim zmienili nazwę zgodnie z tym planem, &lt;br&gt;
 Ze "święconego" na "akceptowane", &lt;br&gt;
 Następnie przygotowali potraw zestaw wielki, &lt;br&gt;
 Upiekli więc nie baby, lecz obywatelki, &lt;br&gt;
 Miast palmy zrobionej z bazi, postawili w przepięknej wazie &lt;br&gt;
 bardzo ciekawą książeczkę o nadbudowie i bazie w językoznastwie... &lt;br&gt;
 Skończywszy te prekursorskie praktyki &lt;br&gt;
 Udali się w celu odbycia przedświątecznej samokrytyki, &lt;br&gt;
 Poczem wrócili weseli w piękny, wiosenny poranek, &lt;br&gt;
 I nagle spostrzegli, że przecież wcale nie mają pisanek, &lt;br&gt;
 Ani jajka, by się nim dzielić. Na myśl o tym, wierzącej żonie &lt;br&gt;
 Zaczęły się oczy pocić i latać nerwowo dłonie, &lt;br&gt;
 Lecz mąż zawołał przytomnie: - Ach, na to także poradzę! &lt;br&gt;
 I podzielił się z nią wspomnieniami z okresu walki o władzę. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Degrengolada</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/551/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/551/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 DEGRENGOLADA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Degrengolada, degrengolada &lt;br&gt;
 W New-Yorku, Rzymie, Moskwie, Londynie &lt;br&gt;
 Tamta kultura z trzaskiem upada, &lt;br&gt;
 nasza rozkwitnie gdy zamęt minie. &lt;br&gt;
 Słusznie się kończy epoka - &lt;br&gt;
 Arystokraci, dziwki i pedzie! &lt;br&gt;
 Róże i wino to nie jest pokarm, &lt;br&gt;
 O wiele zdrowsza żytnia i śledzie! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt; 
Naszych pradziadów szczątki kopalne &lt;br&gt;
 Zwolna próchnieją w dziejowej trumnie, &lt;br&gt;
 My społeczeństwo postindustrialne &lt;br&gt;
 Jak rzekł Mc Luhan, czy może Szurmiej? &lt;br&gt;
 Trochę secesji, więcej procesji, &lt;br&gt;
 Ogromnie dużo habilitacji, &lt;br&gt;
 Gucio co prawda pierdnął na sesji, &lt;br&gt;
 lecz w politycznie słusznej tonacji! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dziwna kura</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/552/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/552/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 DZIWNA KURA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kędyś w Polsce był przysiółek, &lt;br&gt;
Wokół żyto i pszenica, &lt;br&gt;
A w przysiółku był zaułek &lt;br&gt;
Gdzie mieszkała cud-dziewica. &lt;br&gt;
Piękna była już od dziecka &lt;br&gt;
(bo przypadkiem miała dziecko) &lt;br&gt;
I chodziła stale w kieckach &lt;br&gt;
Z podhalańska-mazowiecko. &lt;br&gt;
Ojciec kochał swoją córę, &lt;br&gt;
Wciąż ją pieścił i przystrajał, &lt;br&gt;
Aż raz kupił dla niej kurę &lt;br&gt;
Co znosiła barwne jaja. &lt;br&gt;
Wiele było stąd rwetesu, &lt;br&gt;
Tłum zgromadził się pod progiem, &lt;br&gt;
I przyjechał pan profesor &lt;br&gt;
Co był znanym etnologiem. &lt;br&gt;
Lat miał osiemdziesiąt z górą, &lt;br&gt;
Siwa broda mu wyrosła &lt;br&gt;
I zawołał: Kuro kuro, &lt;br&gt;
znieś mi jajko! ... kura zniosła.&lt;br&gt;
Długo patrzył naukowiec, &lt;br&gt;
Wreszcie rzekł do asystentki: &lt;br&gt;
 - No no, sama pani powiedz, &lt;br&gt;
Jakie kolorowe centki... &lt;br&gt;
Aż się wokół mieni wszystko, &lt;br&gt;
Całkiem jak u Renoira... &lt;br&gt;
Czyżby się impresjonistką &lt;br&gt;
Okazała kura stara? &lt;br&gt;
Tu wyciągnął ekstra-mocne, &lt;br&gt;
W dymu się pogrążył chmurach, &lt;br&gt;
Myśląc, czemu wielkanocne &lt;br&gt;
Jajka niesie zwykła kura? &lt;br&gt;
lecz niedługo siedział solo, &lt;br&gt;
Bo nadjechał na "Junaku" &lt;br&gt;
Jeden znany ornitolog &lt;br&gt;
Co rozumiał mowę ptaków. &lt;br&gt;
Zaraz kurę zaczął badać &lt;br&gt;
I przełamał jej opory: &lt;br&gt;
 -Proszę prędko odpowiadać &lt;br&gt;
Skąd się wzięły te kolory? &lt;br&gt;
 Tak ją spytał w ciemnej sieni &lt;br&gt;
Gdzie zapędził ją z podwórka, &lt;br&gt;
A ta kura się rumieni &lt;br&gt;
I w zmieszaniu skubie piórka, &lt;br&gt;
Lecz pytana bez litości &lt;br&gt;
Rzekła: - Serca mi nie rańcie... &lt;br&gt;
To poniekąd grzech młodości &lt;br&gt;
I wspomnienie po bażancie... &lt;br&gt;
Był tu jeden taki bażant, &lt;br&gt;
Kolorowy niby tęcza.... &lt;br&gt;
Cóż... dziewczętom się to zdarza, &lt;br&gt;
Niech już pan mnie nie zamęcza... &lt;br&gt;
I skłoniła się na progu &lt;br&gt;
I pobiegła skubać kwiaty.... &lt;br&gt;
A na płocie zapiał kogut. &lt;br&gt;
Bardzo dziwny. Bo rogaty....&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dylemat</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/553/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/553/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DYLEMAT 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Mały Zyzio brzydko klął &lt;br&gt;
Więc go raz diabełek wziął &lt;br&gt;
Ten diabełek był przebrzydły &lt;br&gt;
I Zyzia nadział na widły &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I posadził go w Hadesie &lt;br&gt;
Na rozpalonym sedesie! &lt;br&gt;
Diabły się zebrały wokół &lt;br&gt;
I chciały robić protokół &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A jeden spytał wśród krzyku &lt;br&gt;
Gadaj jakżeś klął chłopczyku? &lt;br&gt;
A Zyzio odrzekł w żałości &lt;br&gt;
Kląłem psze diabła "wciórności" &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czasem także kląłem tak: &lt;br&gt;
A żeby cię trafił szlag&lt;br&gt;
oraz "Niech cię krew zaleje"&lt;br&gt;
A diabeł jak się zaśmieje!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dwanaście</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/554/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/554/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DWANAŚCIE 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt; 
Niejeden mną pomiatał szkwał, &lt;br&gt;
 I myślał że mnie porwie &lt;br&gt;
 I w boju jam odważnie trwał, &lt;br&gt;
 I w łożu było w normie, &lt;br&gt;
 Schodziłem pole, las i step, &lt;br&gt;
 Gdzie wilki nocą wyły, &lt;br&gt;
 Lecz samoobsługowy sklep - &lt;br&gt;
 To rzecz nad moje siły... &lt;br&gt;
 Kiedy tam wchodzę - wtedy cześć, &lt;br&gt;
 Paciorek mówię w duchu - &lt;br&gt;
 Bo w sklepie - ekspedientek sześć &lt;br&gt;
 W kamiennnym tkwi bezruchu, &lt;br&gt;
 A wszystkie wparły we mnie wzrok &lt;br&gt;
 I spojrzeń sześć mnie goni, &lt;br&gt;
 I sprawdza każdy drżący krok &lt;br&gt;
 I każdy ruch mej dłoni, &lt;br&gt;
 I wiem, że kropka, muszę wpaść, &lt;br&gt;
 Bo tok ich myśli słyszę: &lt;br&gt;
 - O, sukinsynu, chciałbyś skraść &lt;br&gt;
 Wiśniowy dżem z Pudliszek? &lt;br&gt;
 Ptiberów paczka ci się śni, &lt;br&gt;
 Marago, budyń w proszku, &lt;br&gt;
 Serek szwajcarski pachnie ci &lt;br&gt;
 I nęci zupa z groszku? &lt;br&gt;
 Byczki w tomacie chciałbyś mieć, &lt;br&gt;
 Śledziową szastać pastą? &lt;br&gt;
 Czterojajeczny pragniesz żreć &lt;br&gt;
 Makaron, ty orgiasto??? &lt;br&gt;
 Dążę z koszykiem w stronę drzwi &lt;br&gt;
 Ze wstydu bliski śmierci, &lt;br&gt;
 Sześć ekspedientek w przejściu tkwi &lt;br&gt;
 Pierś w pierś (dwanaście piersi!) &lt;br&gt;
 A że dorodną mamy młódź &lt;br&gt;
 O kształtach dużej klasy, &lt;br&gt;
 Więc płynę - rachityczna łódź - &lt;br&gt;
 Przez tuzin fal, do kasy... &lt;br&gt;
 W ręku druciany koszyk mam, &lt;br&gt;
 Za ciężki dla wymoczka, &lt;br&gt;
 Stąd częste ostrzeżenia dam: &lt;br&gt;
 - Nie spuszczaj mi pan oczka! &lt;br&gt;
 Dotarłszy wreszcie - nędzny wrak - &lt;br&gt;
 Ostatkiem sił do portu, &lt;br&gt;
 Chwytam długopis, papier, lak, &lt;br&gt;
 I piszę do resortu: &lt;br&gt;
 - Ministrze! Coś w tej mierze zrób! &lt;br&gt;
 Przedsięweź jakieś środki, &lt;br&gt;
 Wybuduj większe sklepy, lub &lt;br&gt;
 Do pracy przyjm sierotki &lt;br&gt;
 Znaczy się jakiś chudsze daj,&lt;br&gt;
 Których fizyczna cecha&lt;br&gt;
 Nie będzie typu "Rzym by night",&lt;br&gt;
 Lecz raczej typu "decha". &lt;br&gt;
 Ja wiem, że to drażliwa rzecz, &lt;br&gt;
 Że pan chciał jak najlepiej... &lt;br&gt;
 Sam także czasem lubię... lecz &lt;br&gt;
 Nie tuzin!!! I nie w sklepie!!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czeskie filmy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/555/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/555/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 CZESKIE FILMY &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach jakie piękne są czeskie filmy, &lt;br&gt;
Ileż w nich wielkoświatowej gracji, &lt;br&gt;
Jaki styl czysty, a tak sterylny &lt;br&gt;
Jak mleczko prosto z pasteryzacji, &lt;br&gt;
Jaki gatunek zdjęć jednolity, &lt;br&gt;
Jaki szlachetny sentymentalizm, &lt;br&gt;
I pozytywny kosmopolityzm &lt;br&gt;
I nylonowy neorealizm, &lt;br&gt;
Czyściutkich dziewcząt wdzięk infantylny, &lt;br&gt;
Dużo neonów i trochę seksu, &lt;br&gt;
Ach jakie piękne są czeskie filmy, &lt;br&gt;
Takie błyszczące jak z Jablonexu.... &lt;br&gt;
Uwaga, cisza, właśnie się kręci, &lt;br&gt;
Cierpią tancerki w dresach helanco, &lt;br&gt;
Po nocach dręczą się ekspedienci &lt;br&gt;
Zrobiwszy w sklepach niewielkie manko, &lt;br&gt;
W pięknych lokalach saksofoniści &lt;br&gt;
Lansują czacze umiarkowane, &lt;br&gt;
A młodzi ludzie - grzeczni i czyści - &lt;br&gt;
Idą parami na Malą Strangę, &lt;br&gt;
Oto piwiarni obraz dantejski, &lt;br&gt;
Orgia pilznerów, potem ból głowy..... &lt;br&gt;
Temat - ogólnoeuropejski, &lt;br&gt;
Problem wyraźnie ponadczasowy..... &lt;br&gt;
A my próbujmy i się wysilmy, &lt;br&gt;
I zapracujmy się aż po pachy, &lt;br&gt;
I tak - przy czeskich - te nasze filmy &lt;br&gt;
Są jak rzeź Pragi przy rzeźbach Prahy...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Chirurgia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/556/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/556/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 CHIRURGIA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; Ach jakiż sukces i ulga, &lt;br&gt;
 Ach wreszcie, ach nareszcie &lt;br&gt;
 Powstała plastyczna chirurgia &lt;br&gt;
 W naszym zapadłym mieście! &lt;br&gt;
 Powstała chirurgia plastyczna, &lt;br&gt;
 Więc koniec ze smutkiem i chandrą - &lt;br&gt;
 Jak Gina możesz być śliczna, &lt;br&gt;
 Śliczny - jak Marlon Brando! &lt;br&gt;
 Przychodzą całe wycieczki &lt;br&gt;
 A inni przychodzą sami: &lt;br&gt;
 - Poproszę mi wyciąć woreczki! &lt;br&gt;
 Nie te! O tu, pod oczkami! &lt;br&gt;
 Pan chirurg jak dobra wróżka, &lt;br&gt;
 Ogromna jest jego władza: &lt;br&gt;
 Jednemu przyszywa uszka, &lt;br&gt;
 Drugiemu zmarszczki wygładza, &lt;br&gt;
 Tu skrobie coś, tam przybija, &lt;br&gt;
 Ówdzie ostrożnie przykleja, &lt;br&gt;
 Czasami to taka szyja &lt;br&gt;
 Mu wyjdzie, że o jeja! &lt;br&gt;
 A czasem jakiś mąż sprytnie &lt;br&gt;
 Błaga chirurga na stronie: &lt;br&gt;
 - Niech pan tu trochę wytnie &lt;br&gt;
 A tam dołoży żonie! &lt;br&gt;
 A znowu kiedy indziej &lt;br&gt;
 Stawia zadania trudniejsze: &lt;br&gt;
 - Może tak panu wyjdzie &lt;br&gt;
 Zrobić z niej dwie, a szczuplejsze? &lt;br&gt;
 Jan Dreptak, co nos miał jak rubin &lt;br&gt;
 A uszy jak dwa naleśniki, &lt;br&gt;
 Też piękny się stał jak cherubin &lt;br&gt;
 I pobiegł do swojej podwiki, &lt;br&gt;
 Co też była przedtem szantrapa, &lt;br&gt;
 A nawet - powiedzmy - Ksantypa, &lt;br&gt;
 Podobna od góry do Flapa, &lt;br&gt;
 A za to od dołu Flipa. &lt;br&gt;
 Wszedł do niej i usiadł z wrażenia, &lt;br&gt;
 Bo też wyglądała cudownie, &lt;br&gt;
 Gdyż chirurg jej był powymieniał &lt;br&gt;
 Co tylko się dało dosłownie! &lt;br&gt;
 I zaraz przypadli do siebie &lt;br&gt;
 I miłość ujęła ich w dyby, &lt;br&gt;
 I było im dobrze jak w niebie, &lt;br&gt;
 Lecz Dreptak zmarkotniał jak gdyby, &lt;br&gt;
 Bo żona paskudna jak Jelcz &lt;br&gt;
 Nad ładną przewagę ma tę &lt;br&gt;
 Że można sobie przy niej wyobrażać Raquel Welch, &lt;br&gt;
 A przy pięknej kogo? Des Funes???? &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czujność</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/557/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/557/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CZUJNOŚĆ
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt; 
 Czasem człowiek się zada z jakimś ładnym podlotkiem, &lt;br&gt;
 Lub przeciwnie - z kimś takim, co to lubił Balzaca, &lt;br&gt;
 Ale niech tylko która z tych pań nazwie mnie kotkiem, &lt;br&gt;
 To natychmiast kapelusz biorę z kołka i frak, &lt;br&gt;
 I uciekam z mieszkania, względnie też z garsoniery, &lt;br&gt;
 I na takie numery, nie pozwalam się brać! &lt;br&gt;
 Wzrost mam metr osiemdziesiąt, nogę czterdzieści cztery, &lt;br&gt;
 Ważę setkę bez mała, a tu kotek, psia mać! &lt;br&gt;
 Kiedyś znowu, gdym jedną panią sobie przygruchnął &lt;br&gt;
 (to jest tempus perfectum od gruchania, pan wie...) &lt;br&gt;
 Ona - w chwili czułości - wyszeptała: - Ciapuchno... &lt;br&gt;
 A ja łaps za garnitur, hyc do drzwi i adieu! &lt;br&gt;
 Bracia moi! Zwiewajcie gdy was tak ktoś zagaja, &lt;br&gt;
 Z najwspanialszych rozkoszy rezygnujcie wy w mig! &lt;br&gt;
 Wy nie wiecie, jak bardzo to rozkleja, rozbraja, &lt;br&gt;
 I jak w kotka faktycznie krasy zmienia się byk! &lt;br&gt;
 Dalej wszystko już idzie - by tak rzec - łańcuchowo, &lt;br&gt;
 Za czułymi nazwami straszna kryje się treść: &lt;br&gt;
 - Kotku, zrób no mi tamto, ciapek, podaj mi owo, &lt;br&gt;
 Piesku, usmaż omlecik, bo kiciunia chce jeść! &lt;br&gt;
 Smaży ciapek i tyra kotek, zmywa i biega, &lt;br&gt;
 Przez laseczkę bez mała skacze, słysząc: - No, hop! &lt;br&gt;
 I nieszczęsna, tragiczna zeń się robi lebiega &lt;br&gt;
 Chociaż jeszcze niedawno taki fajny był chłop... &lt;br&gt;
 Więc ostrzegam panowie - gaz do dechy i w krzaki, &lt;br&gt;
 Nie ujarzmią nas słówka, choćby słodkie jak drops, &lt;br&gt;
 Myśmy orły stepowe, zabajkalskie kozaki... &lt;br&gt;
 [drzwi]... rany... żona wróciła... a mnie spalił się klops... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Czy Wrocław jest nowoczesny</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/558/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/558/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 CZY WROCŁAW JEST NOWOCZESNY 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Problem to chyba przedwczesny &lt;br&gt;
 Nie ja go rozstrzygać będę: &lt;br&gt;
 Czy Wrocław jest nowoczesny? &lt;br&gt;
 Zależy pod jakim względem. &lt;br&gt;
 Ciągle w nim jeszcze się zbliża &lt;br&gt;
 I w jednym kotłuje się worku &lt;br&gt;
 Dusza mieszkańca Kocmyrza &lt;br&gt;
 Z duszą mieszkańca New-Yorku. &lt;br&gt;
 Trudno przewidzieć po prostu &lt;br&gt;
 Jak zewrze się, jak wyprzęśli, &lt;br&gt;
 komputer obok kompostu, &lt;br&gt;
 Krzyk gęsi przy wtórze gęśli? &lt;br&gt;
 Teoria kwarków za kwartę &lt;br&gt;
 Macherzy i liczba Macha, &lt;br&gt;
 I Jean Paul Sartre z Markiem Sartem &lt;br&gt;
 I "no to bach" z fugą Bacha. &lt;br&gt;
 Stoją wysmukłe wieżowce, &lt;br&gt;
 Dymią fabryczne kominy &lt;br&gt;
 Pasą się krowy i owce &lt;br&gt;
 Bób rośnie, i oziminy. &lt;br&gt;
 Syn jest lekarzem, ma fiata, &lt;br&gt;
 Córuś atomy rozbija, &lt;br&gt;
 Nóżki wymoczył se tata &lt;br&gt;
 I w beczce kapustę ubija. &lt;br&gt;
 Jadą Finowie, Norwedzy &lt;br&gt;
 Zobaczyć "Trzynaście Rzędów", &lt;br&gt;
 Przysiadł Walenty na miedzy &lt;br&gt;
 I gwarzy na temat spędu. &lt;br&gt;
 Tutaj Matejko w Muzeum, &lt;br&gt;
 Tam - nowy atom Andre Gide'a, &lt;br&gt;
 A Dreptak skradł linoleum &lt;br&gt;
 W biurze, bo w domu się przyda... &lt;br&gt;
 Staś wrócił ze Stanów Fordem &lt;br&gt;
 Gdzie występował rok prawie, &lt;br&gt;
 To zaraz zbili mu mordę &lt;br&gt;
 W klubie na popijawie. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Co można</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/559/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/559/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CO MOŻNA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Można wrednym być jak Czombe, &lt;br&gt;
 Podłożyć pod tapczan bombę, &lt;br&gt;
 Nie wiedzieć kim był Jan Trzeci, &lt;br&gt;
 Uwieść matkę trojga dzieci &lt;br&gt;
 I - pozostawszy z czwórką - &lt;br&gt;
 Jeszcze nazwać wodną kurką. &lt;br&gt;
 Można wykiwać milicję &lt;br&gt;
 I się stoczyć na pozycję, &lt;br&gt;
 Można też ubogiej psinie &lt;br&gt;
 Naubliżać po łacinie, &lt;br&gt;
 Wyżreć resztę jadła z miski &lt;br&gt;
 I jeszcze jej obić pyski. &lt;br&gt;
 Można pracowitej pszczółce &lt;br&gt;
 Zabrać siłą miodek z mordki, &lt;br&gt;
 Można w biednej, wiejskiej szkółce &lt;br&gt;
 Zepsuć elektryczne korki, &lt;br&gt;
 Można też podeptać gazon, &lt;br&gt;
 Można puścić prąd w sztachety &lt;br&gt;
 Można napaskudzić w wazon &lt;br&gt;
 Wrzucając doń liczne pety, &lt;br&gt;
 Ciotkę co magluje żagiel &lt;br&gt;
 Można nagle pchnąć biedaczkę, &lt;br&gt;
 A kiedy przejdzie przez magiel - &lt;br&gt;
 Zrobić z ciotki wycieraczkę. &lt;br&gt;
 Można też w pociągu sztuczki &lt;br&gt;
 Urządzić brzydkie czasami, &lt;br&gt;
 Krzyżując rączkę od spłuczki &lt;br&gt;
 Klozetowej, z hamulcami, &lt;br&gt;
 Poczem kto szarpnie, ten straci, &lt;br&gt;
 Pociąg stanie - gość zapłaci. &lt;br&gt;
 Każda z tych rzeczy jest zdrożna &lt;br&gt;
 I ukaraną być musi, &lt;br&gt;
 Ale ostatecznie można &lt;br&gt;
 Jak już kogoś bardzo kusi, &lt;br&gt;
 lecz niech wszyscy pamiętają &lt;br&gt;
 Że nie ma gorszego świntuszka &lt;br&gt;
 Niż ten co udaje że nie widzi w tramwaju &lt;br&gt;
 Że obok stoi zmęczona, ciężarna staruszka.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada II</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/560/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/560/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 BALLADA II 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Żegnaj kraino maluchów, &lt;br&gt;
 Dłużej tu siedzieć nie mogę, &lt;br&gt;
 Grunt żeby ciągle być w ruchu, &lt;br&gt;
 Grunt żeby znów ruszyć w drogę. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Przemierzam na swojej łajbie &lt;br&gt;
 Świata ogromne połacie, &lt;br&gt;
 Ludzie przeważnie są fajni, &lt;br&gt;
 Gdzie spojrzeć - tam jakiś przyjaciel. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, otwierajcie się bramy, &lt;br&gt;
Wichrze przyjazny wiej, &lt;br&gt;
Uwaga, wszyscy wołamy: &lt;br&gt;
- Dziej się przygodo, dziej, &lt;br&gt;
Dziej się przygodo, hej hej! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Lecz przygód nam nie poskąpi, &lt;br&gt;
 Zaraz wichura się zerwie, &lt;br&gt;
 Ale to wszystko nastąpi &lt;br&gt;
 Za dziesięć minut, po przerwie! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Burbonowie i Heniuś</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/561/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/561/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BURBONOWIE I HENIUŚ 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Burbonowie wracają, kochani, &lt;br&gt;
 Prasa trąbi na różne tony, &lt;br&gt;
 Że już wkrótce ma panować w Hiszpanii &lt;br&gt;
 Juan Carlos, hrabia Barcelony! &lt;br&gt;
 Przyobiecał mu generał Franco: &lt;br&gt;
 - W razie gdybym kojfnął, to kapujesz.... &lt;br&gt;
 Już prześliczne, szczerozłote wdzianko &lt;br&gt;
 Juanowa Carlosowa haftuje! &lt;br&gt;
 Już się czyści koronę i berło &lt;br&gt;
 Stary sługa z hiszpańska klnie: &lt;br&gt;
 - Dokumentnie zaśniedziało, ścierwo, &lt;br&gt;
 Donnerwetter, carramba, oll: &lt;br&gt;
 W innych krajach też ożywienie, &lt;br&gt;
 Habsburgowa budzi Habsburga: &lt;br&gt;
 - Możesz znowu znaleźć się na scenie! &lt;br&gt;
 Włóż-no spodnie i nie siedź jak murga! &lt;br&gt;
 Hohenzollern wyszedł przed chałupę, &lt;br&gt;
 Sabaudczycy rozejrzeli się bystro, &lt;br&gt;
 Kneź Romanow, podając zupę, &lt;br&gt;
 Klientelę ochlapał w bistro. &lt;br&gt;
 Koburgowie ruszyli w swinga, &lt;br&gt;
 Walezjusze koronację ćwiczą, &lt;br&gt;
 Zaś Kapetyng do Kapetynga &lt;br&gt;
 Rzekł z paryskim wdziękiem: - Nu tak byczo! &lt;br&gt;
 A co z Polską? Jak doniosła prasa, &lt;br&gt;
 Zootechnik Heniuś Jagiellończyk &lt;br&gt;
 Pobił żonę po wypiciu pół basa. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Alternatywa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/562/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/562/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ALTERNATYWA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
 Z okazji Nowego Roku, gdy król jak również królowa &lt;br&gt;
 Dawali czcigodne dłonie do całowania ministrom, &lt;br&gt;
 Ambasador Wysp Wielkanocnych radykalnie i szybko zwariował &lt;br&gt;
 I wziąwszy królową za klapy, powiedział do niej: - Ty glisto! &lt;br&gt;
 Tu cisza zapadła na dworze... tylko oddech biskupowi świszczał, &lt;br&gt;
 A marszałkowi dworu zabrzęczała diamentowa sprzączka przy szelkach, &lt;br&gt;
 I wesołe, trawienne soki harcowały w żołądku ochmistrza, &lt;br&gt;
 I paź, co zasnął za portierą jęknął cichutko: Ach... Felka... &lt;br&gt;
 nikt więcej nic nie powiedział... ba, palcem nikt nie skinął. &lt;br&gt;
 Zresztą wszyscy dosłownie zdębieli ze strachu i konsternacji. &lt;br&gt;
 A wtem - po dziesięciu sekundach - obłęd ambasodorowi minął. &lt;br&gt;
 I ambasador zmieszany próbował jakoś wybrnąć z tej sytuacji. &lt;br&gt;
 Przede wszystkim, zauważywszy że trzyma jeszcze królową w dłoniach &lt;br&gt;
 Zaczął chrząkać, przyglądać się z bliska, zaskoczenie wielkie udawał, &lt;br&gt;
 A potem beknął - Przepraszam, ja myślałem, że to fisharmonia! &lt;br&gt;
 A to pani królowa! Hy hy hy! Ale to ci dopiero kawał! &lt;br&gt;
 Liczył na to, że śmiechy wybuchną i że wszędzie zrobi się głośno &lt;br&gt;
 Ale cisza trwała w około, więc podrapał się niepewnie w łopatkę, &lt;br&gt;
 Zaczął bąkać jakąś historię, równie głupią co durną i sprośną &lt;br&gt;
 Wreszcie usiłował stanąć na rękach, przy czym kopnął królową matkę. &lt;br&gt;
 Cisza trwała, a ambasador coraz bardziej swą pewność tracił &lt;br&gt;
 Chciał zjeść coś, ale czknął głośno i oblał się zupą żówią, &lt;br&gt;
 A wreszcie powiesił się biedak na troczkach od własnych gaci... &lt;br&gt;
 I to było jedyne wyjście, tak między nami mówiąc...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lucerna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/563/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/563/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 LUCERNA 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Artysta Jan Dreptak, baryton dość mierny,&lt;br&gt;
Powrócił przedwczoraj z odległej Lucerny &lt;br&gt;
Gdzie odbył się właśnie muzyczny festiwal, &lt;br&gt;
I on - ten Jan Dreptak - podobno tam śpiwał, &lt;br&gt;
Więc teraz się chwali i puszy niezmiernie: &lt;br&gt;
- Ja bracie, rozumiesz, śpiewałem w Lucernie! &lt;br&gt;
Bryluje, tokuje, przechwałki i gadki, &lt;br&gt;
Odmienia Lucernę na wszystkie przypadki, &lt;br&gt;
Osiągnął w tej branży precyzję niezmierną: &lt;br&gt;
Lucerna, Lucerny, Lucernę, Lucerną, &lt;br&gt;
Trajkoce przy wódce, przy żonie, przy robrze, &lt;br&gt;
Jak słyszę "Lucerna"- to jest mi niedobrze.&lt;br&gt;
Wiem jednak co zrobię - przebudzę się z rana,&lt;br&gt;
I pójdę na pole Trypućki Juliana, &lt;br&gt;
Tam wezmę organki, i siedząc na polu, &lt;br&gt;
To zagram, co śpiewał pan Woźniak w Opolu, &lt;br&gt;
Dość cicho atoli, bo by mnie przetrzepał &lt;br&gt;
Ten Julian Trypućko, że mu wlazłem w rzepak. &lt;br&gt;
Gdy zasię wieczorem ten Dreptak pyszałek &lt;br&gt;
Znów zacznie się chwalić: - W Lucernie śpiewałem! &lt;br&gt;
Przygwożdżę go krótko: - To co, ty chojraku? &lt;br&gt;
Tyś śpiewał w Lucernie - ja grałem w Rzepaku! &lt;br&gt;
I gość momentalnie poczuje się glistą..... &lt;br&gt;
Ach, dobrze czasami być kalamburzystą! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Liczydła</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/564/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/564/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
LICZYDŁA 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt; 
 Gdzieś na głębokiej prowincji, w biurze rozrachunkowym &lt;br&gt;
 Gdzie diabeł "dobranoc" nie mówi, lecz śpi oparty na widłach &lt;br&gt;
 Żył Jan Sebastian Paziułko, z zawodu starszy księgowy, &lt;br&gt;
 Co od lat przeszło czterdziestu wciąż liczył coś na liczydłach. &lt;br&gt;
 Co mianowicie liczył trudno to sprawdzić w tej chwili &lt;br&gt;
 Może plon rzepy z hektara a może produkcję powideł? &lt;br&gt;
 Zresztą nikt o tym nie myślał, bo wszyscy przyzwyczaili &lt;br&gt;
 się do ciągłego stukotu jego drewnianych liczydeł. &lt;br&gt;
 powoli wokół Paziułki krajobraz cały się zmieniał &lt;br&gt;
 Powstało dużo cyrków, fabryk, rajtsz-uli i domów &lt;br&gt;
 Posłusznie w ziemię się kładły co starsze pokolenia &lt;br&gt;
 By zwolnić dla nowych pokoleń potrzebne ilości atomów. &lt;br&gt;
 Już starszy z synów Paziułki został wybrany na posła &lt;br&gt;
 A młodszy się nawet zastrzelił - jak mówią - z powodu kobiety, &lt;br&gt;
 A on wciąż liczył i liczył, i tylko broda mu rosła, &lt;br&gt;
 I spracowane palce mu powykręcał artretyzm &lt;br&gt;
 Dopiero po wielu latach zauważyli potomni &lt;br&gt;
 Że to już nie jest księgowy lecz symbol lub metafora, &lt;br&gt;
 A nawet trochę Pan Bóg, trochę znowóż pomnik, &lt;br&gt;
 lub może nawet komputer na diodach i tranzystorach. &lt;br&gt;
 Chcieli go więc umaić wawrzynem i aloesem, &lt;br&gt;
 Dać szablę honorową zdobną w złociste rapcie &lt;br&gt;
 Albo ogłosić go radcą, względnie też nawet prezesem &lt;br&gt;
 I ofiarować w prezencie ciepłe filcowe kapcie. &lt;br&gt;
 Ale on tego nie chce, wciąż kręci przecząco głową &lt;br&gt;
 I tylko czasami sobie trochę fasoli podje, &lt;br&gt;
 I znowu się zasłuchuje w liczydlła trzeszczące miarowo &lt;br&gt;
 I słyszy w trzasku liczydeł różne prześliczne melodie &lt;br&gt;
 Słyszy w nich szum oceanów, słyszy muzykę Bartoka &lt;br&gt;
 Ryk samolotu Lindbergha i maszynowy karabin &lt;br&gt;
 I psalm proroka Dawida i nawet melodię rocka &lt;br&gt;
 Przy której smukłe modelki wychodzą z nadmorskich kabin &lt;br&gt;
 Krzyczą w tym trzasku dzieci i rżą ułańskie konie, &lt;br&gt;
 I ginie tysiąc walecznych i pełzną przez prerię Apacze &lt;br&gt;
 I grają wierne liczydła wielką, największą symfonię &lt;br&gt;
 A Jan Sebastian Paziułko z zachwytu i lęku płacze. &lt;br&gt;
 A przeto nie przeszkadzajmy, nie przyprawiajmy mu skrzydeł &lt;br&gt;
 I nie starajmy się stroić go w aureolę i róże &lt;br&gt;
 Pozwólmy mu się rozstrzelać salwami własnych liczydeł &lt;br&gt;
 Gdzieś na głębokiej prowincji, w rozrachunkowym biurze.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Łupki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ll/565/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ll/565/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; 
ŁUPKI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żył raz pewien słynny naukowiec &lt;br&gt;
Profesor Nauk Geologicznych &lt;br&gt;
Co pracował jako wybitny fachowiec &lt;br&gt;
Przy wyszukiwaniu łupków bitumicznych. &lt;br&gt;
Niewiele jest ludzkich grupek &lt;br&gt;
Dokładnie i bezbłędnie wiedzących &lt;br&gt;
Co to znaczy bitumiczny łupek &lt;br&gt;
/chyba że dupek i do tego dzwonny/. &lt;br&gt;
I my także się na tym nie znamy, &lt;br&gt;
Nie wiemy jakie ma zastosowania, &lt;br&gt;
Tylko tak na plus minus przypuszczamy &lt;br&gt;
Że jak łupek, to zapewne do łupania. &lt;br&gt;
Może kiedy kogoś łupnąć trzeba? &lt;br&gt;
Lub do wyrobu sztucznych łup na pomidory? &lt;br&gt;
W każdym razie gość zarabiał na kawałek chleba &lt;br&gt;
Wiercąc w ziemi głębokie otwory, &lt;br&gt;
Różne skały badając przez lupę &lt;br&gt;
I wyrzucając je zaraz &lt;br&gt;
Z okrzykami: - To nie łupek, to nie łupek, to nie łupek, &lt;br&gt;
I to też nie łupek, kurdebalans! &lt;br&gt;
Tak pracował wiercąc kamień, piach i błoto &lt;br&gt;
Włosy mu się z czasem przerzedziły, &lt;br&gt;
Aż raz nagle natrafił na złoto &lt;br&gt;
Pod postacią o ...gdzieś takiej grubej żyły... &lt;br&gt;
Zaraz mu na szyi wyszła gula, &lt;br&gt;
Chciał coś krzyknąć, ale na próżno, &lt;br&gt;
Więc pochwycił flaszkę z napisem "Vistula" &lt;br&gt;
I się prawie natychmiast urżnął. &lt;br&gt;
Podopuszczał się różnych ekscesów &lt;br&gt;
Ze sprzątaczką o nazwisku Zofia Kaczka, &lt;br&gt;
Przyczem darł się: - jestem bliski sukcesu!!! &lt;br&gt;
- Jak to bliski? - zapytała sprzątaczka, &lt;br&gt;
jodynując sobie w międzyczasie kota, &lt;br&gt;
Który odniósł obrażenia liczne. &lt;br&gt;
- A bo - wyjaśnił geolog - w pobliżu złota &lt;br&gt;
Występują czasem łupki bitumiczne! &lt;br&gt;
... tak tak, jak byśmy na tę historię nie popatrzyli, &lt;br&gt;
Zbyt wąska specjalizacja stwarza szlachetnych debili.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kolacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/566/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/566/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOLACJA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W strojne szaty odziani, piękni jak bogowie, &lt;br&gt;
Pełni niewymuszonej i wytwornej gracji, &lt;br&gt;
Do obfitego stołu siedli Dreptakowie &lt;br&gt;
W celu skonsumowania pożywnej kolacji. &lt;br&gt;
Całkiem jak na obrazie mistrza Leonarda &lt;br&gt;
Siedzieli. Jedni wąsy mieli, inni biusty &lt;br&gt;
A przed nimi na stole leżała pularda, &lt;br&gt;
kilka pęczków rzodkiewek i micha kapusty. &lt;br&gt;
Najstarszy dziadzio Dreptak, ongiś słynny strzelec, &lt;br&gt;
Ucałował szarmancko rączkę swojej żony, &lt;br&gt;
Wbił w dymiącą pulardę srebrzysty widelec, &lt;br&gt;
Spojrzał ciepło na wszystkich i rzekł rozczulony: &lt;br&gt;
- Wątpię moi kochani, czy w skłóconym świecie &lt;br&gt;
Na który tyle klęsk już i makabry spadło, &lt;br&gt;
Drugą taką porządną rodzinę znajdziecie, &lt;br&gt;
Takie pełne tradycji i godności stadło... &lt;br&gt;
Na to odparł łagodnie inny Dreptak, stryjek &lt;br&gt;
z czołem pięknie sklepionym, jak gotyckie okno: &lt;br&gt;
- Za twe mądre słowa drogi dziadziu piję! &lt;br&gt;
Wypił, czknął w czystą chustkę i w ramię go cmoknął. &lt;br&gt;
Natychmiast wszystkim wokół oczy się zamgliły, &lt;br&gt;
Babcia Wera objęła ciotunię Emilię, &lt;br&gt;
A dziadunio chcąc wzruszenie ukryć, z całej siły &lt;br&gt;
Zaczął dzielić pulardę pomiędzy familię.... &lt;br&gt;
Jednym dał smaczne łapki a innym skrzydełka, &lt;br&gt;
Jednemu z wujów szyjkę, drzgiemu kuperek, &lt;br&gt;
A ciotuniom ze środka kurzego truchełka &lt;br&gt;
Wyjął piękną wątróbkę w otoczeniu nerek&lt;br&gt;
Tamtemu brzuszek wręczył, a owemu grzbiecik, &lt;br&gt;
Wydłubał wszystko mięsko z każdego zakątka, &lt;br&gt;
I złożył na talerze co najmniejszych dzieci... &lt;br&gt;
A wtem stryj spytał cierpko: - A gdzie są piersiątka? &lt;br&gt;
W dziadka jakby grom strzelił, względnie szlag go trafił, &lt;br&gt;
Widać było przez chwilę, że ze sobą walczy, &lt;br&gt;
Ale że w żaden sposób zdzierżyć nie potrtafił, &lt;br&gt;
Chwycił stryja za halsztuk i rzekł: Ty padalcze! &lt;br&gt;
Tu pchnął go, a stryj upadł, a za nim skorupy, &lt;br&gt;
Garnki, szklanki, talerze, widelce i tace, &lt;br&gt;
Atoli stryjna chochlę wyciągnąwszy z zupy &lt;br&gt;
Gwizdnęła dziadka krzepko w promienistą glacę... &lt;br&gt;
Dziadek postawił zeza, zaklął po łacinie, &lt;br&gt;
Przetłumaczył przekleństwo jędrnym słowem: - Dziwka! &lt;br&gt;
A w miejscu uderzenia na zacnej łysinie &lt;br&gt;
Rosła mu z cichym gwizdem fioletowa śliwka... &lt;br&gt;
Tutaj już wszyscy naraz jęli się naparzać, &lt;br&gt;
I kto komu co może nawzajem doradzać, &lt;br&gt;
I po splamionych tłuszczem dywanach się tarzać &lt;br&gt;
I jedni drugim głowy do kapusty wsadzać.... &lt;br&gt;
A wtem ciotka Emilia głosem z głębi łona &lt;br&gt;
Krzyknęła: - Stop! Przerwijcie bratobójcze waśnie! &lt;br&gt;
Nie pulardeśmy widać jedli, lecz kapłona, &lt;br&gt;
I w tych piersi dlatego brak na pewno właśnie! &lt;br&gt;
Więc zaczęli się jednać, oczyszczać z pasztetów, &lt;br&gt;
I znów dowodzić że są mesjaszem Europy. &lt;br&gt;
A najgodniej dziadunio, choć w głębi sztybletów &lt;br&gt;
Skradzione kurze piersi cisnęły go w stopy. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Komisja i komisarz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/567/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/567/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOMISJA I KOMISARZ 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 W zakładach Emilii Plater &lt;br&gt;
 Słynących z produkcji obcążek &lt;br&gt;
 Wybrano Komisję-Matkę. &lt;br&gt;
 Która jakoś nie chciała zajść w ciążę&lt;br&gt;
 Wciąż była Komisją-Panną, &lt;br&gt;
 Wybory nie mogły się skończyć, &lt;br&gt;
 A tu już robi się rano &lt;br&gt;
 I słońce przez szyby się sączy, &lt;br&gt;
 A ta Komisja wciąż nie chce &lt;br&gt;
 Jak jaka uparta kobieta, &lt;br&gt;
 Chociaż sam prezes ją łechce &lt;br&gt;
 I szeptem namawia Sekretarz, &lt;br&gt;
 I nawet Liga Kobiet &lt;br&gt;
 Błaga ją w zgodnym chórze: &lt;br&gt;
 - Niechże już pani to zrobi, &lt;br&gt;
 Bo my tu w końcu umrzem! &lt;br&gt;
 Aż jak Dyrektor nie zaklnie &lt;br&gt;
 (co mu się rzadko zdarza): &lt;br&gt;
 - Komisji-Matki gdy zabraknie - &lt;br&gt;
 Dać Dreptaka na Komisarza! &lt;br&gt;
 A Dreptak, który od wtorku &lt;br&gt;
 Wprost marzył by zyskać władzę, &lt;br&gt;
 Kryguje się: - Dyrektorku, &lt;br&gt;
 Nie wiem czy sobie poradzę... &lt;br&gt;
 Tak mnie obarczać, pfe, brzydki... &lt;br&gt;
 Tu spojrzał nań czułym okiem &lt;br&gt;
 I zaczął się drapać w łydki &lt;br&gt;
 I wogóle zaczął być kokiet, &lt;br&gt;
 Chichotał i wąchał kwiatki, &lt;br&gt;
 Jak jaki stary idiota... &lt;br&gt;
 Tak zamiast Komisji-Matki &lt;br&gt;
 Powstał Komisarz-Ciota!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kozak pana Zagłoby</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/568/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/568/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOZAK PANA ZAGŁOBY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Hej ni tudy ni siudy &lt;br&gt;
 Dalej bratcy w prisiudy &lt;br&gt;
 Dajmo sobie ducha &lt;br&gt;
 Rypcium pypcium ucha! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej kozaki kozaki &lt;br&gt;
W stepi tri wilkołaki &lt;br&gt;
Zarizały starucha &lt;br&gt;
Rypcium pypcium u-cha! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Hej kniahini, kniahini &lt;br&gt;
 Dajte wodki i dyni &lt;br&gt;
 Dobra wodka siwucha &lt;br&gt;
 Rypcium pypcium ucha! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dajte maty do chaty &lt;br&gt;
Ne kupujte na raty &lt;br&gt;
Radia ani świntucha &lt;br&gt;
Rypcium pypcium ucha! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Miał ataman buhaja &lt;br&gt;
 Ciągną jego do gaja &lt;br&gt;
 mocny buhaj psiajucha &lt;br&gt;
 Rypcium pypcium ucha! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Komputerek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/569/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/569/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOMPUTEREK 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Kiedyś jeden kumoterek &lt;br&gt;
 Kupił sobie komputerek &lt;br&gt;
 Bo przeczytał w wydawnictwie &lt;br&gt;
 O postępowym rolnictwie, &lt;br&gt;
 Że jak korzyść ma dać gleba &lt;br&gt;
 To wpierw poobliczać trzeba &lt;br&gt;
 Ile sypnąć saletrzaku &lt;br&gt;
 By zwiększyć plony rzepaku &lt;br&gt;
 I ile musi zjeść kura &lt;br&gt;
 By miała jaja i pióra. &lt;br&gt;
 Wieśniak przywiózł cement, szuter, &lt;br&gt;
 Zrobił garaż na komputer, &lt;br&gt;
 Pozatykał słomą szpary &lt;br&gt;
 I powiada: - Hajda stary! &lt;br&gt;
 Gadaj mi zaraz komputrze &lt;br&gt;
 Co zrobić w polu pojutrze! &lt;br&gt;
 A komputer zadygotał, &lt;br&gt;
 Drgnął, poraził prądem kota, &lt;br&gt;
 Zadymił, wypuścił gazy, &lt;br&gt;
 Odbiło mu się dwa razy, &lt;br&gt;
 Podrapał się gwintem w ciemię: &lt;br&gt;
 - Rób - powiada - akademię! &lt;br&gt;
 na to rolnik wziął kłonicę, &lt;br&gt;
 Przerobił ją na mównicę, &lt;br&gt;
 Zbudził żonę, psa i krowę &lt;br&gt;
 I wygłosił do nich mowę, &lt;br&gt;
 Krzycząc że na każde pólko &lt;br&gt;
 Trzeba wejść z pieriegorulką &lt;br&gt;
 (bo ten wyraz brzmiący swojsko &lt;br&gt;
 mylił mu się z pieriestrojką). &lt;br&gt;
 Skończył, i do komputera &lt;br&gt;
 Znów z pytaniem: - No, co tera? &lt;br&gt;
 - Tera - rzekł komputer dziarski - &lt;br&gt;
 Zrób festiwal piosenkarski! &lt;br&gt;
 Chłopu ciarki przeszły wszędzie &lt;br&gt;
 Lecz powiada: - Niech ci będzie! &lt;br&gt;
 Wyjął z komody szufladę, &lt;br&gt;
 Urządził na niej estradę &lt;br&gt;
 I odśpiewał jakciemogę &lt;br&gt;
 hit o pluciu na podłogę, &lt;br&gt;
 Streszczający bez wątpienia &lt;br&gt;
 Trend młodego pokolenia. &lt;br&gt;
 A komputer znowu każe: &lt;br&gt;
 - Urządź spotkanie z pisarzem, &lt;br&gt;
 Może być Lenart lub Safjan... &lt;br&gt;
 Wówczas chłop w gronie parafian &lt;br&gt;
 Oraz z pomocą aktywu &lt;br&gt;
 Zdjął komputer ze statywu, &lt;br&gt;
 Łyknął bimbru dla rozgrzewki &lt;br&gt;
 I dawaj go kopać w cewki, &lt;br&gt;
 Warcząc: - Oż ty jakiś jeden, &lt;br&gt;
 Toż przez ciebie wpadnę w biedę!&lt;br&gt;
 Ja tu śpiewam, albo gadam, &lt;br&gt;
 A obejście podupada! &lt;br&gt;
 Wówczas z nieszczęsnej maszyny &lt;br&gt;
 Posypały się sprężyny, &lt;br&gt;
 Przerwała się jej indukcja &lt;br&gt;
 I wypadła z niej instrukcja &lt;br&gt;
 Z napisem: "Komputer Toeplitz, &lt;br&gt;
 Model dla klubów i świetlic". &lt;br&gt;
 - Jejku! - jęknął rolnik w stresie - &lt;br&gt;
 Znów spieprzyli coś w GS-ie! &lt;br&gt;
 Co ja na wsi zrobię z wraku,&lt;br&gt;
 Przeznaczonego dla miasta? &lt;br&gt;
 O! Wiem! parnik do ziemniaków! &lt;br&gt;
 Chłop potęgą jest, i basta! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Klęska matrosa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/570/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/570/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KLĘSKA MATROSA
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Bywał na szkierach północnych i na ryczących czterdziestkach &lt;br&gt;
 Bił się w panamskiej tawernie, a kochał na wyspie Bali, &lt;br&gt;
 Solą ze wszystkich mórz świata przesiąkła jego zydwestka &lt;br&gt;
 Był wolny jak morski orzeł, aż wreszcie go schwytali. &lt;br&gt;
 I oto siedzi samotny, noc nad nim godziny przędzie, &lt;br&gt;
 Pod czaszką się kłębi myśl zimna jak węgorz albo zaskroniec &lt;br&gt;
 I usta szepczą bezwiednie: - Co teraz ze mną będzie? &lt;br&gt;
 A jakiś głos odpowiada: - Nic już nie będzie. To koniec. &lt;br&gt;
 On, który był taki cwany, taki przebiegły i chytry, &lt;br&gt;
 Że umiał przewidzieć swych wrogów ruchy i myśli najskrytsze &lt;br&gt;
 Nawet gdy wypił uprzednio litr, ba, co mówię, dwa litry, &lt;br&gt;
 Teraz powiada ze strachem: - Tego tu nie przechytrzę.... &lt;br&gt;
 O, smutny to będzie widok, żałosny to będzie popis, &lt;br&gt;
 Straszliwa to będzie hańba i wszystko się nagle zerwie... &lt;br&gt;
 Trzykrotnie opadła mu ręka zbrojna w angielski długopis &lt;br&gt;
 Na zmięty arkusz papieru o trupio-żółtej barwie... &lt;br&gt;
 Aż wreszcie zebrał się w sobie i łkanie zamarło mu w grdyce, &lt;br&gt;
 I szepnął: - Trzeba do końca zachować postawę dzielną &lt;br&gt;
 I zaczął wypełniać dokładnie, rubryka po rubryce &lt;br&gt;
 Podstępną, piekielną, okropną - deklarację przewozowo-celną...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jeden łyk</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/571/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/571/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
JEDEN ŁYK 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Wiatr łopoce w proporcach, &lt;br&gt;
 Ciemno choć wykol oko, &lt;br&gt;
 Wśród książęcego dworca &lt;br&gt;
 Wszystko już śpi głęboko. &lt;br&gt;
 Śpi wartownik przy bramie, &lt;br&gt;
 Kucharze przy bratrurach, &lt;br&gt;
 A książę śpi w piżamie &lt;br&gt;
 Z kosmatej skóry tura. &lt;br&gt;
 W każdym kącie ktoś chrapie - &lt;br&gt;
 Ludzie, psy, gonokoki, &lt;br&gt;
 Lecz po schodach coś człapie, &lt;br&gt;
 Słychać tam jakieś kroki! &lt;br&gt;
 Powstał książę, wdział spodnie, &lt;br&gt;
 Obraził słownie matkę, &lt;br&gt;
 Chwycił w rękę pochodnię, &lt;br&gt;
 W drugą chwycił armatkę, &lt;br&gt;
 Drzwi rozwarł, spojrzał w sionkę &lt;br&gt;
 I myśli: - Czy mi śni się? &lt;br&gt;
 Bo ujrzał swą małżonkę &lt;br&gt;
 W brejtszwancowej pelisie. &lt;br&gt;
 Była to babka harda, &lt;br&gt;
 Taka żwawa jak fryga, &lt;br&gt;
 Pikantna jak musztarda &lt;br&gt;
 A piękna jak Fatyga. &lt;br&gt;
 Książę bąknął niemądrze &lt;br&gt;
 Że szedł wypuścić kota &lt;br&gt;
 I spytał: - A dokądże &lt;br&gt;
 Ty łazisz, moja złota? &lt;br&gt;
 Zaś ona wyjaśniła &lt;br&gt;
 Poprawiając odzienie &lt;br&gt;
 - Na łyka wyłaziłam, &lt;br&gt;
 Bo męczy mnie pragnienie... &lt;br&gt;
 Jej mąż, uspokojony &lt;br&gt;
 Rozjaśnił pulchne lico &lt;br&gt;
 I rzekł czule do żony: &lt;br&gt;
 - Mojaż ty pijanico! &lt;br&gt;
 Tutaj cmoknął ją w głowę, &lt;br&gt;
 Tu i ówdzie ją głasnął, &lt;br&gt;
 Wlazł w poduszki puchowe, &lt;br&gt;
 Ziewnął, piernął i zasnął, &lt;br&gt;
 Zaś księżna w saloniku &lt;br&gt;
 Bawiąc się złotą szpilką &lt;br&gt;
 Myślała o tym łyku &lt;br&gt;
 Wymienionym przed chwilką &lt;br&gt;
 jak po licznych potyczkach &lt;br&gt;
 Łyczka wraz z księżną panią &lt;br&gt;
 Musiała wleźć na łyczka, &lt;br&gt;
 Bo łyczek bał się na nią. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń o teściowej</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/572/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/572/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIEŚŃ O TEŚCIOWEJ 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Liczne o mamie są pieśni, &lt;br&gt;
 Wciąż na jej temat ktoś wzdycha - &lt;br&gt;
 Pan Roberto Loretti &lt;br&gt;
 Pan Fogg i Piecha Edyta. &lt;br&gt;
 każdy powtarza to samo &lt;br&gt;
 Jedno lub wielo-głosowo: &lt;br&gt;
 - Mamma! Mamasza! O, mamo! &lt;br&gt;
 Przepraszam, a co z teściową? &lt;br&gt;
Teściowo, tobie śpiewam tę pieśń, &lt;br&gt;
Teściowo, w podarunku ją weź! &lt;br&gt;
Kto inny chciałby może dostać "skodę" nową, &lt;br&gt;
A ja od "skody" wolę ciebie, o teściowo, 
Bezwarunkowo! &lt;br&gt;
Teściowo, ty mi gotuj i smaż, &lt;br&gt;
Teściowo, niech przytyję od kasz! &lt;br&gt;
Najpiępniejsze z wszystkich słów, &lt;br&gt;
Ciche ocho moich snów &lt;br&gt;
Tchnące wonią białych bzów: &lt;br&gt;
Teściowa! &lt;br&gt;
 Jeżeli szukasz oparcia &lt;br&gt;
 Bo czujesz oparcia &lt;br&gt;
 Bo czujesz się niezbyt dobrze - &lt;br&gt;
 Teściowa jest nie do zdarcia, &lt;br&gt;
 Teściowa zawsze cię poprze - &lt;br&gt;
 Da ci śniadanie do biura, &lt;br&gt;
 Setkę przed pierwszym odpali..... &lt;br&gt;
 Teściowa jest jak bratrura: &lt;br&gt;
 Ogień we wnętrzu ze stali! &lt;br&gt;
Teściowo, tobie śpiewam tę pieśń, &lt;br&gt;
Teściowo, w podarunku ją weź! &lt;br&gt;
Mojego serca wszystkie zrywy i wybuchy &lt;br&gt;
Są konsekwentnie skierowane do teściuchy, &lt;br&gt;
Kocham jej ruchy! &lt;br&gt;
Teściowo, ty bieliznę mi szyj, &lt;br&gt;
Teściowo, ty mnie głaskaj i myj, &lt;br&gt;
Ty pielęgnuj mnie i pieść &lt;br&gt;
Abym mógł się wreszcie wznieść &lt;br&gt;
tam gdzie wzniósł się cwany teść.... &lt;br&gt;
Teściowa!!!! &lt;br&gt;
.... mowa!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>O zwracaniu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/573/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/573/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 O ZWRACANIU 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jest podobno inaczej na Alasce, na Rusi &lt;br&gt;
Obyczaje odmienne prawie cały ma świat, &lt;br&gt;
Polakowi natomiast wszystko zwrócić się musi, &lt;br&gt;
Bo w przeciwnym wypadku Polak trupem by padł. &lt;br&gt;
Ot, wycieczka "Orbisu". Wszyscy siedzą jak struci &lt;br&gt;
I nie cieszą się myślą, że Brno zwiedzą, lub Split, &lt;br&gt;
Tylko każdy rozmyśla: - Czy mi wyjazd się zwróci? &lt;br&gt;
Bo jakby się nie zwrócił, to jęk, rozpacz i zgrzyt! &lt;br&gt;
Pewien Heniuś na przykład kupił spodnie z elany &lt;br&gt;
Poczem chodził ponury /choć na ogół był zdrów/ &lt;br&gt;
Aż dziś krzyknął: - Nareszcie się zwróciły, kochany! &lt;br&gt;
W pralni spodnie zgubili i oddali pięć stów! &lt;br&gt;
Pokochałem Paulińcię. Dnia jednego wszelako &lt;br&gt;
Gdym ją gościł u siebie, zapytała wśród łez: &lt;br&gt;
- Jak przypuszczasz najdroższy, czy to zwróci się jakoś? &lt;br&gt;
- Zwróci zwróci - mruknąłem, niecierpliwy jak pies. &lt;br&gt;
U sąsiadów też zdarzył się przedziwny wypadek: &lt;br&gt;
Sąsiad bardzo był wesół, zapytałem go więc: &lt;br&gt;
- Czego pan się tak cieszy? - Jasio zwrócił obiadek! &lt;br&gt;
Co za mądry chłopaczek, łyknął, krzyknął i bęc! &lt;br&gt;
Chciałem także się włączyć, też mieć jakieś wyniki, &lt;br&gt;
Czytam dzisiaj gazetę, wtem jak wrzasnę: O! O! &lt;br&gt;
- Zwrócił się koszt budowy naszej nowej fabryki!!! &lt;br&gt;
Wszyscy na mnie spojrzeli i spytali: - To co??? &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Opowieść w stylu starosłowiańskim</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/574/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/574/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
OPOWIEŚĆ W STYLU STAROSŁOWIAŃSKIM
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Hej, a w komnacie świetlistej pomalowanej bogato &lt;br&gt;
 Otwarły się drzwi dębowe, rzezane bardzo ozdobnie &lt;br&gt;
 I stanął w nich junak smagły, sosnom strzelistym podobny, &lt;br&gt;
 Aż wszyscy się zachwycili i w dłonie głośno plasnęli. &lt;br&gt;
 Oczy u niego jak gwiazdy, w punkt jeden zgodnie patrzące, &lt;br&gt;
 Ale nie zez to, lecz raczej skoncentrowane spojrzenie &lt;br&gt;
 Na różne ważne problemy. Włosy u niego złociste, &lt;br&gt;
 Lwia grzywa - rzekłbyś - lub futro z niedźwiedzia siłą ściągnione, &lt;br&gt;
 Nogi u niego jak łuki nogajskiej albo tatarskie, &lt;br&gt;
 Podwiązki zamiast cięciwy dźwięczą za lada dotykiem, &lt;br&gt;
 A stopy jak lotne czajki, łodzie kozackie przesławne, &lt;br&gt;
 Zahartowane w zmaganiach hen na porohach dnieprowych... &lt;br&gt;
 Stanął ci tedy i stoi w krasie niezmiernej i blasku &lt;br&gt;
 Aż jedna z dziewic, zwalczywszy skromność przystojną niewieście &lt;br&gt;
 Spytała głosem prześlicznym, przez tremę z lekka ochrypłym: &lt;br&gt;
 - Witeziu piękny i dzielny. Orle, sokole podniebny, &lt;br&gt;
 Nutrio ty nasza stepowa, nad wszelki wyraz udatna, &lt;br&gt;
 My tobie bułek, herbaty przyniesiem, nie marki "Yunan", &lt;br&gt;
 Ani nie "Ulung" cuchnący, jeno najlepszej, cejlońskiej, &lt;br&gt;
 Cukru my tobie nasypiem osiem łyżeczek lub dziewięć, &lt;br&gt;
 Na rękach nosić cię będziem, lwie salonowo-pustynny, &lt;br&gt;
 Kwiatami ciebie obrzucim i w złotogłowy owiniem, &lt;br&gt;
 Powiedz nam jeno, rycerzu, w jakiej przybywasz tu sprawie? &lt;br&gt;
 Roześmiał się piękny przybysz, zęby ukazał mocarne &lt;br&gt;
 Gdzie niegdzie tylko dziurawe, lecz plombowane misternie, &lt;br&gt;
 Złocistą grzywą potrząsnął, wzrok orli w dziewicę wlepił &lt;br&gt;
 I głosem grzmiącym jak surmy tak swoje przyjście wyjaśnił: &lt;br&gt;
 - Synogarliczko nadobna, przepiórko pulchna i luba, &lt;br&gt;
 Wierzbo dziuplasta, szumiąca, topolo piłą nietknięta, &lt;br&gt;
 Rzeżucho - że tak określę - ruto zielona, nasturcjo, &lt;br&gt;
 Na twe pytanie wstydliwe, z wdziękiem niezwykłym zadane, &lt;br&gt;
 Odpowiem ci po słowiańsku, bez niepotrzebnych ozdóbek, &lt;br&gt;
 Prosto i szczerze: Jam oto zaangażowan tu został &lt;br&gt;
 Jako księgowy - praktykant, pomocnik pana Traczyka! &lt;br&gt;
 Tutaj podskoczył pan Traczyk, witezia za halsztuk złapał, &lt;br&gt;
 Potrząsnął nim po kilkakroć aż mu się szelki urwały, &lt;br&gt;
 Podniósł do góry, obejrzał, rozejrzał się z satysfakcją, &lt;br&gt;
 I wydał okrzyk: - Nareszcie ja także mam pomocnika! &lt;br&gt;
 Oż ty pomiocie jaszczurzy, glizdo, padlino przydrożna, &lt;br&gt;
 Dygaj zaraz po piwo, po "Sporty" aromatyczne, &lt;br&gt;
 Herbatę ty nam naparzaj, a nie, to ja cię naparzę! &lt;br&gt;
 Już ja ci pogonię kota! Jakoż faktycznie pogonił. &lt;br&gt;
 I stanął witeź do pracy i do praktyki szlachetnej &lt;br&gt;
 I jął się kształcić wszechstronnie aby mieć prawo i zaszczyt &lt;br&gt;
 Zasiadać w świetnej komnacie, pomalowanej bogato, &lt;br&gt;
 ZA drzwiami, za dębowymi, rżniętymi bardzo ozdobnie...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Protest</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/575/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/575/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PROTEST &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Rzecz się zdarzyła dziwna dość, &lt;br&gt;
 Chociaż pozornie prosta: &lt;br&gt;
 Dreptak, zwyczajny, skromny gość &lt;br&gt;
 Pokój w hotelu dostał! &lt;br&gt;
 Hotel był kategorii "S", &lt;br&gt;
 Miał duży neon z przodu, &lt;br&gt;
 A Dreptak poczuł się jak pies &lt;br&gt;
 Co wszedł do Izby Lordów. &lt;br&gt;
 Na czwartym piętrze pokój miał, &lt;br&gt;
 Gdy wysiadł to się wzruszył, &lt;br&gt;
 Bo na tym piętrze istny szał &lt;br&gt;
 Palm, złoceń oraz pluszy. &lt;br&gt;
 Tak tam wytwornie, pięknie tak &lt;br&gt;
 Jakby w centralnej Radzie &lt;br&gt;
 Korytarz - jak do nieba szlak - &lt;br&gt;
 Pod stopy mu się kładzie. &lt;br&gt;
 A gdy apartamentu drzwi1 &lt;br&gt;
 Przekroczył, to się zachwiał, &lt;br&gt;
 Bo myślał że po prostu śni, &lt;br&gt;
 Lub że to fotografia, &lt;br&gt;
 Ewentualnie film, czy co, &lt;br&gt;
 Z życia Amerykanów, &lt;br&gt;
 Bo łóżko to gdzieś takie... o... &lt;br&gt;
 A w ścianie kilka kranów! &lt;br&gt;
 Nad łóżkiem landszaft, na nim Kloss &lt;br&gt;
 Piękny aż dech zapira, &lt;br&gt;
 Firanki zaś, to chyba wprost &lt;br&gt;
 Z Punktu Prężenia Firan! &lt;br&gt;
 Nasz Dreptak patrzył jak we śnie, &lt;br&gt;
 Jakby się zaczarował, &lt;br&gt;
 I chciał w ten luksus rzucić się, &lt;br&gt;
 Lecz wnet się opanował, &lt;br&gt;
 I rzekł przez zęby: - Po to tu &lt;br&gt;
 Przyszedłeś, nędzny szczurze? &lt;br&gt;
 I oddech wziął, i napluł: - Tfu! &lt;br&gt;
 NA dywan w krwawe róże, &lt;br&gt;
 A potem jeszcze zrobił puk, &lt;br&gt;
 Następnie zaś znormalniał, &lt;br&gt;
 Odwrócił się, przekroczył próg &lt;br&gt;
 I rzekł uprzejmie: - Zwalniam! &lt;br&gt;
 I poszedł ulicami, gdzieś, &lt;br&gt;
 Sprężyściej, mniej pokornie. &lt;br&gt;
 .... dobrze jest czasem protest wnieść &lt;br&gt;
 W dostępnej sobie formie. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Precedens</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/576/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/576/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRECEDENS 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Hej drukują drukarnie &lt;br&gt;
 Specjalny dodatek nowy: &lt;br&gt;
 - Maciej przerobił młockarnię &lt;br&gt;
 Na mózg elektronowy! &lt;br&gt;
 Hej, jadą naukowcy &lt;br&gt;
 Postępu luminarze, &lt;br&gt;
 Popularno-naukowi redaktorzy &lt;br&gt;
 I inni dziennikarze. &lt;br&gt;
 Hej, oto stoi Maciej, &lt;br&gt;
 Uśmiecha się rozumnie, &lt;br&gt;
 Kapusta pachnie w chacie &lt;br&gt;
 A mózg warczy na gumnie. &lt;br&gt;
 Hej, świat cały zadziwia &lt;br&gt;
 Maciej, bo oto właśnie &lt;br&gt;
 Nagrywają z nim wywiad &lt;br&gt;
 Redaktorzy na taśmie! &lt;br&gt;
 Hej, ot się Maciej chwali, &lt;br&gt;
 Z niezwykle mądrą miną: &lt;br&gt;
 - Samiście wydumali &lt;br&gt;
 Tę machinę? - A ino! &lt;br&gt;
 Hej, Samem ją budował &lt;br&gt;
 Przez tydzień jak szalony,&lt;br&gt;
 Aże mnie spierunował &lt;br&gt;
 Ksiądz Chudzielak z ambony, &lt;br&gt;
 Hej, takoż i kumendant, &lt;br&gt;
 Oraz prezes GS-u, &lt;br&gt;
 Mówili, że nie będę &lt;br&gt;
 Miał żadnego sukcesu! &lt;br&gt;
 Hej machnęli togami &lt;br&gt;
 Naukowcy w podziwie: &lt;br&gt;
 - Zrobiliście to sami, &lt;br&gt;
 Na tej tu zgrzebnej niwie? &lt;br&gt;
 Hej, oto po raz drugi &lt;br&gt;
 Potwierdził Maciej chwacko: &lt;br&gt;
 - Moje to są zasługi, &lt;br&gt;
 Sam zrobiłem to cacko! &lt;br&gt;
 Hej, ryknęła na szlaku &lt;br&gt;
 Limuzyna ognista &lt;br&gt;
 Zaparła się w rzepaku, &lt;br&gt;
 Wypuściła ministra. &lt;br&gt;
 Hej, stanęli w ordynku, &lt;br&gt;
 Luminarze pod lasem, &lt;br&gt;
 - Sam ześ to to zrobił synku? &lt;br&gt;
 Spytał minister basem. &lt;br&gt;
 Hej, a tak patrzył przytem &lt;br&gt;
 Jak rodzony ojczulek, &lt;br&gt;
 Aże Maciej ze skowytem &lt;br&gt;
 Się rozczulił wogóle. &lt;br&gt;
 Hej, kiedy nosa wytrze &lt;br&gt;
 Aże się zrobiła mgiełka: &lt;br&gt;
 Nie sam, panie ministrze &lt;br&gt;
 - powiada - ja żem zełgał! &lt;br&gt;
 Hej, uśmiechnął się tato, &lt;br&gt;
 Wszyscy się rozchmurzyli, &lt;br&gt;
 - No to z kim, dajmy na to &lt;br&gt;
 Żeście ten mózg zrobili? &lt;br&gt;
 Hej, a Maciej się cukał, &lt;br&gt;
 Sromał się, mierzwił włoski, &lt;br&gt;
 Aż nareszciew wydukał: &lt;br&gt;
 - Ze śwagrem Rosołowskim... &lt;br&gt;
 Ot, tak mi kibicował, &lt;br&gt;
 To tu, to tam pokręcił, &lt;br&gt;
 Tranzystory lutował, &lt;br&gt;
 Oliwił rdzeń pamięci... &lt;br&gt;
 Hej, stworzenie to psotne, &lt;br&gt;
 Z cewką latał po lesie, &lt;br&gt;
 A znów sprzężenie zwrotne &lt;br&gt;
 To raz przepił w GS-ie... &lt;br&gt;
 Hej... minister odjechał, &lt;br&gt;
 A z nim cały peleton, &lt;br&gt;
 Jeszcze Maćka objechał: &lt;br&gt;
 - Ze szwagrem, to już nie to! &lt;br&gt;
 Hej! Nie żałujmy Maćka, &lt;br&gt;
 Ma tradycje ojczyzna, &lt;br&gt;
 A on tradycje spaćkał &lt;br&gt;
 I się pierwszy do czegoś przyznał!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Poczucie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/577/</link><pubDate>Sat, 15 Sep 2001 14:41:42 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/577/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POCZUCIE &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Raz Zbigniew Dreptak, adwokat, człek bystry i gładki z pozoru &lt;br&gt;
 Doszedł do wniosku, że wogóle nie ma poczucia humoru. &lt;br&gt;
 Więc bardzo się tym przejął i strasznie zasmucił, &lt;br&gt;
 Bo czytał, że ludzie wybitni wszyscy mają takie poczucie, &lt;br&gt;
 A on był stale poważny, ba, smutny jak głaz na grobie! &lt;br&gt;
 - No cóż - pomyślał - jak nie mam poczucia, to sobie wyrobię! &lt;br&gt;
 I poszedł do psychiatry, a ten psychiatra był raptus, &lt;br&gt;
 I ledwo go zobaczył, to spytał: A, mente captus???? &lt;br&gt;
 - Nie, Dreptak.... - A co panu? - Poczucia humoru brak mi! &lt;br&gt;
 - Zdarza się - mówi lekarz - idź się pan rozbierz w szatni! &lt;br&gt;
 Trochę to nagłe żądanie zdziwiło mecenasa, &lt;br&gt;
 Ale się nie chciał sprzeciwiać, więc rozdział się na golasa, &lt;br&gt;
 I wchodzi do gabinetu. Nie kryje go żadna osłona. &lt;br&gt;
 Lekarz popatrzył i ryknął: - Ojejku! Ja chyba skonam!!! &lt;br&gt;
 I zaczął go klepać i pstrykać i szczypać w kształty tłuste... &lt;br&gt;
 - Pan nie masz poczucia humoru? To stań pan - powiada przed lustrem! &lt;br&gt;
 To Dreptak, wyraźnie czując że zaraz go weźmie cholera, &lt;br&gt;
 Wziął z biurka skalpel i krzyknął: - Niech pan się też rozbiera &lt;br&gt;
 Zadrżał nieszczęsny medykus, strach go obleciał wielki, &lt;br&gt;
 Powiedział: - A...leż z rozkoszą... - i zaczął odpinać szelki. &lt;br&gt;
 - Prędzej!!! - zawołał Dreptak, aż doktor panice uległ &lt;br&gt;
 I zrzucił kamizelkę, skarpetki i podkoszulek, &lt;br&gt;
 A nawet - przepraszam najmocniej - i jegierowskie gacie.... &lt;br&gt;
 - Dość! - warknął Dreptak - Wystarczy! Możesz pan zostać w krawacie! &lt;br&gt;
 Następnie przetarł binokle... popatrzył na lekarza.... &lt;br&gt;
 I po raz pierwszy w życiu zaczął ze śmiechu się tarzać! &lt;br&gt;
 Zawijać w dywany! W kilimy! Gryźć swoją własną nogę! &lt;br&gt;
 A przy tym jęczał co chwilę: - O rany... ja już nie mogę...!!! &lt;br&gt;
 Tu ubrał się, krzyknął: Buźka! Wyrazy współczucia dla żony! &lt;br&gt;
 Zostawił dwieście złotych i wyszedł. Wyleczony. &lt;br&gt;
 I teraz ma takie poczucie humoru, że aż się dziwią koledzy. &lt;br&gt;
 Hej, ileż to zawdzięczamy wspaniałej, medycznej wiedzy!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Odys</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/578/</link><pubDate>Fri, 05 Oct 2001 19:57:17 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/578/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Odys
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Drżą ze strachu narody, zaraz sypną się trupy,&lt;br&gt;
Wraca stęskniony Odys do rodzinnej chałupy.&lt;br&gt;
Pomiatały nim losy, hen, daleko od chaty,&lt;br&gt;
Wyszedł po papierosy, gdzieś przed dwudziestu laty.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Miał powrócić niedługo, tak zaraz po niedzieli&lt;br&gt;
Ale jak dostał cugu - to tyle go widzieli.&lt;br&gt;
Wraca, staje jak wryty, bo oto obraz jaki:&lt;br&gt;
W chacie grają bigbity, smażą się schaboszczaki.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Penelopa tam siedzi w bananowym chitonie,&lt;br&gt;
A Odysa sąsiedzi dowalają się do niej.&lt;br&gt;
Zaklął Odys nieładnie: "O kurtka!", czy też "Psiakrew!"&lt;br&gt;
Zaraz do chaty wpadnie i urządzi masakrę.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nagroda</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/579/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:25 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/579/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NAGRODA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
... a jakby mi kiedyś przypadkiem przyznali nagrodę Nobla, &lt;br&gt;
To wprost pojęcie przechodzi jak ja bym to zaraz oblał! &lt;br&gt;
Zaprosił bym pana Miecia i Kwiatkowskiego i Zdzisia &lt;br&gt;
I nie dał bym żadnej czyściochy, tylko żubrówkę i wiśniak. &lt;br&gt;
Posadził bym koło stołu stryjaszka, jak również teściowę &lt;br&gt;
I bym postawił parówki po dwie - trzy sztuki na głowę, &lt;br&gt;
A sam bym siedział we środku, koło mnie pan Skoczylas &lt;br&gt;
I co raz bym nastawiał płyty z Wiolettą Villas &lt;br&gt;
I bym nalewał, i mówił: - No, proszę żeż się częstować! &lt;br&gt;
A wszyscy na to - Mistrzu, po co się fatygować? &lt;br&gt;
Już my za mistrza rozlejem, mistrz lepiej otwórz komodę &lt;br&gt;
I pokaż nam, szaraczkom tę swoją wspaniałą nagrodę! &lt;br&gt;
Więc w końcu bym może ustąpił przed ogólnymi prośbami, &lt;br&gt;
I tylko bym grzecznie zabronił dotykać nagrodę łapami, &lt;br&gt;
I bym wyciągnął z komody, tej koło telewizora &lt;br&gt;
Prześliczny dyplom w rozmiarach pół metra na półtora, &lt;br&gt;
Złocony niezwykle bogato, na nim same pochlebne zdania &lt;br&gt;
A na górze wielkimi wypisane: DYPLOM UZNANIA &lt;br&gt;
Dla Pana Zenona Dreptaka! (tu piękne esy - floresy) &lt;br&gt;
Za bliżej nieokreślone, lecz bardzo niezwykłe sukcesy &lt;br&gt;
I jeszcze nie zbadane, lecz strasznie ważne wyniki, &lt;br&gt;
Przyznaje mu się abonament w barze szybkiej obsługi "Wiking" &lt;br&gt;
I abonament do kina i kupon na nowe ubranie, &lt;br&gt;
I wszyscy się mają odtąd liczyć z Dreptaka zdanie, &lt;br&gt;
I jak coś mówi, to inni mają pysk zamknąć na skobel, &lt;br&gt;
I słuchać, bo dupa blada! I tutaj podpis:/-/ NOBEL! &lt;br&gt;
Hej dobrze by było, dobrze, być laureatem nagrody... &lt;br&gt;
Ale nie wiem czy mi ją przyznają, bo tam zdaje się trzeba mieć chody...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Krótka historia o madejowym</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/580/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:25 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/580/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KRÓTKA HISTORIA O MADEJOWYM... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Madej:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ja jestem Madej, straszliwy zbójca, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Bardzo wrednego mam ryja, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Zaszlachtowałem brata i ojca, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Szwagra, ciotuchnę i stryja. &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Złapałem majcher i husia siusia, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Teraz sam jestem na świecie... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pardons! Została jeszcze mamusia?! &lt;br&gt;
Mamusia: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Jestem przy tobie, me dziecię! &lt;br&gt;
Madej&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;O matuś moja! &lt;br&gt;
Mamusia&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;O drogi synu! &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Przyrzeknij na grobie tatki &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Że nie powtórzysz swych krwawych czynów &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;I makabrycznej tej jatki! &lt;br&gt;
Madej:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Grobek tatusia... ot, kwitną róże.... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Słowik w nich kwili i kląska.... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pewnie że czynów swych nie powtórzę, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Choć laba była niewąska, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ale zarżnąwszy większość rodziny &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;I zmordowawszy się straśnie &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Na kim powtórzyć mógłbym me czyny? &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Kogo zaciukać? &lt;br&gt;
Mamusia:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;No właśnie! &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Łódź nasza szczęścia popłynie dryfem &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Czas spędzim na haftowaniu... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;A waść kim jesteś? &lt;br&gt;
Szeryf:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Jestem szeryfem &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;I aresztuję cię draniu! &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Za to żeś ofiar uśmiercił wiele &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Niewinnych niczym motylki, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Czeka cię łoże zbrojne w hacele &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Jak również w gwoździe i szpilki! &lt;br&gt;
Mamusia:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;On dobry chłopak, chociaż zbyt dziarski &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Jeszcze zeń będzie pociecha... &lt;br&gt;
Szeryf:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Będzie zeń, będzie lecz ser szwajcarski, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Gdy go przekłuje ta decha! &lt;br&gt;
Mamusia:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Żegnaj mi, żegnaj synu kochany... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Wnet trup zeń będzie ostygły! &lt;br&gt;
Szeryf:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Kładź się zbrodniarzu! &lt;br&gt;
Madej:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Już już... o rany... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ale mnie łechcą te igły... &lt;br&gt;
Szeryf:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Co to? Zbój Madej wybucha śmiechem! &lt;br&gt;
Mamusia:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Nogami fika! Swawoli! &lt;br&gt;
Madej:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ojej, bo skonam, he he he he he! &lt;br&gt;
Szeryf:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Nic cię nie boli? &lt;br&gt;
Madej:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Nie boli! &lt;br&gt;
Mamusia:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Czas abyś poznał sekret swej matki &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;I fakt co serce me tyra... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Nie jesteś synem swojego tatki, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Tylko jednego fakira...&lt;br&gt; 
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Kiedyś, w młodości, czyściłam rapir &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Swojego męża - rycerza, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Gdy wtem do zamku wszedł pewien fakir &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Który mógł siadać na jeża... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Byłam ja wówczas niezłą dzierlatką &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Z fasonem, stylem i gestem... &lt;br&gt; 
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pan zbladł szeryfie? &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Czy panu hadko? &lt;br&gt;
Szeryf:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ha! Tym fakirem ja jestem!!! &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Jam to z chytrością cwanego węża &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Usidłał ciebie przed laty! &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pójdź w me ramiona! &lt;br&gt;
Mamusia:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Zyskałam męża! &lt;br&gt;
Madej:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Mamusiu! Ja chcę do taty! &lt;br&gt;
Szeryf:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Zaraz do miasta was wezmę fordem &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Hej, przyszłość czeka nas zbożna! &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;(ten mój synalek ma taką mordę, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Że się wprost patrzeć nie można....) &lt;br&gt;
Madej:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Już idę, tylko mój sprzęt zabierę... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Gdzieś w krzakach tu leżeć musi... &lt;br&gt;
Mamusia:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Po co figlarzu bierzesz siekierę? &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;A coś przyrzekał mamusi! &lt;br&gt;
Madej:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Fakt... przyrzekałem... niech to gęś kopnie! &lt;br&gt;
Mamusia:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Stąd synu morał wyprowadź: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;- Kto obiecuje nazbyt pochopnie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ten potem może żałować!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Na wczasach</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/581/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:25 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/581/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NA WCZASACH 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 ... więc wiosna była wilgotna, aż w swetrach kurczyła się włóczka, &lt;br&gt;
 A jeden mały urzędnik dostał wczasy w Kociomruczkach, &lt;br&gt;
 Malutkiej miejscowości położonej w lesie sosnowym &lt;br&gt;
 I w związku z tym przebywa w niedużym domu wczasowym &lt;br&gt;
 W którym jest ze dwadzieścia osób, a może trzydzieści, &lt;br&gt;
 A deszcz pada, więc nie ma co robić, w zasadzie tylko jeść i &lt;br&gt;
 Spać, albo czytać w czytelni ubiegłomiesięczne "Szpilki" &lt;br&gt;
 I trzy razy dziennie przychodzić na pożywne mleczne posiłki...&lt;br&gt; 
 A można też wziąć pelerynę jeżeli przypadkiem ktoś ma ją, &lt;br&gt;
 I przejść się przed frontem lasu z podniesionym wysoko kołnierzem &lt;br&gt;
 I posłuchać pisków i trzasków co się w gąszczu drzew rozlegają &lt;br&gt;
 I popatrzeć (z dreszczem na plecach) w wyloty leśnych ścieżek, &lt;br&gt;
 Ale wchodzić tam, wchodzić nie trzeba! Bo się może wysunąć łapa! &lt;br&gt;
 Niesłychana! Niepoczytalna! Nie lubiąca księgowych i referentów &lt;br&gt;
 I może z nienacka za włosy albo za nogi cię złapać &lt;br&gt;
 I wciągnąć. I las cię przetrawi i wchłonie w siebie do szczętu.&lt;br&gt; 
 I staniesz się liściem przegniłym, sosonową igłą i szyszką,&lt;br&gt; 
 I wilkiem i jarzębiną i borsukiem i brusznicą i myszką &lt;br&gt;
 I szumem, i dymem, i cieniem, i czerwonym ptasim grzebieniem. &lt;br&gt;
 Ach niestety, nikt o tym nie wie, nie mówi się o tym nikomu, &lt;br&gt;
 A jeśli ktoś nawet słyszał - też ani słowa nie powie, &lt;br&gt;
 Że w Kociomruczkach, na wczasach, kierowniczka wczasowego domu &lt;br&gt;
 Jest od lat trzystu dwudziestu z czarnym lasem w zdradzie i zmowie &lt;br&gt;
 I kiedy mrok zapada, wylatuje na elektroluksie &lt;br&gt;
 I ląduje na leśnych polanach i konferuje z wilkiem i niedźwiedziem &lt;br&gt;
 I powiada: - A w pokoju szesnastym mieszka brunet, co chodzi w sztruksie &lt;br&gt;
 Podprowadzę go jutro do lasu natychmiast po obiedzie! &lt;br&gt;
 Ale nie podprowadza, bo urzędnik - istota ostrożna!&lt;br&gt; 
 Umie się, umie wymawiać! Umie się migać, umie! &lt;br&gt;
 - A nie - powiada - nie wejdę, bo tam - powiada - nie można! &lt;br&gt;
 I uśmiecha się głupio, a chytrze i poprawia krawat na gumie... &lt;br&gt;
 A potem, przy kolacji opowiada współbiesiadnikom, &lt;br&gt;
 Jak to się przechytrzyło, jak się kierowniczce podstęp nie udał, &lt;br&gt;
 I przy wszystkich stolikach urzędnicy opowiadają to urzędnikom... &lt;br&gt;
 ... bo bez takich opowiadań, na wczasach panowałaby koszmarna nuda... &lt;br&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nietolerancja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/582/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/582/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NIETOLERANCJA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Choć kochamy się we Francji, &lt;br&gt;
Choć nas Francją wschodu zwano, &lt;br&gt;
Nie ma u nas tolerancji &lt;br&gt;
Takiej jak tam, nad Sekwaną. &lt;br&gt;
Serce w nas odmienne bije &lt;br&gt;
Co w tej chwili słychać właśnie: 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chórek: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;A kto z nami nie wypije&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Niech go piorun trzaśnie! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeśli gość jest niepijący, &lt;br&gt;
Jeśli nie jest wytrzymały, &lt;br&gt;
To się prosi, cały drżący &lt;br&gt;
By nie wlewać weń gorzały, &lt;br&gt;
Ale próżno drań się wije, &lt;br&gt;
Zaraz towarzystwo wrzaśnie, 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chórek:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;A kto z nami nie wypije &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Niech go piorun trzaśnie! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Negocjacje</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/583/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/583/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NEGOCJACJE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy delegacja Pistacji miała odwiedzić Oskomę, &lt;br&gt; 
Ambasadorzy tych krajów usiedli sobie na moment, &lt;br&gt; 
Żeby wyjaśnić resztę niuansów i niedomówień &lt;br&gt; 
Oraz ustalić teksty oficjalnych, powitalnych przemówień, &lt;br&gt; 
I doszli do wniosku, że trzeba ogólnie przyjętym zwyczajem &lt;br&gt; 
Wymienić cechy, lub więzy łączące oba te kraje, &lt;br&gt; 
Na przykład wspólną walkę, rozwinięte stosunki handlowe, &lt;br&gt; 
Kontakty kulturalne, zbliżoną choć trochę mowę, &lt;br&gt; 
Lub choćby podobny kolor skóry obywateli... &lt;br&gt; 
A tu co tylko poruszą - to wszystko ich raczej dzieli... &lt;br&gt; 
Pistacjanie są bowiem zieloni, Oskomowie są lila-róż, &lt;br&gt; 
Żadnych więzów, żeby jak szukać, nie odnajdzie się ani rusz, &lt;br&gt; 
Ba, nawet małżeństw nie mogą zawierać panowie i panie &lt;br&gt; 
Bo w Pistacji rozmnażają się przez kłącze, a w Oskomie przez pączkowanie... &lt;br&gt; 
Aż nareszcie po długich badaniach ustalili i uzgodnili &lt;br&gt; 
Że dotychczas mieszkańcy tych krajów jeszcze nigdy się ze sobą nie bili, &lt;br&gt; 
A wiadomo, kto się nie bije - do przyjaźni dąży i zgody, &lt;br&gt; 
Czyli można powiedzieć, że przyjaźń łączy oba wspaniałe narody. &lt;br&gt; 
Podpisawszy przeto protokół odlecieli w swoich rakietach. &lt;br&gt; 
Bo to się nie działo na ziemi, lecz w kosmosie, na dalekich planetach!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sen o fermie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/584/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/584/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 SEN O FERMIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, chciałbym zostać farmerem, &lt;br&gt; 
Mieć dwie dorodne córki, &lt;br&gt; 
Na pocztę jeździć rowerem &lt;br&gt; 
I nosić kapelusz z piórkiem, &lt;br&gt; 
I wieprza bić raz do roku &lt;br&gt; 
I trzymać w klatce kanarka, &lt;br&gt; 
I dyskutować o zmroku &lt;br&gt; 
Z sąsiadem, oparty o parkan, &lt;br&gt; 
Że z grochem jest nienajlepiej, &lt;br&gt; 
że gryka latoś wysoka, &lt;br&gt; 
Że proszę przyjrzeć się rzepie &lt;br&gt; 
Cóż to za piękny okaz, &lt;br&gt; 
Że jutro będzie targ bydła, &lt;br&gt; 
Więc może coś się zakupi, &lt;br&gt; 
Że żona smaży powidła, &lt;br&gt; 
I że aptekarz jest głupi, &lt;br&gt; 
I chciałbym czytać romanse &lt;br&gt; 
W rodzaju Trzech Muszkieterów &lt;br&gt; 
Urządzać preferanse &lt;br&gt; 
Dla okolicznych farmerów,&lt;br&gt; 
Co przywoziliby z sobą &lt;br&gt; 
Żony z zapachem kapusty &lt;br&gt; 
I byłby także ksiądz proboszcz &lt;br&gt; 
Wesoły, rumiany i tłusty &lt;br&gt; 
I grało by się w karty &lt;br&gt; 
Przy świetle lampy naftowej &lt;br&gt; 
I by mówiło się żarty &lt;br&gt; 
Proste, głupawe, nie nowe, &lt;br&gt; 
A moje córki by stały &lt;br&gt; 
W cieplutkim mroku, przy bramie, &lt;br&gt; 
I coś poszeptywały &lt;br&gt; 
Z rosłymi chłopakami, &lt;br&gt; 
I chrabąszcz nadleciałby z mroku, &lt;br&gt; 
I pies by warknął na ganku, &lt;br&gt; 
I tak by już było co roku, &lt;br&gt; 
W kółko i bez ustanku...&lt;br&gt; 
A tu się drze telewizor &lt;br&gt; 
I dusi papieros "Carmen" &lt;br&gt; 
I goście pewnie przylizą... &lt;br&gt; 
Hej, farmer ci ja, farmer...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polskie delfiny</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/585/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/585/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 POLSKIE DELFINY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pragnąc koniecznie zwabić Szwedów nad polskie morze &lt;br&gt; 
Postanowiono zamnożyć w tym morzu ogromne węgorze &lt;br&gt; 
Które by mogły udawać bajeczne morskie węże &lt;br&gt; 
Ogólnoświatową sensację wzbudzając w sposób tenże. &lt;br&gt; 
Niestety, ponieważ zatruto fenolem wszystkie kanały &lt;br&gt; 
I rzeki, węgorze nie rosły, a wprost przeciwnie - zdychały &lt;br&gt; 
Bo węgorz ma swoje dziwne i tajemniecze marszruty, &lt;br&gt; 
I żyje co prawda w morzu, lecz w rzekę wpływa na ksiuty.&lt;br&gt; 
Zejdźmy już jednak z węgorza, a raczej z jego padliny, &lt;br&gt; 
Gdy z węgorzami nie wyszło - nastawiono się na delfiny, &lt;br&gt; 
Czyli podjęto uchwałę że wpuści się je do Bałtyku &lt;br&gt; 
Ażeby wokół okrętów robiły swe skiku-skiku, &lt;br&gt; 
Że jednakowoż delfin żyje w cieplejszym klimacie &lt;br&gt; 
A do zimnego Bałtyku trzeba by ubrać je w gacie &lt;br&gt; 
I w nauszniki, przeto ktoś wpadł na pomysł niezgorszy &lt;br&gt; 
By do skakania przyuczyć stado rodzimych dorszy &lt;br&gt; 
Ucharakteryzowanych, ufając, że z dala chyba &lt;br&gt; 
Szwed kamuflażu nie pozna i mruknie po szwedzku "wsio rawno" &lt;br&gt; 
Faktycznie, już wkrótce te dorsze skoszarowano w bursie, &lt;br&gt; 
To jest, przepraszam, w basenie, i przeszkolono na kursie, &lt;br&gt; 
W program w którego wetknięto zestaw wykładów maleńki, &lt;br&gt; 
Takich jak dzieje Egiptu, język polski, życiorys Łysenki, &lt;br&gt; 
Krótka Teoria Kwantów, Fizyka, Paleografia, &lt;br&gt; 
Etyka, Estetyka, Etnologia i Etnografia, &lt;br&gt; 
Zasady Księgowości, Pogadanki Ekonomiczne, &lt;br&gt; 
Diana Dors a Sprawa Dorszy, oraz inne wykłady liczne &lt;br&gt; 
Aż wreszcie, po egzaminach, rozmieszczono dorsze na szlakach &lt;br&gt; 
I oto Szwedzi już jadą, a instruktor woła: - No, skakać!!!&lt;br&gt; 
Zaś dorsze zebrały się w kupie, wybałuszyły oczy, &lt;br&gt; 
I dalejże dyskutować który z nich pierwszy podskoczy, &lt;br&gt; 
- Ja - mówi jeden - chciałbym, ale już jestem wiekowy, &lt;br&gt; 
- A ja - powiada drugi - jestem na chorobowym &lt;br&gt; 
- Ja mam natomiast urlop - trzeci dorsz z ulgą powiedzał, &lt;br&gt; 
Zaś pani dorszowa akurat płynęła na chatę do śledzia &lt;br&gt; 
I akcja się zakończyła ogólnym rozczarowaniem... &lt;br&gt; 
Morał: Nadmierne szkolenie wyklucza podskakiwanie.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Piosenka dziewczyny i chłopca</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/586/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/586/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PIOSENKA DZIEWCZYNY I CHŁOPCA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt; 
dziewczyna w oknie, chłopiec wspina się do okna, na dole starucha
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chłopiec:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Hej gdzie jest ma ptaszynka &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Do której jam tu biegł? &lt;br&gt;
Dziewczyna:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Tu tu jest twa Greczynka, &lt;br&gt;
Chłopiec:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;A tu tu tu, twój Grek! &lt;br&gt;
razem:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Turu tu tu, kochamy się &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Evohe, evohe! &lt;br&gt;
Dziewczyna:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pośpiesz się mój efebie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Czeka cię łoże i szkło! &lt;br&gt;
Chłopiec: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Już wkrótce, już wkrótce ja ciebie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Lecz ściągnij ło, to to to! &lt;br&gt;
razem: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Wszakże nie szata zdobi człowieka, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pi razy oko, heureka! &lt;br&gt;
Chłopiec:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ach ledwie z miłości dyszę. &lt;br&gt;
Dziewczyna:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Gdzie jesteś kochanie moje? &lt;br&gt;
Chłopiec: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Tu na tym oknie wiszę &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Lecz wisząc częściowo stoję. &lt;br&gt;
razem:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;O, już pierś w pierś, a w dłoni dłoń, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Niech wjeżdża trojański koń! &lt;br&gt;
Dziewczyna: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ach ileż nas czeka dreszczy &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Gdy obejmiemy się czule.... &lt;br&gt;
Chłopiec: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ratunku... Ta gałąź trzeszczy.... &lt;br&gt;
Dziewczyna: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Spadłeś? &lt;br&gt;
Chłopiec: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Tak, spadłem w cebulę.... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ha... na Atenę... ktoś mnie tu rucha... &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Kto to? &lt;br&gt;
Starucha: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;- To twoja starucha!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Słodyszek i chwytacze</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/587/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/587/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 SŁODYSZEK I CHWYTACZE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz w radio nadano wykład kto to był Piast Dantyszek, &lt;br&gt; 
Potem puszczano różne tanga, kalipsa i czacze, &lt;br&gt; 
A wreszcie rzekł spiker: - Uwaga, ukazał się znowu słodyszek &lt;br&gt; 
Rzepakowy, a w pewnych rejonach pojawiły się również chwytacze&lt;br&gt; 
Ja tam nie jestem przyrodnik, nie wiem co to larwa, co liszka&lt;br&gt; 
Mój belfer od zoologii nieraz nade mną rozpaczał,&lt;br&gt; 
Lecz sobie wyobraziłem natychmiast tego słodyszka,&lt;br&gt; 
A później w umyśle mym powstał hipotetyczny obraz chwytacza.&lt;br&gt; 
Słodyszek jak to słodyszek, ma skromnie spuszczone oczki,&lt;br&gt; 
Słodki uśmieszek na wargach, złożone w małdrzyk łapki,&lt;br&gt; 
Chodzi stawiając malutkie, lecz za to szybciutkie kroczki,&lt;br&gt; 
Kręci malutkim ogonkiem i zerka ukradkiem na babki,&lt;br&gt; 
Zaś chwytacz, jak to chwytacz, tu chwyci, tam kogoś walnie, &lt;br&gt; 
Metody ma dość krańcowe, zapędy ma światoburcze, &lt;br&gt; 
- Tu trzeba - powiada - postawić ten problem pryncypialnie &lt;br&gt; 
I stawia. A jak mu nie wyjdzie, to bąka w zdumieniu: - O kurcze... &lt;br&gt; 
Słodyszek natomiast lubi szeptać, obmawiać, plotkować, &lt;br&gt; 
Słodziutkim głosikiem morały dzieciom do uszek syczy, &lt;br&gt; 
Z czego rezultat jest taki, że dzieciom się chce wymiotować &lt;br&gt; 
Wskutek nadmiaru zatrutej i strasznie nudnej słodyczy... &lt;br&gt; 
Tymczasem chwytacz się chwyta za wszystko co mu podpadnie, &lt;br&gt; 
Tu się kaleczy, tam parzy, kroczy, przełazi, upada, &lt;br&gt; 
A przy tym automatycznie wydaje okrzyki: - Jak ładnie! &lt;br&gt; 
Ach, jak optymistycznie, Śmiać się, śmiać, kuchnia! - powiada &lt;br&gt; 
Na chwytacza i na słodyszkka patrząc, rolnicy biedni &lt;br&gt; 
Marzą, ażeby tak obu umieścić w jednej jamce, &lt;br&gt; 
Może by się skrzyżowały i dały tym pośredni? &lt;br&gt; 
Ale nic z tego nie wyjdzie. Niestety. Oba samce.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rewanż</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/588/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/588/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
REWANŻ 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto romantyzm, poezja czysta, &lt;br&gt; 
Fakt godny pieśni, wierszy, pomników: &lt;br&gt; 
Pobrał się Gucio, biedny artysta, &lt;br&gt; 
Z córką wytwórcy bubli z plastiku.&lt;br&gt; 
Gucio na studiach przymierał głodem. &lt;br&gt; 
Z buta mu nóżka sterczała bosa, &lt;br&gt; 
Prywaciarz zaś miał willę z ogrodem, &lt;br&gt; 
Fiata, żaglówkę i psa - cwajnosa. &lt;br&gt; 
Gucio swą wiedzę rozszerzał stale, &lt;br&gt; 
W nocy o nowych prądach rozmawiał, &lt;br&gt; 
Prywaciarz robił z plastiku lale &lt;br&gt; 
Takie paskudne, że tylko pawia... &lt;br&gt; 
Więc po bogatym i hucznym ślubie &lt;br&gt; 
Gucio odwetu poczuł chęć zgubną, &lt;br&gt; 
za wieszczem mruknął dwakroć: - To lubię! &lt;br&gt; 
Poczem urządził im noc poślubną! &lt;br&gt; 
Im - to znaczyło całej rodzinie, &lt;br&gt; 
Wszystkim zapewnił przeżycia miłe! &lt;br&gt; 
Najpierw nogami grał na pianinie, &lt;br&gt; 
Potem teściową uszczypnął w tyłek, &lt;br&gt; 
Stryjowi przylał po plecach kotkiem &lt;br&gt; 
Rasy syjamskiej, podlał cyprysy, &lt;br&gt; 
Poczem po domu jął latać z młotkiem &lt;br&gt; 
Pytając grzecznie gdzie są serwisy? &lt;br&gt; 
Znalazł je wreszcie. Trwało to kwadrans, &lt;br&gt; 
(bo Rosenthale łatwo się tłuką!) &lt;br&gt; 
Następnie oblał ketchupem szwagra &lt;br&gt; 
A babcię nazwał starą Łazuką... &lt;br&gt; 
Mnóstwo atrakcji wymyślił jeszcze, &lt;br&gt; 
Używał noża, pałki, powroza, &lt;br&gt; 
Wreszcie swą żonę, niewinne dziewczę &lt;br&gt; 
Zmusił do takich rzeczy, że zgroza... &lt;br&gt; 
W dodatku wszystkich tak upił przytem &lt;br&gt; 
Że straszne było to widowisko! &lt;br&gt; 
Aż późną nocą, czy bladym świtem &lt;br&gt; 
Sam padł na brudne pobojowisko. &lt;br&gt; 
Wtedy prywaciarz - spytał autora &lt;br&gt; 
Co ten wiersz właśnie pisał w kąciku: &lt;br&gt; 
- Przepraszam, jaki w tym wierszu jest morał? &lt;br&gt; 
Czy to satyra na rzemieślników? &lt;br&gt; 
Autor zaś spojrzał na niego miło, &lt;br&gt; 
Odbiło mu się ciut po portwajnie, &lt;br&gt; 
I rzekł życzliwie: - Wont, świńskie ryło! &lt;br&gt; 
 Morału nie ma! Ale jest fajnie!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Różnica stylu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/589/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/589/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 RÓŻNICA STYLU 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Hej, były kiedyś dwa księstwa, &lt;br&gt; 
 Rządzili w nich dwaj kneziowie, &lt;br&gt; 
 A obaj słynni z męstwa &lt;br&gt; 
 I obaj Dreptakowie; &lt;br&gt; 
 jeden Dreptak bazyli, &lt;br&gt; 
 A drugi Pitigrilli. &lt;br&gt; 
 Obaj swe armie mieli &lt;br&gt; 
 Zbrojne w miecze i włócznie, &lt;br&gt; 
 I obaj dni swoich imienin &lt;br&gt; 
 Święcili bardzo hucznie, &lt;br&gt; 
 Ten Dreptak Pitigrilli &lt;br&gt; 
 I ten drugi, Bazyli. &lt;br&gt; 
 Książę Bazyli Dreptak &lt;br&gt; 
 Na swoje imieniny &lt;br&gt; 
 W gazetach i prospektach &lt;br&gt; 
 Opisywał swe czyny, &lt;br&gt; 
 Żeby wszyscy mówili: &lt;br&gt; 
 - Fajny jest ten Bazyli! &lt;br&gt; 
 I kazał swe życiorysy &lt;br&gt; 
 Wydawać, i podobizny, &lt;br&gt; 
 A pod nimi podpisy: &lt;br&gt; 
 - Dreptak to chluba ojczyzny! &lt;br&gt; 
 I wszyscy mu kadzili: &lt;br&gt; 
 - Wspaniały kneź ten Bazyli! &lt;br&gt; 
 Wszystko to była prawda, &lt;br&gt; 
 Dreptak był fajny gość, &lt;br&gt; 
 Ale po kilku latkach &lt;br&gt; 
 Wszyscy go mieli dość, &lt;br&gt; 
 Ziewali i się skarżyli: &lt;br&gt; 
 - Ach, nudny kneź ten Bazyli! &lt;br&gt; 
 Natomiast Dreptak drugi &lt;br&gt; 
 Choć też stanowił chlubę &lt;br&gt; 
 I także miał zasługi - &lt;br&gt; 
 Schował przyłbicę w kubeł &lt;br&gt; 
 I zamknął się w swej willi &lt;br&gt; 
 Ten Dreptak Pitigrilli. &lt;br&gt; 
 Natomiast swoim podwładnym &lt;br&gt; 
 Kazał dać barszcz z uszkami, &lt;br&gt; 
 Oraz dziewczętom ładnym &lt;br&gt; 
 Kazał fikać nogami, &lt;br&gt; 
 I wszyscy się bawili &lt;br&gt; 
 Na święty Pitigrilli. &lt;br&gt; 
 A o sobie - ni słowa, &lt;br&gt; 
 Tylko juble, zabawy, &lt;br&gt; 
 Aż się zaczęła mowa: &lt;br&gt; 
 - Słuchajcie, on jest klawy! &lt;br&gt; 
 I wszyscy w krzyk uderzyli: &lt;br&gt; 
 - Brawo nasz Pitigrilli! &lt;br&gt; 
 A nazajutrz do pracy &lt;br&gt; 
 Szli, uśmiechnięci mile...&lt;br&gt; 
 Hej różni są Dreptacy &lt;br&gt; 
 I różne mają style, &lt;br&gt; 
 Żebyśmy zdrowi byli, &lt;br&gt; 
 To może być i Bazyli...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prywatny list</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/590/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/590/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PRYWATNY LIST 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Szanowny pan mnie w liście prosi &lt;br&gt; 
O wieści co się u nas dzieje, &lt;br&gt; 
Znaczy się, niby o donosik, &lt;br&gt; 
Albo o raport, mam nadzieję? &lt;br&gt; 
Bo jeśli pisać mam prywatnie, &lt;br&gt; 
Czyli że taki zwykły list, &lt;br&gt; 
To boję się że pan się natnie, &lt;br&gt; 
Gdyż się nie dzieje prawie nic, &lt;br&gt; 
Poza tym że nasz Józio Dreptak &lt;br&gt; 
Już się interesuje pcią, &lt;br&gt; 
Przedwczoraj nawet go nadepła &lt;br&gt; 
Magister Łucja Sesibą. &lt;br&gt; 
Jak również że ksiądz katecheta &lt;br&gt; 
Wygłosił wykład w czterech klasach &lt;br&gt; 
"Jak powinna być zbudowana kobieta" &lt;br&gt; 
(że w zasadzie to ino do pasa), &lt;br&gt; 
A znowuż w pegieerze &lt;br&gt; 
Imienia Zagranicznych Korespondentów &lt;br&gt; 
Się urodziło zwierzę &lt;br&gt; 
Podobne do transparentu, &lt;br&gt; 
Weterynarz do dziś się trapi &lt;br&gt; 
Skąd się wziął ten dziwoląg, &lt;br&gt; 
Bo nawet miało napis: &lt;br&gt; 
"Każdy rolnik hodowcą makolągw"! &lt;br&gt; 
Było także kino objazdowe, &lt;br&gt; 
Wyświetlali film "Dojcze vita", &lt;br&gt; 
To przy wyjściu Pyton Jan dostał w głowę &lt;br&gt; 
Od jednego Tadeusza Troglodyta, &lt;br&gt; 
Pracownika Oczyszczalni Sierści &lt;br&gt; 
Imienia Ogólnego Odrodzenia...&lt;br&gt; 
Jak pan widzi, prywatnych wieści &lt;br&gt; 
Jest niewiele, i są bez znaczenia. &lt;br&gt; 
W tych historiach musimy być ściśli, &lt;br&gt; 
Być musimy realni i prości, &lt;br&gt; 
Nikt w prywatnym liście nie wymyśli &lt;br&gt; 
Żadnych proszę pana niezwykłości, &lt;br&gt; 
To tak trochę, proszę pana, jak z żoną,&lt;br&gt; 
Przyjemności wachlarzyk nieduży... &lt;br&gt; 
Chyba że to ma być raport, albo donos? &lt;br&gt; 
Daj pan znać! Fantazja to mi służy!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Żółw</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/591/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/591/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ŻÓŁW 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jedni studiują dzieje Peruwian, &lt;br&gt; 
Inni - chemiczną strukturę krwi, &lt;br&gt; 
Mój kumpel Heniuś studiuje żółwia, &lt;br&gt; 
Znaczy się jakiej ten żółw jest pci? &lt;br&gt; 
Na próżno docent Jenny Pipsztyczka &lt;br&gt; 
Dziesiątki razy mówiła mu, &lt;br&gt; 
Że jest to wiedza akademicka &lt;br&gt; 
Jakie narządy ma jego żółw. &lt;br&gt; 
Także magister Dzyndzyk Fulalia &lt;br&gt; 
Mawiała razy już kilkaset: &lt;br&gt; 
- Questa problema, ce genitalia &lt;br&gt; 
 Habeas corpus your petit schildcret? &lt;br&gt; 
On wciąż nie słucha, przeciera lupę, &lt;br&gt; 
Potem do oka przytyka szkło &lt;br&gt; 
I patrzy temu żółwiowi w skorupę &lt;br&gt; 
Enigmatycznie mrucząc: - Ho ho! &lt;br&gt; 
W czasie tych badań żółw, zimna bestia, &lt;br&gt; 
Dość obojętnie spogląda w świat, &lt;br&gt; 
Płeć to dla niego raczej nie kwiestia,&lt;br&gt; 
Zwłaszcza że ma już ze trzysta lat! &lt;br&gt; 
A Heniuś bada, Heniuś się miota, &lt;br&gt; 
Mierzy, rysuje, w uporze trwa, &lt;br&gt; 
zamiast na warsztat wziąć krowę, kota, &lt;br&gt; 
Konia, Dreptaka, ptaka lub psa. &lt;br&gt; 
Tylu rozwiązań różnych zagadnień &lt;br&gt; 
Wciąż oczekują miasto i wieś, &lt;br&gt; 
Że naukowiec robi nieładnie &lt;br&gt; 
patrząc durnemu żółwiowi gdzieś! &lt;br&gt; 
Przezwyciężymy jednak stagnację, &lt;br&gt; 
Nie będzie Henio byczył się furt, &lt;br&gt; 
Jak się draniowi utnie dotację - &lt;br&gt; 
Zaraz się włączy w bieżący nurt! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Własność uliczki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/592/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/592/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WŁASNOŚĆ ULICZKI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przez niedużą podmiejską uliczkę &lt;br&gt; 
Dymem fabryk przeważnie zasnutą, &lt;br&gt; 
Często wraca ze zwykłych ćwiczeń &lt;br&gt; 
Zakurzony, zmęczony pluton. &lt;br&gt; 
Dla uliczki taki przemarsz to frajda, &lt;br&gt; 
Wszystkie dzieci krzyczą: - Lewa lewa! &lt;br&gt; 
A dorośli wyłączają radia &lt;br&gt; 
I słuchają. A pluton tak śpiewa: 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Uliczko, mała uliczko &lt;br&gt; 
 O domkach stojących ciasno,&lt;br&gt; 
 To dobrze, mała uliczko &lt;br&gt; 
 Że uważasz nas za swoją własność! &lt;br&gt; 
 Na inne ulice wspaniałe &lt;br&gt; 
 Nikt by zamienić cię nie chciał, &lt;br&gt; 
 Wolimy być własnym oddziałem &lt;br&gt; 
 Małej uliczki przedmieścia! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiersz na balu o Instalu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/593/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/593/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WIERSZ NA BALU O INSTALU 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Na kilka godzin przed zaczęciem balu &lt;br&gt;
 Przybyli do mnie aż trzej towarzysze: &lt;br&gt;
 - Pisz pan poemat o naszym Instalu! &lt;br&gt;
 - Dobrze, już piszę! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden, największy, spojrzał na mnie dziwnie &lt;br&gt;
I rzekł z naciskiem: - Panie redaktorze, &lt;br&gt;
Ma być dowcipnie - ale pozytywnie! &lt;br&gt;
... smutno mi, Boże... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Drugi, któremu w łapy wpaść bym nie chciał, &lt;br&gt;
 Dodał do tego swoją własną radę: &lt;br&gt;
 - Tak masz pan pisać, żeby nikt się nie śmiał, &lt;br&gt;
 Bo kurcze blade!!! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiejskie wakacje</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/594/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/594/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WIEJSKIE WAKACJE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Kochanie moje, miejski klimat ci nie służy, &lt;br&gt;
 Cerę masz taką - z przeproszeniem - lila róż, &lt;br&gt;
 Kochanie moje, spakuj ciuchy do podróży, &lt;br&gt;
 Wyłącz żelazko i wraz ze mną w Polskę rusz. &lt;br&gt;
 Chłopi są zdrowsi i ładniejsi niż mieszczanie, &lt;br&gt;
 I melodyjniej niż ulica szumi bór, &lt;br&gt;
 I z setek zagród romantycznie brzmi gdakanie - &lt;br&gt;
 To świeże jajka znoszą dla nas chóry kur. &lt;br&gt;
 Gdzieś czeka na nas mały pokój na poddaszu, &lt;br&gt;
 Tam-tamów dźwięki i płonącej watry dym, &lt;br&gt;
 I przyjdą do nas Uzbek, Apacz, Kurp i Kaszub &lt;br&gt;
 Prosząc, by w zbiórce herbicydów pomóc im. &lt;br&gt;
 Weźmiemy udział w mnóstwie orek, żniw i spędów,&lt;br&gt; 
 Na naszych grządkach pięknie wzejdzie mak i keks, &lt;br&gt;
 I paść będziemy stada białych happy-endów, &lt;br&gt;
 A ze sussexów zatrzymamy tylko seks. &lt;br&gt;
 O rannej rosie wbiegniesz boso w łan żętycy, &lt;br&gt;
 To ci zapewni czerstwe zdrowie oraz hart, &lt;br&gt;
 O pierwszym zmroku zaglądniemy do świetlicy &lt;br&gt;
 Kędy z portretu się uśmiecha Jean Paul Sartre. &lt;br&gt;
 Kochanie moje, wiesz jak pachną pomdetery? &lt;br&gt;
 Jak melodyjne w lesie brzmi kangura świst? &lt;br&gt;
 Jak miło gwarzą pleban, derwisz, wójt i szeryf &lt;br&gt;
 Kiedy w salonie brydż odchodzi, względnie wist? &lt;br&gt;
 Kochanie moje, czeka nas przepiękne lato, &lt;br&gt;
 Podaj mi rękę, przez sosnowe wyjdźmy drzwi, &lt;br&gt;
 U nóg nam siądzie łańcuchowy aligator &lt;br&gt;
 A w serca wtargnie ciche piękno polskiej wsi... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wesoły marsz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/595/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/595/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 "WESOŁY" MARSZ... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Idą żołnierze środkiem ulicy, &lt;br&gt;
W oknach dziewczyny i urzędnicy. &lt;br&gt;
Dziewczyny dały, co która miała, &lt;br&gt;
A urzędnicy dali im sztandar &lt;br&gt;
Ale nie poszli na wojnę sami &lt;br&gt;
Sformowanymi czworokątami. &lt;br&gt;
Stąpa czworokąt po czworokącie,&lt;br&gt; 
Pierwszy czworokąt jest już na froncie, &lt;br&gt;
Drugi czworokąt właśnie dochodzi, &lt;br&gt;
Trzeci wysyła listy do rodzin, &lt;br&gt;
Czwarty w namiotach głęboko zasnął,&lt;br&gt; 
A piąty jeszcze idzie przez miasto. &lt;br&gt;
Idą żołnierze, bęben im bębni, &lt;br&gt;
A z tyłu biegnie jeden urzędnik, &lt;br&gt;
Co miał od innych umysł odrębny &lt;br&gt;
I zawsze lubił wojenne bębny, &lt;br&gt;
A urzędnikom innym był obcy &lt;br&gt;
Biegnie i prosi: - Weźcie mnie chłopcy! &lt;br&gt;
Weźcie mnie z sobą, dajcie mi rapier, &lt;br&gt;
Nie dla mnie uwiąd starczy i papier! &lt;br&gt;
Lecz łoskot bębnów wszystko zagłuszył, &lt;br&gt;
A urzędnika szef wziął za uszy, &lt;br&gt;
Kopnął go w krzyże i dał mu premię &lt;br&gt;
I znów urzędnik za biurkiem drzemie &lt;br&gt;
Albo spogląda jak pod oknami &lt;br&gt;
Idą żołnierze czworokątami, &lt;br&gt;
Idą żołnierze piękni, nieczuli, &lt;br&gt;
Bębny im grają na rogach ulic, &lt;br&gt;
Idą żołnierze drogą szeroką: &lt;br&gt;
Pierwszy czworokąt &lt;br&gt;
Drugi czworokąt &lt;br&gt;
Trzeci czworokąt &lt;br&gt;
Czwarty czworokąt &lt;br&gt;
Piąty czworokąt &lt;br&gt;
Szósty czworokąt &lt;br&gt;
Ósmy czworokąt...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wykopalisko</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/596/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/596/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WYKOPALISKO 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 ... a kiedyś w Egipcie dwaj sławni uczeni &lt;br&gt;
 Ludzie o nieprawdopodobnym wręcz rozumie &lt;br&gt;
 Grzebiąc się nałogowo w ziemi &lt;br&gt;
 Wykopali niezwykle ciekawą mumię&lt;br&gt;
 Spowitą w bandaże i szarfy &lt;br&gt;
 I zakonserwowaną chemikaliami &lt;br&gt;
 A w ręku miała coś w rodzaju harfy &lt;br&gt; 
 A na plecach napisane coś hieroglifami,&lt;br&gt; 
 Więc uczeni spojrzeli, i padli sobie w ramiona &lt;br&gt;
 I krzyknęli z radością i zachwytem: &lt;br&gt;
 - Oto słynna mumia Tutka-Butka-Putka-Cynamona, &lt;br&gt;
 I jak dobrze zachowana przytem!!! &lt;br&gt;
 I zaraz nadali radio komunikat &lt;br&gt;
 Radosny i triumfalny &lt;br&gt;
 Że ta mumia to absolutny unikat &lt;br&gt;
 Jedyny i niepowtarzalny. &lt;br&gt;
 I włożyli tę mumię do specjalnego kosza &lt;br&gt;
 I chcieli z nią wyjechać, aż tu raptem &lt;br&gt;
 Tuż obok wykopano drugiego truposza &lt;br&gt;
 Takiego samego jak tamten, &lt;br&gt;
 Dosłownie jakby z tej samej formy, &lt;br&gt;
 Takie same bandaże, napisy i szata, &lt;br&gt;
 Więc jeden uczony rzekł podciągając reformy &lt;br&gt;
 /czy też szort/: Faraon miał widocznie brata! &lt;br&gt;
 - Widocznie - rzekł uczony drugi &lt;br&gt;
 Rozglądając się niepewnie na boki, &lt;br&gt;
 Aż tu naraz rozległ się krzyk sługi &lt;br&gt;
 - Bwana kubwa! Ja wykopać trzecie zwłoki! &lt;br&gt;
 Tu uczeni prawie że zaniemogli, &lt;br&gt;
 I dalejże zaglądać do skryptu &lt;br&gt;
 Żeby rozszyfrować odnośny hieroglif &lt;br&gt;
 I rozszyfrowali: - Pa-miąt-ka z E-gip-tu... &lt;br&gt;
 I faktycznie, okazało się że to imitacja, &lt;br&gt;
 jakiś plastik, perkalowa etola &lt;br&gt;
 I stempelek "Made in Czechosłowacja", &lt;br&gt;
 A jak byśmy byli trochę obrotniejsi, &lt;br&gt;
	To by przecież mogło pisać "Made in Poland"!
 &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Uśmiechnij się</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/597/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/597/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 UŚMIECHNIJ SIĘ 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Los nigdy nie rozpieszczał nas &lt;br&gt;
Nadmiarem zbytniej troski - &lt;br&gt;
Dał nam złą wodę, kiepski gaz, &lt;br&gt;
Neony godne wioski, &lt;br&gt;
Klimat przed chwilą mrozem dął, &lt;br&gt;
Wtem deszczem jak nie chluśnie! &lt;br&gt;
... więc nie wiadomo, skąd się wziął &lt;br&gt;
Ten nasz wrocławski uśmiech..... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Uśmiechnij się, życie jest miłe, &lt;br&gt;
 Uśmiechnij się, choćby na siłę - &lt;br&gt;
 Nie umiesz? Pomożemy ci, &lt;br&gt;
 Połaskoczemy, gli gli gli! &lt;br&gt;
 Uśmiechnij się, mamy silosy &lt;br&gt;
 Uśmiechnij się, ktoś wpadł do fosy - &lt;br&gt;
 Plan wykonało MPO, &lt;br&gt;
 Uśmiechnij się, no, no!!! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tempo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/598/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/598/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 TEMPO 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Obudziwszy się nad ranem &lt;br&gt;
Radca z głowy zdjął szlafmycę, &lt;br&gt;
Przetarł oczy rozespane &lt;br&gt;
I wyglądnął na ulicę...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A tam już rozgardiasz wielki, &lt;br&gt;
Hałas, tumult i rozterka! &lt;br&gt;
Pokojowe po kajzerki &lt;br&gt;
Biegną oraz po Kurierka. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Radca kapcie zdjął, koszulę, &lt;br&gt;
Każde rzucił w kąt gdzie indziej,&lt;br&gt; 
Tak że goły był w ogóle, &lt;br&gt;
Tyle że w jedwabnej bindzie. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Spojrzał w lustro bez żenady, &lt;br&gt;
- Mam - pomyślał - linię grecką! &lt;br&gt;
Poczem zrobił trzy przysiady &lt;br&gt;
Zgodnie z gimnastyką szwedzką. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Song 1</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/599/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:31 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/599/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 SONG 1 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żao-Że:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Dobry premier, rządu tata, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Taki gest szeroki ma, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Że dał Chinom aż dwa lata,&lt;br&gt; 
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Choć mógł dać miesiące dwa. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Premier:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Postąpiłem nader godnie &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Aż się sobie dziwię sam, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Mogłem dać wam dwa tygodnie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Dałem więcej, co mi tam? 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
chórek:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ach jak dobrze nam się wiedzie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Tak się wiedzie że ho ho,&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Wszak dwa lata to sto niedziel &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Oraz sobót wolnych sto! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żao-Że:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Premier żyć aktywnie woli &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Więc pomimo dobrych rad &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pije, pali i swawoli &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;jakby miał dwadzieścia lat. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Song 2</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/600/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/600/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 SONG 2 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Sen:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Ach, jakież szczęście bez miary, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;nareszcie studia rozpocznę! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tujowie:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Na dzienne jesteś za stary, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Idź zapisz się na zaoczne! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tuj:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Zaraz cię tutaj wycenię &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;I zanotuję odręcznie: &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pięć punktów za pochodzenie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pięć deka mięsa miesięcznie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pięcioro dzieci w chacie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Pięć lat z zawieszeniem dla teścia... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Sen:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;A cóż wy tak podliczacie? 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tuj:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;... to w sumie daje dwadzieścia... &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tujowie:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Dodajemy, sumujemy co popadnie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;żeby było okrąglutko, żeby ładnie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Jak się doda co się tam ma i się tu ma,&lt;br&gt; 
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;To wychodzi z tego całkiem niezła suma. &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Potem wszystko przez areał się podzieli &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;I pomnoży się przez stan obywateli, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Tu się doda, tam się ujmie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Wynik weźmie się podwójnie, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;I już się kształtuje śliczna &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Nasza średnia statystyczna &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;Którą Chińczyk ceni, choć jej nie rozumie! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Strefy wpływów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/601/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/601/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 STREFY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A kiedy Winicjusz Dreptak kolejny swój utwór ułożył - &lt;br&gt;
Jęknęli chórem w zaświatach orżnięci kompozytorzy &lt;br&gt;
I na niejednym żyjącym koszula zrobiła się mokra, &lt;br&gt;
Bo Dreptak muzyczne kawałki na chama wszystkim był pokradł &lt;br&gt;
Jak królik po grządce kapusty - on po twórczości ich kicał. &lt;br&gt;
Na "A" obrobił Alabiewa, Aleksandrowa i Albeniza, &lt;br&gt;
Na "B" Beniamina Brittena, który aż zadrżał ze strachu, &lt;br&gt;
Jak również Beethovena, Bartoka i pięciu Bachów, &lt;br&gt;
Tudzież Albana Berga, Berlioza i Bizeta &lt;br&gt;
A wreszcie Bacewiczównę, choć wstyd, bo to przecież kobieta. &lt;br&gt;
Na "C" - Cimarosę, Czyża i Czajkowskiego też, &lt;br&gt;
Tylko Chopina opuścił, bo myślał że Chopin przez "Sz". &lt;br&gt;
Na "D" Donizattiego, Dunajewskiego i Debussy'ego. &lt;br&gt;
Aż trafił na Depcikółkę, a ten w krzyk: - Ty tu czego?&lt;br&gt; 
Bo Depcikółko tak samo kompozytorstwem się trudnił, &lt;br&gt;
Ułożył nawet suitę "Członkowie spółdzielni u studni"&lt;br&gt;
Hymn na cześć dyrektora, dwa bardzo ładne twisty &lt;br&gt;
I prześlicznego walczyka "Striptis seminarzysty". &lt;br&gt;
Jak złapał więc tego Dreptaka, jak nim nie potelepie: &lt;br&gt;
- W naszej twórczości grasujesz jak szczur w spółdzielczym sklepie? &lt;br&gt;
Nas chcesz ograbić z arcydzieł? Nasze kawałki byś grywał? &lt;br&gt;
(tu objął Chaczaturiana, choć tamten się wyrywał) &lt;br&gt;
- Mój stary - rzekł chłodno Dreptak - nie strzęp no paszczy na próżno, &lt;br&gt;
Sam żeś - jak wszyscy wiedzą - kawałek Moniuszki urżnął, &lt;br&gt;
Podobnie źle się obszedłeś z Griegiem, Mascagnim i z Lisztem,&lt;br&gt; 
A Verdiemu wyciąłeś pół "requiem" jak jaką ślepą kiszkę! &lt;br&gt;
Więc nie krzycz i nie rozrabiaj, bo i tak nie ma tremy... &lt;br&gt;
Drepcikółko westchnął z rezygnacją: - No klawo... to się dzielemy... &lt;br&gt;
I jęli dzielić dobytek siedząc wygodnie na sofie &lt;br&gt;
I mówiąc - Dla ciebie Szpilman, to dla mnie powiedzmy Prokofiew &lt;br&gt;
I dzielili się jak opłatkiem, bez żadnych nerwowych zrywów... &lt;br&gt;
Dobrze jest w każdej dziedzinie ustalić strefy wpływów!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kosz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/602/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/602/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KOSZ 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W skromnej parafialnej sali &lt;br&gt;
ten mecz się rozegrał - &lt;br&gt;
Tadziu z Lechem w kosza grali &lt;br&gt;
No i Tadziu przegrał. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Cóż, przegrane nie są miłe, &lt;br&gt;
Żadna to uciecha.... &lt;br&gt;
Tadziu się obrócił tyłem, &lt;br&gt;
Wypiął się na Lecha. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A tymczasem wśród rejwachu, &lt;br&gt;
Z dziury pod balkonem &lt;br&gt;
Spuścił się po lianie Stachu &lt;br&gt;
machając ogonem. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zjeżdża, śmieje się układnie, &lt;br&gt;
Gładki, szybki, żwawy.... &lt;br&gt;
Lada chwila piłkę skradnie &lt;br&gt;
I koniec zabawy. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Taki miły, taki dzielny, &lt;br&gt;
Twarz bez żadnej troski, &lt;br&gt;
Ni Carrington, ni Grobelny, &lt;br&gt;
Ni to Kaszpirowski, 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Filozoficzny traktat o troskach Dreptaków</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/f/603/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/f/603/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 FILOZOFICZNY TRAKTAT O TROSKACH DREPTAKÓW 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś, przed wielu laty rycerz Bazyli Dreptak &lt;br&gt;
Stanął w gotyckim oknie (a był to piętnasty wiek)&lt;br&gt;
I oparł dłonie o kraty i w zamyśleniu wyszeptał: &lt;br&gt;
- Boże, jak ten czas leci... znów grudzień... i pierwszy śnieg &lt;br&gt;
A na uliczkach z jesieni raptownie robiła się zima, &lt;br&gt;
Zadymka białymi falami przez miasto wieczorne szła, &lt;br&gt;
A Dreptak patrzył i myślał i sobie przypominał &lt;br&gt;
Czy wszystko co trzeba na zimę przygotowane ma...? &lt;br&gt;
Więc myślał, że nowy kożuszek ma jego śliczna żona, &lt;br&gt;
Że ciepłe butki na futrze ma jego mały syn, &lt;br&gt;
Że na podwórku leżą sosnowe żywiczne, bierwiona &lt;br&gt;
I że to będzie jedna z miłych, spokojnych zim... &lt;br&gt;
Tymczasem już noc zapadła a śnieg wciąż padał i padał, &lt;br&gt;
I blask kominka oświecał pancerz na ścianie i miecz, &lt;br&gt;
A Dreptak ciągle rozmyślał o swoich ważnych sprawach, &lt;br&gt;
Ale nie myślał o sprawach co działy się pięćset lat wstecz. &lt;br&gt;
A pięćset lat wstecz, przypuszczalnie, przodek rycerza Dreptaka &lt;br&gt;
Na widok pierwszego śniegu ucieszył się, albo nie, &lt;br&gt;
Albo się może roześmiał, lub westchnął, względnie zapłakał, &lt;br&gt;
Zależy, czy jego sprawy układały się dobrze, czy źle? &lt;br&gt;
Ale to nie jest już ważne i nie pamięta nikt tego, &lt;br&gt;
I nie obchodzi nikogo nieaktualna myśl. &lt;br&gt;
Gdy tyle zim nad nią przeszło i tyle Pierwszych Śniegów, &lt;br&gt;
I inny, współczesny nam Dreptak przy oknie stanął dziś &lt;br&gt;
By martwić się perspektywą nabycia nowych bucików &lt;br&gt;
I płatki śniegu oglądać płaszcząc o szyby nos, &lt;br&gt;
A za pięć wieków znów jakiś Dreptak w swym domku z plastiku &lt;br&gt;
Uzyska wraz z własną troską, obojętność dla naszych trosk... 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>DUMKA ENDEKA O ŻYDACH POLSKICH</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/604/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/604/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DUMKA ENDEKA O ŻYDACH POLSKICH 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Polscy Żydzi zawsze mieli bezpieczniki i uszczelki &lt;br&gt;
Co chroniły jakoś ich przed potknięciami - &lt;br&gt;
Na koszt państwa posprowadzał Żydów król Kazimierz Wielki &lt;br&gt;
A Polacy się musieli przywlec sami. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 W Drugiej Rzeczypospolitej Żydzi mieli jeszcze lepiej, &lt;br&gt;
 Wytwarzali mnóstwo książek, ryb i tkanin, &lt;br&gt;
 Każdy Żyd z podstępną miną stał zdradziecko w swoim sklepie &lt;br&gt;
	 (... ?)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nawet okres okupacji też się na coś Żydom przydał: &lt;br&gt;
Po podwórzu Himmler miotał się z armatką, &lt;br&gt;
Zaś w mieszkaniu Polak z Polką ukrywali swego Żyda! &lt;br&gt;
A czy Żyd Polaka ukrył? Bardzo rzadko! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Drugi oddech</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/605/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/605/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 DRUGI ODDECH 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Co to tak tętni, co to tak dzwoni, &lt;br&gt;
Co tak rozrabia z wdziękiem i swadą? &lt;br&gt;
Czy to do szarży poszli dragoni, &lt;br&gt;
Czy może cyklon albo tornado? &lt;br&gt;
Coś tam gdzieś hukło, coś gdzieś się stłukło, &lt;br&gt;
Wzrok pięknych kobiet lśni aprobatą, &lt;br&gt;
Bo środkiem drogi, z piersią wypukłą &lt;br&gt;
Kroczy wspaniale nasz drogi tato! &lt;br&gt;
Kto go zaczepi - dostanie w mordę, &lt;br&gt;
Więc wszystko wokół blade i drżące, &lt;br&gt;
Bo tato złapał swój drugi oddech! &lt;br&gt;
(często tak bywa po pięćdziesiątce)&lt;br&gt;
Wypił dwa piwka tuż po fajrancie, &lt;br&gt;
Zakąsił wonnym, szwajcarskim serem, &lt;br&gt;
Uszczypnął w tyłek niejaką Mańcię &lt;br&gt;
I zaraz poczuł się szwoleżerem! &lt;br&gt;
Idzie zadziorny jak wszyscy diabli, &lt;br&gt;
Lekko, buńczucznie jak młoda lama, &lt;br&gt;
Dajcie mu konia, dajcie mu szabli, &lt;br&gt;
To on wykończy nawet Saddama! &lt;br&gt;
Serce w nim wielkie, choć oddech krótki, &lt;br&gt;
Lecz co tam oddech, ważniejsze serce! &lt;br&gt;
Grzecznie wysiusiał się koło budki &lt;br&gt;
Składając przy tym ukłon fryzjerce, &lt;br&gt;
I znowu idzie hardo, szeroko, &lt;br&gt;
Sam zachwycony sobą niezmiernie, &lt;br&gt;
Kapelusz spuścił na jedno oko, &lt;br&gt;
Tak jak to widział w pewnym westernie, &lt;br&gt;
Wzrok przenikliwy, ręce na biodrach, &lt;br&gt;
Pewnie za chwilę colt błyśnie w dłoni... &lt;br&gt;
Spokojnie szumią Nysa i Odra, &lt;br&gt;
Bo w razie czego - tatko obroni! &lt;br&gt;
Sama w nim siła, uroda sama, &lt;br&gt;
Jakby z granitu został wyryty! &lt;br&gt;
- Wtem z domu wyszła powoli mama &lt;br&gt;
I rzekła cicho: &lt;i&gt; - Niusiek, ty spity!&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
... tu się zrobiło całkiem nieklawo, &lt;br&gt;
Orzeł się zmienił nagle w śmierdziela, &lt;br&gt;
Spojrzał panicznie w lewo i w prawo &lt;br&gt;
I głupio bąknął: &lt;i&gt;- Ta co ty, Hela?&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Już w bramę wchodzą, nikną, maleją, &lt;br&gt;
A patrząc na to, tak myślę sobie &lt;br&gt;
Że kury - orłów nie rozumieją! &lt;br&gt;
... o, właśnie orzeł dostał po dziobie... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Chorąży</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/606/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/606/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 CHORĄŻY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pewien chorąży postępu &lt;br&gt;
Wszedł na chwilę do ustępu, &lt;br&gt;
(Albowiem nawet chorąży &lt;br&gt;
Z przerwami do celu dąży) &lt;br&gt;
A póki co - swą chorągiew &lt;br&gt;
Oparł o ławkę, czy stągiew, &lt;br&gt;
Bo jak się człowiekowi zechce, &lt;br&gt;
To mu głupio dzierżyć drzewce...&lt;br&gt;
Niestety, tą samą ścieżką &lt;br&gt;
Szedł niejaki Dreptak Mieszko, &lt;br&gt;
Dosyć podejrzany ciura, &lt;br&gt;
Chociaż szlachcic, herbu "Rura", &lt;br&gt;
I gdy chorągiew zobaczył - &lt;br&gt;
To natychmiast ją zahaczył, &lt;br&gt;
Bo miał taki zwyczaj kreci &lt;br&gt;
Że brał wszystko, jak podleci: &lt;br&gt;
Bieliznę, konie, medale, &lt;br&gt;
Babki i inne detale. &lt;br&gt;
Wziął tę chorągiew i chodu, &lt;br&gt;
A tu za nim ćma narodu! &lt;br&gt;
każdy rzuca chatę, harem, &lt;br&gt;
I leci za tym sztandarem, &lt;br&gt;
Bo był na nim szczytny slogan - &lt;br&gt;
"Naprzód" lub "Hajda na pogan!", &lt;br&gt;
"Oswobodzim Ziemię Świętą", &lt;br&gt;
Czy "Precz z feudalną rentą!", &lt;br&gt;
"Przez śmierć rycerską - do raju", &lt;br&gt;
Tak czy siak - coś w rodzaju. &lt;br&gt;
Kto żyw tylko za nim podał się &lt;br&gt;
A wtem Dreptak zatrzymał się, &lt;br&gt;
Strzepnął pył, poprawił kurtę &lt;br&gt;
I zastukał w jakąś furtkę, &lt;br&gt;
Za którą potem wygodnie &lt;br&gt;
Siedział prawie dwa tygodnie, &lt;br&gt;
A że ludziom ziąb dokuczał - &lt;br&gt;
Ktoś zajrzał dziurką od klucza, &lt;br&gt;
I wydał okrzyk paniczny: &lt;br&gt;
- Ludzie! Toż to dom publiczny! &lt;br&gt;
Tłum od razu się rozluźnił, &lt;br&gt;
Postęp się mocno opóźnił, &lt;br&gt;
Zaczęły się gwałty, picie &lt;br&gt;
I dzielnicowe rozbicie, &lt;br&gt;
Wojny, rozbiory, powstania, &lt;br&gt;
A wszystko przez tego drania! &lt;br&gt;
Ów fakt - wniosek wysnuć każe: &lt;br&gt;
- Ważne hasło na sztandarze, &lt;br&gt;
 Dobrze jednak jest, gdy wie się &lt;br&gt;
 Kto ten piękny sztandar niesie &lt;br&gt;
 Oraz do jakiego celu? &lt;br&gt;
Bywa, że i do bordelu...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o Tomie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/607/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/607/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 BALLADA O TOMIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zachodzi słońce w lesie dachów &lt;br&gt;
Mgła spowinęła każdy dom &lt;br&gt;
Na tajemniczy Dziki Zachód &lt;br&gt;
Niezwyciężony jedzie Tom &lt;br&gt;
Pociągiem jedzie bez biletu &lt;br&gt;
Zamiast sombrera czapkę ma &lt;br&gt;
I nie ma celnych pistoletów &lt;br&gt;
Tylko w kieszeni złote dwa 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 O Tomie, Tomie, Tomie &lt;br&gt;
 Minęła właśnie wojna &lt;br&gt;
 Dlaczego tak łakomie &lt;br&gt;
 Chcesz skoczyć w Dzikie Klondajk &lt;br&gt;
 Wszak mógłbyś gdzieś po cichu &lt;br&gt;
 Żyć sobie, ale ty &lt;br&gt;
 Wybrałeś los w Wałbrzychu &lt;br&gt;
 Wałbrzychu z tamtych dni... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na krwawe i bezkrwawe boje &lt;br&gt;
Na przeciw trudom, może łzom &lt;br&gt;
Traperzy ciągną i kowboje &lt;br&gt;
A razem z nimi jedzie Tom &lt;br&gt;
Papieros jego machorkowy &lt;br&gt; 
Dziurami świeci jego but &lt;br&gt;
Taki to zaciąg jest kresowy &lt;br&gt;
Taki szturmowy pierwszy rzut 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kundle i pudle</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/608/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/608/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KUNDLE I PUDLE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poranne kłótnie słychać z okien, &lt;br&gt;
Ludzie wychodzą na ulicę, &lt;br&gt;
Kaprawy kundel, jednym okiem &lt;br&gt;
Patrzy lubieżnie na pudlicę. &lt;br&gt;
Pudlica, kąsek wielce łasy, &lt;br&gt;
Wystudiowanej okaz gracji, &lt;br&gt;
Reprezentuje szczyt swej rasy, &lt;br&gt;
I szczyt swej psiej degeneracji, &lt;br&gt;
Natomiast kundel - jak to kundel, &lt;br&gt;
Poharatany w jakiejś drace, &lt;br&gt;
Zapchlone to to, chude, brudne, &lt;br&gt;
Lecz zaraz widać - bomba facet! &lt;br&gt;
Niby się nudzi, niby ziewa, &lt;br&gt;
Lecz działa - etap za etapem, &lt;br&gt;
Na razie postponuje drzewa &lt;br&gt;
Podnosząc przy nich tylnią łapę, &lt;br&gt;
Pudlica kręci zgrabnym zadkiem, &lt;br&gt;
Strzyżony łeb wysoko niesie, &lt;br&gt;
A kundel - rzekłbyś że przypadkiem - &lt;br&gt;
Żegluje ku niej po trawersie. &lt;br&gt;
To gracz dopiero, wielkie nieba! &lt;br&gt;
Rzecz się w sekundzie rozegrała: &lt;br&gt;
Trącił ją nosem tam gdzie trzeba, &lt;br&gt;
Coś warknął (pewnie "chodź-no, mała!") &lt;br&gt;
Poczem - rozpustnik i bezbożnik, &lt;br&gt;
Plugawy kontrast pięknej dzidzi - &lt;br&gt;
Powiódł nieszczęsną za narożnik &lt;br&gt;
Gdzie dobra pani już nie widzi...&lt;br&gt;
...a pani właśnie w oknie stoi, &lt;br&gt;
Jeszcze nie gniewa się, nie smuci, &lt;br&gt;
O psinę swą nie niepokoi, &lt;br&gt;
Bo psina pewnie zaraz wróci... &lt;br&gt;
Znam piękną panią, to prawniczka, &lt;br&gt;
Kiedyś się kochał w niej mój kumpel, &lt;br&gt;
Czesze się trochę jak pudliczka... &lt;br&gt;
- Dzień dobry... jestem stary kundel! &lt;br&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Migawki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/609/</link><pubDate>Sat, 06 Oct 2001 20:53:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/609/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 MIGAWKI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Jeśliby Kohn niejaki, dziarski niczym rumak &lt;br&gt;
 Uwodził słynną gwiazdę, panią Ymę Sumac - &lt;br&gt;
 Bezskutecznie atoli, więc śpiewaczka dumę &lt;br&gt;
 I wzgardę okazując, poszła by na sumę, &lt;br&gt;
 A po powrocie mąż by bardzo cierpkim tonem &lt;br&gt;
 Wyrzucał, że zadała się z tym całym Kohnem, &lt;br&gt;
 Rzekła by przecinając dalszy ciąg dramatu: &lt;br&gt;
 &lt;i&gt;- Sumac sama na sumie, Kohn non consumatum!&lt;/i&gt;
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Jeśliby kupiec - oszust, cwany jak cholera &lt;br&gt;
 Sprzedał Murzynom starą maszynę Singera &lt;br&gt;
 Mówiąc, że to jest bożek, poczem biedne plemię &lt;br&gt;
 Maszynę, by wielbiło, padając na ziemię, &lt;br&gt;
 I ktoś by się zapytał tego sukunsyna &lt;br&gt;
 &lt;i&gt;- Co to jest?&lt;/i&gt; - Ów by odparł: &lt;i&gt;- Deus ex machina...&lt;/i&gt; 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Następcy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/610/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/610/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NASTĘPCY &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jest taki jeden kraj &lt;br&gt;
W którym panowie i panie &lt;br&gt;
Ledwie mają czas na to &lt;br&gt;
Żeby spać pić i jeść, &lt;br&gt;
Ponieważ panuje tam zwyczaj, &lt;br&gt;
Że należy nieustannie &lt;br&gt;
Przeróżnym nieboszczykom &lt;br&gt;
Oddawać chwałę i cześć. &lt;br&gt;
Ten stan doprowadzono &lt;br&gt;
Do absurdu i do nonsensu, &lt;br&gt;
Zaczęto coraz dobitniej &lt;br&gt;
Wyrażać swój żal i ból, &lt;br&gt;
Wprzągnięto w to małe dzieci &lt;br&gt;
I starców którzy się trzęsą &lt;br&gt;
I wytworzono smutny, &lt;br&gt;
Przygnębiający kult. &lt;br&gt;
Te dzieci kiedyś do szkoły &lt;br&gt;
Wesoło i chętnie biegły, &lt;br&gt;
Ale się coraz rzadziej &lt;br&gt;
Rozlega ich śmiech i pisk, &lt;br&gt;
Bo muszą wkuwać wierszyki &lt;br&gt;
Ku czci szanownych poległych, &lt;br&gt;
A taki wierszyk się składa &lt;br&gt;
Z krwi, śmierci, ran oraz blizn. &lt;br&gt;
A układają te wiersze &lt;br&gt;
Przeważnie stare panny &lt;br&gt;
Co się na wojnie nie znają &lt;br&gt;
I ranach ani w ząb, &lt;br&gt;
Rozładowując w ten sposób &lt;br&gt;
Sny niewyżyte o rannych &lt;br&gt;
Których by mogły przewijać, &lt;br&gt;
A każdy chłop był jak dąb... &lt;br&gt;
Włączają się w smutną zabawę &lt;br&gt;
Różne osoby i szczeble &lt;br&gt;
Reżyser film płodzi, a malarz &lt;br&gt;
Batalistyczny kicz, &lt;br&gt;
Nieustannie trwają apele, &lt;br&gt;
Huczą po nocach werble, &lt;br&gt;
Na rogu każdej ulicy &lt;br&gt;
Dymi pochodnia lub znicz. &lt;br&gt;
A ilość nieboszczyków &lt;br&gt;
Wciąż wzrasta w owym kraju, &lt;br&gt;
Bo ci którzy teraz są żywi - &lt;br&gt;
za trzydzieści lat, albo za trzy &lt;br&gt;
Zgodnie z prawami natury &lt;br&gt;
Też zwolna powymierają &lt;br&gt;
I także zaczną milcząco &lt;br&gt;
Domagać się hołdów i czci. &lt;br&gt;
I w rezultacie owego &lt;br&gt;
Przyrostu i przesycenia &lt;br&gt;
Żywoty całych pokoleń &lt;br&gt;
Upłyną wśród wspomnień i łez &lt;br&gt;
I nieprędko się zorientują &lt;br&gt;
Kolejne pokolenia &lt;br&gt;
Że ich spojrzenia na życie &lt;br&gt;
Wykrzywia cmentarny zez. &lt;br&gt;
A przecież ci, co polegli, &lt;br&gt;
Unieśli pod martwą powieką &lt;br&gt;
Wesoły i jasny obraz, &lt;br&gt;
I ruch w tym obrazie i blask, &lt;br&gt;
I właśnie po to ginęli, &lt;br&gt;
By następcom było łatwo i lekko, &lt;br&gt;
A następcy unieśli ich z ziemi &lt;br&gt;
I na barkach dźwigają jak głaz. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pół godziny potęgi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/611/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/611/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PÓŁ GODZINY POTĘGI &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
... więc Jan Sebastian Dreptak ogolił się starannie, &lt;br&gt;
Pogładził dłonią oblicze świeżutkie jak płatek wiśni, &lt;br&gt;
A potem zrzucił piżamę i usiadł golutki w wannie, &lt;br&gt;
I zaczął puszczać na zmianę to ciepły, to chłodny prysznic. &lt;br&gt;
następnie położył się w wodzie i się przeciągnął błogo, &lt;br&gt;
I zatrzepotał rękami aż woda na ziemię prysła, &lt;br&gt;
Z upodobaniem się przyjrzał kolejno obu swym nogom &lt;br&gt;
I jął z uśmiechem przeglądać ilustrowane pisma. &lt;br&gt;
A w jednym z tych tygodników, bodajże w pierwszym z brzegu, &lt;br&gt;
(Może to "Film" był lub "Ekran", a nawet "Przekrój" może?) &lt;br&gt;
Zobaczył ogromne zdjęcie Daniela Olbrychskiego &lt;br&gt;
Na którym ten pan Olbrychski był taki przystojny jak bożek! &lt;br&gt;
Dreptak mu się przypatrzył, podrapał się palcem w łydki, &lt;br&gt;
Pomyślał: - Ciekawe jak on by się prezentował nago? &lt;br&gt;
Jeszcze raz spojrzał na zdjęcie, mruknął: Hm, nawet niebrzydki! &lt;br&gt;
Poklepał się po muskułach, po piersiach i po karku &lt;br&gt;
Przelotnie obrzucił wzrokiem różową konchę ucha, &lt;br&gt;
Powiedzał: - Nie jesteś gorszy od niego, mój Dreptaku! &lt;br&gt;
Zaśpiewał fałszywie coś z "Carmen" i się powycierał do sucha. &lt;br&gt;
... zaś potem drzwi się otwarły i wypuściły Dreptaka, &lt;br&gt;
I żona spojrzała ze smutkiem i załamała ręce &lt;br&gt;
I pomyślała że mąż jej to wyjątkowa pokraka &lt;br&gt;
I nigdy nie dałaby wiary, że taki był piękny w łazience... &lt;br&gt;
Ale my wiemy! I bardzo cenimy ten uśmiech losu &lt;br&gt;
Jaki łazienka zwykła dla zwykłego mężczyzna mieści, &lt;br&gt;
Bo my się też wszyscy zmieniamy w rozśpiewanych, &lt;br&gt;
atletycznych herosów. Mniej więcej o siódmej rano. &lt;br&gt;
Ale tylko do siódmej trzydzieści.... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szef</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/612/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/612/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZEF &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedy szef pośle cię po piwo &lt;br&gt;
To pomyśl sobie: - Niech ja stracę! &lt;br&gt;
I kopnij się do kiosku żywo &lt;br&gt;
Bo nie tak łatwo dziś o pracę! &lt;br&gt;
Szef, to tak prawie jak twój tato - &lt;br&gt;
Raz skarci, raz pieszczotą muśnie, &lt;br&gt;
Gdy szef oznajmi ci żeś matoł - &lt;br&gt;
Przyozdób twarz w barani uśmiech &lt;br&gt;
I bądź matołem w danej chwili &lt;br&gt;
Choćbyś miał cztery fakultety, &lt;br&gt;
Bo szef przenigdy się nie myli, &lt;br&gt;
Dlatego on jest szefem, nie ty. &lt;br&gt;
Lecz i dla ciebie, choć-żeś mały,&lt;br&gt;
Jest także satysfakcji strefa: &lt;br&gt;
Oto twój szef, choć tak wspaniały, &lt;br&gt;
Nad sobą ma większego szefa, &lt;br&gt;
I też mu dusza idzie w pięty &lt;br&gt;
Gdy szef się pyta go jowialnie: &lt;br&gt;
- Czy pan jest niedorozwinięty? &lt;br&gt;
On wówczas bąka: - Naturalnie...! &lt;br&gt;
Pomnijcie wojownicy młodzi &lt;br&gt;
Oraz wy, starsi wyjadacze: &lt;br&gt;
Należy się na wszystko godzić! &lt;br&gt;
... albo na prawie wszystko raczej, &lt;br&gt;
Bo gdy z ust szefa padnie zdanie &lt;br&gt;
Rzucone w gniewie lub ferworze: &lt;br&gt;
- A całuj żeż mnie drogi panie! &lt;br&gt;
... to ty niecałuj go broń Boże! &lt;br&gt;
Niech ci do głowy to nie strzeli - &lt;br&gt;
Zrób krok, lecz cofnij się z powrotem &lt;br&gt;
I jęknij: - Gdzieżbym się ośmielił, &lt;br&gt;
Chociaż po nocach marzę o tym! &lt;br&gt;
Taka pokora szefa wzrusza - &lt;br&gt;
Lico rozchmurzy wnet ponure &lt;br&gt;
I szepnie: - Durny, ale dusza! &lt;br&gt;
Brawo! To znak że pójdziesz w górę!!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Romans z ćwierćinteligentką</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/613/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/613/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ROMANS Z ĆWERĆINTELIGENTKĄ&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ponoć dwa razy daje ten, kto daje prędko, &lt;br&gt;
Myślałem, kręcąc romans z ćwierćinteligentką. &lt;br&gt;
Już po krótkich staraniach, jak rybak na wędkę &lt;br&gt;
Złapałem upatrzoną ćwierćinteligentkę. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Była młoda i ładna, pokochałem więc ją, &lt;br&gt;
Nie zrażając się wcale ćwierćinteligencją. &lt;br&gt;
Niestety, moja radość skończyła się wartko &lt;br&gt;
Gdy ćwierćinteligentka upiła się ćwiartką. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przedtem tylko się śmiała lub milczała skrzętnie, &lt;br&gt;
A teraz dawaj gadać ćwierćinteligentnie. &lt;br&gt;
Przez jakieś pół godziny truła jak najęta &lt;br&gt;
Na temat swego męża półinteligenta.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przygody pana Andrzeja I</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/614/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/614/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRZYGODY PANA ANDRZEJA (I)&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trwa w naszym kraju passa wspaniała, &lt;br&gt;
Świetnych pomysłów istna zawieja: &lt;br&gt;
Mało nam przygód pana Michała - &lt;br&gt;
Będą przygody pana Andrzeja! &lt;br&gt;
już operator kamerę chwycił, &lt;br&gt;
Już się artyści kręcą na planie, &lt;br&gt;
Już-już się rodzi taki pan Kmicic &lt;br&gt;
Że aż nam wszystkim coś w gardle stanie! &lt;br&gt;
Hej, pokażemy dzieje ojczyste &lt;br&gt;
Lepiej niż pan Sienkiewicz potrafi: &lt;br&gt;
Radziwiłł wpisze się na volkslistę, &lt;br&gt;
Ale go za to szlag nagły trafi! &lt;br&gt;
Rewelacyjny popis jeździecki &lt;br&gt;
Da nam dragonów pułk bigbitowy, &lt;br&gt;
A obywatel Gucio Kordecki &lt;br&gt;
Odeprze voklssturm od Częstochowy! &lt;br&gt;
Będą dramaty, będą armaty, &lt;br&gt;
Chłop - patryjota z ostrym ożogiem, &lt;br&gt;
Króla sprowadzi się z Ałma-Aty &lt;br&gt;
Dokąd uchodzić musiał przed wrogiem. &lt;br&gt;
Pegieerowskie palą się stogi, &lt;br&gt;
Statystów zwozi się do szpitala, &lt;br&gt;
A Józwa-Oya-Butrym-Bez-Nogi &lt;br&gt;
Woła z litewska: - Ja ciebie dala! &lt;br&gt;
Nie zrezygnuje się także z seksu: &lt;br&gt;
W mini-kontuszach będą panienki, &lt;br&gt;
Bogusław z wredną mordą z pumeksu &lt;br&gt;
Zacznie dobierać się do Oleńki. &lt;br&gt;
Ta w krzyk: - Ty zdrajco, za co mnie trzymasz? &lt;br&gt;
A on jak bydlę rzęzi i sapie, &lt;br&gt;
Lecz wtedy wchodzi król Jan Kazimierz &lt;br&gt;
Wyjmując z pochwy o, taaaki rapier! &lt;br&gt;
Dopieroż będzie ubaw do rana &lt;br&gt;
I wrażych trupów ogromna hałda. &lt;br&gt;
A wreszcie wszyscy bęc na kolana! &lt;br&gt;
(zwłaszcza rolnicy z gromady Lauda) &lt;br&gt;
I będą śpiewy i happy-endy, &lt;br&gt;
I się ogólny zrobi paradis, &lt;br&gt;
A pan reżyser skoczy w te pędy &lt;br&gt;
Z ogromnym krzykiem: &lt;i&gt;- Dawać Quo Vadis!!!&lt;/i&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przygody pana Andrzeja II</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/615/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/615/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRZYGODY PANA ANDRZEJA (II)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
(w tel melodia kowbojska)&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trwa w naszym kraju passa wspaniała, &lt;br&gt;
Świetnych pomysłów istna zawieja -&lt;br&gt;
Są już przygody pana Michała, &lt;br&gt;
Będą przygody pana Andrzeja! &lt;br&gt;
W dziedzinie kina nie jestem Clair'em&lt;br&gt;
I raczej w życiu niż w kinie kręcę,&lt;br&gt;
Lecz gdybym sławnym był reżyserem, &lt;br&gt;
To bym to zrobił o tak mniej więcej: &lt;br&gt;
Ciut bym poprawił dzieje ojczyste &lt;br&gt;
Lepiej niż autor książki potrafił -&lt;br&gt;
Radziwiłł wpisał się na volkslistę?&lt;br&gt;
Zaraz go za to szlag nagły trafi! &lt;br&gt;
Rewelacyjny popis jeździecki &lt;br&gt;
Da nam dragonów pułk bigbitowy, &lt;br&gt;
A obywatel Gucio Kordecki &lt;br&gt;
Odeprze voklssturm od Częstochowy. &lt;br&gt;
Będą dramaty, będą armaty, &lt;br&gt;
Chłop - patryjota z ostrym ożogiem, &lt;br&gt;
Króla sprowadzi się z Ałma-Aty &lt;br&gt;
Dokąd uchodzić musiał przed wrogiem. &lt;br&gt;
Nie zrezygnuję broń boże z seksu -&lt;br&gt;
W mini-kontuszach wpuszczę panienki!&lt;br&gt;
Bogusław z wredną mordą z pumeksu &lt;br&gt;
Zacznie dobierać się do Oleńki. &lt;br&gt;
Ta w krzyk: - Ty zdrajco, za co mnie trzymiesz?&lt;br&gt;
A on jak bydlę rzęzi i sapie, &lt;br&gt;
Lecz wtedy wchodzi król Jan Kazimierz &lt;br&gt;
Wyjmując z pochwy o, taaaki rapier! &lt;br&gt;
Dopieroż będzie ubaw do rana &lt;br&gt;
I wrażych trupów ogromna hałda. &lt;br&gt;
A wreszcie wszyscy bęc na kolana! &lt;br&gt;
(zwłaszcza rolnicy z gromady Lauda) &lt;br&gt;
I będą śpiewy i happy-endy, &lt;br&gt;
I się wspaniały zrobi paradis!&lt;br&gt;
...a ja do księgarń ruszę w te pędy&lt;br&gt;
Z ogromnym krzykiem: - &lt;i&gt;Dawać Quo Vadis!!!&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tango Walewska</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/616/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/616/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
TANGO WALEWSKA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ktoś zastukał do drzwi &lt;br&gt;
Kiedy właśnie miała kłaść się, &lt;br&gt;
Dzień trzynasty grudnia był &lt;br&gt;
Tysiąc osiemset dwanaście. &lt;br&gt;
Zdjęła już dżinsy Lee, &lt;br&gt;
Świece gasły w kandelabrze, &lt;br&gt;
Wtem ktoś stuka do drzwi, &lt;br&gt;
Wtem ktoś woła: - Cheri! &lt;br&gt;
... albo może wiatr tak płacze? &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ktoś zastukał do drzwi &lt;br&gt;
Ciemną nocą w Walewicach, &lt;br&gt;
Rozszczekały się psy, &lt;br&gt;
Zaskrzypiał aokiennica, &lt;br&gt;
Wyglądnęła Marie, &lt;br&gt;
Wiatr jej oczy śniegiem zawiał, &lt;br&gt;
Mąż obudził się zły &lt;br&gt;
- Chyba coś ci się śni, &lt;br&gt;
Właź do łóżka, nie rozrabiaj! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pana Mikołaja Reja z Nagłowic rozmyślania, dlaczego ...</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/617/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/617/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;&lt;br&gt;
PANA MIKOŁAJA REJA Z NAGŁOWIC ROZMYŚLANIA, DLACZEGO W POLSZCZE NIE WYSZEDŁ DRUGI ETAP REFORMACYJEJ? &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jako fala ogromna w biblijnym potopie &lt;br&gt;
Widmo Reformacyjej krąży po Europie. &lt;br&gt;
Każda nacja, gdy z Rzymem nie bardzo się zgadza &lt;br&gt;
Obiera tę religię, która jej dogadza: &lt;br&gt;
We Szwajcarjej kalwinizm ma swoje mieszkanie, &lt;br&gt;
Hugonoci we Francyjej, w Angliej - anglikanie, &lt;br&gt;
Husyta siedzi w Czechach, protestant we Szwecjej, &lt;br&gt;
Posłuszny ewangelik żywie w Enerdecjej. &lt;br&gt;
Przyszła Reformacyja i na polskie kresy, &lt;br&gt;
W pierwszym etapie spore odnosząc sukcesy, &lt;br&gt;
Gdyż lud tutajszy, chocia niezbyt pracowity, &lt;br&gt;
bywa tolerancyjny, zwłaszcza gdy jest spity. &lt;br&gt;
Szerzy się apostazja, papież piuskę targa, &lt;br&gt;
Blednie kardynał Hozjusz i młodziutki Skarga, &lt;br&gt;
Już drżą czy ocaleje w Polszcze kościół święty, &lt;br&gt;
Gdy wtem śród innowierców wszczęły się fermenty &lt;br&gt;
I - jako się to u nas bardzo często zdarza - &lt;br&gt;
Już ten tego podgryza, ten tego naparza, &lt;br&gt;
Dalej że w dyskusyje, sejmiki, dystrakcje, &lt;br&gt;
Dalej się na wyznania dzielić i na frakcje, &lt;br&gt;
Mikołaj w protestanty, do Kalwinów Marian, &lt;br&gt;
Jasio poszedł w husyty a Stasio do arian. &lt;br&gt;
To co w każdym z narodów płynie własnym nurtem - &lt;br&gt;
Polaczkowie u siebie chcieli zrobić hurtem, &lt;br&gt;
Wedle swoich rodzimych, lechickich poetyk &lt;br&gt;
(o czem sam wiem najlepiej, bom takoż heretyk)&lt;br&gt;
Aż się całkiem pożarli, i z tej właśnie racyjej &lt;br&gt;
Nie wyszedł w Polszcze Drugi Etap Reformacyjej. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Poprawka do planu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/618/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/618/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POPRAWKA DO PLANU &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rzecz to niezwykła w zasadzie, &lt;br&gt;
A nawet nadprzyrodzona: &lt;br&gt;
Tyle lat w jednym zakładzie &lt;br&gt;
Pracują on i ona, &lt;br&gt;
Widują się tam codzień, &lt;br&gt;
Każde ma swe kłopoty,&lt;br&gt;
Pogwarzą o pogodzie, &lt;br&gt;
Cześć-cześć, i do roboty..... &lt;br&gt;
Aż tu nagle, z jakąś chwilą &lt;br&gt;
sytuacja się zmienia: &lt;br&gt;
Przyjrzał się jej z profilu &lt;br&gt;
W półblaskach i półcieniach, &lt;br&gt;
POdczas jakiejś odprawy &lt;br&gt;
Lub w stołówce to było..... &lt;br&gt;
I nagle - dziwne sprawy, &lt;br&gt;
I nagle - wielka miłość, &lt;br&gt;
Już się nawzajem szukają &lt;br&gt;
Na przerwie śniadaniowej, &lt;br&gt;
O wczasy się pytają &lt;br&gt;
W Radzie Zakładowej, &lt;br&gt;
Diabli wiedzą co jeszcze, &lt;br&gt;
(choć przwidzieć nietrudno) &lt;br&gt;
fakt że załoga szepce: &lt;br&gt;
- O, Dreptak z Trypućkówną! &lt;br&gt;
- Wczoraj pryzniósł jej dalie! &lt;br&gt;
- I wiózł ją motocyklem! &lt;br&gt;
I tak dalej i dalej, &lt;br&gt;
Jak zawsze i jak zwykle, &lt;br&gt;
Po ludzku i banalnie &lt;br&gt;
Jak w innych krajach świata, &lt;br&gt;
Ale - oryginalnie, &lt;br&gt;
Bo: Skąd po tylu latach? &lt;br&gt;
Czemu nie osłupieli &lt;br&gt;
I nie zadrżeli czemu &lt;br&gt;
Wówczas, gdy się ujrzeli &lt;br&gt;
Pierwszy raz, dawno temu? &lt;br&gt;
A teraz - ona blada, &lt;br&gt;
On - dużo więcej pali, &lt;br&gt;
A przecież stara kadra, &lt;br&gt;
No, więc na co czekali? &lt;br&gt;
Nie wiem. Ale przypuszczam &lt;br&gt;
Że coś dziwnego chadza, &lt;br&gt;
Coś co ludzi podpuszcza, &lt;br&gt;
Coś co w pracy przeszkadza, &lt;br&gt;
Coś co w życiu pomaga &lt;br&gt;
I ma dziwne działanie..... &lt;br&gt;
I w związku z tym się domagam &lt;br&gt;
Żeby to ująć w planie! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Piętnasta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/619/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:06 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/619/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIĘTNASTA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
... a kiedy miejski zegar wybija godzinę piętnastą &lt;br&gt;
To zamierają na chwilę ulice, zaułki i place &lt;br&gt;
A potem z ogromną ulgą oddycha całe miasto &lt;br&gt;
I wszyscy ludzie w mieście równocześnie kończą prace. &lt;br&gt;
A mianowicie: szewc odkłada niedokończone buty, &lt;br&gt;
Palacz - cybuch na długiej antypce, &lt;br&gt;
A dyrygent - niewyżytą batutę, &lt;br&gt;
A solista - niedorżnięte skrzypce, &lt;br&gt;
I przerywa sprzedaż ekspedientka &lt;br&gt;
A znów kanciarz - jeden ze swych kantów, &lt;br&gt;
Urzędniczki zatrzaskują okienka &lt;br&gt;
Obcinając łby interesantom, &lt;br&gt;
Łby się toczą, lecz nikt ich nie sprząta, &lt;br&gt;
Bo sprzątaczka stawia miotłę do kąta. &lt;br&gt;
W lunaparkach stają karuzele, &lt;br&gt;
Księża tłumnie opuszczają balaski, &lt;br&gt;
A chirurdzy odkładają skalpele, &lt;br&gt;
A pacjenci budzą się z wrzaskiem, &lt;br&gt;
I kochankę porzuca kochanek &lt;br&gt;
A sikawkę strażak, choć się nie pali, &lt;br&gt;
Poczem wszyscy mkną do swych mieszkanek &lt;br&gt;
Mówiąc: - Ale żeśmy dziś popracowali!!!!!! &lt;br&gt;
... i tylko jeden Jan Dreptak, posiadacz licznej rodziny &lt;br&gt;
Drzemie w milczącym biurze. I lecą mu nadgodziny. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pan Wołodyjowski</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/620/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:11 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/620/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PAN WOŁODYJOWSKI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Powyciągawszy smutne wnioski &lt;br&gt;
Z sukcesów polskiej nowej szkoły &lt;br&gt;
Film - gigant "Pan Wołodyjowski" &lt;br&gt;
Robimy, barwny i wesoły &lt;br&gt;
Już przydzielona każda rola, &lt;br&gt;
Już słychać krzyki reżyserów, &lt;br&gt;
Już wynajęto Dzikie Pola &lt;br&gt;
W jednym z czołowych PGR-ów, &lt;br&gt;
Już wykopano stromy parów &lt;br&gt;
By w nim grasanci grasowali &lt;br&gt;
Wśród nich kilku jest Tatarów, &lt;br&gt;
Czterej kozacy (wszyscy biali), &lt;br&gt;
I innych osobników tłuszcza, &lt;br&gt;
Co - chociaż niesprecyzowani - &lt;br&gt;
To patrząc na nich się przypuszcza &lt;br&gt;
Że mniej lub więcej esesmani...... &lt;br&gt;
Słychać okrzyki "Rachu-ciachu" &lt;br&gt;
(bo głupio mieszać tu Allacha...) &lt;br&gt;
Wołodyjowski na wałachu &lt;br&gt;
szabelką i czym może macha. &lt;br&gt;
myślą Żukrowski i Kotowicz: &lt;br&gt;
- Jakże tu Azją zwać bandytę? &lt;br&gt;
Ameryka-Tuhajbejowicz &lt;br&gt;
Niechaj porywa tę kobitę! &lt;br&gt;
Faktycznie! Oto porwał basię &lt;br&gt;
Chociaż się darła: - Jejku! Mamo! &lt;br&gt;
Zaś Luśnia warknął: - Ty burasie! &lt;br&gt;
Zaraz ja zrobię ci to samo! &lt;br&gt;
I rzeczywiście wśród dąbrowy &lt;br&gt;
Niewąsko zajął się padalcem, &lt;br&gt;
Na maszt go nadział antenowy &lt;br&gt;
I oczko mu wydłubał palcem! &lt;br&gt;
Jeszcze benzyną zlał odmieńca, &lt;br&gt;
Podpalił go, obrzucił stekiem &lt;br&gt;
I wszyscy chodu do Kamińca &lt;br&gt;
Co walczył już z Czang-Kaj-Szekiem. &lt;br&gt;
Niestety, padły zamku mury, &lt;br&gt;
Pan Michał wpadł więc na myś mądrą, &lt;br&gt;
A zaraz potem wpadł do dziury, &lt;br&gt;
Gdzie rozbił buzdyganem jądro. &lt;br&gt;
Jak ci nie huknie! Jak nie strzeli! &lt;br&gt;
To ci fajerwerk był dopiero! &lt;br&gt;
Wszyscy w powietrze wylecieli &lt;br&gt;
Wraz z reżyserem i kamerą..... &lt;br&gt;
Ocean ognia wszystko zalał, &lt;br&gt;
Płacz podniósł się od Tatr do Wdzydzów, &lt;br&gt;
I nikt dosłownie nie ocalał..... &lt;br&gt;
... z wyjątkiem nas, kinowych widzów.... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polski Kilder</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/621/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/621/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POLSKI KILDER 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
(na walczyku "Szła dzieweczka")&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dobrze ma doktor Kilder, &lt;br&gt;
Wszyscy mu biją brawo, &lt;br&gt;
Pewnie żyletką "Silver" &lt;br&gt;
Się goli, a ja - "Rawą". &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kieruje nim doktor Gillespie, &lt;br&gt;
Facet przy dużej forsie, &lt;br&gt;
A mój szef, doktor Pipciewski &lt;br&gt;
Każe mi się żyrować w ORS-ie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Lecznica lecznicy nierówna, &lt;br&gt;
U Kildera się leczą kociaki, &lt;br&gt;
A do mnie Dreptakówna &lt;br&gt;
Przychodzi, że ma żylaki. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
U niego - psychonerwice &lt;br&gt;
Alienacje, kompleksy Edypa, &lt;br&gt;
U mnie - Frączak złapał kłonicę &lt;br&gt;
I Kwiatkowskiemu przyrypał. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pieśń klientów ORSu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/622/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/622/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PIEŚŃ KLIENTÓW ORS-U 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wróg się do nory kryje jak Borsuk &lt;br&gt;
A malkontentom także nie w smak - &lt;br&gt;
Dziesięć milionów klientów ORSu &lt;br&gt;
Wyszło ze śpiewem na jasny szlak! &lt;br&gt;
Dźwięczą im pieśni, zdobią ich kwiaty, &lt;br&gt;
Ziemia się nisko ściele do stóp, &lt;br&gt;
Szmaty i graty - wszystko na raty, &lt;br&gt;
Tuptajmy śmiało, tup tup tup tup! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Krzywią się zbóje i bumelanci, &lt;br&gt;
W leśnych ostępach płoszy się zwierz, &lt;br&gt;
Płaczą jak bobry liczni żyranci: &lt;br&gt;
Weźcie nas z sobą, my chcemy też! &lt;br&gt;
A oni idą, silni, bezwzględni, &lt;br&gt;
W setkach szeregów, w tysiącach grup, &lt;br&gt;
Ich nie zatrzyma żaden urzędnik, &lt;br&gt;
Tuptajmy śmiało, tup tup tup tup! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przyśpiewki górnicze</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/623/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/623/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRZYŚPIEWKI GÓRNICZE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie ma ci to nie ma &lt;br&gt;
Jak w naszym Lublinie, &lt;br&gt;
Dali ci łazienkę, &lt;br&gt;
Masz gdzie trzymać świnie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Górnicy z Lublina &lt;br&gt;
Malowane dzieci, &lt;br&gt;
Niejedna dziewczyna &lt;br&gt;
Za wami poleci! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie ma ci to nie ma &lt;br&gt;
Jak kopalnia moja, &lt;br&gt;
Lada rok przywiozą &lt;br&gt;
Opony do "Joya". &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Górnicy z Lublina &lt;br&gt;
Malowane dzieci, &lt;br&gt;
Niejedna dziewczyna &lt;br&gt;
Za wami poleci! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie ma ci to nie ma &lt;br&gt;
Jak nasz plan ramowy - &lt;br&gt;
W dwutysięcznym roku &lt;br&gt;
Ośrodek wczasowy. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Paliwo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/624/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/624/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PALIWO 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ty nie siedź z miną nieszczęśliwą, &lt;br&gt;
Włóż spodnie, odstaw denaturat, &lt;br&gt;
Idź, formowane kup paliwo, &lt;br&gt;
Na zimę przyda się akurat! &lt;br&gt;
Nadlecą wichry rozszumiane, &lt;br&gt;
Przyjdą zawieje i śnieżyce, &lt;br&gt;
A ty paliwo formowane &lt;br&gt;
Będziesz już dawno miał w piwnicy... &lt;br&gt;
Rodzina skupi się, szczęśliwa, &lt;br&gt;
Przy piecu wszyscy siądą blisko, &lt;br&gt;
Formowanego garść paliwa &lt;br&gt;
Rzucisz łopatką w palenisko, &lt;br&gt;
I zapijając grzanym piwem &lt;br&gt;
Wędzone lub smażone trocie, &lt;br&gt;
Uformowane tym paliwem &lt;br&gt;
Będziesz się cieszył niczym kocię... &lt;br&gt;
I będziesz w myślach swych dziękował &lt;br&gt;
Naukowcowi dużej klasy, &lt;br&gt;
Który paliwo uformował &lt;br&gt;
Żebyś nie zamarzł, byku krasy! &lt;br&gt;
I wyobrazisz sobie w dali &lt;br&gt;
Zamglonej, ustawiony szereg &lt;br&gt;
Wytwórni formowanych paliw, &lt;br&gt;
Funkcjonujących bez usterek. &lt;br&gt;
I zespół pracowników, który &lt;br&gt;
Żadnych czynności nie pominie, &lt;br&gt;
Skomplikowane receptury &lt;br&gt;
Realizując precyzyjnie! &lt;br&gt;
Więc, rozpalając piec, rodacy &lt;br&gt;
Kawałkiem formowanej kostki&lt;br&gt;
Pomyślcie, ile tkwi w niej pracy, &lt;br&gt;
Ile rzetelnej, ludzkiej troski, &lt;br&gt;
Jakie problemy wewnątrz siedzą &lt;br&gt;
I jakie naukowe dane!!! &lt;br&gt;
... dzięki ci, ścisła wiedzo &lt;br&gt;
Za to paliwo formowane!!!!! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Odkrycie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/625/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/625/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ODKRYCIE &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
W lipcu nad Morzem Czarnym była wielka laba, &lt;br&gt;
Wszyscy się opalali, czas jak bajka mijał, &lt;br&gt;
A jeden Polak złapał niewielkiego kraba &lt;br&gt;
I oglądał go, myśląc: Cóż to za bestyja? &lt;br&gt;
Posadził go na piachu - tuż nad brzegiem wody &lt;br&gt;
Trącił palcem i mruknął: - Paszoł wont, pętaku! &lt;br&gt;
A każdy krab, tak stary jak i całkiem młody, &lt;br&gt;
Chodzi wyłącznie bokiem, niczym w krakowiaku. &lt;br&gt;
Nasz krab także tak chodził. Zrobił dwa - trzy kroki, &lt;br&gt;
A była w nim fantazja i tyle polskości, &lt;br&gt;
Że Polak zdębiał, poczem chwycił się pod boki, &lt;br&gt;
Tupnął, wyciął hołubca i krzyknął: Wciórności!!! &lt;br&gt;
I zaraz w duszy zagrał mu krakowski hejnał, &lt;br&gt;
Wanda mu się zwidziała, król Krak na bachmacie, &lt;br&gt;
I od zapału na nim zjeżyła się wełna, &lt;br&gt;
I ucałował kraba i wyszeptał: - Bracie!!! &lt;br&gt;
I nazwał go kuzynem, synem i rodakiem &lt;br&gt;
I taka go zalała tkliwość obłąkana, &lt;br&gt;
Że myląc Kraka z krabem względnie kraba z Krakiem &lt;br&gt;
Chciał uścisnąć nieszczęsne zwierzę za kolana. &lt;br&gt;
Że jednak krab odnóży ma osiem czy dziesięć, &lt;br&gt;
A na każdym ma chyba po szesnaście kolan, &lt;br&gt;
WIęc się ten akt przedłuża, choć nadeszła jesień... &lt;br&gt;
Hej, któż może odgadnąć, co gra w duszach Polan??? &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kłopoty Radziwiłła</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/626/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/626/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KŁOPOTY RADZIWIŁŁA&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Bardzo się zdziwił &lt;br&gt;
Na swoim zamku &lt;br&gt;
Ksążę Radziwiłł &lt;br&gt;
"Panie Kochanku". &lt;br&gt;
Stojąc pod kranem &lt;br&gt;
Stwierdził był rankiem &lt;br&gt;
Że wciąż jest Panem, &lt;br&gt;
Lecz nie Kochankiem...... &lt;br&gt;
Przyszedł medykus, &lt;br&gt;
Zbadał troskliwie, &lt;br&gt;
Zapisał fikus &lt;br&gt;
Moczony w piwie. &lt;br&gt;
Gdy ten nie pomógł - &lt;br&gt;
Zapisał potem &lt;br&gt;
Wywar ze stonóg &lt;br&gt;
I spanie z kotem. &lt;br&gt;
Przybył też rabin, &lt;br&gt;
Rady udzielił: &lt;br&gt;
- każden karabin &lt;br&gt;
Kiedyś nie strzeli. &lt;br&gt;
Użyj pan sztuczek, &lt;br&gt;
Bądź pan ten pucer, &lt;br&gt;
Żeby był huczek, &lt;br&gt;
Choć pusty sztucer! &lt;br&gt;
Książę mu rzucił &lt;br&gt;
Czerwony złoty &lt;br&gt;
I się przerzucił &lt;br&gt;
Na andegdoty!&lt;br&gt;
Tkwi tu zasada &lt;br&gt;
Nader prawdziwa: &lt;br&gt;
Kto dużo gada, &lt;br&gt;
Ten coś ukrywa! &lt;br&gt;
Obok wychodzi &lt;br&gt;
Zasada inna: &lt;br&gt;
Nigdy nie szkodzi &lt;br&gt;
Spytać rabina! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kelnerissimus</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/627/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/627/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; 
KELNERISSIMUS &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ucichł gwar i zapadła cisza, &lt;br&gt;
Ze strachu mdlał najlżejszy nawet szept, &lt;br&gt;
Gdy wzór kelnerów, słynny Dreptak Ryszard &lt;br&gt;
Jak młody bóg przez salę z tacą szedł. &lt;br&gt;
I mogłeś słyszeć jak się ściana łuszczy, &lt;br&gt;
I każdy oddech głośny był jak grzmot, &lt;br&gt;
A Dreptak szedł jak dziki kot na puszczy, &lt;br&gt;
A wygląd też miał jak na puszczy kot. &lt;br&gt;
Klientów w przejściu zimnym okiem macał, &lt;br&gt;
A każdy z nich odwracał z lękiem twarz, &lt;br&gt;
I tylko glaca lśniła mu i taca, &lt;br&gt;
Na której śmierdział jakiś stek lub farsz. &lt;br&gt;
On stawał zaś nad karkiem konsumenta, &lt;br&gt;
Konsument drżał jak mały, nędzny mops, &lt;br&gt;
A Ryszard Dreptak mówił do natręta &lt;br&gt;
Twierdzącym tonem: - Pan zażyczył klops! &lt;br&gt;
A był ten głos jak grzmot morderczej strzelby, &lt;br&gt;
Lub z kowbojskiego kolta celny strzał, &lt;br&gt;
I nawet gość co żądał przedtem melby &lt;br&gt;
Mamrotał: - Owszem, ja żem klopsa chciał... &lt;br&gt;
Ten orli lot, ta godność jowiszowa &lt;br&gt;
Nie wszystkim w krąg trafiają jednak w smak, &lt;br&gt;
Już rośnie szmer, i zawiść zawodowa, &lt;br&gt;
Już inni też by chcieli umieć tak... &lt;br&gt;
Czekają więc... A może się pośliźnie? &lt;br&gt;
Z naręczem zup się potknie, cóż za pech, &lt;br&gt;
Zawrzaśnie w głos, i w stolik łbem się gwiźnie &lt;br&gt;
Wzbudzając w sali homerycki śmiech? &lt;br&gt;
Na razie Dreptak kroczy niezachwiany, &lt;br&gt;
My kroczmy też, nie myśląc o tym, że &lt;br&gt;
Każdego z nas gdzieś czeka sos rozlany, &lt;br&gt;
Sterczący gwóźdź, lub jakieś inne gie... &lt;br&gt;
- Daj, Panie, nam - pokornie cię prosimy - &lt;br&gt;
Dreptraka styl, i honor taki sam, &lt;br&gt;
A jeśli już koniecznie paść musimy - &lt;br&gt;
Jak Dreptak paść niech dane będzie nam! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Hapening</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/h/628/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/h/628/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Hapening&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ponieważ europejskie zwyczaje się u nas ceni, &lt;br&gt;
Postanowiono koniecznie urządzić polski hapening, &lt;br&gt;
Bo ktoś tam wydedukował metodą psychoanalizy, &lt;br&gt;
Że to skłoni zachodnich turystów, żeby u nas zostawili dewizy. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hapening, hapeningów jest cała masa, &lt;br&gt;
Można powiedzmy kogoś rozebrać na golasa, &lt;br&gt;
Pomalować w zielone zajączki, powtykać draniowi pióra, &lt;br&gt;
I jeszcze mu kazać tańczyć "szła dzieweczka", albo mazura &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Z opery "Halka" Moniuszki, co dwa cele spełnia po cichu, &lt;br&gt;
Bo narodowe jest w formie, a w treści takie więcej do śmichu &lt;br&gt;
Można też na przykład jakiś obraz pociachać żyletką, &lt;br&gt;
Dać komuś z nienacka po pysku wodnistą kiełbaską metką.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ekspedientki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/e/629/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/e/629/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
EKSPEDIENTKI &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedy zegar bije osiemnastą, &lt;br&gt;
Ekspedientki wychodzą na miasto. &lt;br&gt;
Już bez dąsów i bez humorów &lt;br&gt;
Idą, płyną, krawędzią wieczoru. &lt;br&gt;
Trochę są jak witraże ze Sieny, &lt;br&gt;
Trochę jak modelki z Telimeny. &lt;br&gt;
W duszy każda już na poły święta, &lt;br&gt;
A na poły jeszcze zła na klienta. &lt;br&gt;
Już się robi coraz milsza, lepsza, &lt;br&gt;
Ale jeszcze w myślach go opieprza... &lt;br&gt;
Zakwitają różą i stokrocią, &lt;br&gt;
Napełniają się spokojem i dobrocią. &lt;br&gt;
Neonami ulica się mieni, &lt;br&gt;
Z bram wychodzą narzeczeni stęsknieni, &lt;br&gt;
Zaraz każda się przybliży, przytuli, &lt;br&gt;
I już niczym się nie różni od Julii, &lt;br&gt;
Tylko jedna, biedna, od Ofelii, &lt;br&gt;
Co to ją na manku dziś capnęli. &lt;br&gt;
Idą miastem smutne i wesołe &lt;br&gt;
Jak madonny WSS "Społem", &lt;br&gt;
I zależy, która w jakim dziale - &lt;br&gt;
Różnych woni otaczają ją fale. &lt;br&gt;
Oto Ewa w duszącej feerii &lt;br&gt;
Aromatów luksusowej drogerii, &lt;br&gt;
Oto Zuzia - koniaki i wino, &lt;br&gt;
I Małgosia ze swą antymoliną. &lt;br&gt;
I kawowo - herbaciana Ula, &lt;br&gt;
I Bożena, a wokół - cebula, &lt;br&gt;
Już podchodzą do kochanych mężczyzn, &lt;br&gt;
I już każdy swoją z dala węszy, &lt;br&gt;
Jak lunatyk -radarem nosa &lt;br&gt;
Się kieruje w swoje małe niebiosa. &lt;br&gt;
Już się łączą w pary, już znikają, &lt;br&gt;
Tramwajami - korabiami odpływają, &lt;br&gt;
Już nie pachnie mydło, piwo i futra, &lt;br&gt;
Już zniknęły ekspedientki do jutra. &lt;br&gt;
Nie wypoczną, nie zasną do ranka &lt;br&gt;
Przy ruchliwych, niecierpliwych kochankach, &lt;br&gt;
Wstaną mgliste, przezroczyste i smętne, &lt;br&gt;
Będą zwracać do nas słowa niechętne, &lt;br&gt;
Ale my im wybaczymy, darujemy, &lt;br&gt;
Ale my je rozgrzeszymy, zrozumiemy, &lt;br&gt;
Urządzimy się wygodniej i lepiej, &lt;br&gt;
Też znajdziemy przyjaciółkę w jakimś sklepie &lt;br&gt;
I opuści nas niepewność i trema, &lt;br&gt;
Bo już nikt nie odpowie "nie ma"! &lt;br&gt;
Wszystko zawsze znajdzie się dla nas - &lt;br&gt;
Dżins belgijski, kongijski ananas... &lt;br&gt;
Żeby każdy tak do tego podszedł, &lt;br&gt;
To już dawno by miał każdy według potrzeb! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Draka w sali</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/630/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:16 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/630/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DRAKA W SALI &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Straszliwą rzecz opowiem w skrócie &lt;br&gt;
Ogólną bójkę i zatrucie, &lt;br&gt;
Jak wywichnięto kilka stóp &lt;br&gt;
I jak się gęsto ścielił trup! &lt;br&gt;
A było tak, że kiedyś w poście &lt;br&gt;
Zjechali do Dreptaków goście: &lt;br&gt;
Ciotka i szwagier oraz teść, &lt;br&gt;
Aby się napić względnie zjeść. &lt;br&gt;
Za nimi przybył również stryjek... &lt;br&gt;
Ze studzieniny wyjął palcem świński ryjek, &lt;br&gt;
Na poczekaniu cały zjadł &lt;br&gt;
I zaraz potem trupem padł. &lt;br&gt;
I wszystkich wnet ogarnął strach - &lt;br&gt;
I każdy wołał: - Och! i Ach! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada I</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/631/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:16 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/631/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BALLADA I &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Różne bywają przygody &lt;br&gt;
I różna jest uroda - &lt;br&gt;
Czasem ktoś wpadnie do wody &lt;br&gt;
I woła: - Ale przygoda! &lt;br&gt;
A czasem się zjawią Indianie &lt;br&gt;
Lub z szafy wylezie kontroler, &lt;br&gt;
Albo ktoś w łeb dostanie &lt;br&gt;
Na dużej przerwie w szkole...&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, otwierajcie się bramy, &lt;br&gt;
Wichrze przyjazny wiej! &lt;br&gt;
Uwaga! Wszyscy wołamy: &lt;br&gt;
- Dziej się przygodo, dziej, &lt;br&gt;
Dziej się przygodo, hej hej!&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żeby móc przeżyć przygodę &lt;br&gt;
Lub awanturę bombową, &lt;br&gt;
Trzeba przerobić swą modę &lt;br&gt;
Z dżinsowej - na przygodową...&lt;br&gt;
To nam trudności nie stwarza, &lt;br&gt;
Zamieniamy się wraz ze strojem &lt;br&gt;
Na coś w rodzaju korsarza &lt;br&gt;
Skrzyżowanego z kowbojem! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Akwamarsz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/632/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:16 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/632/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
AKWAMARSZ &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
W codziennym zajęć męczącym slalomie &lt;br&gt;
Niejeden wody marnuje się litr, &lt;br&gt;
Dlatego szybko kup sobie wodomierz &lt;br&gt;
I usiądź w wodzie przy dźwięku harf i cytr. &lt;br&gt;
Wodomierz piękny ci da firma Akwa, &lt;br&gt;
Za co nie żąda zbyt wysokich sum, &lt;br&gt;
Nad wodą kaczki zakrzykną wnet kwa-kwa, &lt;br&gt;
A w wodzie rybki zatańczą plum plum plum! &lt;br&gt;
Będziesz miał wodę na codzień i w świątki, &lt;br&gt;
Będziesz nią wokół oblany jak Hel, &lt;br&gt;
Dwieście dwadzieścia siedem zero osiem &lt;br&gt;
To twój w Wałbrzychu telefoniczny cel! &lt;br&gt;
Dla innych susza jest klęską i zgrozą- &lt;br&gt;
Ty jeden uśmiech przywołaj na twarz - &lt;br&gt;
Już z firmy Akwa wodomierz ci wiozą, &lt;br&gt;
O kurcze chłopie, ty ale szczęście masz! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wierszyki szpitalne</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/633/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:16 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/633/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wierszyki szpitalne&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
A w naszym szpitalu &lt;br&gt;
Miło jak na balu, &lt;br&gt;
Nie ma takich lecznic w Rzymie &lt;br&gt;
Ani w Montrealu. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zdychają mikroby, &lt;br&gt;
Pryskają choroby, &lt;br&gt;
Już nie będą nas gnębiły &lt;br&gt;
I naszej chudoby! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Samotna czerwonka &lt;br&gt;
Po polu się błąka, &lt;br&gt;
Tak się wystraszyła leków &lt;br&gt;
Aż się biedna jąka. &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gnębiła żółtaczka &lt;br&gt;
Sierżanta Miziaczka, &lt;br&gt;
A po wyjściu ze szpitala &lt;br&gt;
Sierżant zdrów jak kaczka! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Był kiedyś dyfteryt &lt;br&gt;
groźny jak iperyt, &lt;br&gt;
Ale teraz z dyfterytu &lt;br&gt;
Zrobił się emeryt. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sąd boży</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/634/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:16 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/634/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SĄD BOŻY &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kto żyw ciągnie na rynek, &lt;br&gt;
Od ciury do wielmoży, &lt;br&gt;
By ujrzeć pojedynek.... &lt;br&gt;
Ba! Więcej, bo Sąd Boży! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rycerz Zenon Pokraka &lt;br&gt;
Cały w sławie i w bliznach &lt;br&gt;
Eustachego Dreptaka &lt;br&gt;
Na tę walkę był wyzwał.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wyzwał go od ostatnich, &lt;br&gt;
Oszustwa mu zarzucił, &lt;br&gt;
A nawet jemu w szatni &lt;br&gt;
Rękawicę w pysk rzucił! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dreptak ją w locie schwytał, &lt;br&gt;
Chwilę oczkami mrugał, &lt;br&gt;
Poczem chytrze zapytał: &lt;br&gt;
- No dobrze, a gdzie druga?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pokraką aż zachwiało &lt;br&gt;
Kiedy pytanie pojął: &lt;br&gt;
- Drugiej ci się zachciało? &lt;br&gt;
Teraz ty rzuć mi swoją! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Uszy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/635/</link><pubDate>Sun, 21 Oct 2001 16:23:16 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/635/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
USZY &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Już nie damy się zwodzić, &lt;br&gt;
Za nos innym się wodzić, &lt;br&gt;
Biec na oślep jak błędne owce, &lt;br&gt;
Nie zabraknie nam chleba &lt;br&gt;
Ale umieć nam trzeba &lt;br&gt;
Wykorzystać wszystkie surowce! &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Może dojść do wyników &lt;br&gt;
Nawet ferma królików &lt;br&gt;
Hodowlanych, tych z futrem i mięsem, &lt;br&gt;
Tylko że nie ma prawa &lt;br&gt;
Nie z królika zostawać, &lt;br&gt;
Wszystko trzeba wyzyskać z sensem! 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Królik czego by nie umiał, &lt;br&gt;
Wszystko idzie na przemiał, &lt;br&gt;
Nawet kości na mączkę się kruszy, &lt;br&gt;
Na obiadek masz udko, &lt;br&gt;
Z futra kurtkę cieplutką, &lt;br&gt;
Tylko co nam zostaje? Tak, uszy!!!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Decyzja powstańca</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/636/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/636/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DECYZJA POWSTAŃCA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Hej, szumiał powiat i huczał, gadało się to i owo, &lt;br&gt;
 To tu, to ówdzie wybuchał okrzyk, lub nawet śmieszek, &lt;br&gt;
 Bo ktoś rozpuścił plotkę, że panią Orzeszkową &lt;br&gt;
 Bija od czasu do czasu jej mąż, czyli pan Orzeszek, &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Skąd inąd dzielny szlagon i okaz patryjoty, &lt;br&gt;
 Co kiedy jechał przez pole na swoim szarabanie &lt;br&gt;
 To okoliczne panny nałogowo zerkały przez płoty &lt;br&gt;
 I szeptały: - Ach, z pana Orzeszka byłby prześliczny powstaniec! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ilość i jakość</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/637/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/637/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ILOŚĆ I JAKOŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trochę mnie to zasmuca, trochę bawi i wkurza, &lt;br&gt;
Że jak w kraju przypadkiem czegoś znajdzie się wbród, &lt;br&gt;
Względnie - mówiąc otwarcie - ilość czegoś zbyt duża, &lt;br&gt;
To się z czegoś takiego robi cymes i cud. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Proszę sobie wystawić ludzką zgrozę i mękę &lt;br&gt;
kiedy w telewizorze ciągle zjawia się śledź. &lt;br&gt;
Lub gdy w prasie nachalnie reklamują "Syrenkę" &lt;br&gt;
Jako wielką okazję - zapłać, wsiadaj i jedź. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poniektóry faktycznie płaci, siada i jedzie. &lt;br&gt;
Wioząc Helcię lub Mancię jakby wiózł Dianę Dors. &lt;br&gt;
Przy czym w sercu ma smutek, w bagażniku ma śledzie &lt;br&gt;
W perspektywie ma dziecko a na karku ma ORS. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Marzenia wiosenne</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/638/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/638/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;MARZENIA WIOSENNE &lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;(w tle "Marzenie" Schumana)&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 O czym marzy co roku wiosną &lt;br&gt;
 Pan stworzenia, postępu chorąży? &lt;br&gt;
 Jakie w nim dylematy rosną, &lt;br&gt;
 Co nurtuje go? Co go drąży? &lt;br&gt;
 Czy kariera mu widzi się wielka &lt;br&gt;
 W dyplomacji, że jest konsulem &lt;br&gt;
 W szapoklaku, fraku i szelkach, &lt;br&gt;
 Że angielski zna, i że wogóle...? &lt;br&gt;
 Czy też duma że jest naukowcem &lt;br&gt;
 Co wynalazł gazowy skobel &lt;br&gt;
 Albo z krową skrzyżował owcę, &lt;br&gt;
 I ktoś dzwoni: - Hallo! Tu Nobel! &lt;br&gt;
 Może sobie w myślach przedstawia &lt;br&gt;
 Że się wybił, że obniżył koszta, &lt;br&gt;
 Lub że dostał Nagrodę Wrocławia &lt;br&gt;
 Za sam wygląd i za całokształt? &lt;br&gt;
 Że jest bardzo znanym chirurgiem &lt;br&gt;
 Ma nóż, kleszcze i inne kawałki &lt;br&gt;
 I że jedzie własnym wartburgiem &lt;br&gt;
 Ministrowi wyrżnąć migdałki? &lt;br&gt;
 Albo może że Samosierra, &lt;br&gt;
 Że kartacze stadami, jak ptaki, &lt;br&gt;
 A on, prawdaż, jako generał, &lt;br&gt;
 A on, prawdaż: - Za mną, chłopaki! &lt;br&gt;
 Czy rakieta ewewntualnie, &lt;br&gt;
 Gra orkiestra, w słońcu kosmodrom, &lt;br&gt;
 Ktoś przemawia doń pryncypialnie &lt;br&gt;
 Ciut od rzeczy, żeśwa nad Odrą? &lt;br&gt;
 Względnie saloon, banda przy barze, &lt;br&gt;
 A barmana właśnie zabito, &lt;br&gt;
 A on wchodzi, i patrzy im w twarze &lt;br&gt;
 A w kaburze ma taaaakie kopyto... &lt;br&gt;
 Gdy zapytać, to każdy opowie &lt;br&gt;
 Jakieś szczytne-ambitne łamańce, &lt;br&gt;
 Ale mówiąc między nami, panowie, &lt;br&gt;
 To na wiosnę każdy marzy o Mańce... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kryzys zaufania</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/639/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/639/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KRYZYS ZAUFANIA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Jakiś kryzys zaufania &lt;br&gt;
 Kraj nasz w salę przysiąg zmienia - &lt;br&gt;
 Wszędzie słychać ślubowania &lt;br&gt;
 Że o tak, że bez wahania, &lt;br&gt;
 I że resztką tchnienia! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wznoszą w górę dłoń Lechici &lt;br&gt;
W oczach im się mienią łezki, &lt;br&gt;
Przy rzekają emeryci, &lt;br&gt;
Transportowcy, karmelici, &lt;br&gt;
Twórcy i oseski. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Bardzo to są szczytne sprawy, &lt;br&gt;
 Popieram je szczerze, &lt;br&gt;
 Lecz można by je bez obawy &lt;br&gt;
 Zrezygnować z tej oprawy, &lt;br&gt;
 Ja tam ludziom wierzę... &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Po cóż wszyscy tyle ruchu &lt;br&gt;
I zamętu czynią? &lt;br&gt;
Zamiast wznosić las paluchów &lt;br&gt;
Niechby każdy przyrzekł w duchu &lt;br&gt;
Że nie będzie świnią. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zadanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/640/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/640/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;ZADANIE&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Plakatowe winiety, standardowe uśmiechy, &lt;br&gt;
 Wyczyszczona do błysku gabardina i stal - &lt;br&gt;
 Poszły nasze chłopaki za Sudety, na Czechy, &lt;br&gt;
 Poszły nasze chłopaki jak ułani na bal. &lt;br&gt;
 Z nimi słońce i wicher wędrowały po trasach, &lt;br&gt;
 Omijały ich burze, rozwiewały się mgły, &lt;br&gt;
 Omówiło ichradio, opisała ich prasa, &lt;br&gt;
 Pokazało ich kino jak śpiewali i szli. &lt;br&gt;
 ... A to przecież nieprawda, zimna była ta przestrzeń, &lt;br&gt;
 Nieufnością zjeżony człowiek, słowo i rzecz, &lt;br&gt;
 Nieżyczliwe miasteczka, gorzkie wiatry i deszcze, &lt;br&gt;
 Przejmujące napisy "wróg", "okupant" i "precz". &lt;br&gt;
 Trzeba było zrozumieć ten kraj bratni, choć obcy, &lt;br&gt;
 Spenetrować mielizny, prądom - inny dać bieg. &lt;br&gt;
 Nic nie piszcie o chłopcach. To u szewca są chłopcy, &lt;br&gt;
 A tam poszli mężczyźni, starsi od was o wiek. &lt;br&gt;
 To nieprawda, że nigdy ich nie żarła wątpliwość, &lt;br&gt;
 Wątpliwości nie miewa krowa, drewno lub ćwok. &lt;br&gt;
 Trzeba było zostawić żon i matek swych tkliwość, &lt;br&gt;
 Nie wiadomo - na tydzień, miesiąc, kwartał czy rok? &lt;br&gt;
 Nic nie wiemy, jak kiedyś ich historia oceni, &lt;br&gt;
 Jak rozważy proporcje zasług, wahań i win? &lt;br&gt;
 Fakt jest faktem, pod niebem smutnej, czeskiej jesieni &lt;br&gt;
 Ciężką służbę wypełnia brat twój, mąż albo syn. &lt;br&gt;
 Chyba znajdzie uznanie u następnych pokoleń &lt;br&gt;
 Ich bezkrwawa kampania, trudna misja i straż... &lt;br&gt;
 Czci się tych co zdobyli Samosierrę i Smoleńsk, &lt;br&gt;
 A wszak łatwiej jest ginąć, niż dać pluć sobie w twarz. &lt;br&gt;
 A wszak łatwiej jest strzelać, niż trwać z celem na muszce, &lt;br&gt;
 Mniej się widzi w lunecie, więcej widzi się wszerz... &lt;br&gt;
 "Polski żołnierz dopomógł w gospodarstwie staruszce..." &lt;br&gt;
 O, panowie pisarze! Bez was pomógłby też! &lt;br&gt;
 Świat się trzęsie w posadach, walą się ideały, &lt;br&gt;
 Różne hasła zmieniają sens, znaczenie i treść - &lt;br&gt;
 Jest w tym wszystkim nasz żołnierz. Nie monolit wspaniały - &lt;br&gt;
 Coś większego, bo człowiek. Właśnie za to mu cześć. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Don Kichot</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/641/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/641/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;DON KICHOT &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kichot: &lt;br&gt;
Sancho, popatrz przed siebie na słoneczne drogi, &lt;br&gt;
Posłuchaj jak Rosynant rżeniem ranek wita, &lt;br&gt;
Przed nami ziemia leży jeszcze nie odkryta &lt;br&gt;
W niej zdobędziemy sobie rycerskie strogi. &lt;br&gt;
W szczelinach gór skalistych kryją się złe smoki, &lt;br&gt;
W każdym zamku królewna na wybawcę czeka, &lt;br&gt;
Wiele przygód nam droga gotuje daleka &lt;br&gt;
I wiele niebezpieczeństw kryje świat szeroki. &lt;br&gt;
Zabijemy tygrysy w upalnych sumatrach, &lt;br&gt;
Ukorzymy, pioruny, samumy i szkwały... &lt;br&gt;
Spójrz, oto pierwszy potwór wyłazi zza skały? &lt;br&gt;
Daj miecz, tarczę i kopię! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dziedzictwo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/642/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/642/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;DZIEDZICTWO &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czasem siedzę i rozmyślam godzinami &lt;br&gt;
Co przdkowie moi mieć na celu mogli &lt;br&gt;
Że walczyli i walczyli ze Szwedami &lt;br&gt;
Jak to ujął pan Sienkiewicz w swej trylogii? &lt;br&gt;
Kombinacja to nad wszelki wyraz mglista - &lt;br&gt;
Co nie bawi mnie niestety i nie cieszy: &lt;br&gt;
Przypływają sobie Szwedzi promem z Ystad, &lt;br&gt;
A tu Kmicic do nich z krzaków bęc z pepeszy! &lt;br&gt;
Kto mógł przeczuć i przewidzieć że wystrzeli &lt;br&gt;
Jakby w jaki przysłowiowy kaczy kuper... &lt;br&gt;
A ci Szwedzi, jakby wtedy nas zajęli, &lt;br&gt;
To ja teraz miałbym może Volvo-Super? &lt;br&gt;
Jakąś Ingrid bym podrywał ałbo Gretkę &lt;br&gt;
Na kanapie obciągniętej szwedzkim sztruksem, &lt;br&gt;
I ze szwedzkiej stali mógłbym mieć żyletkę, &lt;br&gt;
A tak muszę się kaleczyć Rawą-Luxem... &lt;br&gt;
Na polarną zorzę patrzyłbym wieczorem, &lt;br&gt;
Od pingwinów, fok i morsów miałbym nabiał, &lt;br&gt;
Ksiądz Chudzielak to by wtedy był pastorem &lt;br&gt;
Z czwórką dzieci, więc by pewnie nie rozrabiał... &lt;br&gt;
Hej, na biegun by północny człowiek pływał, &lt;br&gt;
Zamiast jezior Augustowskich i Mazurskich, &lt;br&gt;
A jak ładnie by się każdy z nas nazywał - &lt;br&gt;
To by brzmiało: Olaf Haakon Waligórski! &lt;br&gt;
Dziś na siłę tę historię się odrabia, &lt;br&gt;
Takie rzeczy się wymyśla, że o rany, &lt;br&gt;
I tych Szwedów się namawia i przywabia &lt;br&gt;
Pisząc: "Przyjedź do Szczecina na Bałkany!" &lt;br&gt;
Wprawdzie Szwecja ludność bardzo ma odważną, &lt;br&gt;
Ale trudno nam tę ludność do nas złasić... &lt;br&gt;
- Dzięki - mówią - już nas Kmicic dosyć narżnął... &lt;br&gt;
My to zawsze coś musimy pokiełbasić!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dziedziczność</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/643/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/643/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; DZIEDZICZNOŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 O pierwszym zmroku, koło Pedetu &lt;br&gt;
 By uspokoić stargane nerwy &lt;br&gt;
 Snują się blade córki poetów &lt;br&gt;
 Tych z awangardy, i tych z konserwy. &lt;br&gt;
 Snują się solo, snują się kupą, &lt;br&gt;
 Śniąc o tym, czego nocą nie dośnią, &lt;br&gt;
 Rzadko karmione pożywną zupą, &lt;br&gt;
 A dużo częściej mglistą przenośnią. &lt;br&gt;
 Somnabulicznie, brzegiem wieczorów &lt;br&gt;
 Pełzną jak strzygi pędzla Ociepki, &lt;br&gt;
 A obok zdrowe córki majorów &lt;br&gt;
 Rzucają chłopcom krwiste zaczepki. &lt;br&gt;
 Na poetównę chłopcy nie patrzą... &lt;br&gt;
 Cóż, że wygląda na smukłą nimfę, &lt;br&gt;
 Że twarz ma dużo od innych gładszą, &lt;br&gt;
 Kiedy krwi w żyłach nie ma, lecz limfę.... &lt;br&gt;
 Poza tym, wszelkich praw dziedziczności &lt;br&gt;
 Jest antytezą, i trudno dociec &lt;br&gt;
 Dlaczego nie ma nawet zdolności &lt;br&gt;
 Tak miernych, jak jej rzekomy ociec.... &lt;br&gt;
 Rzekomy! Bowiem przed wieloma laty &lt;br&gt;
 Gdy gwiazdy lśniły jak złota rzeka &lt;br&gt;
 A tata wsadził nos w poematy - &lt;br&gt;
 Mamę odwiedził dostawca mleka... &lt;br&gt;
 Więc krążą teraz - żałosne dziwa - &lt;br&gt;
 Po miejskich ulic zimnych manowcach &lt;br&gt;
 Czasem ambicja w nich się fałszywa &lt;br&gt;
 Odzywa bekiem, jak błędne owce, &lt;br&gt;
 Lub się w mózgowej łączą przysadce &lt;br&gt;
 Aż dwie miernoty na półetacie: &lt;br&gt;
 Wrodzona, po tym fizycznym tatce, &lt;br&gt;
 Z nabytą, po tym przybranym tacie... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Demostenes</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/644/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/644/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 DEMOSTENES &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Obudziwszy się rano i poczuwszy wenę &lt;br&gt;
Wywołaną widokiem wschodzącego słonka, &lt;br&gt;
Nieszczęśliwy jąkała, mały Demostenes &lt;br&gt;
Postanowił spróbować czy się jeszcze jąka. &lt;br&gt;
Liczył bowiem na pewną poprawę w wymowie &lt;br&gt;
Bo miał sen, że w dyskusji rozsądnie głos zabrał, &lt;br&gt;
Więc spróbował powiedzieć wiersz o krasej krowie &lt;br&gt;
W kropki bordo... Niestety! Rzekł tylko "kra..kra..kra" &lt;br&gt;
I umilkł, i jął gorzko sam nad sobą płakać, &lt;br&gt;
A mama, miast okazać zrozumienie dziecku, &lt;br&gt;
Krzyknęła rozwścieczona: - Przestaniesz ty krakać??? &lt;br&gt;
Ożeż ty... - tu dodała mnóstwo słów po grecku &lt;br&gt;
A kilka po łacinie. Więc nieszczęsny chłopiec &lt;br&gt;
Ukrywszy się w nadmorskiej gęstwinie akacji &lt;br&gt;
I znalazłszy tam twardy, granitowy kopiec, &lt;br&gt;
Zaczął gryźć te kamienie w żalu i prostracji. &lt;br&gt;
Gryzł, płakał i gryzł znowu krwawiąc sobie dziąsła &lt;br&gt;
Nad nim Chronos odmierzał bieg zim i jesieni, &lt;br&gt;
Aż młodzieniec doczekał się pierwszego wąsa &lt;br&gt;
I spostrzegł, że w około zabrakło kamieni, &lt;br&gt;
Bowiem wszystkie na proszek poprzegryzał gładko... &lt;br&gt;
Zawiązał przeto rzemień z zgrzebnych ciżemek, &lt;br&gt;
I pobiegłszy do domu rzekł wyraźnie: Matko! &lt;br&gt;
A matka osłupiała i krzyknęła: Demek??? &lt;br&gt;
I pobladła z radości jak śniegi Epiru, &lt;br&gt;
I spytała: Co teraz będziesz robił, mów, co? &lt;br&gt;
Najlepiej się wynajmij do mielenia żwiru! &lt;br&gt;
A na to Demostenes odrzekł: - Będę mówcą! &lt;br&gt;
I był nim rzeczywiście, a za nim i inni, &lt;br&gt;
Jak już gadać zaczęli, tak do dziś gadają... &lt;br&gt;
Hej, wszyscy ludzie matek słuchać się powinni, &lt;br&gt;
Ileż pięknego żwiru mielibyśmy w kraju!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nieznany fragment "Pana Tadeusza"</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/645/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/645/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 NIEZNANY FRAGMENT "PANA TADEUSZA" &lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
(zupełnie nieznany, bo sam go przed chwilą napisałem)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
... właśnie nowiutką bryczką wjechał młody panek &lt;br&gt;
 I okrążywszy trawnik, zawrócił przed ganek. &lt;br&gt;
 - Tadeusz! - krzyknął sędzia na widok chłopczyka -&lt;br&gt;
 Jedziesz prosto z Wrocławia? A cóż to za bryka? &lt;br&gt;
 Jakaś dziwna... Brak koni... Tablica rozdzielcza... &lt;br&gt;
 - Ha! - prychnął Tadzio - Stryjo nie poznaje Jelcza? &lt;br&gt;
 - A któż robi te cuda i w świat je wyprawia? &lt;br&gt;
 - Toż Jelczańskie Zakłady, tuż koło Wrocławia! &lt;br&gt;
 Jelcz to krzepa, nie jakiś tam trabancik kusy, &lt;br&gt;
 Możesz waść dla swej szlachty nabyć autobusy, &lt;br&gt;
 Samochody skrzyniowe, ciężarówki chwackie, &lt;br&gt;
 A będą chcieli sikać, to wozy strażackie! &lt;br&gt;
 - Ba... - zawahał się Sędzia - Lecz ja ciągle w siodle, &lt;br&gt;
 Na koniu, więc w tym wozie poczułbym się podle... &lt;br&gt;
 - Nieprawda! - krzyknął Tadzio, bo to go ubodło - &lt;br&gt;
 Kupuj ciągnik siodłowy i wyłaź na siodło! &lt;br&gt;
 My obadwaj na czele! Z tyłu szlachta wali! &lt;br&gt;
 Szast-prast i wygonimy z ojczyzny Moskali! &lt;br&gt;
 - Wyganiać? A skąd takie pomysły wisielcze! &lt;br&gt;
 Ściągnąć ich jak najwięcej i sprzedać im Jelcze! &lt;br&gt;
 Posprowadzać ich tutaj i sprzedać im Jelcze!&lt;br&gt;
 Oni wreszcie poznają urok dobrobytu, &lt;br&gt;
 A my zyskamy nowe, wschodnie rynki zbytu!&lt;br&gt;
 - Lecz jak zakupić Jelcza? Pewnie z tym ambaras... &lt;br&gt;
 - Wrocław, trzy - osiem - zero, sześć - jeden dzwoń zaraz! &lt;br&gt;
 - Trzy - osiem - zero... - Sędzia notował w napięciu - &lt;br&gt;
 Sześć - jeden...? - Do sześćdziesięciu dziewięciu! &lt;br&gt;
 Sędzia wykręca numer i o Jelcza prosi. &lt;br&gt;
 A Tadzio też wykręca numer, swojej Zosi. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bez komplikacji</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/646/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/646/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;BEZ KOMPLIKACJI &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Człowiek się robi wygodny, człowiek się robi leniwy, &lt;br&gt;
 Jak nie ma żadnych problemów, to jest dopiero szczęśliwy, &lt;br&gt;
 Ludziom którym brak racji przyznaje łatwo rację, &lt;br&gt;
 Bo protest by wprowadził zbyt wiele komplikacji... &lt;br&gt;
 Człowiek pomimo nosa przepuszcza różne szanse, &lt;br&gt;
 Nie wdaje się w miłostki, ani w duże romanse, &lt;br&gt;
 Cóż stąd że księżyc świeci i że szumią akacje, &lt;br&gt;
 A jeśli taki romans wprowadzi komplikacje? &lt;br&gt;
 Dwaj faceci gdy zarżnąć chcą trzeciego faceta, &lt;br&gt;
 Człowiek nawet się nie spyta: - Czego od niego chceta? &lt;br&gt;
 Potem co? Komisariat, protokół, indagacje, &lt;br&gt;
 To by go mogło wtrącić w zbyt wielkie komplikacje. &lt;br&gt;
 Człowiek wie, że po śmierci nic już nie ma, niestety, &lt;br&gt;
 Sam nie wierzy, lecz dziecko gania do katechety, &lt;br&gt;
 Na msze, na bierzmowanie czy inne konfirmacje, &lt;br&gt;
 Bo po co gówniarzowi ma stwarzać komplikacje? &lt;br&gt;
 Człowiek lubi by inni za niego decydowali, &lt;br&gt;
 Gdy każą to potępi, a gdy trzeba - pochwali, &lt;br&gt;
 Klaskali, podpisali i chodu na kolację, &lt;br&gt;
 Nieregularne żarcie wprowadza komplikacje! &lt;br&gt;
 A różni naukowcy twierdzą zupełnie szczerze, &lt;br&gt;
 Że człowiek, to najbardziej skomplikowane zwierzę &lt;br&gt;
 ... ha... kiedy się pomyśli, to jest w tym sporo racji - &lt;br&gt;
 Żaden zwierz nie potrafi tak strzec się komplikacji! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Rodak</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/647/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/647/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; RODAK &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Oto jest gość z tak zwanym drygiem, &lt;br&gt;
 Epoki kwintesencja czysta: &lt;br&gt;
 W każdym bądź razie inteligent, &lt;br&gt;
 Choć nie intelektualista. &lt;br&gt;
 Ma swe detale pozytywne, &lt;br&gt;
 I negatywne ma detale, &lt;br&gt;
 Przeważnie szatyn, oko piwne, &lt;br&gt;
 Twarz ogolona dość niedbale, &lt;br&gt;
 Pracuje w tym czy innym biurze, &lt;br&gt;
 Coś pisze, albo kreśli tuszem, &lt;br&gt;
 Uwielbia chodzić w garniturze &lt;br&gt;
 Co mu się zdaje być kontuszem. &lt;br&gt;
 Gdy zaczynają się upały - &lt;br&gt;
 Nasz rodak z Bielska lub z Wrocławia &lt;br&gt;
 Zmienia półbuty na sandały &lt;br&gt;
 Ale garnitur pozostawia! &lt;br&gt;
 I kroczy po codziennych drogach &lt;br&gt;
 Kmiecy zarazem i szlachecki, &lt;br&gt;
 Jak gdyby boso, a w ostrogach, &lt;br&gt;
 Ciut cham, ciut Kordian, ciut Kordecki... &lt;br&gt;
 Nie wierzy że są Wszyscy Święci, &lt;br&gt;
 Najwyżej ze trzy - cztery sztuki, &lt;br&gt;
 Cieszą go mierni recenzenci &lt;br&gt;
 Psioczący na upadek sztuki, &lt;br&gt;
 Ma swoje różne tycie zyski &lt;br&gt;
 I swe radości, również tycie, &lt;br&gt;
 WIe prawie wszystko o Olbrychskim &lt;br&gt;
 A prawie nic o Kohn-Bendit'cie, &lt;br&gt;
 Na meczach dopinguje ostro, &lt;br&gt;
 Modli się żebyśmy im wlali, &lt;br&gt;
 Na wczasach lubi być starostą &lt;br&gt;
 Żeby się wszyscy go słuchali. &lt;br&gt;
 Z autorów lubi Fleszarową, &lt;br&gt;
 Z przysmaków, to najbardziej setę. &lt;br&gt;
 Książeczkę ma samochodową, &lt;br&gt;
 A jak na razie ma MZ-etę. &lt;br&gt;
 W sumie nie mały i nie duży, &lt;br&gt;
 Gdzieś tak - powiedzmy - na parterze, &lt;br&gt;
 Lecz gdy się czymś porządnie wkurzy &lt;br&gt;
 Wtedy wyłazi zeń szwoleżer. &lt;br&gt;
 Robi się dzielny, patetyczny &lt;br&gt;
 Lecz patos w dobrym to rodzaju! &lt;br&gt;
 I taki fajny jest i śliczyny &lt;br&gt;
 Że staje się ozdobą kraju, &lt;br&gt;
 Herosem, bohaterem wojny, &lt;br&gt;
 Autorem pozytywnych przemian! &lt;br&gt;
 ... ale przeważnie jest spokojny. &lt;br&gt;
 A wtedy jest nie do zniesienia... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polski diabełek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/648/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/648/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;POLSKI DIABEŁEK &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Płacze gorzko polski diabełek &lt;br&gt;
 Nad złamaną parą widełek. &lt;br&gt;
 Dźgnął grzesznika przed chwilą w kłęby, &lt;br&gt;
 Ząb wyłamał, a zgiął dwa zęby, &lt;br&gt;
 W tych widełkach, nie w tym grzeszniku, &lt;br&gt;
 Taki grzesznik był twardy na styku.... &lt;br&gt;
 Grzesznik zresztą też był znad Wisły, &lt;br&gt;
 Ciągle zgłaszał własne pomysły: &lt;br&gt;
 Gdy go diabeł przypiekał od przodu. &lt;br&gt;
 To on żądał żeby go od spodu. &lt;br&gt;
 Kiedy z prawej strony był męczony, &lt;br&gt;
 Mówił: - Lepiej będzie z lewej strony! &lt;br&gt;
 Wreszcie wkurzył się diabeł na niego: &lt;br&gt;
 - Ja - powiada - mam przepisy, kolego! &lt;br&gt;
 - Et, przepisy - odrzekł ten ladaco &lt;br&gt;
 A pan myśli że ja tutaj za co? &lt;br&gt;
 Właśnie za to dostaję po pupie &lt;br&gt;
 Że przepisy wymyślam głupie. &lt;br&gt;
 Przepis betka, instrukcja fiume, &lt;br&gt;
 Nie ma to jak własnym rozumem! &lt;br&gt;
 Tak namawiał go do zmiany konceptu, &lt;br&gt;
 Aż diabełek zrezygnował z receptur, &lt;br&gt;
 Jak miał widły wbić pod kątem prostym, &lt;br&gt;
 Tak spróbował czy nie wyjdzie mu pod ostrym... &lt;br&gt;
 Koncept durny, sprzęt wybrakowany, &lt;br&gt;
 Siedzi teraz diabeł podłamany, &lt;br&gt;
 Zły, skrzywiony jak wieża w Pizie &lt;br&gt;
 Własny ogon ze złości gryzie. &lt;br&gt;
 Ale nic mu nie pomoże, choćby płakał: &lt;br&gt;
 Rodak zawsze namówi rodaka, &lt;br&gt;
 Bowiem rodak zawsze i wszędzie &lt;br&gt;
 Chce spróbować co z tego będzie? &lt;br&gt;
 Czy teściowa przestraszy się szczura?&lt;br&gt;
 Jak by z krową skrzyżować kocura? &lt;br&gt;
 Czy mu manko wykryje rewizor? &lt;br&gt;
 Co we środku ma telewizor? &lt;br&gt;
 Jak przerobić ciotkę na fuzję? &lt;br&gt;
 Czy redaktor mu przepuści aluzję? &lt;br&gt;
 ... Anioł lepszy jest, i ma skrzydełka &lt;br&gt;
 Lecz ja kocham polskiego diabełka! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dawne wojny</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/649/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/649/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;DAWNE WOJNY &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 ... więc dawniej to były wojny o wiele lepsze niż teraz, &lt;br&gt;
 W pożółkłych pamiętnikach czyta się o tym nieraz &lt;br&gt;
 Jak szwadrony huzarów przed wyruszeniem w pole &lt;br&gt;
 Czyściły buty pastą, pucowały kaski sidolem, &lt;br&gt;
 A potem dalej do bitwy, a pan rotmistrz na czele, &lt;br&gt;
 A wokół grają kapele, a w górze warczą szrapnele, &lt;br&gt;
 A z lasu z furkotem chorągwi wyjeżdża nieprzyjaciel &lt;br&gt;
 A panny w oknach dworków podżegają: - W ucho go Maciek! &lt;br&gt;
 A potem jak się nie skłębi! Różne potyczki, podchody, &lt;br&gt;
 Ten tego płazem po plecach, ten tego za łeb i do wody, &lt;br&gt;
 Jeden drugiego posadził pupą w kolczaste druty, &lt;br&gt;
 Zwiadowcy śpiącym saperom siusiają przez figle w buty, &lt;br&gt;
 Dalej-że kuchnię zdobywać! Zawieja sosów, bigosów, &lt;br&gt;
 Pułkownik bośniackich szanserów drze się, wrzucony w rosół! &lt;br&gt;
 Bateria armat huknęła, a kanonierzy jak dzieci - &lt;br&gt;
 Gdy im zabrakło pocisków, ładują wszysko jak leci: &lt;br&gt;
 Stare onuce, króliki, asystentkę pułkowego psychiatry, &lt;br&gt;
 Zapasy kwaśnego mleka, ordery i zawartość latryn! &lt;br&gt;
 A tu już tymczasem trębacze specjalny hejnał zagrali, &lt;br&gt;
 Bo teraz - zgodnie z konwencją - należy gwałcić i palić! &lt;br&gt;
 Panienki poodkładały na chwilę robótki i wiersze: &lt;br&gt;
 - O której dzisiaj gwałcenie? Od dwunastej do wpół do pierwszej! &lt;br&gt;
 Po gwałceniu - ogólne palenie! Ci palą jakieś biskupstwo &lt;br&gt;
 Czy zamek, inni fajeczki, inny znów palnął głupstwo, &lt;br&gt;
 Znowuż inny w łeb sobie palnął... Ot, takie normalne igraszki. &lt;br&gt;
 Gdzie indziej szpiega wieszają, wsadziwszy mu stryczek pod paszki, &lt;br&gt;
 A ten się tarza po ziemi, całuje oprawców w nagniotki, &lt;br&gt;
 I błaga: - Za szyję wieszajcie, bo ja mam cholerne łaskotki! &lt;br&gt;
 Aż w końcu rozbrzmiewa sygnał na mycie zębów i nóżek, &lt;br&gt;
 I wszyscy okropnie zmęczeni czym prędzej włażą do łóżek. &lt;br&gt;
 ... mój dziadzio także był kiedyś CK-austriackim dragonem, &lt;br&gt;
 Mnie oczywiście jest lepiej, atomówkę mam na obronę, &lt;br&gt;
 Ale mnie czasem tęsknota za starą Austrią dogania, &lt;br&gt;
 Z której już nic nie zostało. Oprócz austriackiego gadania. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Interpretacja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/650/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/650/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;INETRPRETACJA &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 ...a kiedy żona w kącie kanapy &lt;br&gt;
 Tusz roniąc, co jej spływa po rzęsie, &lt;br&gt;
 Chwyci wątłego męża za klapy &lt;br&gt;
 I niczym brudną ścierką nim trzęsie, &lt;br&gt;
 I rozdzierając sukienki kreton &lt;br&gt;
 Płacze w zazdrości nagłej porywie: &lt;br&gt;
 - Nie byłam twoją pierwszą kobietą!!!!! &lt;br&gt;
 ... to ten nieszczęśnik jąka cierpliwie: &lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
 A skąd ja mogłem wiedzieć &lt;br&gt;
Że kiedyś się poznamy? &lt;br&gt;
Raz owszem, byłem z Edziem &lt;br&gt;
U jednej takiej damy... &lt;br&gt;
Już prawie zapomniałem &lt;br&gt;
O co chodziło tam...? &lt;br&gt;
Lecz wtedy cię nie znałem, &lt;br&gt;
A teraz cię już znam... 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Tęsknota do uproszczeń</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/651/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/651/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; TĘSKNOTA DO UPROSZCZEŃ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Ech, chciałbym być starym szkopem &lt;br&gt;
 Z głową łysą jak jajko &lt;br&gt;
 I siedzieć przed swym domem &lt;br&gt;
 Z porcelanową fajką, &lt;br&gt;
 I czasami sobie pojeść &lt;br&gt;
 Pożywną wasser-zupę, &lt;br&gt;
 Zapytać: - Was gibs neues? &lt;br&gt;
 I klepnąć służącą w pupę. &lt;br&gt;
 Byłbym czerwony i gruby, &lt;br&gt;
 Ceniony i szanowany &lt;br&gt;
 I chadzałbym do Bierstuby &lt;br&gt;
 Na piwo, białe od piany.... &lt;br&gt;
 Na rząd bym ciągle nie kwękał, &lt;br&gt;
 Tylko we wszystko bym wierzył: &lt;br&gt;
 - Kazali chodzić na rękach? &lt;br&gt;
 Widocznie tak się należy! &lt;br&gt;
 Nie miałbym żadnych kompleksów, &lt;br&gt;
 Znalazłbym radość w robocie, &lt;br&gt;
 A wszystkie problemy seksu &lt;br&gt;
 Załatwiałbym przy sobocie, &lt;br&gt;
 Natychmiast po kolacji, &lt;br&gt;
 Atoli przed modlitwą... &lt;br&gt;
 ... i nie pamiętałbym okupacji, &lt;br&gt;
 I goliłbym się brzytwą, &lt;br&gt;
 I miałbym córkę Gretchen &lt;br&gt;
 Co by zajęła się domem &lt;br&gt;
 I co by kobylim śmiechem &lt;br&gt;
 Eksplodowała co moment... &lt;br&gt;
 ... a gdyby mi przyszło umierać, &lt;br&gt;
 To w swej ostatniej godzinie &lt;br&gt;
 Rozkazałbym się pozbierać &lt;br&gt;
 Całej swej szkopskiej rodzinie. &lt;br&gt;
 A oni podnieśli by lament, &lt;br&gt;
 Ale ucichliby szybko, &lt;br&gt;
 Bo bym przeczytał testament, &lt;br&gt;
 Czknął, zadarł nogi i kipnął, &lt;br&gt;
 I - cichy wydając świergot - &lt;br&gt;
 Bez żalu opuściłbym ziemię, &lt;br&gt;
 Wiedząc że w górze już Herrgott &lt;br&gt;
 Czeka... (tak samo Niemiec!) &lt;br&gt;
 Z fajką, i z wiecznym urlopem, &lt;br&gt;
 I z wytycznymi zwłaszcza... &lt;br&gt;
 ... hej, chciałbym być starym szkopem! &lt;br&gt;
 To bardzo wszystko upraszcza. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przyszłość</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/652/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/652/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 PRZYSZŁOŚĆ &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
My jesteśmy ta trudna młodzież! &lt;br&gt;
Więc mówimy co raz jakieś świństwo! &lt;br&gt;
I nosimy buntowniczą odzież! &lt;br&gt;
Bo my mamy trudne dzieciństwo! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Ty narodzie kochaj swą dziatwę, &lt;br&gt;
 Ty na rękach nas pieść i huśtaj, &lt;br&gt;
 Bo ty miałeś dzieciństwo łatwe! &lt;br&gt;
 Tyle tylko że wojną, czy cóś tam...&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Tatko mógł się po lasach włóczyć, &lt;br&gt;
 Pukać sobie do szkopów z pepeszy... &lt;br&gt;
 A nam - kuchnia - każą się uczyć, &lt;br&gt;
 Więc jak - kuchnia - możemy się cieszyć?&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Król Włóczęgów</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/653/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/653/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 KRÓL WŁÓCZĘGÓW &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Zacni panowie, piękne panie, &lt;br&gt;
 Młodzieży iurna y wesoła, &lt;br&gt;
 To co się tu za moment stanie &lt;br&gt;
 Być może was zabawić zdoła, &lt;br&gt;
 Bowiem na deski tey podłogi &lt;br&gt;
 Wyniydzie z czołem podniesionem &lt;br&gt;
 Żaczyna lichy y ubogi &lt;br&gt;
 Co był Franciszkiem zwan Villonem. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poeta, we Francyey pierwszy &lt;br&gt;
Acz nie miał nawet własnych gatek, &lt;br&gt;
Lecz spłodził wielgą mnogość wierszy &lt;br&gt;
Y ieszcze większą mnogość dziatek. &lt;br&gt;
Żył krótko, lat trzydzieści z górą, &lt;br&gt;
W otchłań rozpusty wpadł najgłębszą, &lt;br&gt;
A miał niezwykle ostre pióro, &lt;br&gt;
Iak również kuśkę nienaytępszą. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Spór o piwo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/654/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:40 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/654/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SPÓR O PIWO &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Narrator:&lt;br&gt; 
 Kto dzieje miasta uważnie bada &lt;br&gt;
 Ten winien wiedzieć, jak miastem &lt;br&gt;
 Rządziła Miejska Wrocławska Rada&lt;br&gt;
 W burzliwem mieku czternastem.&lt;br&gt;
 Na stole, zdobnym esem-floresem&lt;br&gt;
 Dwaj się mężowie oparli...&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Prezes:&lt;br&gt;
 Ja jestem Miejskiej Rady prezesem,&lt;br&gt;
 A tamten drugi to skarbnik...&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Skarbnik:&lt;br&gt;
 Prezes ma do mnie jakowąś ansę&lt;br&gt;
 Że tak mi grozi toporkiem?&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Prezes:&lt;br&gt;
 A mam, bo nasze miejskie finanse &lt;br&gt;
 Stoją pod zdechłym Azorkiem!&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Skarbnik:&lt;br&gt;
 Oj racja racja, pusto jest w kiesie,&lt;br&gt;
 Prezes ma głowę jak Nehru...&lt;br&gt;
 Ale najdroższy panie prezesie &lt;br&gt;
 To wszystko jest wina kleru!&lt;br&gt;
 Jestem z rozpaczy po prostu chory,&lt;br&gt;
 Bo - wierz mi pan - jako żywo, &lt;br&gt;
 Nasze skąd inąd zacne klasztory &lt;br&gt;
 Po nocach furt warzą piwo! &lt;br&gt;
 Warzą go warzą jak pszczółki w maju&lt;br&gt;
 Gdy się wyroją na łęgi, &lt;br&gt;
 Poczem po knajpach hurtem sprzedają &lt;br&gt;
 I podłapują nam dzieńgi! &lt;br&gt;
 Przy zacofaniu i kulcie mitry &lt;br&gt;
 Bezsilny jest Miejski Zarząd... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Każdy sobie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/655/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:40 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/655/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KAŻDY SOBIE 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jedzie pociąg! Dymi komin! &lt;br&gt;
Ktoś trzyma wypowiedź! &lt;br&gt;
Rośnie Kutno! I Wołomin! &lt;br&gt;
Pisarz tworzy powieść! &lt;br&gt;
Zdun piec stawia! Bóbr - żeremia! &lt;br&gt;
Kabałę wróżbiarka! &lt;br&gt;
Plon obfity daje ziemia! &lt;br&gt;
Kwitnie gospodarka! &lt;br&gt;
Górnik węgiel w ziemi ryje! &lt;br&gt;
Hutnik je kolację! &lt;br&gt;
Odwiedziły Złotoryję &lt;br&gt;
Cztery delegacje! &lt;br&gt;
Dziecię pisze! Drugie czyta! &lt;br&gt;
A trzecie się rodzi! &lt;br&gt;
W sądzie kaja się bandyta! &lt;br&gt;
Kochają się młodzi! &lt;br&gt;
Płyną pieśni i piosenki! &lt;br&gt;
Płynie prąd z kontaktu! &lt;br&gt;
Malarz pędzel wziął do ręki, &lt;br&gt;
Bierze się do aktu! &lt;br&gt;
Stolarz trumnę wykonuje! &lt;br&gt;
Akrobata - stójkę! &lt;br&gt;
Oborowy instruuje &lt;br&gt;
Przodującą dójkę! &lt;br&gt;
Odlewnicy odlewają! &lt;br&gt;
Pastuch pasie kozę! &lt;br&gt;
Przewodnicy zakuwają: &lt;br&gt;
Wifil kosten hoze? &lt;br&gt;
Protest-songi pisze Gała! &lt;br&gt;
Zaś liryki - liryk! &lt;br&gt;
A ja sobie hała - drała, &lt;br&gt;
Bo ja je satyryk!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Szacunek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/656/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:40 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/656/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SZACUNEK &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Idę jakoś przez życie, nieźle sobie w nim radzę, &lt;br&gt;
 Żona zadowolona, syn trzydziesty ma rok, &lt;br&gt;
 Tylko kiedy po drodze napotykam gdzieś władzę, &lt;br&gt;
 To popadam w psychozę, stres, nerwicę i szok. &lt;br&gt;
 Władze mamy dość liczne, małe, średnie i duże, &lt;br&gt;
 Dla mnie to bez różnicy - tamta władza czy ta, &lt;br&gt;
 Nawet w jakimś malutkim, nieważniutkim wręcz biurze &lt;br&gt;
 Z tremy prawa powieka idiotycznie mi drga. &lt;br&gt;
 A najgorzej jak czasem jadę gdzieś za granicę, &lt;br&gt;
 Nie daleko, ot Czechy, Węgry lub NRD, &lt;br&gt;
 Trzymam się instruktażu, nigdy nic nie przemycę, &lt;br&gt;
 A i tak wprost się trzęsę kiedy jestem na cle... &lt;br&gt;
 Celnik lubi faceta, co się czuje niepewnie! &lt;br&gt;
 Zaraz w nim podejrzenia rosną bujnie jak mlecz, &lt;br&gt;
 Odwołuje mnie na bok w oczy patrzy mi rzewnie &lt;br&gt;
 I powiada: - No, mów pan, gdzieś pan schował tę rzecz? &lt;br&gt;
 Tu, zupełnie do reszty się rozklejam niestety, &lt;br&gt;
 Chcę się zaśmiać, lecz z gardła nędzny tylko brzmi kwik, &lt;br&gt;
 Chcę mieć minę jak anioł, ale mam ją jak kretyn, &lt;br&gt;
 I już jasne, że wiozę przemyt wielki jak byk... &lt;br&gt;
 Nie ma rady... rewizje, żenujące striptizy, &lt;br&gt;
 Jeden spodnie mi pruje, drugi buty mi tnie, &lt;br&gt;
 Biorą mnie pod rentgena, robią mi analizy, &lt;br&gt;
 Zaglądają gdzie tylko można... albo i nie... &lt;br&gt;
 Gdzieś po ośmiu godzinach, z pierwszym brzaskiem świtania, &lt;br&gt;
 Gdy ptasimi trelami nadgraniczny brzmi las, &lt;br&gt;
 Celnik - na mnie z szacunkiem patrząc - mówi: - Ot, cwaniak &lt;br&gt;
 Znakomity przemytnik, mistrz panowie i as!!!! &lt;br&gt;
 Kiedy o tym pomyślę, to mi straszno... i rzewno... &lt;br&gt;
 I - aczkolwiek mnie gnębi chandra, smutek i katz - &lt;br&gt;
 Nie wiem jak zrobić minę bardziej - niż ją mam - pewną, &lt;br&gt;
 I by mniejszy - niż go mam - mieć szacunek dla władz... &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Moi nauczyciele</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/657/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:40 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/657/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MOI NAUCZYCIELE &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Żebyście nie myśleli &lt;br&gt;
Że jestem jakiś nieuk! &lt;br&gt;
Miało się nauczycieli &lt;br&gt;
I to ho ho jak wielu! &lt;br&gt;
Już od pierwszych miesięcy &lt;br&gt;
Czyli od raczkowania, &lt;br&gt;
Mój słaby umysł dziecięcy &lt;br&gt;
Kształciła zacna niania &lt;br&gt;
Mawiając do mnie: - Jędrusiu, &lt;br&gt;
Ty paskudny chłopczyku, &lt;br&gt;
Jak się chce robić siusiu &lt;br&gt;
To trzeba wołać "siku"! &lt;br&gt;
Przeszła wiosna, &lt;br&gt;
Spłynęło wiele śniegów, &lt;br&gt;
A ten zwyczaj mi został &lt;br&gt;
Ku zdumieniu kolegów. &lt;br&gt;
A trochę później, w szkole, &lt;br&gt;
Kiedym się uczył grzcznie, &lt;br&gt;
Pan do mnie per "matole" &lt;br&gt;
Mawiał, bardzo serdecznie, &lt;br&gt;
Dziś już nie jestem rebiatą, &lt;br&gt;
Wąsy i brodę noszę, &lt;br&gt;
Lecz słysząc wyraz "matoł" &lt;br&gt;
Natychmiat wołam: - Proszę?! &lt;br&gt;
Wojsko mnie wykształciło &lt;br&gt;
Też pod niejednym względem, &lt;br&gt;
Wszystko tam się robiło &lt;br&gt;
Wyłącznie na komendę. &lt;br&gt;
Do dziś czekam komendy, &lt;br&gt;
I bez niej się nie ruszę, &lt;br&gt;
Na miłosne zapędy &lt;br&gt;
Też komendę mieć muszę. &lt;br&gt;
Bez niej się nie ośmielę &lt;br&gt;
Wystąpić z żadnym gestem.... &lt;br&gt;
Jak mnie nauczyciele &lt;br&gt;
Uczyli - taki jestem. &lt;br&gt;
Ale to nie ich wina, &lt;br&gt;
Zawiniły programy, &lt;br&gt;
Dziś widzę z książek syna &lt;br&gt;
Że lepszy program mamy, &lt;br&gt;
Według nowego klucza, &lt;br&gt;
Więc nikt już nie zaprzeczy &lt;br&gt;
Że się obecnie naucza &lt;br&gt;
Dużo mądrzejszych rzeczy, &lt;br&gt;
A młodzież w miastach i wioskach &lt;br&gt;
Ideału jest blisko - &lt;br&gt;
Nic nie robi na rozkaz! &lt;br&gt;
... lecz na zlecenie - wszystko!!!! &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Almanach</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/658/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:40 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/658/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ALMANACH &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Jeden Dreptak Zenobi &lt;br&gt;
 Nic właściwie nie robił, &lt;br&gt;
 Pędził żywot taki więcej szachrajski, &lt;br&gt;
 I tylko chciał koniecznie &lt;br&gt;
 Z całych sił i serdecznie &lt;br&gt;
 Figurować w Almanachu Gotajskim... &lt;br&gt;
 Jego żona, Ludwika, &lt;br&gt;
 Mawiała: - Chłop ma bzika! &lt;br&gt;
 Wymyślała mu nieraz od bydląt, &lt;br&gt;
 Tłumaczyła: - Z tą gażą &lt;br&gt;
 Malutką, i z tą twarzą? &lt;br&gt;
 Puknij się, osiem lat za sam wygląd! &lt;br&gt;
 Ale mimo tych faktów &lt;br&gt;
 On wciąż szukał kontaktów, &lt;br&gt;
 Chciał protekcję uzyskać uparcie, &lt;br&gt;
 Porobił znajomości &lt;br&gt;
 W Ministerstwie Łączności &lt;br&gt;
 W PKPG, w ZBM i w Pagarcie... &lt;br&gt;
 Czynił wydatki duże, &lt;br&gt;
 Ruszał w jakieś podróże &lt;br&gt;
 Auto-stopem, w Karosach i w Sanach, &lt;br&gt;
 A gdzie tylko zawitał, &lt;br&gt;
 Tam od razu się pytał: &lt;br&gt;
 - Kto tu może załatwić Almanach? &lt;br&gt;
 Poza tym od świtania &lt;br&gt;
 Pisał ciągle podania, &lt;br&gt;
 Napomykał w nich o rewolucjach &lt;br&gt;
 Co się w nich bił podobno, &lt;br&gt;
 I potem je osobno &lt;br&gt;
 - Te podania - składał w różnych instytucjach... &lt;br&gt;
 Kiedyś w jednym z powiatów &lt;br&gt;
 Do Związku Literatów &lt;br&gt;
 Też je złożył w nietrzeźwym stanie, &lt;br&gt;
 I przypadkiem na sesji &lt;br&gt;
 Poświęconej poezji &lt;br&gt;
 Odczytano głośno to podanie... &lt;br&gt;
 Oklaski jak petarda &lt;br&gt;
 Huknęły! - Awangarda! &lt;br&gt;
 - Krzyknął prezes - Ach, pisać tak umieć!!!! &lt;br&gt;
 Skąd się to u nas wzięło &lt;br&gt;
 Takie wspaniałe dzieło, &lt;br&gt;
 Że nic z niego nie można zrozumieć???? &lt;br&gt;
 Ileż tutaj iluzji, &lt;br&gt;
 Alienacji, dyfuzji, &lt;br&gt;
 I środkowo-europejskiej finezji!!!! &lt;br&gt;
 Jakiż to krzyk epoki! &lt;br&gt;
 Zamieścimy go bez zwłoki &lt;br&gt;
 W Almanachu Współczesnej Poezji!!! &lt;br&gt;
 No proszę, już po strachu, &lt;br&gt;
 Jest Dreptak w Almanachu, &lt;br&gt;
 Kto zawistny - z zadrości zdechnie! &lt;br&gt;
 Wprawdzie to nie ta księga, &lt;br&gt;
 Ale treść równie tęga, &lt;br&gt;
 I czytana jest równie powszechnie...&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polonez w Soplicowie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/659/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:40 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/659/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
POLONEZ W SOPLICOWIE &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poloneza czas zacząć, Podkomorzy rusza &lt;br&gt;
I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza &lt;br&gt;
Chciał podać rękę Zosi, gdy nagle, w pół ruchu &lt;br&gt;
Wzdrygnął się, zbladł i spytał: - Cóż ty masz na brzuchu?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- Toć sukienkę... - szepnęła spłoniona panienka. &lt;br&gt;
- Ha! - prychnął Podkomorzy - ładna mi sukienka! &lt;br&gt;
Ni to łata ni szmata, ni worek, ni halka, &lt;br&gt;
Wyglądasz w niej jak stara pijana góralka,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kolor masz jak kapusta gdy ją źle ukiszą, &lt;br&gt;
Jeszcze w dodatku widać że ci cycki wiszą! &lt;br&gt;
- Cóż więc robić? - jęknęła nieszczęsna dziewucha. &lt;br&gt;
- Zasuwaj do Cichockich i kup sobie ciucha! &lt;br&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Epizod z mitologii</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/e/660/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:28:40 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/e/660/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
EPIZOD Z MITOLOGII &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 To wszystko się na Olimpie górnym i chmurnym zaczęło, &lt;br&gt;
 Co depcze ziemię stopami, a czołem niebiosa wspiera, &lt;br&gt;
 A było już po południu, więc drzemał jak zwykle Zeus &lt;br&gt;
 Któremu nową chlamidę robiła na drutach Hera. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Tak w ciszy siedząc, czekali aż zwykli goście się zejdą &lt;br&gt;
 I przetrawiali w milczeniu zjedzony niedawno obiadek &lt;br&gt;
 I sennie kombinowali czy pierwszy przyjdzie Posejdon, &lt;br&gt;
 Czy, drugi z zeusowych braci, król państwa zmarłych, Hades. &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polski kryminał</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/661/</link><pubDate>Sun, 04 Nov 2001 19:52:01 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/661/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 POLSKI KRYMINAŁ&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
 (Próba syntezy polskiej szkoły filmu kryminalnego)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 To był typowo polski kryminał&lt;br&gt;
 Pan sierżant Miziak jechał po szosie&lt;br&gt;
 Gdy nagle takie hasło otrzymał:&lt;br&gt;
 - "Wierzba do Dziupli, rejon W8."&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Przyjeżdża, patrzy, sejf spruty "rakiem"&lt;br&gt;
 Śladu po żadnym nie ma bandycie&lt;br&gt;
 A obok stoją Ciaptak z Dreptakiem&lt;br&gt;
 Tacy niewinni jak małe kicie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 W kasie zaś braknie: planu rozwoju,&lt;br&gt;
 Podpunktów zbiórek na dom sieroty,&lt;br&gt;
 Średnich wyliczen, dziennych udojów,&lt;br&gt;
 Listy ubojów i 200 złotych!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Andrzejki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/662/</link><pubDate>Sun, 18 Nov 2001 16:18:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/662/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Andrzejki
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
U Zenona Samosiejki raz odbyły się Andrzejki,&lt;br&gt;
Bo ten Zenon miał ambicję, by pielęgnować tradycję.&lt;br&gt;
I się chwalił wszystkim wszędy, że bardzo ceni obrzędy,&lt;br&gt;
A to celem podkreślenia rzekomego pochodzenia.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Od chłopa i robotnika, choć był synem urzędnika.&lt;br&gt;
Przeto wieczorem, w alkowie, usiedli Samosiejkowie,&lt;br&gt;
Stryjenka tudzież tłum gości, którzy żarli bez litości.&lt;br&gt;
A szwagier, okaz dzikusa, to nawet nadgryzł fikusa.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A inny kuzyn, Stefanek, wysiąkał się do firanek.&lt;br&gt;
A znów inny na portrecie domalował oko trzecie, &lt;br&gt;
Pierśi i świńskiego ryja i tak zniszczył portret stryja.&lt;br&gt;
Więc Zenon zgrzytnął zębami, ale zajął się wróżbami.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Świadek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/663/</link><pubDate>Sun, 18 Nov 2001 16:18:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/663/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Świadek 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz jedna żona, wróciwszy z wczasów na pojezierzu,&lt;br&gt;
Zaczęła swemu mężowi robić cieniutkie aluzje:&lt;br&gt;
- Ach ty oszuście! - mówiła. - Ty lubieżniku, ty zwierzu!&lt;br&gt;
I twierdziła, że w czasie jej nieobecności on uprawiał, no, powiedzmy, że dyfuzję,&lt;br&gt;
Że wygląd ma złajdaczony, że pogryzione ma ucho,&lt;br&gt;
Że sądząc z pewnych znalezisk, bywała tu jakaś ruda.&lt;br&gt;
Więc ten nieszczęśnik czując, że mu to nie ujdzie na sucho,&lt;br&gt;
Zaczął panicznie rozmyślać, jakby się tu wyłabudać.&lt;br&gt;
Rozpaczał, nawet udawał, że chce się wieszać na szelkach,&lt;br&gt;
Przysięgał, że pogryzła go nutria, którą hodują jedni Kubisiakowie.&lt;br&gt;
Aż w końcu przypomniał sobie swojego małego kundelka&lt;br&gt;
I w ostatecznej rozpaczy krzyknął nieszczęsny ów człowiek:&lt;br&gt;
- Gdyby ten pies umiał mówić, to porzuciłby swoje kości,&lt;br&gt;
I ukląkłszy na zadnich łapach, zaprzeczyłby podejrzeniom niecnym,&lt;br&gt;
I dałby nieodparty dowód mojej krystalicznej wręcz niewinności,&lt;br&gt;
Bo przecież przez cały ten okres był w naszym mieszkaniu obecny!&lt;br&gt;
Żona spojrzała na kundla, a kundel wyglądał niewinnie,&lt;br&gt;
I z wyrazem niezmiernej ufności patrzył jej w oczy bez ruchu.&lt;br&gt;
Więc rzekła do męża: - No, przepraszam, że cię chciałam znieważyć czynnie,&lt;br&gt;
A nawet że znieważyłam cię słownie, ach, wybacz mi, wybacz, mój druhu.&lt;br&gt;
I znowu zapanowało małżeńskie szczęście najczystsze,&lt;br&gt;
A wieczorem pan przyniósł pieskowi kości bardzo smaczne i grube.&lt;br&gt;
Kiedy zaś pan głaskał pieska i kładł mu te kości na misce,&lt;br&gt;
Pies mrugnął, a pan powiedział: - Ty, stary, morda w kubeł. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Raut</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/r/664/</link><pubDate>Sun, 18 Nov 2001 16:18:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/r/664/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Raut 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W dobry humor wpadł szef protokołu,&lt;br&gt;
Ustalając w swoim gabinecie&lt;br&gt;
Listę gości, którzy mieli siąść do stołu &lt;br&gt;
Na uroczystym bankiecie.&lt;br&gt;
Zachichotał, wychlapał dwie czyste, &lt;br&gt;
Czknął figlarnie, sekretarza oddalił,&lt;br&gt;
Mruknął: "No, ja wam ustalę listę". &lt;br&gt;
No i ustalił. &lt;br&gt;
Pousadzał wbrew wszelkim przepisom &lt;br&gt;
Obok siebie dyplomatów tych krajów,&lt;br&gt;
Które się ze sobą stale gryzą &lt;br&gt;
I się wcale nie kochają.&lt;br&gt;
A wytworne żony dyplomatów &lt;br&gt;
Poumieszczał na czas tej biesiady&lt;br&gt;
Obok ambasadorów południowych sułtanatów &lt;br&gt;
Jurnych i lubieżnych do przesady.&lt;br&gt;
I żeby doprowadzić do jak największych zgrzytów, &lt;br&gt;
Zamiast lekkiego wina kazał dać spirytus.&lt;br&gt;
Następnie załatwił sobie lekarskie zwolnienie&lt;br&gt;
I wyjechał na dwa dni w swoim volkswagenie. &lt;br&gt;
Nie będę wam opisywać, jak to on jechał w aucie,&lt;br&gt;
I że z jedną rudą jechał - też nie, &lt;br&gt;
Ani nawet o tym, co się działo na tym raucie,&lt;br&gt;
A działo się tam bardzo śmiesznie.&lt;br&gt;
Dość że kiedy ze szczątków przyjęcia &lt;br&gt;
Wyciągnięto ostatnich gości,&lt;br&gt;
Gdy wzięto w gips pęknięcia &lt;br&gt;
Licznych dostojników kości,&lt;br&gt;
Zza dekoltów powyciągano kotlety i lody,&lt;br&gt;
Na wokandę podano liczne rozwody,&lt;br&gt;
Gdy szczęśliwie zażegnano wojny &lt;br&gt;
I wysiudano personę non grata, &lt;br&gt;
Sprawca nieszczęść zjawił się spokojny, &lt;br&gt;
A tu jego zwierzchnik w krzyk: &lt;br&gt;
"Toż pan jest szmata! &lt;br&gt;
Pan w tych rzeczach nie zna wcale miary,&lt;br&gt;
Pan ma jakieś zwyrodniałe fumy.&lt;br&gt;
Patrz pan, jakie tu przyszły abmemuary, &lt;br&gt;
A jakie tu ultimatumy.&lt;br&gt;
Kraj jest w różne zatargi wplątany, &lt;br&gt;
A o panu nawet słyszeć nie chcą wśród dworu".&lt;br&gt;
A szef protokołu westchnął: &lt;br&gt;
"O rany, czy tu nikt nie ma poczucia humoru?".
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Prosto z najwyższych sfer</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/665/</link><pubDate>Sun, 18 Nov 2001 16:18:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/665/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Prosto z najwyższych sfer
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Prosto z najwyższych paryskich sfer,&lt;br&gt;
Przyjechał do nas jeden Jean Pierre.&lt;br&gt;
Zawód: filozof, adres: Mon Martre,&lt;br&gt;
Mądry jak Delon, piękny jak Sartre.&lt;br&gt;
Przyjechał, usiadł, zjadł zrazy z sosem&lt;br&gt;
I dawaj kręcić na wszystko nosem,&lt;br&gt;
I w całym szukać nachalnie dziury - &lt;br&gt;
U was Zachodniej nie ma kultury,&lt;br&gt;
Nie dorównacie wy Paryżowi,&lt;br&gt;
Bo u was wszyscy moralnie zdrowi.&lt;br&gt;
Brak wam wytwornych psychicznych zboczeń&lt;br&gt;
I perwersyjnych różnych wykroczeń,&lt;br&gt;
Które o wyższej kulturze świadczą.&lt;br&gt;
Co rzekłszy spojrzał na mnie tak władczo,&lt;br&gt;
Że rzekłem, czując iż mnie złość bierze:&lt;br&gt;
- Ja ci pokażę, oż ty Jean Pierze!&lt;br&gt;
Po czym poszedłem z tym żabojadem,&lt;br&gt;
By go uraczyć polskim obiadem.&lt;br&gt;
Wtraja mój Francuz kotlet schabowy,&lt;br&gt;
A wokół słychać różne rozmowy.&lt;br&gt;
Facet faceta tak prosi miło:&lt;br&gt;
- Ździś, świnia jestem, więc daj mi w ryło.&lt;br&gt;
Zmieszał się Francuz, kontenans stracił:&lt;br&gt;
- Toż to masochizm w czystej postaci.&lt;br&gt;
Obok do pana pan się odzywa:&lt;br&gt;
- Ja panu nogi z de powyrywam!&lt;br&gt;
Jean Pierre w zdumieniu wielkim, aż gwizdnął:&lt;br&gt;
- Quelle chance - klasyczna forma sadyzmu!&lt;br&gt;
Padają słowa ostre jak noże:&lt;br&gt;
Ja pana panie, a pan mnie może.&lt;br&gt;
Francuz z największym trudem wydusił:&lt;br&gt;
- Est possible homosexue - ekhm - tu się zakrztusił&lt;br&gt;
Słysząc następne zdanie przy barze:&lt;br&gt;
- Ja ci ciapciaku zaraz pokażę!&lt;br&gt;
Jean Pierre podskoczył wraz ze stolikiem:&lt;br&gt;
- Ekshibitionnizme c'est magnifique!&lt;br&gt;
I dalejże mnie błagać ze łzami:&lt;br&gt;
- Byłem koszonem, przebacz mon ami.&lt;br&gt;
Już wiem, że dzieci twego narodu&lt;br&gt;
Są Francuzami Bliskiego Wschodu.&lt;br&gt;
Tylko dlaczego - tu wpół mnie objął - &lt;br&gt;
Wciąż obiecują a nic nie robią?&lt;br&gt;
Więc ze wzruszenia otarłszy łzę&lt;br&gt;
Odparłem z dumą - Nous sommes Polonais! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pierwsza teczka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/666/</link><pubDate>Sun, 18 Nov 2001 16:18:36 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/666/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Pierwsza teczka 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
To dopiero historia, proszę was,&lt;br&gt;
Z ust do ust wiadomość ważna płynie.&lt;br&gt;
Mały Dreptak dzisiaj pierwszy raz,&lt;br&gt;
Niesie teczkę jednej dziewczynie.&lt;br&gt;
Dotąd ciągnął ją za warkoczyki,&lt;br&gt;
I w ogóle wolał siedzieć nad rzeką,&lt;br&gt;
A tu patrzcie, ona idzie chodnikiem,&lt;br&gt;
A Dreptaczek za nią z wielką teką.&lt;br&gt;
I coś w sercu Dreptaczkowi śpiewa,&lt;br&gt;
I tak szedłby na koniec świata.&lt;br&gt;
- Mały Dreptak najwyraźniej dojrzewa -&lt;br&gt;
Mówi burmistrz do adwokata.&lt;br&gt;
Idzie Dreptak z czerwonymi uszami,&lt;br&gt;
W duszy szczęście ma, na spodniach łatę,&lt;br&gt;
Troszkę wstyd mu przed kolegami,&lt;br&gt;
Troszkę boi się spotkać tatę.&lt;br&gt;
Ale tata i tak wszystko widział,&lt;br&gt;
Był na piwie, spojrzał i się zdziwił.&lt;br&gt;
Po chodniku idzie jakaś dzidzia, &lt;br&gt;
A tuż za nią ten Dreptaczek jak pingwin.&lt;br&gt;
Tata nawet się wzruszył troszeczkę,&lt;br&gt;
Rzekł ochryple: - Jeszcze mi pan nalej!&lt;br&gt;
Bo przypomniał sobie swoją pierwszą teczkę,&lt;br&gt;
Potem pierwszą wycieczkę i tak dalej.&lt;br&gt;
Nawet wyjrzał za nimi na deptak,&lt;br&gt;
Ale oni już za rogiem giną.&lt;br&gt;
Ta dziewczyna i ten mały Dreptak&lt;br&gt;
Dreptający z teczką za dziewczyną.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Propozycja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/667/</link><pubDate>Sun, 21 Apr 2002 13:10:34 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/667/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Propozycja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niebo się grzmotem rozsierdza,&lt;br&gt;
Chmura się dżdżami rozdeszcza.&lt;br&gt;
Nad Kłodzkiem złowieszcza twierdza,&lt;br&gt;
A w Kłodzku Beata złowieszcza.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Beata, piękna kelnerka&lt;br&gt;
Z oczami zemdlonej sarny&lt;br&gt;
Podaje duszone żeberka&lt;br&gt;
I bigos popularny.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I halibuta z sałatą&lt;br&gt;
I moskaliki w zalewie&lt;br&gt;
Somnambuliczna Beato,&lt;br&gt;
Ta gdzież to jest praca dla ciebie?&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Podciągnij swe aspiracje, &lt;br&gt;
Beato o smaku papryki,&lt;br&gt;
Ja wezmę cię w delegację,&lt;br&gt;
Ja tobie zapewnię Duszniki!&lt;br&gt;
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W Dusznikach deptaki i kwiaty&lt;br&gt;
Fryc Chopin tu był, Fryc der Grosse,&lt;br&gt;
Malutkie pensjonaty, &lt;br&gt;
Do których na rękach cię wniosę.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada o rogach</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/668/</link><pubDate>Sun, 18 Nov 2001 16:18:37 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/668/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Ballada o rogach 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W bramie zamczyska tkwi portierka,&lt;br&gt;
Tkwi w przedpokoju paź,&lt;br&gt;
Zaś księżna tkwi w objęciach giermka,&lt;br&gt;
Co się nazywa Jaś.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Książę na łowach w puszczy hula,&lt;br&gt;
Do kotów strzela z kusz,&lt;br&gt;
A księżna Jasia wciąż przytula,&lt;br&gt;
Przytula go co rusz.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jasiowi tak się księżna zwierza: &lt;br&gt;
"Jasiu, tyś miły żeś, &lt;br&gt;
Więc dzisiaj ciebie na rycerza &lt;br&gt;
Pasuje mąż mój kneź" .&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jaś się ucieszył: "Dobry Boże! &lt;br&gt;
Kneź mnie pasować chce! &lt;br&gt;
Toż chyba nowy kaftan włożę &lt;br&gt;
Na uroczystość tę".&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Generałowie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/669/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/669/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
	GENERAŁOWIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jak wykazuje wielki stos &lt;br&gt;
Akt, kronik i annałów, &lt;br&gt;
Nieraz składaliśmy swój los &lt;br&gt;
W ręce swych generałów 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I wielu z nich - o ile wiem - &lt;br&gt;
Spisało się jak trzeba: &lt;br&gt;
Kościuszko, Poniatowski, Bem, &lt;br&gt;
Piłsudski czy Kutrzeba. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden zwyciężył, inny padł, &lt;br&gt;
Lecz wszystkim równa chwała &lt;br&gt;
I raczej dobrze sądzi świat &lt;br&gt;
O Polskich generałach. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A gdy generał zamiast krwi, &lt;br&gt;
Dział, czołgów i żołnierzy &lt;br&gt;
Żąda dziewięćdziesięciu dni, &lt;br&gt;
To ja mu raczej wierzę 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zwłaszcza że sam wydeptał pył &lt;br&gt;
Typowych, polskich szlaków &lt;br&gt;
Bo najpierw na Syberii był &lt;br&gt;
A potem bił Prusaków, 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nieznana wersja "POWROTU TATY" Mickiewicza</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/670/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/670/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NIEZNANA WERSJA POWROTU TATY MICKIEWICZA &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
... wtem słychać turkot, wozy jadą drogą &lt;br&gt;
 I wóz znajomy na przedzie, &lt;br&gt;
 Skoczyły dziatki i krzyczą jak mogą: &lt;br&gt;
 - Tato, ach tato nasz jedzie! &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 - Ruszajcie! - kupiec na sługi woła - &lt;br&gt;
 Ja z dziećmi pójdę ku miastu! &lt;br&gt;
 Idzie, aż zbójcy obskoczą dokoła, &lt;br&gt;
 A zbójców było dwunastu. &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Wóz zrewidował pewien starszy zbójca, &lt;br&gt;
 Groźniejszy niż sam Korwin-Mikke, &lt;br&gt;
 Poczem, za gardło pochwyciwszy ojca &lt;br&gt;
 Spytał: &lt;i&gt;- Skąd masz ceramikę!&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Duet romantyczny z CREATOREM</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/671/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/671/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DUET ROMANTYCZNY Z CREATOREM 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Ona:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Blady księżyc za chmury się chowa, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wędrujemy przez Wrocław, co śpi...&lt;br&gt;
 On:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Popatrz, to ulica Szybowcowa! &lt;br&gt;
 Ona:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Popatrz, numer to dwadzieścia trzy! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Razem:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Dobry los nast tu przywiódł jak tato, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Wdzięczniśmy jemu za to, że hej! &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Bo tu mieści się firm a CREATOR, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Która słynie z ceramiki swej! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 On:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ceramika nie saska, nie chińska, &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Ona polski ma fason i smak. &lt;br&gt;
 Ona:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Jej autorzy to pani Cybińska &lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; I pan Zbigniew Horbowy... &lt;br&gt;
 On:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tak? &lt;br&gt;
 Ona:&lt;br&gt;
&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Tak! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>O szkodliwości pyskowania z pełną gębą</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/672/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/672/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
O SZKODLIWOŚCI PYSKOWANIA Z PEŁNĄ GĘBĄ 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Raz dziadzio, przy obiedzie ogryzając kości &lt;br&gt;
 Spytał wnuczka: - Należysz do Solidarności? &lt;br&gt;
 - Do której? - odrzekł wnuczek, przeżuwając kęsy - &lt;br&gt;
 Do tej Mazowieckiego, czy do tej Wałęsy? &lt;br&gt;
 - To są dwie? - pyta dziadzio i z trudem przełyka. &lt;br&gt;
 - Z dziesięć! Jest Janowskiego, jest także Jurczyka, &lt;br&gt;
 Rulewski, jak słyszałem, również się oddziela, &lt;br&gt;
 Grupą Morawieckiego mamy też Kornela, &lt;br&gt;
 OKAP w Sejmie się dzieli, naruszając karność... &lt;br&gt;
 - Dosyć... - wyrzęził dziadzio - Ładna Solidarność! &lt;br&gt;
 Tu, zatchnąwszy się kością, zaczął wymiotować.... &lt;br&gt;
 Wniosek: - Póki jest żarcie, nie trzeba pyskować. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Walc podchorążych</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/673/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/673/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WALC PODCHORĄŻYCH 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 W wysokich kielichach spieniło się wino, &lt;br&gt;
 Twój uśmiech się w winie utopił i zgasł, &lt;br&gt;
 Czy mogę cię prosić do tańca, dziewczyno, &lt;br&gt;
 Czy mogę cię prosić ostatni ten raz? &lt;br&gt;
 Już jutro odjeżdżam, tak trzeba kochana, &lt;br&gt;
 Nie można latami wśród szkolnych tkwić sal. &lt;br&gt;
 Lecz teraz się nie martw... Wypijmy szampana...&lt;br&gt; 
 Pozostał nam przecież ten walc! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Podchorążowie tańczą walca, &lt;br&gt;
 Wokoło sali mkną na palcach, &lt;br&gt;
 Muzyka perli się i drży &lt;br&gt;
 Jak pięknych dziewcząt łzy... &lt;br&gt;
 Każdy z tancerzy swej partnerce &lt;br&gt;
 Zabierze zakochane serce &lt;br&gt;
 A pozostawi w zamian żal &lt;br&gt;
 Kiedy się skończy bal, ostatni bal, &lt;br&gt;
 Ten pożegnalny bal...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Idź do klasztoru, Ofelio</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/674/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/674/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
IDŹ DO KLASZTORU, OFELIO 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Idź do klasztoru Ofelio &lt;br&gt;
Lub pojedź tam na rowerze &lt;br&gt;
Ospałą swą kokieterią &lt;br&gt;
Nikogo z nas nie nabierzesz &lt;br&gt;
Nie jesteś babką na serio, &lt;br&gt;
Za mało w tobie wigoru, &lt;br&gt;
Idź do klasztoru Ofelio, &lt;br&gt;
Do klasztoru! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Idź do klasztoru Ofelio &lt;br&gt;
 Złożymy ci się na bilet, &lt;br&gt;
 Nie dla nas kurczak z mizerią, &lt;br&gt;
 Nie dla nas śledziowy filet, &lt;br&gt;
 Nie jesteś babką na serio, &lt;br&gt;
 Za ma ło w tobie wigoru, &lt;br&gt;
 Idź do klasztoru Ofelio, &lt;br&gt;
 Do klasztoru! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Oda do młodzieńca</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/675/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/675/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ODA DO MŁODZIEŃCA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Młodzieńcze, co w rozkicie lat &lt;br&gt;
Chcesz zreformować cały świat, &lt;br&gt;
Co wraz z mutacją swą, kozikiem &lt;br&gt;
Oraz z młodzieńczym swym trądzikiem, &lt;br&gt;
Z balastem nazbyt długich nóg &lt;br&gt;
Szukasz odkrywczych, nowych dróg! &lt;br&gt;
Ty, co o własnym marzysz kolcie, &lt;br&gt;
Co stawiasz w myślach swych na równi &lt;br&gt;
Marzenia - a to o rewolcie, &lt;br&gt;
To znów o Helci Deptakównie, &lt;br&gt;
Ty, co przeważnie chodzisz struty, &lt;br&gt;
Bo gdy zakładasz mądrą mowę, &lt;br&gt;
To wówczas w głosie twym koguty &lt;br&gt;
Z nienacka budzą się wioskowe, &lt;br&gt;
A gdy odezwie się ich nuta - &lt;br&gt;
Milkniesz i wlepiasz wzrok uparty &lt;br&gt;
W masyw własnego buta &lt;br&gt;
Co numer ma czterdziesty czwarty, &lt;br&gt;
I straszny cię przygnębia majak: &lt;br&gt;
- Cztredziesty piąty, to już kajak...&lt;br&gt;
O, ty któremu pierwszy zarost &lt;br&gt;
Kiedy wysypie wątłe włoski, &lt;br&gt;
Chwytasz ojcowską brzytwę starą &lt;br&gt;
Jak Jan Sobieski miecz dziadowski, &lt;br&gt;
Zamyksz oczy, i bez reszty &lt;br&gt;
Zamieniasz własną twarz na befsztyk!&lt;br&gt; 
O ty, co skrzętny niczym chomik &lt;br&gt;
Ciułasz w pamięci, ciemną nocą,&lt;br&gt; 
Zmiany we własnej anatomii &lt;br&gt;
(Niektóre nie wiesz jeszcze po co!) &lt;br&gt; 
Twe troski to efemeryda, &lt;br&gt;
Spójrz młody bracie w przyszłość jaśniej, &lt;br&gt;
To wszystko ci się kiedyś przyda,&lt;br&gt; 
A na co - sam ci to wyjaśnię &lt;br&gt;
Już wkrótce, jak mi tylko minie &lt;br&gt;
Skleroza, po nowokainie! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kaskaderzy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/676/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/676/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KASKADERZY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Hej, słychać strzały z rewolwerów, &lt;br&gt;
I rozbijanych wozów trzask - &lt;br&gt;
Oto Spółdzielnia Kaskaderów &lt;br&gt;
Ruszyła dzisiaj pierwszy raz! &lt;br&gt;
Latają wokół szczątki mebli, &lt;br&gt;
Stosy półmisków i talerzy, &lt;br&gt;
Spadają z rozmaitych szczebli &lt;br&gt;
Wytrenowani kaskaderzy, &lt;br&gt;
A zawsze wprost na cztery łapy &lt;br&gt;
Tacy są zwinni, zgrabni tacy, &lt;br&gt;
Nie trzeba stawiać im kanapy, &lt;br&gt;
Nie trzeba kłaść im materacy! &lt;br&gt;
Więc gdyś aktorem dużej miary, &lt;br&gt;
Klasy Lawrence'a Oliviera, &lt;br&gt;
Uważaj żeż na siebie stary, &lt;br&gt;
Wynajmij sobie kaskadera! &lt;br&gt;
Potrzebny jesteś na tym świecie, &lt;br&gt;
Masz ważną pracę, żonę, dzieci, &lt;br&gt;
Więc kiedy trzeba skądś wylecieć - &lt;br&gt;
Kaskadser za pięć stów wyleci. &lt;br&gt;
Potem się to zmontuje jakoś, &lt;br&gt;
Doklei twoją twarz w zbliżeniu - &lt;br&gt;
- Popatrzcie! Toż on stoi psiakość! &lt;br&gt;
Zakrzyknie cały świat w zdumieniu. &lt;br&gt;
A gdy impreza się nie uda, &lt;br&gt;
Także nie powód do rozpaczy, &lt;br&gt;
Bo ty się żywy wyłabudasz, &lt;br&gt;
Jego - pośmiertnie się odznaczy. &lt;br&gt;
Ogromne to udogodnienie! &lt;br&gt;
Oto formularz, pióro, biurko, &lt;br&gt;
Wypisz zlecenie, na zlecenie &lt;br&gt;
Z czwartego piętra, na podwórko, &lt;br&gt;
Ale pohamuj swoją radość &lt;br&gt;
Że jesteś wszystkim, a on - zerem.&lt;br&gt;
... kto wie, mój stary, czy na starość&lt;br&gt;
Ty też nie będziesz kaskaderem?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Niezadowolenie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/677/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/677/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NIEZADOWOLENIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Skonstatowali to uczeni &lt;br&gt;
Z ich prac najlepiej się dowiecie &lt;br&gt;
Że tylko niezadowoleni &lt;br&gt;
Coś uczynili na tym świecie, &lt;br&gt;
Bo zachwycony sobą facet &lt;br&gt;
Co dzierżył berło lub biskupstwo &lt;br&gt;
Sam sobie zwykle dawał placet &lt;br&gt;
Na bierność, mierność i nieróbstwo. &lt;br&gt;
Nie szurał, nie rwał się do boju, &lt;br&gt;
Nie myślał o odległych celach: &lt;br&gt;
Chwalca ustroju - dla ustroju &lt;br&gt;
Jest gorszy od nieprzyjaciela! &lt;br&gt;
Na co nam grzeczni, cisi, zgodni? &lt;br&gt;
W boju do kitu są grubasy, &lt;br&gt;
Postęp robili zawsze głodni &lt;br&gt;
Lub naukowcy dużej klasy, &lt;br&gt;
I różne duchy niespokojne &lt;br&gt;
Łase na kłótnię i krytykę, &lt;br&gt;
Co rozrabiały, szły na wojnę &lt;br&gt;
Lub odkrywały Amerykę. &lt;br&gt;
Kolumb nie siedział w domu kołkiem &lt;br&gt;
Ronald Amundsen nie tkwił w betach &lt;br&gt;
Gagarin nie był zaś aniołkiem &lt;br&gt;
Jak to podaje się w gazetach. &lt;br&gt;
Gdy inni się kłaniali nisko &lt;br&gt;
Z wyrazem cichej aprobaty - &lt;br&gt;
Polak nie zgadzał się na wszystko &lt;br&gt;
Przed stoma, i przed dwoma laty. &lt;br&gt;
Że za to dzisiaj jest ceniony, &lt;br&gt;
Że jest mu lepiej i radośniej - &lt;br&gt;
Ze wszystkich niezadowolonych &lt;br&gt;
Zadowolenie niech w nas rośnie. &lt;br&gt;
Chlebem nie tuczmy ich i solą &lt;br&gt;
Nie pieśćmy w noce, ani we dnie, &lt;br&gt;
Bo - Boże broń - się zadowolą, &lt;br&gt;
I będzie cicho. Ale wrednie. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Modlitwa do Karola Marksa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/678/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/678/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MODLITWA DO KAROLA MARKSA 
&lt;/p&gt;

&lt;p class="prawy"&gt;
Druga wersja - &lt;a href="https://staging.waligorski.art/liryka/m/127/"&gt;Modlitwa laika&lt;/a&gt;
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
(z cytatami z Tuwima i z Konopnickiej)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Panie, pozbyłem się oporów &lt;br&gt;
I wniosek złożyć chcę paniczny:&lt;br&gt; 
Zachowaj nas od Nikiforów &lt;br&gt;
W dziedzinach pozaartystycznych. &lt;br&gt;
Niech żyją wolni i szczęśliwi, &lt;br&gt;
Niech rzeźbią lub malują jaja, &lt;br&gt;
Lecz niech naiwny prymitywizm &lt;br&gt;
Po innych pionach się nie szlaja. &lt;br&gt;
Wiem Panie, wiele już zrobiono, &lt;br&gt;
niejeden usunięto zator, &lt;br&gt;
Lecz tu i ówdzie, jak muchomor &lt;br&gt;
Pośród prawdziwków tkwi amator. &lt;br&gt;
Twoje nauki studiujemy, &lt;br&gt;
Wierzymy w kształt wielkiego dzieła &lt;br&gt;
I wszyscy chętnie cię poprzemy &lt;br&gt;
W odnowie, która się zaczęła. &lt;br&gt;
&lt;i&gt;"Chmury nad nami rozpal w łunę, &lt;br&gt;
Uderz nam w serca złotym dzwonem"&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
Niech przyjdą dużo większym tłumem &lt;br&gt;
Kadry, solidnie wyszkolone. &lt;br&gt;
&lt;i&gt;"Niech więcej Twego brzmi imienia &lt;br&gt;
W uczynkach ludzi, niż w ich pieśni, &lt;br&gt;
Głupcom odejmij dar marzenia &lt;br&gt;
A sny szlachetnych - ucieleśniaj". &lt;/i&gt;&lt;br&gt;
Daj nam uprzątnąć dom ojczysty, &lt;br&gt;
W zyski zamienić pozwól straty, &lt;br&gt;
Po co ma biedny być, choć czysty? &lt;br&gt;
Niech będzie czysty i bogaty. &lt;br&gt;
Lecz czasem uderz się po mieczu, &lt;br&gt;
Niech ktoś się Twoim gniewem strapi, &lt;br&gt;
Kto jest nieukiem po ćwierćwieczu, &lt;br&gt;
Ten widać uczyć się nie kwapił. &lt;br&gt;
Spraw by nadeszła wielka fala &lt;br&gt;
Co wszystkie bramy pootwiera, &lt;br&gt;
A facet z wykształceniem drwala &lt;br&gt;
Niech nie dotyka komputera. &lt;br&gt;
Niech twoi ludzie go wywiodą &lt;br&gt;
W lasy i w gaje, w głąb przyrody,&lt;br&gt; 
By zamiast nam u nóg być kłodą - &lt;br&gt;
Prawdziwe mógł piłować kłody. &lt;br&gt;
Tam go ucieszy bór i struga, &lt;br&gt;
Tam i pokrzyczy, i polata, &lt;br&gt;
Nożem pajaca se wystruga &lt;br&gt;
lecz nie wystruga z nas wariata. &lt;br&gt;
Panie, najmędrszy z profesorów &lt;br&gt;
Który nas widzisz z wysokości! &lt;br&gt;
Dezintegrację Nikiforów &lt;br&gt;
Zechciej zarządzić w swej mądrości, &lt;br&gt;
I weź jej ster w surowsze dłonie, &lt;br&gt;
Bo czas tracimy wciąż w nadmiarze &lt;br&gt;
Błagając różne stare konie: &lt;br&gt;
&lt;i&gt;" - Pójdź koniu, ja cię uczyć każę!" &lt;/i&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kłopotliwy dziadunio</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/679/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/679/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KŁOPOTLIWY DZIADUNIO 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zyzio ma auto, Jaś - dryg do tańca, &lt;br&gt;
Ja mam w rodzinie dziadka-powstańca. &lt;br&gt;
Jest to niezwykle dziwny przypadek, &lt;br&gt;
Że naszych czasów dożył ów dziadek. &lt;br&gt;
lecz ma bumagę, a w niej pisanie &lt;br&gt;
Że kościuszkowskie przeżył powstanie.&lt;br&gt; 
ma również piękny dyplom uznania &lt;br&gt;
Za walki w czasie tego powstania. &lt;br&gt;
Codziennie z rana, już o świtaniu &lt;br&gt;
Dzadek zaczyna... o powstaniu. &lt;br&gt;
- Kiedyś - powiada, zdjąwszy szlafmycę &lt;br&gt;
- pamiętam, szliśmy pod Racławice. &lt;br&gt;
konie się wlokły nóżka za nóżką. &lt;br&gt;
A ja gadałem z Tadziem Kościuszką. &lt;br&gt;
Jak dziś pamiętam - tu piach, tam krzaki, &lt;br&gt;
I las, a z lasu lecą kozaki... &lt;br&gt;
Dzień mija z wolna, wieczór zapada,&lt;br&gt; 
A dziad - powstaniec gada i gada. &lt;br&gt;
Świecą mu oczki, płoną mu uszki, &lt;br&gt;
A ja mam dosyć pana Kościuszki &lt;br&gt;
Z jego przysięgą, szablą, proporcem, &lt;br&gt;
Z tymi kosami co to je sztorcem, &lt;br&gt;
Oraz z Bartoszem Głowackim, który &lt;br&gt;
Czapkę, czy głowę wsadził do dziury...&lt;br&gt; 
Zaś jako chłopczyk, chodząc na lekcje &lt;br&gt;
Bardzo lubiłem tę insurekcję, &lt;br&gt;
A dziś myśl o niej odrazę wzbudza &lt;br&gt;
Przez tego dziadka co mnie zanudza. &lt;br&gt;
Już jego przygód jam nie ciekawy, &lt;br&gt;
Mam swoje bliższe, ważniejsze sprawy, &lt;br&gt;
On opisuje swoje puf-pafy, &lt;br&gt;
A ja z rozpaczy wlazłbym do szafy. &lt;br&gt;
On opowiada jak go męczono. &lt;br&gt;
A ja o dżezie chcę gadać z żoną.&lt;br&gt; 
On o Kilińskim szewcu mi truje. &lt;br&gt;
A ja się martwię, że syn ma dwóję. &lt;br&gt;
Gada, że byli krzepcy i śliczni. &lt;br&gt;
Męscy, wspaniali i romantyczni. &lt;br&gt;
Że mieli mnóstwo niezwykłych przygód, &lt;br&gt;
że hartowali się wśród niewygód, &lt;br&gt;
Że mieli cele i ideały, &lt;br&gt;
Bij, zabij, hurra, wszyscy na wały, &lt;br&gt;
Bagnety błyszczą, sztandar powiewa, &lt;br&gt;
Bul bul... gadulstwo już mnie zalewa... &lt;br&gt;
Wyście cyniczni, a my - na szańcu!!! &lt;br&gt;
- Boże... jak ciężko żyć wśród powstańców! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Legenda o Janie z Kolna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/680/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/680/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
LEGENDA O JANIE Z KOLNA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Wiek piętnasty nad światem przetaczał się z wolna, &lt;br&gt;
 był rok tysiąc czterysta siedemdziesiąty szósty, &lt;br&gt;
 Gdy słynny polski żeglarz, niejaki Jan z Kolna &lt;br&gt;
 Prowadził swe okręty pośród morskich pustyń. &lt;br&gt;
 Pokłócony na amen z królem Władysławem &lt;br&gt;
 Jagiellończykiem, cudem uszedłszy na morze,&lt;br&gt; 
 Nie polską wiódł niestety, lecz duńską wyprawę &lt;br&gt;
 I duński mu nad głową powiewał proporzec, &lt;br&gt;
 A panem był mu Chrystian, król Danii, Norwegii, &lt;br&gt;
 I Szwecji, który Jana postawił na czele &lt;br&gt;
 Floty, i nowe mu kazał zdobywać brzegi, &lt;br&gt;
 I dał mu białoskrzydłe, złote karawele. &lt;br&gt;
 A przeto nawigując wśród żywiołów dzikich, &lt;br&gt;
 Po trawersie zuchwalstwa i nordowej gwiazdy, &lt;br&gt;
 Dotarł dzielny Jan z Kolna hen, do Ameryki, &lt;br&gt;
 Która wonczas nie miała jeszcze żadnej nazwy. &lt;br&gt;
 zaś postawiwszy stopę na ląd Labradoru &lt;br&gt;
 I westchnąwszy nabożnie: - Dzięki ci, o panie! &lt;br&gt;
 Odchrząknął, poczem w ciszy obcego wieczoru &lt;br&gt;
 Rzekł, iż bierze tę ziemię w duńskie posiadanie.&lt;br&gt; 
 I zaraz sztandar, białym przekreślony krzyżem &lt;br&gt;
 Zatknął, by ustanowić i utrwalić władzę, &lt;br&gt;
 I pchnął do Europy dwa korable chyże, &lt;br&gt;
 I wielka radość z tego była w Kopenhadze &lt;br&gt;
 Przez rok, i przez dwa lata, i przez trzy i cztery, &lt;br&gt;
 Król Chrystian podskakiwał z radości na tronie, &lt;br&gt;
 Aż raz, gdy skarbnikowi zaglądnął w papiery &lt;br&gt;
 Zbladł, zadrżał i oburącz chwycił się za skronie &lt;br&gt;
 I zaraz też mu broda posiwiała ruda, &lt;br&gt;
 W rezultacie nagłego psychicznego katza, &lt;br&gt;
 I spytał: - Czemuż Dania tonie w takich długach? &lt;br&gt;
 - Królu - zajęczał skarbnik - musimy dopłacać &lt;br&gt;
 Do tej nowej kolonii, bo jak tu widzicie &lt;br&gt;
 Ten pański Jasio z Kolna - ażeby go struli - &lt;br&gt;
 Jedzie furt na planowym, krwawym deficycie &lt;br&gt;
 W związku z czym dotowany jest z centralnej puli... &lt;br&gt;
 Tu król konwulsji dostał, jakby rock and rolla &lt;br&gt;
 Zatańczył, zeza zrobił, zamrugał powieką, &lt;br&gt;
 Wyjąkał: - Zapomniałem że ten Jan to Polak... &lt;br&gt;
 I skonał, dziewiętnaście lat przed końcem wieku, &lt;br&gt;
 A ledwo jedenaście przed dniem, kiedy Kolumb &lt;br&gt;
 Ponownie Amerykę odkrył był dla świata... &lt;br&gt;
 Lecz myśmy byli pierwsi! Zarówno na polu &lt;br&gt;
 Odkryć geograficznych, jak w planowych stratach! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zegar</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/681/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/681/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ZEGAR 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Na urodziny synkowi przyniósł w prezencie kolega &lt;br&gt;
 Zabawkę do zmontowania, ścienny rosyjski zegar. &lt;br&gt;
 Gdy otworzyłem pudełko, zacząłem urągać i biadać &lt;br&gt;
 Bo już wiedziałem z góry, że będę to musiał składać. &lt;br&gt;
 A była tam załączona w pudle nieduża książeczka &lt;br&gt;
 Z przepisem jak trzeba łączyć tryby i różne kółeczka. &lt;br&gt;
 Więc kiedy wszyscy zasnęli, zabrałem się do monterki &lt;br&gt;
 Zbrojny w cierpliwość, śrubokręty, słownik i kombinerki &lt;br&gt;
 I zgodnie z przepisami złożyłem to wszystko wiernie &lt;br&gt;
 Kolesa czyli koła i tryby, czyli szesternie. &lt;br&gt;
 A wreszcie cep, czyli łańcuch włączyłem - szczegół ostatni - &lt;br&gt;
 I potrąciłem palcem wahadło, czyli majatnik. &lt;br&gt;
 A prymitywny zegarek, nieładnie z blach grubych wykuty &lt;br&gt;
 Jął głośno i niecierpliwie stukać na ścianie minuty. &lt;br&gt;
 I tak już od kilku tygodni wisi i gości rozśmiesza. &lt;br&gt;
 I ani nie spóźnia biegu, ani go nie przyśpiesza. &lt;br&gt;
 Więc kiedy patrzę czasami na jego kształty krzywe, &lt;br&gt;
 Trzy rzeczy z ostatniej wojny stają mi w oczach jak żywe: &lt;br&gt;
 Po pierwsze samochód - gazik, po drugie karabin-wintowka &lt;br&gt;
 Po trzecie kierowca i strzelec, bezkompleksowy Wowka, &lt;br&gt;
 Samochód mógł jeździć po lesie, konary łamiąc z trzaskiem &lt;br&gt;
 Wintowka strzelała zawsze, choćbyś ją zapchał piaskiem &lt;br&gt;
 A Wowka miał dobre serce, sypał okruszki ptaszkom &lt;br&gt;
 A gdy zasypiał na deszczu, to twarz zasłaniał furażką. &lt;br&gt;
 A w ogóle było to dawno i byliśmy wszyscy młodzi, &lt;br&gt;
 I niezawodni, jak zegar co taki prosty - a chodzi. 
 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kolęda biedaków</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/682/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/682/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOLĘDA BIEDAKÓW 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Noc zimowa nad Polską, ciemna nocka grudniowa, &lt;br&gt;
Od Szczecina po Krosno wszystko w lodu okowach. &lt;br&gt;
Śnieg zasypał nam okna, dźwięczą dzwonki u sanek, &lt;br&gt;
Noc nad Polską głęboka i daleko poranek. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Śnieg zasypał nam okna, dźwięczą dzwonki u sanek, &lt;br&gt;
 Noc nad Polską głęboka i daleko poranek. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wicher w pustych kominkach, sad skostniały od mrozu, &lt;br&gt;
Nasza biedna choinka tak niewiele ma ozdób - &lt;br&gt;
Kilka słodkich okruchów, kilka świeczek co kopcą &lt;br&gt;
I blask zimny łańcuchów pod tą gwiazdą, tak obcą. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Jubileusz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/683/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/683/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;JUBILEUSZ 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdzie się nie popatrzę, gdzie się nie ruszę, &lt;br&gt;
Wszędzie się mnożą jubileusze. &lt;br&gt;
Tu jubileusz wytwórni śrutu, &lt;br&gt;
Tam jubileusz ciągarni drutu &lt;br&gt;
Ówdzie miasteczko, zaś indziej gdzieś &lt;br&gt;
Swój jubileusz obchodzi wieś. &lt;br&gt;
Zróbmyż naprędce więc analizę &lt;br&gt;
Jak się urządza taką siurpryzę? &lt;br&gt;
Logika mówi nam, iż jubiląt &lt;br&gt;
Godny czci, sławy, tudzież defilad, &lt;br&gt;
Winien odpocząć, natomiast inni &lt;br&gt;
jemu ten jubel zrobić powinni... &lt;br&gt;
Ale w praktyce? Nieszczęsny pryk &lt;br&gt;
Sam się do pracy wziąć musi w mig, &lt;br&gt;
Bo gdyby dłużej siedział i zwlekał, &lt;br&gt;
Skonałby nim by czegoś doczekał... &lt;br&gt;
Dalej więc ganiać z przejęcia blady, &lt;br&gt;
Prosić: - Zamieśćcie ze mną wywiady! &lt;br&gt;
Dalejże szukać pomocy, porad, &lt;br&gt;
Prosić o wsparcie i protektorat, &lt;br&gt;
I udawadniać w każdym detalu &lt;br&gt;
Bezsprzeczne prawo swe do medalu.&lt;br&gt; 
Później rozkosze ma również duże: &lt;br&gt;
malije ściany, wyciera kurze, &lt;br&gt;
Myje odnóża jak również szyję &lt;br&gt;
Wywiesza napis: "Joj! Niech ja żyję"!!! &lt;br&gt;
Pierze koszulę, prasuje mankiet, &lt;br&gt;
Zamawia salę, orkiestrę, bankiet, &lt;br&gt;
I o krok będąc od upadłości &lt;br&gt;
Wielu dostojnych zaprasza gości,&lt;br&gt; 
Poczem - od trudów całkiem niebieski &lt;br&gt; 
Po pierwszej wódce idzie na deski... &lt;br&gt;
Przeto zanoszę korne błaganie: &lt;br&gt;
- Jubileuszem nie karz mnie, panie!&lt;br&gt; 
Kończ waść, a wstydu oszczędź i męki, &lt;br&gt;
Niech mam zgon szybki lekki i miękki! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wspólny język</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/684/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/684/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WSPÓLNY JĘZYK 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Jan Dreptak skończył pracę i powstał od biurka &lt;br&gt;
 I chciał poczytać książkę ciekawą szalenie, &lt;br&gt;
 Gdy do pokoju wpadła Dreptakowa córka &lt;br&gt;
 Wołając, że pojutrze zjawi się pan Heniek,&lt;br&gt; 
 Jej nowy narzeczony, pretendent do ręki, &lt;br&gt;
 Co pragnie z nią zadzierzgnąć dożywotnie więzy, &lt;br&gt;
 Więc tata ma dla niego być miły i miękki &lt;br&gt;
 I ma się starać znaleźć z Heniem wspólny język. &lt;br&gt;
 Ba! - zamyślił się tata - Co czynić należy? &lt;br&gt;
 Zadanie to niewdzięczne i trudne nad wyraz, &lt;br&gt;
 Nie znam bowiem języka współczesnej młodzieży &lt;br&gt;
 I nie wiem, co oznacza u nich jaki wyraz... &lt;br&gt;
 Tu sięgnął do współczesnych wspaniałych powieści&lt;br&gt; 
 Czytał je przez noc całą i następny dzionek &lt;br&gt;
 Poznawał niezmierzone bogactwo ich treści &lt;br&gt;
 I uczył się na pamięć różnych wyrażonek. &lt;br&gt;
 Aż utrwaliła mu się ich metaforyka, &lt;br&gt;
 Więc gdy konkurent we drzwiach stanął zesromany, &lt;br&gt;
 Tata krzyknął życzliwie: - Ciao absztyfikant! &lt;br&gt;
 Chcesz truć o grabę mojej pierworodnej brzany? &lt;br&gt;
 Kit ci w oko. Pasuje? Wstawiaj mowę-trawę! &lt;br&gt;
 Przytargałeś pół basa, to wypruj bez draki! &lt;br&gt;
 Będziemy z tobą koleś sicher kumple klawe, &lt;br&gt;
 Tylko się nie napalaj na ciężkie moniaki! &lt;br&gt;
 Zresztą, co tam, chromolę! Bierz sobie tę szprycę. &lt;br&gt;
 Tu młodzieniec się zatrząsł jakby tańczył twista, &lt;br&gt;
 Obrócił się i z wrzaskiem wypadł na ulicę... &lt;br&gt;
 Ba! Skąd tata miał wiedzieć, że to polonista??? 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ballada a la Wertyński</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/685/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/685/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
BALLADA A&amp;acute; LA WERTYŃSKI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zasypał powiat śnieg po pachy &lt;br&gt;
Wyje za oknem wicher - drań &lt;br&gt;
Brzęczą służbowych warszaw blachy &lt;br&gt;
Jak romantyczne dzwonki sań. &lt;br&gt;
W palce strzelając i wąs gryząc &lt;br&gt;
Który zachował kawy smak, &lt;br&gt;
Opieram się o telewizor &lt;br&gt;
kominka bowiem w domu brak. &lt;br&gt;
Dumam... wspominam swą Małgosię &lt;br&gt;
I jak mi ją poderwał gach &lt;br&gt;
A potem szybkich wódek osiem &lt;br&gt;
Wypijam z nocnej lampki słabej &lt;br&gt;
Po jej promyczku spełza wprost &lt;br&gt;
Żałosny cynobrowy diabeł &lt;br&gt;
Trzymając w zębach własny chwost &lt;br&gt;
Poczem z wyrazem szczerej troski &lt;br&gt;
Mówi, a głos mu z bólu drga: &lt;br&gt;
Biednyś ty, biedny, Rosołowski, &lt;br&gt;
Samotnyś bracie, jak i ja... &lt;br&gt;
Obydwaśmy niedocenieni, &lt;br&gt;
Obydwaj na posadach złych, &lt;br&gt;
Obu nas gnębią przełożeni, &lt;br&gt;
Taka a taka mamcia ich... &lt;br&gt;
Ja diabeł - a tyś człek ubogi,&lt;br&gt; 
Podobniśmy jak z bratem brat, &lt;br&gt;
Obydwaj bowiem mamy rogi, &lt;br&gt;
Ja - dawno, a ty - od dwóch lat... &lt;br&gt;
I naszą smutną przyjaźń znaczy &lt;br&gt;
To łez - to wódek drobny ścieg, &lt;br&gt;
A za oknami wiatr sobaczy, &lt;br&gt;
A nad powiatem noc, i śnieg... &lt;br&gt;
I tylko młodość oraz dalsza, &lt;br&gt;
I bliżej wciąż się kłębi mgła, &lt;br&gt;
I ciszej dzwonią blachy warszaw &lt;br&gt;
I cynobrowy diabeł łka... 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Próba interwencji</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/686/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/686/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PRÓBA INTERWENCJI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Rosanno, jeszcze się namyśl, jeszcze się trochę zastanów, &lt;br&gt;
 jak to się banalnie mówi, pozory bywają zwodnicze. &lt;br&gt;
 Nie obdarzaj bez zastrzeżeń miłością jednego z kapitanów &lt;br&gt;
 Asów i bohaterów Międzynarodowej Komunikacji Lotniczej. &lt;br&gt;
 Na razie wszystko jest cacy, ale co będzie potem? &lt;br&gt;
 Potem się może okazać, że twój kapitan się wzrusza &lt;br&gt;
 Na czeskich filmach, albo - powiedzmy - że ma nadkwasotę, &lt;br&gt;
 Nuci tylko "Poemat" Fibicha, czyta tylko powieści Bunscha... &lt;br&gt;
 Lub będzie do ciebie mawiał "moja malutka świnko", &lt;br&gt;
 Lub będzie marzył po nocach o swoim dalekim synku, &lt;br&gt;
 Którego porzucił, przeczytawszy, że istnieje kompleks Edypa. &lt;br&gt;
 Rosanno, nie brak ci przecież rozumu, ani fantazji, &lt;br&gt;
 Nie raz u nie dziesięć razy bywałaś zakochana, &lt;br&gt;
 Wybierz się w długą podróż do Australii albo do Azji, &lt;br&gt;
 Tam kupisz rzeźbiony młotek u plemiennego szamana. &lt;br&gt;
 Tym młotkiem wybijesz sobie zdobywcę niebios z głowy, &lt;br&gt;
 Odsuniesz go na odłegłość skąd będzie wyglądał piękniej, &lt;br&gt;
 By został tym, czym być winien - posągiem malachitowym &lt;br&gt;
 Pozbawionym trawiennych kłopotów i innych przyziemnych pęknięć &lt;br&gt;
 Przejdzie nad wami niejedna ulewa i zawierucha, &lt;br&gt;
 Ludzie polecą na Marsa i wymyślą antygrawitację, &lt;br&gt;
 A wy... ba, ale ja gadam, a ty mnie wcale nie słuchasz. &lt;br&gt;
 I chyba masz rację, Rosanno. Mimo wszystko - chyba masz rację. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Piosenka wstępna</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/687/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/687/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;PIOSENKA WSTĘPNA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Daleko, daleko za morzem, &lt;br&gt;
Gdzie świat się dopiero zaczyna, &lt;br&gt;
Lub tam, gdzie się kończy być może &lt;br&gt;
Jest pewna niezwykła kraina. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jej ludność też dziwna dość zda się, &lt;br&gt;
Ma kształt niecodzienny i nowy - &lt;br&gt;
Pas każdy mniej więcej ma w pasie, &lt;br&gt;
Zaś uszy po bokach ma głowy. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ta głowa się mieści na górze, &lt;br&gt;
I - nie wiem czy mi uwierzycie - &lt;br&gt;
Że duży człek ma nogi duże, &lt;br&gt;
A mały, to znowu o, tycie...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>*** (Niestety, dać ci nie mogę...)</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/*/688/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/*/688/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;Niestety, dać ci nie mogę...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niestety, dać ci nie mogę &lt;br&gt;
Prezentów złotych i srebrnych,&lt;br&gt; 
Ale nie pomyśl sobie &lt;br&gt;
Że jestem zupełnie biedny! &lt;br&gt;
Nie mam wprawdzie tysięcy &lt;br&gt;
Na wyjazd w dwójkę do Cannes, &lt;br&gt;
Ale mam dużo więcej &lt;br&gt;
I wszystko, wszystko ci dam! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Ty nie domyślasz się, jak dużo &lt;br&gt;
 Potrafię ofiarować ci: &lt;br&gt;
 Czternaście nocy w Międzygórzu, &lt;br&gt;
 Czternaście pełnych słońca dni, &lt;br&gt;
 Żywiczny zapach co odurza, &lt;br&gt;
 I wodospadu śpiewny szum, &lt;br&gt;
 I wszystkie gwiazdy Międzygórza &lt;br&gt;
 Dostaniesz, tylko przyjedź tu! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sonety wrocławskie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/689/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:03 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/689/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SONETY WROCŁAWSKIE - PARK SZCZYTNICKI (1)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 W park wpłynęłem, jak żeglarz w przestwór oceanu &lt;br&gt;
 Moja misterna postać niczym łódka brodzi &lt;br&gt;
 Spiesząc się na spotkanie Dreptakównej lodzi,&lt;br&gt; 
 Która mnie oczekuje w zaroślach burzanu. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Typowy Wrocławianin, zdrowie mam do chrzanu, &lt;br&gt;
 Reumatyzm i lumbago po kościach mi chodzi, &lt;br&gt;
 Lecz że przy mojej Lodzi sprawnym być się godzi, &lt;br&gt;
 Nie szczędzę asprocolu więc, i salwarsanu...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Stańmy! Ot, budowlane skrzypią gdzieś żurawie, &lt;br&gt;
 W Wytwórni Filmów rzęzi cicho Polska Szkoła, &lt;br&gt;
 Słyszę kędy się mówca nurza w mowie-trawie, 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Drugi etap reformacji opisany przez Mikołaja Reja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/690/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:03 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/690/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
DRUGI ETAP REFORMACJI OPISANY PRZEZ MIKOŁAJ REJA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
 Jako odbita fala w biblijnym potopie &lt;br&gt;
 Widmo Reformacyi krąży po Europie. &lt;br&gt;
 Każda nacja, gdy z Rzymem nie bardzo się zgadza,&lt;br&gt;
 Wybiera to wyznanie, które jej dogadza: &lt;br&gt;
 We Szwajcariej kalwinizm ma swoje mieszkanie, &lt;br&gt;
 Hugonoci we Francjej, w Angliej - anglikanie, &lt;br&gt;
 Husyta siedzi w Czechach, protestant we Szwecjej, &lt;br&gt;
 Posłuszny ewangelik żywie w Enerdecjej. &lt;br&gt;
 Przyszła Reformacyja i na polskie kresy, &lt;br&gt;
 W pierwszym etapie spore odnosząc sukcesy, &lt;br&gt;
 Lud albowiem tutejszy, choć nie pracowity, &lt;br&gt;
 Bywa tolerancyjny, zwłaszcza gdy jest spity, &lt;br&gt;
 Czyli że prawie zawsze. Papież piuskę targa&lt;br&gt;
 Blednie kardynał Hozyusz i młody Piotr Skarga &lt;br&gt;
 Modlą się by ocalał w Polszcze kościół święty, &lt;br&gt;
 Gdy wtem wśród innowierców wszczęły się fermenty &lt;br&gt;
 I tak, jak się to u nas nader często zdarza,&lt;br&gt;
 Już ten tego podgryza, ten tego naparza, &lt;br&gt;
 Dalej że w dyskusyje, sejmiki, dystrakcje, &lt;br&gt;
 Dalej się na wyznania dzielić i na frakcje! &lt;br&gt;
 Już się rycerz Miodowicz na swej szkapie trzęsie, &lt;br&gt;
 Pragnąc w bitewnym szale urżnąć wąs Wałęsie, &lt;br&gt;
 Już kneź Kiszczak z garłacza siekańcami strzela &lt;br&gt;
 Paf paf paf! - i ogłuszył chwilowo Kornela &lt;br&gt;
 Morawieckiego... PRON się z Glempem dzga na dzidy, &lt;br&gt;
 Grunwald - zamiast na Niemców - wpadł pomiędzy Żydy, &lt;br&gt;
 Mikołaj w protestanty, do Kalwinów Marian, &lt;br&gt;
 Zyzio ruszył w husyty a Dyzio do arian. &lt;br&gt;
 To co w każdym z narodów płynie własnym nurtem - &lt;br&gt;
 Polaczkowie u siebie chcieli zrobić hurtem, &lt;br&gt;
 Wedle swoich rodzimych, lechickich poetyk &lt;br&gt;
 (o czem sam wiem najlepiej, bom takoż heretyk) &lt;br&gt;
 Aż się wzajem pożarli, i z tej właśnie racji&lt;br&gt;
 Nie wyszedł w Polszcze Drugi Etap Reformacji... &lt;br&gt;
 Oj poprawcie się bracia, ku sobie się skupcie, &lt;br&gt;
 Nie wyszła reformacja, więc reformę róbcie &lt;br&gt;
 W przeciwnym bowiem razie - to ja, Rej, wam prawię - &lt;br&gt;
 Będzie dla was wszystkich jedna wiara - prawosławie! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Centrum</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/691/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:03 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/691/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
CENTRUM 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 

 Ta noc była wesoła i kolorowa jak festyn, &lt;br&gt;
 Ciepłe morze odbijało różne neony i ognie, &lt;br&gt;
 Na oświetlonych tarasach grały liczne orkiestry&lt;br&gt; 
 A pewien mały człowieczek stał w hotelowym oknie. &lt;br&gt;
 Stał i tak sobie myślał: - &lt;i&gt;Przyjechałem do tego kraju,&lt;br&gt; 
 Niczego mi tu nie braknie, pokazują mi różne cuda, &lt;br&gt;
 I słucham tych świetnych orkiestr, a wiem, że nie dla mnie grają,
&lt;br&gt;
 I wiem, że w tej całej imprezie jest jakaś nieprawda i złuda. &lt;br&gt;
 Bo kiedy tak tutaj stoję, a tam trwają głośne zabawy, &lt;br&gt;
 To wtedy czuję samotność, zazdrość i własną nędzę, &lt;br&gt;
 I myślę, że tam się dzieją jakieś miłe i ważne sprawy, &lt;br&gt;
 Więc wkładam koszulę i krawat i i golę się i tam pędzę. &lt;br&gt;
 A tam cóż? Ludzie tańczą, a inni piją likier, &lt;br&gt;
 Kiwają na kelnerów, kręcą w palcach podstawki od piwa, &lt;br&gt;
 A kiedy się dobrze przyjrzę przez swój najlepszy cwikier, &lt;br&gt;
 To widzę, że oni myślą, że ich też tutaj ktoś kiwa... &lt;br&gt;
 Też patrzą podejrzliwie na światła modnego kurortu, &lt;br&gt;
 A potem się nagle zrywają, płacą i idą precz &lt;br&gt;
 Ku nostalgicznym syrenom, pełnomorskiego portu, &lt;br&gt;
 Bo może tam właśnie odbywa się najważniejsza rzecz? &lt;br&gt;
 A taka rzecz nie istnieje. Są inne - małe i duże, &lt;br&gt;
 Są takie o których się pisze, i inne, o których się wie, &lt;br&gt;
 A jeśli nawet istnieje, to w moim dalekim biurze, &lt;br&gt;
 W mieście gdzie niebo jest szare, a ekspedientki są złe...&lt;/i&gt; &lt;br&gt;
 Tak myślał człowieczek. I jęczał od żalu i od kłopotu. &lt;br&gt;
 I siadał, i pisał do domu niespokojny i długi list, &lt;br&gt;
 I liczył noce, co jeszcze dzieliły go od powrotu. &lt;br&gt;
 A za oknami hotelu szalał bajeczny twist. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Patent na uśmiech</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/692/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:03 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/692/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PATENT NA UŚMIECH 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
 Od kiedyśmy przyszli na ten ziemski padół, &lt;br&gt;
 Uśmiech nigdy nie był naszą główną wadą. &lt;br&gt;
 Francuski jest lekki, ciężki jest tyrolski, &lt;br&gt;
 Angielski jest dziwny... Jaki jest ten polski? &lt;br&gt;
 Można to prześledzić już od wieków paru - &lt;br&gt;
 Nie lubi uśmiechu ni władza, ni naród. &lt;br&gt;
 Skrzetuski się nie śmiał w domu ani w polu,&lt;br&gt; 
 Pan Zagłoba śmiał się, lecz po alkoholu, &lt;br&gt;
 Jagiełło był smutny jak cmentarne brzózki, &lt;br&gt;
 A Stańczyk? Wystarczy zobaczyć "Hołd Pruski"...&lt;br&gt;
 Spróbuj się uśmiechnąć nagle na deptaku: &lt;br&gt;
 - Ty się z kogo śmiejesz, cholerny ciapciaku?&lt;br&gt; 
 W biurze przełożony uwagę ci zwraca: &lt;br&gt;
 - Żadne chichy-śmichy, tu jest, panie, praca! &lt;br&gt;
 Uśmiech na zebraniu też burzę rozpęta: &lt;br&gt;
 - On się śmiał z wytycznych oraz z prelegenta! &lt;br&gt;
 W szkole nauczyciel przy elementarzu: &lt;br&gt;
 - Ja co się pośmieję, ty jakiś gówniarzu! &lt;br&gt;
 Student na wykładach też słyszy: &lt;br&gt;
 - Kolego, nasza ekonomia, to nic wesołego...&lt;br&gt;
 Nie śmiej się przed grzechem, podczas, i po grzechu: &lt;br&gt;
 - Ja ci się oddałam, a tobie do śmiechu...&lt;br&gt;
 Nie śmiej się bo kościół, urząd, sekretariat, &lt;br&gt;
 Każdy kto się śmieje to wróg albo wariat. &lt;br&gt;
 Więc kiedy mnie czasem ktoś zahacza krótko: &lt;br&gt;
 - Wam z jakich powodów jest tak wesolutko? &lt;br&gt;
 Wariackie papiery wydobywam z buta: &lt;br&gt;
 - Cretin satiricus chichrajtis acuta! 
 &lt;/p&gt;</description></item><item><title>Spacerkiem przez Wrocław</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/693/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 20:44:03 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/693/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SPACERKIEM PRZEZ WROCŁAW 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
To może być tekst piosenki &lt;br&gt;
A może być tylko wierszyk - &lt;br&gt;
Taki poemat maleńki &lt;br&gt;
Dedykowany tym pierwszym.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
Powiecie: - Znamy to, znamy, &lt;br&gt;
Wrocław się jeszcze palił, &lt;br&gt;
A oni tu szli z tobołkami, &lt;br&gt;
A potem na zawsze zostali. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
Pisano to tyle razy, &lt;br&gt;
Że zrobił się schemat i banał, &lt;br&gt;
Ale to jednak jest ważne, &lt;br&gt;
Ale to jednak jest prawda. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
Powiecie: - Starsi faceci, &lt;br&gt;
Każdy ich dzieje już poznał, &lt;br&gt;
O rany Julek - powiecie - &lt;br&gt;
jak długo - powiecie - można? 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiersz bez ambicji</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/694/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:47 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/694/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
WIERSZ BEZ AMBICJI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Świat jest wstrząsany konfliktami, &lt;br&gt;
 Ciuła zarobki, liczy straty, &lt;br&gt;
 Tu duzi, biali z dolarami, &lt;br&gt;
 Tam mali czarni z kompleksami, &lt;br&gt;
 We środku ja, ex-szatyn. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Krew pola walk codziennie brudzi, &lt;br&gt;
 Staje się szara i powszednia, &lt;br&gt;
 Tu zezowaci, szybcy, chudzi, &lt;br&gt;
 Tam świdrowaci, niscy, rudzi, &lt;br&gt;
 Ja między nimi. Średniak. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Nad Moskwą, Rzymem i Londynem &lt;br&gt;
 Radary nieufnością zioną, &lt;br&gt;
 Ci mają bombę, tamci minę, &lt;br&gt;
 Owi machają karabinem, &lt;br&gt;
 Ja jestem w centrum. Z żoną. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Przy moim domku kwitną róże, &lt;br&gt;
 Babcia się modli przed obrazem...&lt;br&gt; 
 Czekajcie, jak się kiedyś wkurzę &lt;br&gt;
 To też w te sprawy się zanurzę &lt;br&gt;
 I też się włączę, z gazem. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Z kroniki dyplomatycznej</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/695/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:47 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/695/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 Z KRONIKI DYPLOMATYCZNEJ 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz ambasador Sodomy przywdział strój uroczysty &lt;br&gt;
Bo miał wręczyć królowi Gomory uwierzytelniające listy. &lt;br&gt;
Czuł przytem wielką tremę oraz niepokój najszczerszy &lt;br&gt;
Bo miał tę czynność wykonać w swym życiu po raz pierwszy.&lt;br&gt; 
- Co począć - kombinował z zawartością dyplomatycznej koperty? - &lt;br&gt;
- Wsadzić królowi w łapę, ukłonić się i fertig? &lt;br&gt;
A może trzeba przyklęknąć? O ziemię uderzyć głową? &lt;br&gt;
A może przed tym wręczeniem wystąpić z jakąś przemową? &lt;br&gt;
Aż wreszcie cały dylemat postanowił roziązać najprościej &lt;br&gt;
I postąpić w zależności od bieżących okoloczności. &lt;br&gt;
Oto już wjeżdża przed pałac ambasadorski ekipaż, &lt;br&gt;
Na dziedzińcu pręży się gwardia w tradycyjnych futrzanych slipach, &lt;br&gt;
W bramie - generałowie, za nimi - ministrowie, &lt;br&gt;
Idzie nasz ambasador z kompletną pustką w głowie, &lt;br&gt;
Wreszcie przed tronem staje, a król już siedzi na tronie, &lt;br&gt;
Grubasek, metr czterdzieści w kapeluszu, a raczej w koronie, &lt;br&gt;
Patrzą na siebie przez chwilę, król sapie jak hipopotam, &lt;br&gt;
Ambasador też sobie sapie, aż król wreszcie powiada: - No czo tam? &lt;br&gt;
(bo ten król trochę seplenił). Na taki grubiański speach &lt;br&gt;
Ambasador strasznie się wkurzył, poczerwieniał i mówi: - A nicz. &lt;br&gt;
Król jakby się trochę wzdrygnął, znów siedzi i strasznie sapie, &lt;br&gt;
Pomyślał chwilę i pyta: - A czo tam czymasz w łapie? &lt;br&gt;
Ambasador zesztywniał ze złości, strzepnął pyłek ze złotego haftu &lt;br&gt;
Na swych spodniach, i warknął prez zęby: - Nie piliśmy bruderszaftu! &lt;br&gt;
Król jakby zgłupiał na chwilę, a trochę jak gdyby zdębiał, &lt;br&gt;
Zaś ambasador z tych listów zaczął robić od niechcenia gołębia &lt;br&gt;
I puszczać królowi pod nosem, zaś król ze wściekłości blady &lt;br&gt;
Chciał tego gołąbka złapać, ale jakoś nie mógł dać rady, &lt;br&gt;
Więc zapiszczał: - Ambaszadorciu, przesztań ty sztrugać wariata, &lt;br&gt;
Bo każę ogłosić w gażecie, że jeszteś perszona non grata! &lt;br&gt;
- A dobrze - rzekł ambasador - tylko żebyście wiedzieli &lt;br&gt;
Że uznanie mnie za non grata wywoła casus belli! &lt;br&gt;
Co mówiąc usiadł na stopniach, but ściągnął sobie zuchwalec &lt;br&gt;
I berłem co obok leżało podrapał się w duży palec, &lt;br&gt;
Potem wstał, rozbił kukułkę co kukała w zegarowej dziupli, &lt;br&gt;
Wytargał króla za uszy, naubliżał mu od kurdupli, &lt;br&gt;
Wetknął mu listy do gęby i z ulgą wyszedł na słońce...&lt;br&gt; 
A nazajutrz gazety doniosły że ambasador Sodomy wręczył najjaśniejszemu panu listy uwierzytelniające.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zajęcie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/696/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:47 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/696/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ZAJĘCIE 
 &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 - Otóż córki laryngologów, studiujące paleografię &lt;br&gt;
 Są zjawiskiem, którego rzadkości wyrazić nie potrafię.&lt;br&gt; 
 Być może, że rzadsze są nawet i mniej ich zanotowano &lt;br&gt;
 Niż prababki ananaptystów zajmujących się ikebaną, - &lt;br&gt;
 Bo potrzeba wielu warunków, zanim się wreszcie trafi &lt;br&gt;
 Córka laryngologa, studentka paleografii! &lt;br&gt;
 Jej tatko na medycynę iść musi, a nie na dyrygenturę &lt;br&gt;
 Czy inną meliorację. Następnie musi mieć córę. &lt;br&gt;
 A nie - powiedzmy - syna. Ta córa musi na serio &lt;br&gt;
 Się zająć paleografią, a broń boże nie reżyserią, &lt;br&gt;
 Anie nie glacjoloigią. Ba! Jeszcze to nie studentka! &lt;br&gt;
 Musi iść zdawać egzamin, a potem zostać przyjęta, &lt;br&gt;
 W czym byśmy jej trochę pomóc po znajomości mogli, &lt;br&gt;
 Posiadając niejakie chody na parazytologii, &lt;br&gt;
 Gdzie działa adiunkt Dreptak, nasz osobisty przyjaciel, &lt;br&gt;
 Mający ciotkę w paleograficznym dziekanacie, &lt;br&gt;
 Córkę dragona nawiasem mówiąc dla porządku, &lt;br&gt;
 A matkę hipnotyzera, kolekcjonera świątków &lt;br&gt;
 Kurpiowskich. Tak więc widzimy, iż jest to jedyna droga &lt;br&gt;
 By stworzyć paleografię, córkę laryngologa. &lt;br&gt;
 A warto się czymś takim zająć, gdyż to rarytas prawdziwy, &lt;br&gt;
 Zamiast się kłócić, czy grzechem jest kupno prezerwatywy. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Z pamiętnika auto-stopo-wiczki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/697/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:47 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/697/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Z PAMIĘTNIKA AUTO-STOPO-WICZKI 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niedziela.&lt;br&gt;
Dzisiaj wyszłam na szerokie trasy. &lt;br&gt;
W plecaku niosę szpilki, pół kilo kiełbasy, &lt;br&gt;
Szminkę, cztery sukienki i chleba kawałek. &lt;br&gt;
O... jedzie jakiś Fiacik! Stop! Stop! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poniedziałek. &lt;br&gt;
Fiatem jechał młodzieniec piękny jak marzenie &lt;br&gt;
I od razu się we mnie zakochał szalenie. &lt;br&gt;
Zjedliśmy w jego willi smaczny podwieczorek... &lt;br&gt;
Już jutro ruszam dalej. No, dobranoc! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wtorek. &lt;br&gt;
A jednak jest żonaty... żona na urlopie. &lt;br&gt;
Mówiliśmy o sztuce i o auto-stopie. &lt;br&gt;
Rzekł mi, że mojej stopy na autostop szkoda... &lt;br&gt;
Miły... choć czasem chrapie... Jutro w drogę! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Więzy krwi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/698/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:47 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/698/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WIĘZY KRWI 
 &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Jeden Bazyli Dreptak, na dwa dni przed urlopem &lt;br&gt;
 Zgubił na wiejskiej drodze pojemnik z izotopem, &lt;br&gt;
 Gdzie - nie wiadomo dokładnie, fakt że gdy wóz zatrzymał &lt;br&gt;
 Przed PGR-em, patrzy - a izotopu nima, &lt;br&gt;
 Więc zaraz zawrócił z miejsca, zawołał: Wiśta gniady! &lt;br&gt;
 I zaczął wszędzie szukać, lecz znaleźć nie dał rady, &lt;br&gt;
 Bo w międzyczasie Kwiatkowski jadąc do Wólki na dniówkę, &lt;br&gt;
 Znalazł izotop, i zaczął pędzić izotopówkę, &lt;br&gt;
 Ale to inna historia, nie będziemy się nią bawili &lt;br&gt;
 Raczej spójrzmy co dalej porabia ten dany Draptak Bazyli. &lt;br&gt;
 Ot stoi przed personalnymi z nogi na nogę drepta, &lt;br&gt;
 A personalny powiada - Ożeż wy jakiś Dreptak! &lt;br&gt;
 Nauka wam zaszczyt wyświadcza korzystając z waszego wozu, &lt;br&gt;
 A wy gubicie pojemnik jak byle kupę nawozu, &lt;br&gt;
 Musicie wy mieć widocznie jakiś haczyk lub obciążenie! &lt;br&gt;
 I dawaj jemu sprawdzać społeczne pochodzenie, &lt;br&gt;
 I przynależność związkową, i jeszcze tam bógwico, &lt;br&gt;
 I czy przypadkiem ma jakichś krewniaków za granicą? &lt;br&gt;
 - I owszem - powiada Dreptak, ponieważ gardził blagą - &lt;br&gt;
 - Mam brata Niuśka Dreptaka, co stale mieszka w Chicago... &lt;br&gt;
 Tu personalny ołówek zestrugał scyzorykiem &lt;br&gt;
 I spytał - A co on tam robi? - A, jest podobno lotnikiem... &lt;br&gt;
 Złagodniał personalny, łza mu spłynęła spod powiek &lt;br&gt;
 I mruknął: - A tak słyszałem... wasz brat to jest nasz człowiek... &lt;br&gt;
 - Jak to? Pan o nim słyszał? Bo ja nic nie wiem niestety!!! &lt;br&gt;
 Tu personalny w milczeniu położył przed nim gazety, &lt;br&gt;
 A Dreptak czytał powoli, wprost chłonąc każde słowo: &lt;br&gt;
 - Amerykański samolot zgubił bombę termojądrową.. &lt;br&gt;
 Co widząc Dreptak powstał, twarz wygładziła mu się, &lt;br&gt;
 Uśmiechnął się z pewną dumą i czule wyszeptał: - Niusiek...! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wiśniewska, Merkury, Jowisz, Leda i Europa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/699/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:47 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/699/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WIŚNIEWSKA, MERKURY, JOWISZ, LEDA I EUROPA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Przedwczoraj - sina i niebieska - &lt;br&gt;
 Znów odwiedziła mnie Wiśniewska, &lt;br&gt;
 Łzami zrosiła lica, &lt;br&gt;
 Zachwiała się jak bokser w ringu &lt;br&gt;
 I rzekła: - Siadłam na surfingu &lt;br&gt;
 I to od strony szpica... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- Jak - zapytałem - cię pocieszyć, &lt;br&gt;
Jak cię rozchmurzyć i rozśmieszyć, &lt;br&gt;
Przerwać ten stan ponury? &lt;br&gt;
- Jak chcesz - powiada - mnie uleczyć &lt;br&gt;
To żadne takie, nic z tych rzeczy, &lt;br&gt;
Tylko pisz o Merkurym. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Trzy dziewice</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/700/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:47 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/700/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 TRZY DZIEWICE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na przedmieściu Karłowice &lt;br&gt;
Gdzie Odra rozlana &lt;br&gt;
Żyły sobie trzy dziewice - &lt;br&gt;
Każda zakochana! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rypcium pypcium, rypcium pypcium każda zakochana! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pierwsza z dziewic, śliczna taka &lt;br&gt;
Jak miejski wodociąg &lt;br&gt;
Czuła do podchorążaka &lt;br&gt;
Niewymowna pociąg! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rypcium pypcium, rypcium pypcium, niewymowny pociąg! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Druga, trochę do Berlieta &lt;br&gt;
Podobna od tyłu, &lt;br&gt;
Paliła się do kadeta &lt;br&gt;
Aż się z niej dymiło! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Rypcium pypcium, rypcium pypcium aż się z niej dymiło! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Trzecia, wydająca dźwięki &lt;br&gt;
Godne odrzutowca, &lt;br&gt;
Powierzała swoje wdzięki &lt;br&gt;
Ramionom SORowca. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sformułowanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/701/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:47 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/701/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;SFORMUŁOWANIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Pisząc raz sprawozdanie w związku z konferencją &lt;br&gt;
 W pewnym resorcie, jeden początkujący dziennikarz &lt;br&gt;
 Użył zdania: - twarz pana ministra promieniała inteligencją! &lt;br&gt;
 I zaniósł to sprawozdanie do swego naczelnika. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 A tamten włożył binokle, w ten tekst się wgryzał i wsysał, &lt;br&gt;
 Aż doszedłszy do tego miejsca wzdrygnął się i wyszeptał: &lt;br&gt;
 - O rany... pierwszy raz w życiu ktoś to w ten sposób napisał... &lt;br&gt;
 Co wyście przez to chcieli powiedzieć, kolego Dreptak? 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Tu Dreptak z kolei się żachnął i speszył niewymowne.&lt;br&gt; 
 A czując na sobie wzrok szefa czujny i jakby ponury &lt;br&gt;
Wyjąkał: - Ja panie szefie nic nie chciałem... ja tak, dosłownie &lt;br&gt;
 Szef odrzekł: - No no... zobaczymy... i jął czytać tekst po raz wtóry. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Z notatnika alkoholika</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/702/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:48 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/702/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Z NOTATNIKA ALKOHOLIKA 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Poniedziałek. &lt;br&gt;
Czterdzieści lat kończę akurat, &lt;br&gt;
Był torcik ze świeczkami, klops i denaturat, &lt;br&gt;
Gdy chciałem zdmuchnąć świeczki, zrobił się fetorek &lt;br&gt;
I musieli mnie gasić. Byczo było. 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Wtorek. &lt;br&gt;

Nieszczególna pogoda, niż, wiatry i mżawka... &lt;br&gt;
W kiosku ruchu na rogu tylko Przemysławka, &lt;br&gt;
Da się pić, pod warunkiem że się soku doda. &lt;br&gt;
Żeby tak gdzieś Old Spice'a... Szkoda marzyć. 

&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Środa.&lt;br&gt; 

Byłem dzisiaj na meczu, grała pierwsza liga, &lt;br&gt;
Zabrałem na rozgrzewkę pół litra Boryga &lt;br&gt;
I baranią kiełbasę (sprzedają bez kartek) &lt;br&gt;
Sąsiedzi narzekali że coś śmierdzi... 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Zamiast felietonu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/z/703/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:48 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/z/703/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ZAMIAST FELIETONU 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedy się już dokładnie zamieszają wszystkie rasy, &lt;br&gt;
Wyrówna się długość kończyn i wielkość oczodołów, &lt;br&gt;
Z chińskimi dyszkantami skrzyżują się cerkiewne basy &lt;br&gt;
A uroda paryskich dziewcząt z niewątpliwym urokiem mongołów, &lt;br&gt;
Angielska flegma dyskretnie stonuje łaciński entuzjazm, &lt;br&gt;
Gdy każdy będzie przeciętnie i średnio namiętnie ponętny, &lt;br&gt;
Więc straci rację bytu jakakolwiek rasowa aluzja &lt;br&gt;
I kiedy się przy okazji wyrównają także zdolności &lt;br&gt;
Na poziomie plus minus twórców seryjnego filmu "Jan serce", &lt;br&gt;
I wszyscy będą mniej więcej starzy, wypukli i prości &lt;br&gt;
Jakby ich jakiś automat odrobił na swojej szlifierce, &lt;br&gt;
Więc jeśli to wszystko w przyszłości - w co mocno wierzę - się uda &lt;br&gt;
I każdy zmieni się w żydo-greko-uzbeko-murzyna, &lt;br&gt;
To po pierwsze - na całym świecie nastanie koszmarna nuda, &lt;br&gt;
A po drugie i tak będzie się mówić: - Ach... pani jest taka inna... 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dagerotypy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/704/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:48 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/704/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 DAGEROTYPY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 ... Więc kiedy urlop się kończy i znowu czeka nas praca &lt;br&gt;
 I trzeba przerwać wczasy i trzeba do miasta wracać, &lt;br&gt;
 No to się wtedy wraca, lecz - co jest najciekawsze - &lt;br&gt;
 Że ja wyjeżdżam i wracam, a inni zostają. Na zawsze. &lt;br&gt;
 Zostają sobie nad morzem albo nad jeziorami, &lt;br&gt;
 Błądzą po lasach sosnowych, pływają kajakami, &lt;br&gt;
 Jest im spokojnie i dobrze, nie gnębi ich troska i trema, &lt;br&gt;
 I byliby prawie w komplecie, tylko że mnie już tam nie ma...&lt;br&gt;
 Nadchodzi jesień i zima, zły wicher nad miastem lata, &lt;br&gt;
 A oni wciąż przebywają w cieple wiecznego lata. &lt;br&gt;
 Niektórych spotykam w mieście, rozmawiam z nimi czasami, &lt;br&gt;
 Są niby tacy sami, ale to nie są ci sami. &lt;br&gt;
 Na przykład w małej wiosce daleko nad Bałtykiem &lt;br&gt;
 Została na zawsze Basia ze śmiesznym warkoczykiem, &lt;br&gt;
 I żyje równolegle z Basią spotkaną po roku &lt;br&gt;
 Tą samą, ale już z jezior, i doroślejszą, bo w koku. &lt;br&gt;
 Zostały obie na zawsze w kręgu mych wspomnień i marzeń, &lt;br&gt;
 W azylu niepowtarzalnych, nieważnych już dzisiaj zdarzeń. &lt;br&gt;
 Tamten dzień im się rozpala, tamta noc się nad nimi wygwieżdża, &lt;br&gt;
 Są takie same, jak w chwili gdyj amusiałem wyjeżdżać... &lt;br&gt;
 I nawet mój duży synek po dawnej, wczasowej podróży &lt;br&gt;
 Ma u mnie swój kącik w którym pozostał na zawsze nieduży. &lt;br&gt;
 Jest tam plaża i świeci słońce i nigdy nie będzie ciemniej &lt;br&gt;
 I to wszystko jest moją własnością. Chociaż się dzieje beze mnie. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Arktyka na codzień</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/705/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:48 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/705/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 ARKTYKA NA CODZIEŃ 
 &lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Czy to foka jękliwie się żali, &lt;br&gt;
 Pływająca w lodowatej fali, &lt;br&gt;
 Czy też niedźwiedź polarny groźny &lt;br&gt;
 Co mu z pyska bucha oddech mroźny? &lt;br&gt;
 Może pingwin razem z pingwinięty &lt;br&gt;
 Wskoczył z pluskiem w polarne odmęty?&lt;br&gt; 
 Może płacze ponuro syrena &lt;br&gt;
 Ze słynnego statku Amundsena? &lt;br&gt;
 Może zamieć uderza o szkiery, &lt;br&gt;
 Bo jak nie to, no to co to do cholery? &lt;br&gt;
 Chyba że to przez śnieżyste tereny &lt;br&gt;
 Pędzą cwałem kosmate reny, &lt;br&gt;
 Lub rosomak na zimnym Tajmyrze &lt;br&gt;
 Przemarznięte łapy sobie liże, &lt;br&gt;
 Lub psi zaprzęg i traperskie narty &lt;br&gt;
 Przecierają szlak nieprzetarty, &lt;br&gt;
 Albo wilk to samotny przy fiordzie &lt;br&gt;
 Wyje, a głos zamarza mu w mordzie, &lt;br&gt;
 Względnie mors do przerębli zalazł, &lt;br&gt;
 Bo jak nie to, no to co to, kurdebalans?&lt;br&gt; 
 Wszak nie Fin to, nie Eskimos skośnooki &lt;br&gt;
 Strąca sople, które wmarzły mu w loki, &lt;br&gt;
 I nie ajsberg płynie z pluskiem straszliwy, &lt;br&gt;
 I nie w tajdze syberyjski myśliwy, &lt;br&gt;
 I nie żaden Scott na Antarktydzie &lt;br&gt;
 Do bieguna z uporem idzie, &lt;br&gt;
 Nie Samojed, ani nie Lapończyk &lt;br&gt;
 Z lodu igloo budować kończy, &lt;br&gt;
 Nie rozbitek tak jęczy na głazie... &lt;br&gt;
 No to co to rany boskie w takim razie??? &lt;br&gt;
 Ach, to w srogiej arktycznej pustce &lt;br&gt;
 Lewandowski spędza wczasy w Ustce!!!
 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wczasy w mieście</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/706/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:48 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/706/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt; 
 WCZASY W MIEŚCIE 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A kiedy żony wyjadą nad morze, oraz dzieci,&lt;br&gt; 
To czasem gadam z sąsiadem: - No, jak tam panu leci? 
&lt;br&gt;
A sąsiad zakłopotany uśmiecha się lubieżnie &lt;br&gt;
- Na razie nic proszę pana... A pan? - Niestety, też nie... 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Albo się czasem chwali, że znów znad morza list ma:&lt;br&gt; 
- Moi mi wczoraj pisali, że tam pogoda śliczna...
&lt;br&gt;
Chodzimy po pustych mieszkaniach, odpoczywają nam nerwy, &lt;br&gt;
Żyjemy bez gotowania, jemy wyłącznie konserwy.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Mój wymarzony rynek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/707/</link><pubDate>Fri, 28 Dec 2001 22:45:48 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/707/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
MÓJ WYMARZONY RYNEK 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Mam powiedzieć w tym krótkim odcinku &lt;br&gt;
 Co bym pragnął zobaczyć na rynku? &lt;br&gt;
 Nowe buty? Więcej ładnej odzieży? &lt;br&gt;
 Asortyment wędlin bardziej świeży? &lt;br&gt;
 Czy pamiątki mniej tandetne i chamskie &lt;br&gt;
 Czy wytworne desusy damskie, &lt;br&gt;
 Czy kożuszki nie po dziesięć patyków &lt;br&gt;
 Czy peruczki dla łysych pryków, &lt;br&gt;
 Czy chemicznie nie zatrute jarzyny, &lt;br&gt;
 Czy drób w sklepach różowiutki, a nie siny, &lt;br&gt;
 Czy powieści nowoczesne, choć ciekawe, &lt;br&gt;
 Czy w kawiarniach rzeczywiście dobrą kawę,&lt;br&gt; 
 Czy na rynku chciałbym by się ukazały &lt;br&gt;
 Dobre filmy, a nie niewypały, &lt;br&gt;
 Czy mi może samochodu potrzeba, &lt;br&gt;
 Czystej wody i smacznego chleba, &lt;br&gt;
 Całkiem nowych gatunków wódki, &lt;br&gt;
 Życiorysu pułkownika Kociutki, &lt;br&gt;
 Bądź portretów senatora Bzibziaka &lt;br&gt;
 Względnie komentatora Dreptaka? &lt;br&gt;
 Może jakieś lepsze papierosy, &lt;br&gt;
 Duńskie sery, francuskie sosy, &lt;br&gt;
 Kufle, trufle, szufle, ananasy, &lt;br&gt;
 Złotolite do szabel kutasy, &lt;br&gt;
 Windy, bindy, pindy, aleluje, &lt;br&gt;
 Polonezy, protezy, szczeżuje &lt;br&gt;
 Oraz Mańcia, ale dużo młodsza? &lt;br&gt;
 Ale skądże! Mnie tego nie potrza! &lt;br&gt;
 Ja na rynku chciałbym ujrzeć odrobinę:&lt;br&gt; 
 Żeby jeden Gucio szedł przez rynek, &lt;br&gt;
 Przed ratuszem żeby się pośliznął &lt;br&gt;
 Na psiej kupce, i o bruk się gwiznął &lt;br&gt;
 Pośród śmiechu zebranej gawiedzi: &lt;br&gt;
 - Taki ważniak, a w gówienku siedzi! &lt;br&gt;
 - Pewnie urżnął się na trupa w szynku! &lt;br&gt;
 Oto co bym chciał ujrzeć na Rynku!!!! 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wielki piątek</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/708/</link><pubDate>Sun, 03 Mar 2002 16:06:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/708/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WIELKI PIĄTEK 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Życie nam przysparza troski &lt;br&gt;
 I nie szczędzi perturbacji - &lt;br&gt;
 W Wielki Piątek, Rosołowski &lt;br&gt;
 Wrócił rankiem z delegacji, &lt;br&gt;
 Zmienił gatki i ubranko, &lt;br&gt;
 Przetarł szmatką środek glacy, &lt;br&gt;
 A tu żona już śniadanko &lt;br&gt;
 Niesie mu na srebrnej tacy. &lt;br&gt;
 Są jajeczka, jest baleron, &lt;br&gt;
 Są z masełkiem pyszne chałki... &lt;br&gt;
 Rosołowski jak perszeron &lt;br&gt;
 Zarżał, widząc te specjałki! &lt;br&gt;
 Już się rzucił na kiełbasę, &lt;br&gt;
 Już jej kawał niósł ku ustom, &lt;br&gt;
 A wtem jak ktoś chrząknie basem, &lt;br&gt;
 Choć w pokoju było pusto! &lt;br&gt;
 Biedak dostał skurczu w nogach &lt;br&gt;
 I pomyślał cały drżący: &lt;br&gt;
 - Ani chybi to przestroga, &lt;br&gt;
 chociaż jestem niewierzący.... &lt;br&gt;
 Tu się zerwał przerażony, &lt;br&gt;
 Popił wody, jęknął głucho &lt;br&gt;
 I nerwowo rzekł do żony: &lt;br&gt;
 - Coś mnie dzisiaj boli brzucho! &lt;br&gt;
 I odstawił te specjały &lt;br&gt;
 (tak mu całkiem zmiękła rura) &lt;br&gt;
 I - kompletnie zramolały - &lt;br&gt;
 Pokuśtykał w stronę biura.... &lt;br&gt;
 Wówczas żona, w stronę szafy &lt;br&gt;
 Rzekła z wniebowziętą miną: &lt;br&gt;
 - No, obyło się bez gafy! &lt;br&gt;
 Wyłaź, Feluś! Stary spłynął!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Pożegnanie maja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/709/</link><pubDate>Sun, 03 Mar 2002 16:06:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/709/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 POŻEGNANIE MAJA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 On był ubogim naprawiaczem telewizorów &lt;br&gt;
 A ona bogatą ekspedientką w komisie. &lt;br&gt;
 Ze względu na tę różnicę musieli pilnować pozorów &lt;br&gt;
 I potajemnie, nocami, czasami kochali się... &lt;br&gt;
 Zwłaszcza że jej mąż, starszy rewident miejskich tramwajów &lt;br&gt;
 Z zadrości i ze wściekłości aż chrypiał "aj aj aj", &lt;br&gt;
 I śledził ją podstępnie, a już szczególnie w Maju, &lt;br&gt;
 Zginając w ręku sztangę do przekładania wajch. &lt;br&gt;
 Zaś żona naprawiacza, nokauterka w Izbie Wytrzeźwień &lt;br&gt;
 Służyła do ogłuszania pijaków - recydywistów, &lt;br&gt;
 Jak któryś zacznie rozrabiać a ona jak zamach weźmie, &lt;br&gt;
 To potem go musi wynosić na noszach dwóch kulturystów. &lt;br&gt;
 Czasami nawet - jak głosi wieść gminna wśród narodu - &lt;br&gt;
 Po takim mocniejszym ciosie nie było już co ratować, &lt;br&gt;
 Więc gościa też wynoszono, ale nogami do przodu &lt;br&gt;
 I zanoszono do parku, by cichcem go tam zakopcować. &lt;br&gt;
 A w parku żaby rechocą, jak również słowiki drą się &lt;br&gt;
 I krąży stuknięty facet co miał aptekę w Buczaczu, &lt;br&gt;
 I ekspedientka z komisu staje co chwilę w pąsie &lt;br&gt;
 I szepce: - Ach jeszcze, jeszcze, ubogi mój naprawiaczu! &lt;br&gt;
 Zaś po słowikach i żabach depce jej mąż, ten rewident, &lt;br&gt;
 Ze sztangą w ręku i z sercem pociętym przez zazdrość w paski &lt;br&gt;
 A także z bardzo męczącym - bo zawodowym - wstydem &lt;br&gt;
 Że nie przerzucił wajchy na linii siedemnastki. &lt;br&gt;
 Siedemnastka na oślep jeździ po placach, rabatach i skwerkach, &lt;br&gt;
 Pewien kapucyn w tej sprawie wydzwania wciąż na milicję, &lt;br&gt;
 A w siedemnastce na drążku gimnastykuje się nokauterka &lt;br&gt;
 Żeby nie stracić formy i żeby zachować kondycję. &lt;br&gt;
 Ale to wszystko się kończy.... Przemija maj, idzie czerwiec, &lt;br&gt;
 Już ostatniego słowika paskudny kocur wtraja &lt;br&gt;
 I miasto wraca do normy, i cały bałagan się przerwie &lt;br&gt;
 I będzie mniej więcej spokój. Aż do przyszłego maja. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Budrysy i Novisy</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/710/</link><pubDate>Sun, 03 Mar 2002 16:06:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/710/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 BUDRYSY I NOVISY 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stary Budrys trzech smyków &lt;br&gt;
Tęgich elektroników &lt;br&gt;
Na dziedziniec przyzywa i plecie: &lt;br&gt;
- Przygotujcie Toyoty &lt;br&gt;
Albo insze gabloty. &lt;br&gt;
Zaopatrzcie się też w ecie-pecie! &lt;br&gt;
Niepotrzebne już wizy, &lt;br&gt;
Możecie jechać do Pizy, &lt;br&gt;
Berlin, Paryż to dziś duperela! &lt;br&gt;
Zakupicie tam śliczny osprzęt elektroniczny, &lt;br&gt;
Wzbogacimy się na nim po tela! 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na te słowa synowie &lt;br&gt;
To się drapią po głowie, &lt;br&gt;
To po sobie rzucają wzrok chmurny, &lt;br&gt;
Wreszcie mruknął najmłodszy: &lt;br&gt;
Tatko plecie trzy po trzy, &lt;br&gt;
Tatko bardziej pijany, czy durny? 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Ino Wrocław</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/i/711/</link><pubDate>Sun, 03 Mar 2002 16:06:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/i/711/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 INO WROCŁAW 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Nieraz myślę sobie w duszy: &lt;br&gt;
 - Jakoś nam to idzie wszystko, &lt;br&gt;
 Czasem suszy nas po suszy, &lt;br&gt;
 Lecz wnet kwitnie to co wyschło. &lt;br&gt;
 Niech tam kto chce co chce gada - &lt;br&gt;
 Wrocław jest to zgodne stadło: &lt;br&gt;
 Opada mu po opadach, &lt;br&gt;
 Lecz się dziwisz co opadło! &lt;br&gt;
 Co złe - mija i przechodzi &lt;br&gt;
 Nie chesz z Jadzią - możesz z Tadzią! &lt;br&gt;
 Po powodzi się powodzi &lt;br&gt;
 lepiej niźli przed powodzią! &lt;br&gt;
 Przeleciały już skowronki &lt;br&gt;
 W dzięcielinie ćwiąkacz ćwiąka &lt;br&gt;
 Choć korzonki zjedzą stonki &lt;br&gt;
 To po stonkach nie brak słonka. &lt;br&gt;
 Po cóż znowu głową w mur kuć,&lt;br&gt;
 Że ci Turkuć zjadł obiadek?&lt;br&gt;
 Gdy obiadek podje Turkuć &lt;br&gt;
 To przestanie być podjadek! &lt;br&gt;
 Jakoś to nam wszystko leci, &lt;br&gt;
 Wczoraj zastrzyk jutro capstrzyk, &lt;br&gt;
 Dziw że ********** nie ma dzieci,&lt;br&gt;
 Choć dla dzieci ma teatrzyk! &lt;br&gt;
 U Grzmiodajdów kaktus zakwitł, &lt;br&gt;
 Piotr Włast w kości w poście *******, &lt;br&gt;
 Panta rei! - rzekł Heraklit &lt;br&gt;
 I utonął, bo nie pływał. &lt;br&gt;
 Pan w kawiarni siedząc z panem &lt;br&gt;
 Pragnął ***** w łacinie ****** &lt;br&gt;
 Więc zawołał care canem! &lt;br&gt;
 I przynieśli w kanie kawę! &lt;br&gt;
 Krzepkież u nas wszystko, tęgież! &lt;br&gt;
 W jatce - zebra, w ZOO zebra! &lt;br&gt;
 Przed Ratuszem ponoć pręgierz &lt;br&gt;
 Był, lecz ****** go rozebrał. &lt;br&gt;
 Co nam Wisły, Bugi, Narwie? &lt;br&gt;
 Dobrze w Odrze przy Katedrze! &lt;br&gt;
 Cóż, że nas kulszowa rwa rwie? &lt;br&gt;
 Nawet Fredrze też drze w biedrze &lt;br&gt;
 Niech tam sobie inne miasta: &lt;br&gt;
 Kraków, Wyry, Inowrocław! &lt;br&gt;
 Jam pra-prawnuk, pra-pra-piasta! &lt;br&gt;
 Mam chram, tam trwam: - Ino Wrocław!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Janusz Korwin-Mikke</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/j/712/</link><pubDate>Sat, 23 Mar 2002 14:49:53 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/j/712/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Janusz Korwin-Mikke
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;Wiersz powstał podczas kampanii wyborczej w 1989.&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy kraj w delirium, a ustrój - denat, &lt;br&gt;
Dobrze jest wtedy powołać Senat.&lt;br&gt;
Na każdą klęskę, mankament, zator,&lt;br&gt;
Bezwzględnie znajdzie radę senator.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto już zgłasza się do wyborów&lt;br&gt;
Tłum kandydatów na senatorów&lt;br&gt;
I każdy skromnie o sobie pieprzy,&lt;br&gt;
Że najmądrzejszy jest i najlepszy.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden zapewni nam żywność tanią,&lt;br&gt;
Drugi zabroni skrobać się paniom,&lt;br&gt;
Trzeci na odwrót: uczenie mendzi [1],&lt;br&gt;
Żeby się skrobać - zwłaszcza, gdy swędzi.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Egoistki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/e/713/</link><pubDate>Sat, 23 Mar 2002 14:49:53 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/e/713/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
EGOISTKI
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedy żona wyjechała, Dreptak sprzątnął swe mieszkanie.&lt;br&gt;
Kupił wódkę, metr kiełbasy, cukier, kawę i herbatę,&lt;br&gt;
A następnie poobdzwaniał rozmaite takie panie&lt;br&gt;
I z młodzieńczym entuzjazmem pozapraszał je na chatę.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jakoż wszystkie obiecały, lecz nie przyszła ani jedna,&lt;br&gt;
Bo kobieta ma naturę tak podstępną i tak marną,&lt;br&gt;
Przy tym tak jest nieżyczliwa (żeby nie powiedzieć - wredna)&lt;br&gt;
Że nie lubi by ją nagle wezwać niby straż pożarną.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Każda chciałaby miłości, telefonów co nie miara,&lt;br&gt;
A gdy dzwonisz raz do roku, chłodno pyta cię i krótko:&lt;br&gt;
&lt;i&gt;- Co u ciebie, czyżby wreszcie wyjechała twoja stara?&lt;/i&gt;&lt;br&gt;
A mężczyzna - szczera dusza - woła: - &lt;i&gt;Owszem - przyjdź prędziutko!!!&lt;/i&gt;
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Gry i zabawy salonowe</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/714/</link><pubDate>Sat, 23 Mar 2002 14:49:53 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/714/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
GRY I ZABAWY SALONOWE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Z otwartych okien płyną blaski,&lt;br&gt;
Przyjęcie u mecenasostwa!&lt;br&gt;
Słychać okrzyki i oklaski,&lt;br&gt;
Hej, grają widać w salonowca!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przed podjazd domu limuzyny&lt;br&gt;
Coraz wspanialsze zajeżdżają,&lt;br&gt;
Kucharka w kuchni smaży bliny,&lt;br&gt;
A oni w salonowca grają!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tam, pod oknami tłum sąsiadów&lt;br&gt;
Tłoczy się niczym stado owiec,&lt;br&gt;
A tu, wśród trzasku bitych zadów,&lt;br&gt;
Odchodzi dziarski salonowiec!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W przerwach się mówi o osmozie,&lt;br&gt;
Laserze, względnie o Picassie,&lt;br&gt;
A potem znów w wytwornej pozie&lt;br&gt;
Z zacięciem w salonowca gra się.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Teoria wielkanocnego zajączka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/726/</link><pubDate>Sun, 31 Mar 2002 13:39:53 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/726/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Teoria wielkanocnego zajączka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zawsze się mieszam i plączę,&lt;br&gt;
Gdy syn mój dowiedzieć chce się,&lt;br&gt;
Skąd się świąteczny zajaczek&lt;br&gt;
Wziął w wielkanocnym okresie.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Skąd przez makowce, pisanki, &lt;br&gt;
Babki, rzeżuchy sękacze, &lt;br&gt;
Kurczęta, palmy, baranki,&lt;br&gt;
Zając kłapouch skacze.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
O, długo tłumaczyć bym musiał,&lt;br&gt;
Ze wstydem i z wypiekami,&lt;br&gt;
Że zając to symbol tatusia &lt;br&gt;
Na parę dni przed świętami.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Że biedny, że wystraszony,&lt;br&gt;
Że zagoniony, jak zając&lt;br&gt;
Ucieka spod ręki żony &lt;br&gt;
Po mieście kulawo kicając.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>O żonie przyjaciela</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/727/</link><pubDate>Sun, 31 Mar 2002 13:39:53 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/727/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
O żonie przyjaciela
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Możesz być gorszy od śmierdziela,&lt;br&gt;
Towar ze stoisk kraść w PDT-cie,&lt;br&gt;
Lecz szanuj żonę przyjaciela,&lt;br&gt;
Bo to najświętsza świętość w świecie.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przyjaciel ufność ma na twarzy,&lt;br&gt;
Uśmiech ma słodszy niż maliny,&lt;br&gt;
Bo zaufaniem ciebie darzy&lt;br&gt;
I żonę, ten swój skarb jedyny.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Właśnie wyjeżdża w delegację,&lt;br&gt;
Gdzieś do Przemyśla czy Hajnówki,&lt;br&gt;
Ty odprowadzasz go na stację,&lt;br&gt;
W policzki cmokasz z dubeltówki.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Już oto pociąg was rozdziela,&lt;br&gt;
Z łoskotem pędzą w dal wagony.&lt;br&gt;
Nie idź do żony przyjaciela,&lt;br&gt;
Już lepiej wróć do własnej żony.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Lilije</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/728/</link><pubDate>Sun, 31 Mar 2002 13:39:53 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/728/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Lilije
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zbrodnia to niesłychana: Pani zarżnęła pana.&lt;br&gt;
Grób liliją zasiewa, a zasiewając tak śpiewa:&lt;br&gt;
&lt;i&gt;- Rośnij kwiecie wysoko, jak pan leży głęboko&lt;/i&gt;.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Siada pani przy sośnie i czeka, co wyrośnie.&lt;br&gt;
Czeka przez miesiąc równo, zagląda - a tam gówno.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zaś pustelnik się śmieje i tak tej pani radzi:&lt;br&gt;
- &lt;i&gt;Taż lilii się nie sieje, lecz cebulki sadzi.&lt;br&gt;
Więc Mickiewicz coś sknocił.&lt;/i&gt; - Tu siadł i się okocił.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Azja Tuhajbejowicz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/729/</link><pubDate>Sun, 31 Mar 2002 13:39:53 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/729/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Azja Tuhajbejowicz
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ej, cały oddział się uśmiał, aż niektórzy wołali "Ojeja!",&lt;br&gt;
Gdy srogi wachmistrz Luśnia pochwycił Tuhajbeja...&lt;br&gt;
... przepraszam, jego syna, mrucząc: - &lt;i&gt;Aż ty burasie,&lt;br&gt;
Ty ześ, wredna gadzino, porwał nam panią Basię&lt;/i&gt;.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
&lt;i&gt;I chciałeś z nią figo-fago, aleś się wkopał w ambaras&lt;br&gt;
Coś ty jej uczynił, zgago, to my ci uczynim zaraz&lt;/i&gt;.&lt;br&gt;
Co rzekłszy na pal go nasadził, ustawił ten pal pionowo,&lt;br&gt;
Sumiaste wąsy przygładził, spojrzał i rzekł: - &lt;i&gt;Prawidłowo&lt;/i&gt;.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Choinka</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/c/730/</link><pubDate>Sat, 13 Apr 2002 16:43:04 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/c/730/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Choinka
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Oto choinka stoi w pokoju:&lt;br&gt;
Piękna, jak jeleń u wodopoju.&lt;br&gt;
A na niej bombki, trąbki, gołąbki,&lt;br&gt;
Srebrne jarząbki i złote ząbki,&lt;br&gt;
I landszafciki Szklarskiej Porąbki,&lt;br&gt;
Pędzla malarza Gwidona Pompki.&lt;br&gt;
Stoi choinka, jak to choinka.&lt;br&gt;
Pod nią rodzinka, jak to rodzinka.&lt;br&gt;
Znaczy się chłopczyk oraz dziewczynka,&lt;br&gt;
dziadkowie - staruch i starowinka,&lt;br&gt;
Dalej taticzek tudzież maminka,&lt;br&gt;
Szwagier, niejaki Hilary Świnka,&lt;br&gt;
Okaz cwaniaczka i sukinsynka,&lt;br&gt;
Wreszcie kuzynka na wpół kretynka,&lt;br&gt;
A pod nią kocur, chomik i psinka.&lt;br&gt;
Słowem - typowa, zwykła rodzinka.&lt;br&gt;
Zaraz serdecznie się ucałują,&lt;br&gt;
Śliczną piosenkę zaintonują,&lt;br&gt;
Z dziećmi figlarnie pobaraszkują,&lt;br&gt;
Do stołu siądą, papu skosztują,&lt;br&gt;
Mlasną, do pełna się naładują,&lt;br&gt;
Pogwarzą i popolitykują,&lt;br&gt;
Wszystkich znajomych obtentegują,&lt;br&gt;
Flachę otworzą i się podtrują,&lt;br&gt;
Potem nawzajem się poturbują.&lt;br&gt;
A wtedy przyleci aniołek,&lt;br&gt;
Z gwiazdeczką jak lśniący węgielek,&lt;br&gt;
Wylizie ostrożnie na stołek&lt;br&gt;
I powie "Och, ale bajzelek".&lt;br&gt;
I zaraz fru na ulicę,&lt;br&gt;
A zamiast prezentów i schedy,&lt;br&gt;
Zostawi im obietnicę - &lt;br&gt;
- Jak się poprawią, to wtedy...&lt;br&gt;
A oni by może i chcieli, &lt;br&gt;
Ale by pewnie nie umieli,&lt;br&gt;
Ponieważ to jest zwykła rodzinka.&lt;br&gt;
Znaczy się chłopczyk oraz dziewczynka,&lt;br&gt;
dziadkowie - staruch i starowinka,&lt;br&gt;
Dalej taticzek tudzież maminka,&lt;br&gt;
Szwagier, niejaki Hilary Świnka,&lt;br&gt;
Okaz cwaniaczka i sukinsynka,&lt;br&gt;
Wreszcie kuzynka na wpół kretynka,&lt;br&gt;
A pod nią kocur, chomik i psinka.&lt;br&gt;
Słowem - typowa, zwykła rodzinka.&lt;br&gt;
Oraz przesadnie piękna choinka,&lt;br&gt;
Która zajmuje najlepszy kąt.&lt;br&gt;
Jakby nie było -- Wesołych Świąt!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Potop</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/731/</link><pubDate>Sat, 13 Apr 2002 16:43:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/731/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Potop&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Zarzuciwszy na głowę od opończy połę,&lt;br&gt;
Skacząc po kałużach błotnych i sadzawkach,&lt;br&gt;
Wpadł do swojej sadyby patriarcha Noe&lt;br&gt;
I zawołał ze wstrętem: - Fu, paskudna mżawka!&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tutaj spojrzał badawczo po synach i córkach,&lt;br&gt;
Krzyknął: - Co tak siedzicie, powiedzcie coś, durnie,&lt;br&gt;
Może któryś z was słyszał, co mówiła Chmurka?&lt;br&gt;
A jeden z wnuków odrzekł: - Co ma być? Bezchmurnie.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Usłyszawszy odpowiedź tę, godną idioty,&lt;br&gt;
Noe w nagłej rozpaczy rzucił się na klęcznik,&lt;br&gt;
Ale zaraz się zerwał i rzecz: - Do roboty,&lt;br&gt;
Będziemy budowali dziesięciotysięcznik.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Strusia tradycja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/732/</link><pubDate>Sat, 13 Apr 2002 16:43:05 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/732/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Strusia tradycja&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Tradycja sztuką jest zachowawczą,&lt;br&gt;
Nowinki są jej zazwyczaj obce,&lt;br&gt;
Ale że wszędzie mamy wyjątki&lt;br&gt;
I do tradycji wdziera się postęp.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kurzemu jajku nic nie zagrozi,&lt;br&gt;
Na wielkanocnym, białym obrusie.&lt;br&gt;
Lecz tu i ówdzie pokątnie wchodzi&lt;br&gt;
Na nasze stoły też jajo strusie.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Choć do tradycji się nie zalicza,&lt;br&gt;
To jednak bardzo pewnie się czuje,&lt;br&gt;
Wymalowane, jak każe zwyczaj,&lt;br&gt;
Leży i pilnie nas obserwuje.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Można je spotkać u biznesmena,&lt;br&gt;
U hurtownika, względnie dilera,&lt;br&gt;
Na szerszy rynek strusia pisanka&lt;br&gt;
Póki co jeszcze się nie wybiera.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Progresja</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/733/</link><pubDate>Sun, 14 Apr 2002 18:44:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/733/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Progresja
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wierzby nad strugą ocipiały,&lt;br&gt;
Ksiądz znowu zapadł na migdałki,&lt;br&gt;
A jakis starzec zapaździały,&lt;br&gt;
Brzdąka na strunach dyrdymałki.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Główkę łysiutką ma jak gałka,&lt;br&gt;
Nóżki się za nim ledwie wloką,&lt;br&gt;
A zabytkowa dyrdymałka&lt;br&gt;
Reprezentuje styl rokoko.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Melodia gmatwa się i wije,&lt;br&gt;
Nad wsią przeciąga wiatr i słota.&lt;br&gt;
Wójt swojej żonie plecy myje,&lt;br&gt;
A zootechnik bada kota.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I kury już pozasypiały&lt;br&gt;
I jeż, i wesz, i wilk, i stonka.&lt;br&gt;
I tylko starzec zapaździały &lt;br&gt;
Na dyrdymałce swojej brzdąka.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wydra pana Paska</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/734/</link><pubDate>Sun, 14 Apr 2002 18:44:12 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/734/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Wydra pana Paska
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Król Sobieski miał trzy pieski:&lt;br&gt;
Czarny, żółty i niebieski.&lt;br&gt;
Miał też różne miecze, świdry&lt;br&gt;
Oraz żonę Marysieńkę,&lt;br&gt;
Ale nigdy nie miał wydry.&lt;br&gt;
Co mu było nie ma rękę&lt;br&gt;
Biegał więc po Wilanowie&lt;br&gt;
Strojny w śliczne złotogłowie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Aż wieczorem, gdzieś pod laskiem,&lt;br&gt;
Spotkali się z pane Paskiem.&lt;br&gt;
Król przystanął i szlachciurze&lt;br&gt;
Podał łaskawie odnóże.&lt;br&gt;
Pasek ścisnął ją łakomie,&lt;br&gt;
A król mówi: - Chryzostomie,&lt;br&gt;
Nie słyszałeś, moje serce,&lt;br&gt;
O jakiejś młodej wyderce?
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Dumna zupa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/d/735/</link><pubDate>Sun, 21 Apr 2002 17:50:41 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/d/735/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Dumna zupa
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W Dreptakowej, hen, chałupie&lt;br&gt;
Zakochał się krupnik w zupie&lt;br&gt;
Mruga na nią jedną krupą&lt;br&gt;
I bulgota: - Buzi, zupo.&lt;br&gt;
Ale zupa, jak to zupa,&lt;br&gt;
Na ten krupnik z furią chlupa.&lt;br&gt;
- Twe amory mi są zbędne,&lt;br&gt;
Bo kochają mnie ząb z dębem.&lt;br&gt;
- Ejże - krupnik rzekł ubogi. - &lt;br&gt;
- Czy nie za wysokie progi?&lt;br&gt;
Ząb i dąb do wzykłej zupy?&lt;br&gt;
Zostaw, zupo, te wygłupy.&lt;br&gt;
Na to zupa jak wąż sykła:&lt;br&gt;
- Ze mnie zupa jest niezwykła.&lt;br&gt;
Za to tyś nie Antonioni,&lt;br&gt;
Krupa w tobie krupę goni.&lt;br&gt;
Liczykupa, dziad, chałupnik.&lt;br&gt;
Aż się spłakał biedny krupnik,&lt;br&gt;
Jęknął, otarł z oka krupę&lt;br&gt;
I zapytał wredną zupę:&lt;br&gt;
- Powiedz zupo, mnie ciemnemu,&lt;br&gt;
Tyś niezwykła? Niby czemu?&lt;br&gt;
Widzę w tobie trochę grochu&lt;br&gt;
I kartofli zwykłych trochu...&lt;br&gt;
Zupa w krzyk: - Ach, ty krupniku,&lt;br&gt;
Podłej rasy krasy byku,&lt;br&gt;
Drzeć by z ciebie trzeba pasy,&lt;br&gt;
Za to, że nie czytasz prasy,&lt;br&gt;
Gdzie jest artykułów kupa, &lt;br&gt;
Że nie jestem zwykła zupa.&lt;br&gt;
- A co? - Bardzo atrakcyjne&lt;br&gt;
Danie regeneracyjne.&lt;br&gt;
Krupnik na to znieruchomiał:&lt;br&gt;
- Fajnie, to ja jestem koniak.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Modus vivendi</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/736/</link><pubDate>Sun, 21 Apr 2002 17:50:44 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/736/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Modus vivendi 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stonka obficie się pleni,&lt;br&gt;
Chmura nad wioską się kłębi.&lt;br&gt;
Chłopi, śmiertelnie znudzeni,&lt;br&gt;
Szukają modus vivendi.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Szukają go, het, na wygonie,&lt;br&gt;
W obejściu tez i na strychu&lt;br&gt;
I rozkładają dłonie,&lt;br&gt;
Na znak, że ani słychu.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I dalejże dawaj hukać&lt;br&gt;
Po polach, lasach i skałach,&lt;br&gt;
Bo modus vivendi szukać&lt;br&gt;
Kazał im jeden działacz,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Co bardzo ostatnio podrósł&lt;br&gt;
I krzyczał w telewizorze:&lt;br&gt;
- &lt;i&gt;Szukajcie, chłopi, modus &lt;br&gt;
Vivendi o każdej porze!&lt;/i&gt;
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Szukają więc nieboraki,&lt;br&gt;
Zrezygnowani prawie,&lt;br&gt;
Patrzą się między krzaki,&lt;br&gt;
A tam coś siedzi na trawie.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Teoria kury</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/t/737/</link><pubDate>Sun, 21 Apr 2002 17:50:50 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/t/737/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Teoria kury
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Raz jeden Dreptak wysnuł wniosek bez precedensu,&lt;br&gt;
Że kura, jako taka, nie ma w zasadzie sensu,&lt;br&gt;
Że żyje sobie psim swędem, i jest w ogóle szachrajka,&lt;br&gt;
Bo jaką z niej mamy korzyść? No, po pierwsze fakt, że znosi jajka&lt;br&gt;
Do czego jednak wcale nie musi koniecznie być kurą&lt;br&gt;
I można by ją zastąpić jakąś automatyczną rurą&lt;br&gt;
Do wyrobu żółtka, białek i syntetycznych skorupek.&lt;br&gt;
I byłoby bez tego gdakania, pomoru, wrzasku i kupek.&lt;br&gt;
Po drugie - kura to mięso. Skąd znowu wniosek ponury,&lt;br&gt;
Że martwa kura nie kurą już jest, lecz trupem kury.&lt;br&gt;
I Dreptak wykoncypował nad ścierwem pewnego kurczaka&lt;br&gt;
Że jest to kura nieboszczka, a nie kura jako taka.&lt;br&gt;
Reasumując - dla ludzi nadaje się do użycia&lt;br&gt;
To, czym jest kura po śmierci, i to, co wypuszcza ona z dupy za życia.&lt;br&gt;
Nie nadaje się wcale to, czym jest żyjąca kurka,&lt;br&gt;
To "cip, cip", "kukuryku" i smród, że aż wierci w dziurkach&lt;br&gt;
Od nosa. Ująwszy na piśmie ten swój wewnętrzny monolog&lt;br&gt;
Wnet się Dreptak zdoktoryzował i zasłynął jako kurolog -&lt;br&gt;
- filozof. A kiedy pracę gdzie trzeba przeczytano,&lt;br&gt;
Wysnuto z niej pewne wnioski i kury zlikwidowano&lt;br&gt;
I zastąpiono czymś innym. W rezultacie zaś kurobicia&lt;br&gt;
Dreptak stał się naukowcem kompletnie oderwanym od życia&lt;br&gt;
Ponieważ te kury nie żyły. Dziś Dreptak to zwykły dziadyga.&lt;br&gt;
Oj, ludzie, nie podrzynajcie gałęzi, która was dźwiga.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Kolejarz</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/740/</link><pubDate>Sun, 26 May 2002 12:57:46 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/740/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
KOLEJARZ
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na stacji Materny Stare&lt;br&gt;
Żył w towarzystwie kobiety&lt;br&gt;
Pewiem kolejarz Kaczmarek&lt;br&gt;
Co wierzył w autorytety.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Regulamin miał za cholewą&lt;br&gt;
I puszczał - tak, jak go uczono&lt;br&gt;
- Jedne pociągi lewą,&lt;br&gt;
A drugie to znów prawą stroną.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
I byłby, być może, dożył&lt;br&gt;
Premii i lepszej posady,&lt;br&gt;
Gdyby nie pewni artyści&lt;br&gt;
Z tak zwanej Państwowej Estrady,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;

Którzy dali raz przedstawienie&lt;br&gt;
Z okazji święta kolejarskiego&lt;br&gt;
I jeden z nich recytował na scenie&lt;br&gt;
Wiersze pana Majakowskiego.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Etymologia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/e/745/</link><pubDate>Sun, 11 Aug 2002 16:18:39 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/e/745/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Etymologia
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wiem to od pewnej Horpyny, kochanki jednego kustosza,&lt;br&gt;
Że kiedyś ktoś trzy Aliny upił i wsadził do kosza,&lt;br&gt;
Wiec był tam pełny kosz Alin, a gdy to zauważono,&lt;br&gt;
Zaraz miasto Koszalin w tym miejscu wystawiono.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ponieważ stworzył się pretekst w postaci tego tekstu,&lt;br&gt;
Bo u nas to nawet sedes nie może stać bez pretekstu.&lt;br&gt;
I teraz już jasna sprawa, wie niemowlaczek nawet:&lt;br&gt;
Żyli raz Wars i Sawa - mamy przez to Warszawę.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nasz przydział</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/746/</link><pubDate>Sun, 11 Aug 2002 16:19:02 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/746/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Nasz przydział
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie wiem, skad telewizja wpadła na pomysł taki,&lt;br&gt;
Ale wciąż pokazuje od miesięcy i lat,&lt;br&gt;
Jak chłop polski ładuje na furmankę buraki&lt;br&gt;
I w dodatku mi każą, żebym z tego był rad.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ta metoda codziennie mi przysparza frasunku.&lt;br&gt;
Ciagle myślę, że jakaś nowość pewnie w tym tkwi,&lt;br&gt;
Czy gatunek buraków czy metoda ładunku,&lt;br&gt;
Bo inaczej dlaczego powtarzano to by?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Lecz na próżno wpatruję się z wysiłkiem jak durak,&lt;br&gt;
Nie ma żadnej różnicy, ani tyciej, o włos - &lt;br&gt;
Chłop jak chłop wciąż wygląda, każdy burak - jak burak&lt;br&gt;
I ten chłop szuflą wrzuca te buraki na stos.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Oracja o Przylądku Horn</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/747/</link><pubDate>Sun, 11 Aug 2002 16:19:19 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/747/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Oracja o Przylądku Horn
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wymokły lądowy prątku, &lt;br&gt;
komplement, byłby rzec, szczurze.&lt;br&gt;
Co ty tam wiesz o przylądku&lt;br&gt;
Horn, jakie tam są burze?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jakby ktoś bez rozsądku,&lt;br&gt;
Zatrzasnął kota w bratrurze - &lt;br&gt;
- Tak wyje to, panie Bronku, &lt;br&gt;
I takie to wszystko jest duże.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na próżno w kajuty kątku&lt;br&gt;
Wybladłe modlicie się tchórze&lt;br&gt;
I chętnie byście z majątku&lt;br&gt;
Część wydzielili w naturze,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Aby się znaleźć gdzieś w Lądku,&lt;br&gt;
Zdroju, Kalwarii-Górze.&lt;br&gt;
Bo wszyscy wy bez wyjątku&lt;br&gt;
Po takiej byście awanturze
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Przyjaciele</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/748/</link><pubDate>Sun, 11 Aug 2002 16:19:38 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/748/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Przyjaciele
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Prawdziwa przyjaźń w świecie równa jest dziś zeru &lt;br&gt;
Ostatni znam jej przykład w republice Peru.&lt;br&gt;
Żył tam Klechu, kum Lecha i kum Klecha, Lechu, &lt;br&gt;
Co z jedną Polą chcieli dopuścić się grzechu.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie ustaliwszy wszakże przecyzyjnych reguł,&lt;br&gt;
Kto z nich pierwszy ma uszczknąć upragniony szczegół,&lt;br&gt;
Tylko obydwaj na raz pchali się nachalnie,&lt;br&gt;
Zamiast na zmianę babkę wydupczyć kulturalnie.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
- Puść mnie - wyrzęził Klechu. - bom już dość wiekowy&lt;br&gt;
I chciałbym jak najprędzej mieć ten problem z głowy.&lt;br&gt;
- Tyś wątły - Lechu na to. - wyglądasz tak smętnie&lt;br&gt;
Idź zjedz coś, a ja tutaj dziewczę roznamiętnię.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Środek na korozję</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/753/</link><pubDate>Sun, 13 Oct 2002 10:30:46 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/ss/753/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Środek na korozję
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt; 
Gdy go deszcz zmoczył i wiatr przewiał&lt;br&gt;
Lub śnieg przysypał w srogich bojach,&lt;br&gt;
To rycerz Dreptak strasznie rdzewiał&lt;br&gt;
(znaczy nie on, lecz jego zbroja).
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nie dość, że kaszlał, kichał, skrzypiał,&lt;br&gt;
Rzęził, charkotał, lał i kaszlał,&lt;br&gt;
To jeszcze tak okrutnie zgrzytał&lt;br&gt;
Jakby po szybie stara raszpla.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Czasami kneź za łyżkę chwyta,&lt;br&gt;
By zjeść na obiad smaczne skwarki,&lt;br&gt;
A tu za onkem cos tak zgrzyta,&lt;br&gt;
Że aż przechodzą wszystkich ciarki.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Spotkanie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/754/</link><pubDate>Sun, 13 Oct 2002 11:58:28 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/754/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Spotkanie
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Po polskiej stronie granicy liczne urwiska ziały &lt;br&gt;
I wichry za bary się wziąwszy wyły w morderczej walce &lt;br&gt;
I książę Staśko Pyzaty dłoń chrobrą poranił o skały &lt;br&gt;
A spadające głazy poobijały mu palce.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przeto książęca drużyna klęła dosadnie a brzydko,&lt;br&gt;
Wbijała stalowe haki, stosowała alpejskie liny, &lt;br&gt;
Co psu na budę się zdało, bo i tak rycerz Spytko &lt;br&gt;
Wrzasnąwszy tylko "Ratunku!" wleciał do jakiejś szczeliny.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
A wkrótce po nim ochmistrz Wincenty w siklawę runął, &lt;br&gt;
A pod koniuszym Zenonem kamień się nagle urwał&lt;br&gt;
Oraz wał piargów z łoskotem znienacka się był obsunął, &lt;br&gt;
Zaś Zenon w ostatniej chwili coś krzyknął, bodajże "O kurtka!" 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Optymistyczny wierszyk o Zdzisiu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/o/755/</link><pubDate>Sun, 13 Oct 2002 12:10:26 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/o/755/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
	Optymistyczny wierszyk o Zdzisiu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dlaczego swoim Zdzisiem ma się martwić tato?&lt;br&gt;
Że jedna nóżka krótsza? Druga dłuższa za to&lt;br&gt;
Fakt, krzywy kręgosłupek, więc się ciut telepie,&lt;br&gt;
Lecz gdy się go położy, już wygląda lepiej.&lt;br&gt;
Myślano, że paraliż poraził biedaczka:&lt;br&gt;
Guzik, pan doktor badał, ot, zwykła padaczka.&lt;br&gt;
Wprawdzie gdy mówi warczy niczym helikopter,&lt;br&gt;
Ale wzrok ma jak brzytwa: plus szesnaście diopter.&lt;br&gt;
Płucka zdrowe, a raczej tylko jedno płucko&lt;br&gt;
I tylko jedna rączka, lecz silna nieludzko.&lt;br&gt;
Nieduża sztywność stawów, jak to u wrocławian, &lt;br&gt;
Przez co trochę schylony, rzekłbym a'la pawian.&lt;br&gt;
Pawianem go też kumple zwali przy zabawie,&lt;br&gt;
Ale nie reaguje, bo nie słyszy prawie.&lt;br&gt;
Jeśli natomiast mówić o przyszłości Zdzisia,&lt;br&gt;
Tę ma już zapewnioną: umie zrobić przysiad.&lt;br&gt;
Więc pewnie go ujrzymy wśród licznej gromady&lt;br&gt;
Reprezentantów Polski podczas Olimpiady.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Polski rzemieślnik</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/763/</link><pubDate>Mon, 04 Nov 2002 19:41:43 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/763/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Polski rzemieślnik
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Roztargniony i smutny jak poeci współcześni&lt;br&gt;
Ulicami, drogami, idzie polski rzemieślnik.&lt;br&gt;
Idzie piekny, wspaniały i tragiczny zarazem,&lt;br&gt;
wziął przed chwilą wodociąg i połączył go z gazem.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Padła trupem rodzinka: tatuś, mamusia i córka,&lt;br&gt;
Woda sika z kuchenki, gaz ulatnia się z kurka.&lt;br&gt;
Idzie polski rzemieślnik mistycyzmem owiany,&lt;br&gt;
Wlasnie okno chciał wstawić i wywalił pół ściany.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Przez klienta pobity, bo mu uszył źle spodnie,&lt;br&gt;
Idzie polski rzemieslnik, malowniczo i godnie.&lt;br&gt;
Antytalent wspaniały i odwieczny amator,&lt;br&gt;
Idzie tak jak ułani szli naprzeciw armatom.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Stereo</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/776/</link><pubDate>Sun, 27 Apr 2003 19:13:20 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/776/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Stereo
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jednym życie mości drogę,&lt;br&gt;
Drudzy mają pecha:&lt;br&gt;
Poszli pograć sobie w nogę,&lt;br&gt;
Nie zabrali Lecha.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ktoś tu chyba się wygłupił, &lt;br&gt;
Ktoś czegoś nie dopiął:&lt;br&gt;
Lechu im tę piłę kupił,&lt;br&gt;
A bez niego kopią!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Łazi Lechu wzdłuż boiska,&lt;br&gt;
Zerka na chłopaków,&lt;br&gt;
Chciałby znów, jak kiedyś - z bliska,&lt;br&gt;
Chciałby znów w ataku...
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Naraz piłka na aut spadła,&lt;br&gt;
Chłopcy mecz przerwali,&lt;br&gt;
Skoczył Lechu , gałę zabrał:&lt;br&gt;
- Nie będzieta grali!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stali chłopcy smutni, bladzi,&lt;br&gt;
Lecz nie stali długo:&lt;br&gt;
Leci juz z kanciapy Tadzik,&lt;br&gt;
Niesie piłę drugą!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Bajka o Czerwonym Kapturku</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/b/777/</link><pubDate>Sun, 27 Apr 2003 19:13:41 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/b/777/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Bajka o Czerwonym Kapturku
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś Czerwony Kapturek&lt;br&gt;
Niósł pół litra i ogórek&lt;br&gt;
Dla Babci w lesie dziewiczym&lt;br&gt;
Co tam żyła z Nadleśniczym,
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ale go już razy kilka zdradziła&lt;br&gt;
Na korzyść Wilka!&lt;br&gt;
Teraz też - kapturek bieży,&lt;br&gt;
A ta prukwa z Wilkiem leży!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Podśpiewuje coś po rusku,&lt;br&gt;
A kocha się po francusku.&lt;br&gt;
(Bo taki Wilk to wygrzmoci&lt;br&gt;
Nawet i giełdę staroci!)
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Gdy zobaczyła dziewczynka,&lt;br&gt;
Że z jej Babci taka świnka - &lt;br&gt;
Dała cynk Nadleśniczemu,&lt;br&gt;
Żeby też się przyjrzał temu.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Uczymy się języka niemieckiego w łatwym układzie</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/778/</link><pubDate>Sun, 27 Apr 2003 19:13:59 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/778/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Uczymy się języka niemieckiego w łatwym układzie&lt;br&gt;
Wir lernen Volksdeutschschnellsprasche fuer Wasserpollacken
&lt;p class="prawy"&gt;
Przekład Nowack und Kozott
&lt;/p&gt;
&lt;table&gt;
	&lt;tr&gt;
		&lt;td&gt;
&lt;p class="tytul"&gt;
Tekst oryginalny
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Szła dzieweczka do laseczka&lt;br&gt;
Do zielonego, tra la la&lt;br&gt;
Do zielonego
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Spotkała tam myśliweczka&lt;br&gt;
Bardzo śwarnego, tra la la&lt;br&gt;
Bardzo śwarnego
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Myśliweczku, kochaneczku&lt;br&gt;
Bardzom ci rada, tra la la&lt;br&gt;
Bardzo ci rada
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Dałabym ci chleba z masłem&lt;br&gt;
Alem go zjadła, tra la la&lt;br&gt;
Alem go zjadła
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Chodź do mnie, chodź do mnie&lt;br&gt;
Bo chcę cię znać&lt;br&gt;
Bedziemy, będziemy&lt;br&gt;
Tu tańcować&lt;br&gt;
Tra la la, tra la la 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Uczymy się języka rosyjskiego</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/u/779/</link><pubDate>Sun, 27 Apr 2003 19:14:19 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/u/779/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Uczymy się języka rosyjskiego
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
Dziś wesołe czastuszki. Ułożył je Helmut &lt;br&gt;
Abrahamowicz Puszkin, przekładu na język &lt;br&gt;
polski dokonali Drawicz i Landauer.
&lt;/p&gt;
&lt;table&gt;
	&lt;tr&gt;
		&lt;td&gt;
&lt;p class="tytul"&gt;
Tekst oryginalny
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Pierestrojka, pierestrojka&lt;br&gt;
S uma zszedsza paranojka,&lt;br&gt;
Po wierchu uniwermag&lt;br&gt;
A diestwitielno - bardak.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Nietu żyra, nietu jajec,&lt;br&gt;
Bijot nas Afgan, Kitajec,&lt;br&gt;
Lytwa z Łotwoj idut won,&lt;br&gt;
Na huj nam takoj zakon?
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
W Kazachstanie u posiołku&lt;br&gt;
Jobał miedwied konsomułku.&lt;br&gt;
- Jebi! - kryczyt wieś narod,&lt;br&gt;
- Nas wsiech toże włast jebiot!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Krótka relacja kanclerza Helmuta Kohla ...</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/k/780/</link><pubDate>Sun, 27 Apr 2003 19:15:17 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/k/780/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Krótka relacja kanclerza Helmuta Kohla&lt;br&gt;z jego pamiętnej wizyty w Polsce
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Stałek cołki cajt na przodku,&lt;br&gt;
Neben Premier, Bartosz w środku,&lt;br&gt;
Żurnalisten mit kameren,&lt;br&gt;
Judenrat, szturmbanfireren,&lt;br&gt;
Dojcze kinder, in kostiumen,&lt;br&gt;
Kacenjammer, Auszwic blumen,&lt;br&gt;
Polen fragen: - Was mit grence?&lt;br&gt;
Ich antworte: - Ence pence...&lt;br&gt;
Graf von Moltke i w ogóle,&lt;br&gt;
Dojcze nasz und dojcze szule,&lt;br&gt;
Fater Nosol ciągnie hita,&lt;br&gt;
Znak pokoju, dojcze vita,&lt;br&gt;
Dojcze hilfe komt nach Polen,&lt;br&gt;
Unterszrajben protokolen,&lt;br&gt;
Dojcze mniejszość bez ucisku,&lt;br&gt;
Dojczland, Dojczland na lotnisku.&lt;br&gt;
Ajntrit flugcojg, łaps za wajchu,&lt;br&gt;
Pierdut z rury i do Rajchu. 
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Sztafeta</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/794/</link><pubDate>Sun, 21 Mar 2004 18:51:56 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/794/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Sztafeta
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedyś przez radę trenerów ten problem był roztrząsany:&lt;br&gt;
Dlaczego polska sztafeta ma takie słabiutkie zmiany? &lt;br&gt;
Czemu Polak w bieg wkłada i talent i siły i zapał &lt;br&gt;
A jak ma oddać pałeczkę, to następuje klapa? 
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Radzili, obliczali, pytali się zawodników, &lt;br&gt;
Ale nie osiągnęli zbyt pozytywnych wyników, &lt;br&gt;
Bo nawet czołowy biegacz myślał, drapał się w nogę&lt;br&gt;
Aż rzekł: - Jak mam przekazać, to za cholerę nie mogę.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Biegnę z ogromną szybkością, a im zmiana jest bliższa,&lt;br&gt;
Tym mocniej ściskam pałeczkę - widocznie to siła wyższa.&lt;br&gt;
Tu splunął przez lewe ramię, przeżegnał się ze trzy razy&lt;br&gt;
I poszedł pisać doktorat na temat nadbudowy i bazy.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Apel</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/a/796/</link><pubDate>Fri, 19 Nov 2004 21:12:15 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/a/796/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Apel
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Młody, zadziorny Polaku, &lt;br&gt;
Nie szastaj się w lewo i w prawo,&lt;br&gt;
Bądź czyścicielem znaków &lt;br&gt;
Drogowych! To piękny zawód.&lt;br&gt;
Są w naszej ojczyźnie szlaki &lt;br&gt;
Rzucone wśród lasów i zbóż,&lt;br&gt;
Stoją na drogach znaki, &lt;br&gt;
Te znaki pokrywa kurz.&lt;br&gt;
Po co masz niszczyć nerki &lt;br&gt;
Wódką? Ty się zastanów!&lt;br&gt;
Kup sobie na raty dwie ścierki &lt;br&gt;
Z miękkiego, miłego barchanu,&lt;br&gt;
Każ cioci uszyć sakwojaż &lt;br&gt;
Z rypsu, bądź też z drelichu&lt;br&gt;
I ruszaj w daleki wojaż &lt;br&gt;
O pierwszym świcie, po cichu.&lt;br&gt;
Nikt pensji na szosach ci nie da &lt;br&gt;
Za oczyszczanie tablic,&lt;br&gt;
Ale nie grozi ci bieda, &lt;br&gt;
Nie wezmą cię, bracie, diabli.&lt;br&gt;
Czyściciel znaków sam nie wie,&lt;br&gt;
Skąd złotem sypnie mu świat:&lt;br&gt;
- Ot, na przydrożnym drzewie&lt;br&gt;
Rozwali się nagle czyjś fiat&lt;br&gt;
Lub z pięknej hispano-suizy&lt;br&gt;
Zrobi się brzydki wrak,&lt;br&gt;
A z wraka się sypną dewizy&lt;br&gt;
Pod twoje nogi, na szlak.&lt;br&gt;
... wieczorem, zmęczony niezwykle&lt;br&gt;
Siądziesz na miedzy lub dróżce,&lt;br&gt;
Na chłopskie motocykle&lt;br&gt;
Patrząć, płonące w peluszce.&lt;br&gt;
I włożysz wygodne pantofle,&lt;br&gt;
W piżamę się ciepłą ubierzesz,&lt;br&gt;
I może upieczesz kartofle &lt;br&gt;
W jakimś sfajczonym skuterze.&lt;br&gt;
I uśmiech na twoje lica&lt;br&gt;
Wypełznie wolno i miękko&lt;br&gt;
I jakaś osmętnica&lt;br&gt;
Dotknie cię dobrą ręką. &lt;br&gt;
Wiedz, wiara przenosi góry,&lt;br&gt;
A koniec dzieło wieńczy!&lt;br&gt;
W powrocie do natury&lt;br&gt;
Zobacz swój cel młodzieńczy.&lt;br&gt;
Na rynku pracy jest ciasno,&lt;br&gt;
Pcha się łokciami wyż,&lt;br&gt;
Miej swoją specjalność włąsną,&lt;br&gt;
Nikt ci nie powie "A kysz".&lt;br&gt;
Bądź jako te ptaki Boże,&lt;br&gt;
Żyjące sytnie, błękitnie,&lt;br&gt;
Nie sieje to-to, nie orze,&lt;br&gt;
A proszę, kraj jakoś kwitnie...
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Granice przywiązania</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/g/797/</link><pubDate>Sat, 29 Jan 2005 08:47:33 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/g/797/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Granice przywiązania
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach, jacy są piękni i młodzi&lt;br&gt;
Parka prześlicznych bobasków&lt;br&gt;
Ach, nic ich, nic nie obchodzi&lt;br&gt;
Gdy bawią się razem w piasku.&lt;br&gt;
A czas tak przyjemnie mija,&lt;br&gt;
A zegar godziny bije&lt;br&gt;
&lt;i&gt;"A cija łopatka to, cija?&lt;br&gt;
A cije wiaderko to, cije?"&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Ach, świat do nich cały należy &lt;br&gt;
Ach, ptaki im grają preludia &lt;br&gt;
A w gronie innej młodzieży &lt;br&gt;
Skończyli właśnie studia.&lt;br&gt;
A czas tak przyjemnie mija,&lt;br&gt;
A zegar godziny bije &lt;br&gt;
&lt;i&gt;"A cija to nózia, cija? &lt;br&gt;
A cije to uszko, cije?" &lt;/i&gt;&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Niech się święci śmiech</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/798/</link><pubDate>Sun, 06 Feb 2005 12:42:01 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/798/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Niech się święci śmiech
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Śmiech selektywny jak segregator&lt;br&gt;
Nie wszystkich chętnych wciela w swój poczet.&lt;br&gt;
Śmiać się nie umie żaden dyktator&lt;br&gt;
Kto widział, żeby śmiał się Pinochet?&lt;br&gt;
Od Gibraltaru po Ułan Bator &lt;br&gt;
Śmieją się Louis, Lech, Czech i Szprech&lt;br&gt;
Weryfikator, pasteryzator&lt;br&gt;
Weryfikator-śmiech!
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Od smiechu chwieją się trony&lt;br&gt;
Śmiech jest tyranom niemiły&lt;br&gt;
Wśród śmiechu spadają korony&lt;br&gt;
Z głowami, co je nosiły.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kiedy zatruwa cię propagator&lt;br&gt;
Stekiem banalnych argumentacji&lt;br&gt;
Lub prowokator czy denuncjator&lt;br&gt;
Nęci urokiem kolaboracji,&lt;br&gt;
Ty - zamiast puszczać w taniec sekator&lt;br&gt;
i brać na duszę śmiertelny grzech - &lt;br&gt;
- Zastosuj prosty anihilator&lt;br&gt;
Weryfikator-śmiech!
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Marsz wojsk desantowych</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/m/799/</link><pubDate>Tue, 05 Apr 2005 18:03:27 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/m/799/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Marsz wojsk desantowych
&lt;/p&gt;
&lt;p class=small&gt;W starym, "zagomółkowskim" harcerskim spiewniku jest zgrabna
piosenka Andrzeja Waligórskiego "Marsz wojsk desantowych". Pewnie
napisana dla chleba, do filmu "Czerwone berety".&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Kto ujrzy nas, na zawsze zapamięta,&lt;br&gt;
U nas taki szyk i taki fason jest.&lt;br&gt;
Najpiękniej do nas śmieją się dziewczęta,&lt;br&gt;
Najwięcej po nas przelewają łez.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
My potrafimy pływać w morskiej toni&lt;br&gt;
I walkę wręcz ćwiczyliśmy nie raz,&lt;br&gt;
Nieobce nam tajniki żadnej broni&lt;br&gt;
I każdy pojazd musi słuchać nas.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>List Anzelma Pukałki</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/l/805/</link><pubDate>Fri, 08 Apr 2005 15:09:29 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/l/805/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;List Anzelma Pukałki&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Szanowny panie redaktorze!&lt;br&gt;
Dziś list masarski w pewnym sensie,&lt;br&gt;
Bo szczegółowo w nim wyłożę&lt;br&gt;
Pewne uwagi swe o mięsie.&lt;br&gt;
Nie takim, którym się obrzuca,&lt;br&gt;
Ale w znaczeniu schab lub płuca,&lt;br&gt;
Ewentualnie boczek, nerka,&lt;br&gt;
Podgardle, sztukamięs i kotlety,&lt;br&gt;
Wreszcie niech będą i żeberka,&lt;br&gt;
Atoli nie ma ich niestety. &lt;br&gt;
Pisano nie tak dawno w prasie,&lt;br&gt;
Że ktoś decyzję podjął męską&lt;br&gt;
I konferencja odbyła się,&lt;br&gt;
Gdzie oświadczono, że jest mięsko,&lt;br&gt;
Natomiast transport się obarcza&lt;br&gt;
Winą, ponieważ nie dostarcza,&lt;br&gt;
Aczkolwiek magazyny pono &lt;br&gt;
Pękają w szwach, choć są dość duże...&lt;br&gt;
- Cóż w nich się mieści? - zakrzykniono.&lt;br&gt;
- Sześćset tysięcy świńskich nóżek&lt;br&gt;
Na które cały Wrocław czeka,&lt;br&gt;
A ten paskudny transport zwleka!&lt;br&gt;
- Ha! - pomyślałem. - Boże drogi,&lt;br&gt;
Ot, naukowcy cuda czynią!&lt;br&gt;
Pewnie skrzyżował ktoś stonogi&lt;br&gt;
Z naszą zwyczajną, swojską świnią,&lt;br&gt;
Stonogo-świnia, nowy rodzaj,&lt;br&gt;
I stąd tych świńskich nóg urodzaj!&lt;br&gt;
Ach ty transporcie wstrętny, brzydki,&lt;br&gt;
Dlaczego zwlekasz, na co liczysz?&lt;br&gt;
Tam się marnują świńskie łydki,&lt;br&gt;
A ty jak krasy byk się byczysz?&lt;br&gt;
O, wyjedź żeż samochodami,&lt;br&gt;
Spełnij życzenia swych rodaków,&lt;br&gt;
Świńskimi zarzuć nas nóżkami,&lt;br&gt;
Niech się najemy tych przysmaków.&lt;br&gt;
Niechże każdemu rośnie brzuszek,&lt;br&gt;
Niech zaokrągla się tyłeczek,&lt;br&gt;
Niech napcha się powyżej uszek!&lt;br&gt;
Mały świntuszek - Pukałeczek!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Na Księżycu</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/807/</link><pubDate>Sun, 12 Feb 2006 15:34:24 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/807/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
Na Księżycu
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Cieszą się wszyscy, nawet starcy na wózkach&lt;br&gt;
bo nareszcie, wyobraźcie to sobie -&lt;br&gt;
dwie rakiety: amerykańska i ruska&lt;br&gt;
wylądowały na Srebrnym Globie.&lt;br&gt;
W każdej byli czterej kosmonauci&lt;br&gt;
ubrani w metalowe skafandry i spodnie.&lt;br&gt;
Nikt nikogo nie bił i nie gwałcił&lt;br&gt;
a współpraca przebiegała bardzo zgodnie.&lt;br&gt;
Przylecieli, wysiedli, usiedli, ciut pojedli,&lt;br&gt;
dwie butelki wstawili do środka. &lt;br&gt;
Jeden drugiego ściska:&lt;br&gt;
- Charaszaja u was whiska.&lt;br&gt;
- Very fine ruska vodka.&lt;br&gt;
A następnie, jak to było w planie,&lt;br&gt;
poszli w swoich kosmicznych przyłbicach&lt;br&gt;
na dokładne zwiedzanie i badanie&lt;br&gt;
tajemniczej powierzchni Księżyca.&lt;br&gt;
Idą, idą, każdy z dzidą,&lt;br&gt;
pochłaniaczem i miotaczem.&lt;br&gt;
Naraz patrzą: w jednej budzie&lt;br&gt;
siedzą księżycowi ludzie.&lt;br&gt;
Piją czaj, fajeczki kurzą,&lt;br&gt;
Mali są, lecz jest ich dużo.&lt;br&gt;
Zadrżał kosmonauta Borys,&lt;br&gt;
choć był we fufajce:&lt;br&gt;
- Smotri, Johny, eti stwory &lt;br&gt;
sowsiem kak Kitajce!&lt;br&gt;
Na to tamci: - Witaj, witaj,&lt;br&gt;
my Kitajce a tu Kitaj.&lt;br&gt;
Kosmonauci posmutnieli,&lt;br&gt;
że ktoś ich ubiegł, niestety.&lt;br&gt;
- Czymżeście tu - mówią - przylecieli&lt;br&gt;
i skąd macie tak świetne rakiety?&lt;br&gt;
Wówczas Chińczyk rzekł: - Kolego,&lt;br&gt;
rakietami myśmy się nie wieźli.&lt;br&gt;
-Tylko jak?&lt;br&gt;
-Ano tak: jeden na drugiego,&lt;br&gt;
jeden na drugiego,&lt;br&gt;
jeden na drugiego,&lt;br&gt;
jeden na drugiego,&lt;br&gt;
no i jakoś wyleźli.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Fenomen</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/f/808/</link><pubDate>Sun, 12 Feb 2006 16:54:08 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/f/808/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
FENOMEN
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Kochani, nie jest tak źle,&lt;br&gt;
 Z tą ilością rzekomych gangsterów:&lt;br&gt;
 Byłych trzech sekretarzy KC&lt;br&gt;
 Byłych siedmiu wicepremierów,&lt;br&gt;
 Dwudziestu trzech Pierwszych KW,&lt;br&gt;
 Osiemnastu ministrów tylko,&lt;br&gt;
 Zaś wiceministrów, na stu,&lt;br&gt;
 Coś pięćdziesięciu kilku.&lt;br&gt;
 Poza tym naszą schedę&lt;br&gt;
 Zżerało jak jakie mszyce&lt;br&gt;
 Wojewodów dwudziestu jeden&lt;br&gt;
 Przy pomocy trzydziestu wice&lt;br&gt;
 Co nie jest zgrzytem aż takim&lt;br&gt;
 Bo jak się to porozkłada,&lt;br&gt;
 To jeden bandyta z hakiem&lt;br&gt;
 Na województwo wypada.&lt;br&gt;
 A teraz obliczmy korzyści .&lt;br&gt;
 Wnet ruszą jak wielki kierdel&lt;br&gt;
 Nadziani forsą turyści&lt;br&gt;
 By zwiedzać ten super-pierdel,&lt;br&gt;
 I staną, zdumieni i niemi&lt;br&gt;
 Ujrzawszy ów cud i unikat:&lt;br&gt;
 Największy w historii Ziemi&lt;br&gt;
 Totalny skurwysyndykat.&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nomenklatura</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/809/</link><pubDate>Sun, 12 Feb 2006 16:54:08 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/809/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NOMENKLATURA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Przykry to fakt niestety&lt;br&gt;
 Ale prawdziwy tym niemniej&lt;br&gt;
 Żeśmy na ogół kobiety&lt;br&gt;
 Nazwali nie najprzyjemniej.&lt;/p&gt;
 &lt;p class="zwrotka"&gt;
 Na przykład troglodyta&lt;br&gt;
 Do troglodyty mrugał&lt;br&gt;
 I mówił; - Ale kobita!&lt;br&gt;
 Jak słowo daję, maczuga!&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Także u Greków ohyda .&lt;br&gt;
 Diogenes, choć już dziadyga,&lt;br&gt;
 Mawiał: - ot też chlamida,&lt;br&gt;
 Ale klawa kwadryga!&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Nasz husarz pijanica&lt;br&gt;
 Z podniecenia aż płakał:&lt;br&gt;
 - Kurczę, co za przyłbica!&lt;br&gt;
 Albo: - Co za kulbaka!&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
 Nawet Mickiewicz Adam&lt;br&gt;
 Kiedy się zapominał,&lt;br&gt;
 To z uznaniem powiadał: -&lt;br&gt;
 Reduta i Dzięcielina!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Plejboje</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/p/810/</link><pubDate>Sun, 12 Feb 2006 16:54:08 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/p/810/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
PLEJBOJE
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
O naszą przyszłość się niepokoję,&lt;br&gt;
Bo się ostatnio mnożą plejboje.&lt;br&gt;
Za czasów Reja, a nawet Boya&lt;br&gt;
Ziemianin spełniał rolę plejboja.&lt;br&gt;
Później, o ile idzie o wojsko,&lt;br&gt;
Wieniawa objął funkcję plejbojską.&lt;br&gt;
Po drugiej wojnie nie plejbojami&lt;br&gt;
Los nas obdarzył, lecz kowbojami.&lt;br&gt;
Ale ostatnio coś się zmieniło&lt;br&gt;
I się w ojczyźnie zaplejboiło.&lt;br&gt;
Plejboj literat i kalefaktor,&lt;br&gt;
Plejboj reżyser i plejboj aktor.&lt;br&gt;

W swej garsonierze godnej pleboja Presleya&lt;br&gt;

Plejboj z plejbojką słucha longpleja.&lt;br&gt;

Przed odbiornikiem siedzisz człowieku,&lt;br&gt;

A w TV plejboj śpiewa z plejbeku.&lt;br&gt;

Plejboj to jada, czego ja nie jem,&lt;br&gt;

Więc trudno stan ten nazwać fair-playem.&lt;br&gt;

Plejboje fason trzymać umieją,&lt;br&gt;

Nawet nie plują nigdy, lecz pleją.&lt;br&gt;

Plejboja fiat cię błotem ostrzela,&lt;br&gt;

Plejboj spaniela ma i playera.&lt;br&gt;

Jeżeli dłużej potrwa to wszystko,&lt;br&gt;

To kraj zamieni się w plejboisko!&lt;br&gt;

Ludzie! Z plejbojemczas zacząć boje,&lt;br&gt;

Bo splajtujemy! Ja się plej-boję!!!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Wartownia</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/w/811/</link><pubDate>Sun, 12 Feb 2006 16:54:08 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/w/811/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
 WARTOWNIA
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Na równinie za miastem mur wysoki i szary,&lt;br&gt;

Flagi kwitną przy bramie jak szkarłatny słup ognia,&lt;br&gt;

Tętnią życiem codziennym podwrocławskie koszary&lt;br&gt;

Szerokimi szybami świeci z dala wartownia.&lt;br&gt;

Czasem w bramie wjazdowej z szumem przemkną opony,&lt;br&gt;

Czasem czołgów pancernych warkot zabrzmi i zgrzyt,&lt;br&gt;

I wychodzą plutony i wracają plutony&lt;br&gt;

I wartownia niezmiennie zachowuje swój rytm!&lt;br&gt;

I odchodzą plutony przez wertepy i piaski,&lt;br&gt;

Jeszcze chwilę je widać, potem nikną zupełnie.&lt;br&gt;

Na wartowni ma służbę jakiś strzelec Kowalski,&lt;br&gt;

Jakiś strzelec Kowalski z automatem i w hełmie.&lt;br&gt;

Przed pół rokiem tu przybył, obce jemu te strony,&lt;br&gt;

Tęsknił trochę za domem, nawet wychudł i zbrzydł,&lt;br&gt;

A tu idą plutony i wracają plutony&lt;br&gt;

I wartownia niezmiennie zachowuje swój rytm!&lt;br&gt;

Kowalskiego na stację stary dziadek wiózł, wieśniak,&lt;br&gt;

Wiózł go wozem do wojska przez wygony, przez lasy,&lt;br&gt;

Opowiadał mu w drodze dzieje wojny i września,&lt;br&gt;

Jak ryczały nad szosą nurkujące sztukasy,&lt;br&gt;

Jak płonęły na szosie taborowe furgony,&lt;br&gt;

I jak łzy go dławiły i jak dusił go wstyd.&lt;br&gt;

A tu idą plutony i wracają plutony&lt;br&gt;

I wartownia niezmiennie zachowuje swój rytm!&lt;br&gt;

Myśli sobie Kowalski: - Piękna rzecz rozbrojenie,&lt;br&gt;

Nie chcą wojny żołnierze Polski, Rosji ni Francji,&lt;br&gt;

Niepotrzebna jest wojna w Kongo ani Jemenie,&lt;br&gt;

Trzeba ująć świat w klamry pokojowych gwarancji!&lt;br&gt;

- ale nim to nastąpi, nasze ziemie i domy&lt;br&gt;

Muszą wiedzieć na pewno, że nie ruszy ich nikt!&lt;br&gt;

Więc niech idą plutony! Niech wracają plutony!&lt;br&gt;

Niech wartownia niezmiennie zachowuje swój rytm!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Życie z klezmerem</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/812/</link><pubDate>Sun, 12 Feb 2006 16:54:08 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/zz/812/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ŻYCIE Z KLEZMEREM
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niełatwe było moje życie z klezmerem,&lt;br&gt;

Miał Maks na imię, był ciężkim frajerem.&lt;br&gt;

O piątej rano wracając z kumplami&lt;br&gt;

Wypijał mleko stojące pod drzwiami.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niełatwe było z klezmerem pożycie,&lt;br&gt;

Był prawie zawsze po winku lub po życie,&lt;br&gt;

Nie słyszał nic o Rastrze ani Cohn-Bendicie,&lt;br&gt;

Dzień cały spał i śnił o knajpie, w której grał.
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Niełatwe było moje życie z klezmerem,&lt;br&gt;

Zaśmiecał pokój nutowym papierm,&lt;br&gt;

Pytał czy wreszcie wyprałam skarpetki,&lt;br&gt;

Miał po kieszeniach wytłuszczone setki.
&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Nieznany fragment "Pana Tadeusza"</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/n/813/</link><pubDate>Sun, 12 Feb 2006 16:54:08 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/n/813/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
NIEZNANY FRAGMENT "PANA TADEUSZA"
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Właśnie dwukonna bryką wjechał młody panek&lt;br&gt;

I obiegłszy dziedziniec, zawrócił na ganek,&lt;br&gt;

Gdy wtem zobaczył Zosię, która na bosaka&lt;br&gt;

Pieściła obu dłońmi ozdobnego ptaka.&lt;br&gt;

- Hurra! - krzyknęła Zosia i puściła pawia:&lt;br&gt;

- Tadeusz wrócił z Wilna!&lt;br&gt;

- Nie - rzekł gość - z Wrocławia!&lt;br&gt;

- Czy waść tam studiowałeś? Masz noty w indeksie?&lt;br&gt;

- Byłem - objaśnił Tadzio - na szkoleniu w REXie.&lt;br&gt;

- REX? A cóż to za dziwo? - spytała wesoło.&lt;br&gt;

- Nie dziwo, ale spółka, i to spółka z o.o.&lt;br&gt;

Słynąca z mnóstwa usług i asortymentu,&lt;br&gt;

Komputeryzacyj, konserwacji sprzętu,&lt;br&gt;

Instalowania sieci, oprogramowania&lt;br&gt;

I serwująca pełny system zarządzania.&lt;br&gt;

- Brawo - wtrącił się Sędzia dłubiąc szablą w nosie&lt;br&gt;

A drugą ręką szczypiąc nawykowo Zosię:&lt;br&gt;

- Przyda nam się ten system - cóż za jędrny zadek!&lt;br&gt;

Gdyż nasze gospodarstwo przeżywa upadek,&lt;br&gt;

Hodowla nierentowna, zakwaszenie roli,&lt;br&gt;

Nasze leniwe chłopstwo tylko się warcholi,&lt;br&gt;

Konie się znarowiły, wyzdychały woły,&lt;br&gt;

A Wojski wciąż pijany jak cztery stodoły.&lt;br&gt;

- Nic to! - krzyknął Tadeusz, przerwawszy stryjowi:&lt;br&gt;

- Mikrokomputerowy system nas uzdrowi!&lt;br&gt;

Jutro komplet yes-MULTI przyślą landroverem.&lt;br&gt;

- Lepiej - rzekł Sędzia - Yes-LAN z sieciowym serwerem&lt;br&gt;

I z drukarką Seikosha, która sama pisze,&lt;br&gt;

Jak również z klawiaturą na sto dwa klawisze,&lt;br&gt;

No i koniecznie napęd do twardego dysku,&lt;br&gt;

Żebym miał czym Horeszce nałożyć po pysku.&lt;br&gt;

Tadeusz zanotował wolę stryja w księdze,&lt;br&gt;

- Cześć! - krzyknął - Trzymajcie się! Do Wrocławia pędzę!&lt;br&gt;

- Znasz adres? - spytał Robak, który wracał po mszy.&lt;br&gt;

- Pewnie! Ulica Piękna numer pięćdziesiąt trzy,&lt;br&gt;

Znam nawet i telefon, zanotujcie waście:&lt;br&gt;

Numer sześć siedem cztery, sześćset siedemnaście!&lt;br&gt;

Co rzekłszy zaciął konie i zniknął w ulicy,&lt;br&gt;

Zaś Sędzia powiódł Zosię w kierunku łożnicy&lt;br&gt;

I mruknął, zasuwając story od tarasu:&lt;br&gt;

- Rex Rexem, a sex seksem, grunt nie tracić czasu!&lt;br&gt;

 &lt;br&gt;
(1991)&lt;/p&gt;</description></item><item><title>Supernowa</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/s/814/</link><pubDate>Sun, 12 Feb 2006 16:54:09 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/s/814/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
SUPERNOWA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="prawy"&gt;
(na melodię "Hiszpańskiego walca" Połomskiego)
&lt;/p&gt;

&lt;p class="zwrotka"&gt;
Jeden gość, równy dość,&lt;br&gt;

Wziął się kiedyś za remont chałupy .&lt;br&gt;

Mieszał piach, łatał dach,&lt;br&gt;

Ale nic nie trzymało się kupy.&lt;br&gt;

Żwir ktoś skradł, tynk mu spadł,&lt;br&gt;

Na suficie zrobiły się krupy,&lt;br&gt;

Więc ten pan krzyknął w gniewie:&lt;br&gt;

Nie będę żył w chlewie,&lt;br&gt;

Na drzewie powiesić się chcę, olle!&lt;br&gt;

Proszę pana, drogi panie,&lt;br&gt;

Niech pan przerwie to głupie wieszanie,&lt;br&gt;

Supernowa Dwa Tysiące&lt;br&gt;

Ma kafelki wprost zachwycające!&lt;br&gt;

Ma też przebogaty kramik&lt;br&gt;

Podłogowych i ściennych ceramik,&lt;br&gt;

Wreszcie ma ceramiczne&lt;br&gt;

Dachówki prześliczne,&lt;br&gt;

Praktyczne jak niewiem co,&lt;br&gt;

Ho ho!&lt;br&gt;

I ty też forsę bierz,&lt;br&gt;

Zostaw wódkę i babki kolegom,&lt;br&gt;

Zapnij pas, wciśnij gaz,&lt;br&gt;

Swój azymut zorientuj na Strzegom.&lt;br&gt;

W mieście tym pędź jak w dym&lt;br&gt;

Na ulicę Wałbrzyską pod szósty .&lt;br&gt;

Kto raz trafił pod szósty&lt;br&gt;

Nie wabią go biusty,&lt;br&gt;

Całkiem innej rozpusty chce, he he!&lt;br&gt;

Supernowa Dwa Tysiące .&lt;br&gt;

Włoskie płytki barwami kwitnące!&lt;br&gt;

Dwa Tysiące Supernowa .&lt;br&gt;

Ceramika superluksusowa!&lt;br&gt;

Supernowa, ta strzegomska,&lt;br&gt;

Jest najlepsza od Rio do Omska!&lt;br&gt;

Dzwoń pięćset pięćdziesiąt czterysta osiemnaście,&lt;br&gt;

Tam szczaście żdiot na ciebja,&lt;br&gt;

Da, da!&lt;/p&gt;</description></item><item><title>ODPOCZYNEK INDIANINA</title><link>https://staging.waligorski.art/liryka/815/</link><pubDate>Mon, 01 Jan 0001 00:00:00 +0000</pubDate><guid>https://staging.waligorski.art/liryka/815/</guid><description>&lt;p class="tytul"&gt;
ODPOCZYNEK INDIANINA
&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Plus minus gdzieś za lat dwadzieścia&lt;br /&gt;
Gdy znowu zejdzie się gromadka,&lt;br /&gt;
To każdy z Was, chociażby nie chciał,&lt;br /&gt;
Będzie mniej więcej w moich latkach.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Wspomnicie "Satyrykon" młody,&lt;br /&gt;
Czas pięknych zabaw i utarczek&lt;br /&gt;
I łzy Wam spłyną na jagody&lt;br /&gt;
Pokryte siecią mądrych zmarszczek.&lt;/p&gt;
&lt;p class="zwrotka"&gt;
Będzie to widok budujący,&lt;br /&gt;
Wszędzie siwizna przy łysinie:&lt;br /&gt;
Czeczot czcigodny acz trzeszczący&lt;br /&gt;
Przy cnym, nieczynnym ciut Lutczynie,&lt;/p&gt;</description></item></channel></rss>