Docent Basset - 4. Oj, nabiegał się tego dnia sieżant Miziak, ręce po łokcie uro- bił, nogi do kolan uchodził, a tu ciągle piętrzyły się przed nim nowe zadania. Interweniował w spory rodzinne, zapobiegał bójkom, wykrywał bimbrownie i ścierał nieprzyjazne napisy, albo neutrali- zował je przy pomocy drobnych poprawek, tak jak nauczono go na kursie, dopisując na przykład przed hasłem "PRASA KŁAMIE" - wyraz "AMERYKAŃSKA". Wreszcie usiadł, by napisać raport dzienny, gdy wtem kapral Modliszka wprowadził jakiegoś odrażającego osobnika, ubranego tylko w krawat, kapelusz i podarte skarpetki. - Ktoś go podrzucił na wóz staremu Kociorupie - wyjaśnił Mod- liszka. - Kociorupa wracał z targu w Warszawie, gdzie sprzedał kapustę i kupił kolorowego "Rubina". Przyjeżdża do chałupy, a tu zamiast "Rubina" ten facet. - Kociorupa to pijaczysko - zastanowił się sierżant - mógł go kupić w zamroczeniu zamiast "Rubina".... Zwłaszcza, że gość ma takie same kolory jak telewizor - dodał, przyglądając się sinym plamom, buraczkowym podbiegnięciom i zielonym zastoinom wid- niejącym na ciele nieznajomego. - Jak się nazywacie? - spytał, kładąc przed sobą formularz przesłuchania. - Jam wał koński... - jęknął przybysz. - Jan Wałkoński - zanotował sierżant. - No, dobrze, powiedzcie nam teraz, Wałkoński, gdzie was tak urządzono? Adresy, hasła, punkty kontaktowe? Krypto- i pseudonimy? - Jolanta... - wymamrotał cicho nieszczęśnik, trzęsąc się z zimna. - Pseudonim "Jolanta"? - zapytał Miziak. - Mówcie, mówcie, Wałkoński! Wiemy o was więcej niż przypuszczacie! - dodał, mru- gając porozumiewawczo do kaprala Modliszki. Podejrzany zamilkł jednak i tylko szczękał zębami. - Ech, puścić by mu światło w oczy, jak na francuskich filmach kryminalnych... - rozmarzył się sierżant. - Ale trzeba by co na- jmniej sześćdziesiątkę, a nie jakąś gównianą czterdziestkę... Żebym to ja miał takie wyposażenie jak porucznik Borewicz... - westchnął z zazdrością. - A może by zadzwonić do Borewicza? - podsunął Modliszka. - To ludzki facet, swój chłop, on nawet wiejskiego milicjanta ma w poważaniu! - Racja - zgodził się Miziak i podniósłszy słuchawkę telefonu, rzucił w nią zdecydowanie: - Ewa wzywa zero siedem! W mieszkaniu Borewicza zadzwonił telefon. - Co jest, kurwa? - rozeźlił się Borewicz, złażąc z przystoj- nej prywaciary, którą właśnie przesłuchiwał i nawykowo zapinając na gołym ciele szelki z kaburą podpaszną lewostronną, kryjącą w sobie miły ciężar niezawodnej, oksydowanej dziewiątki. - A, to wy, Miziak! - powiedział życzliwie. - Meldujcie szyb- ko, bo mi opadnie! - Mierzy opadanie krwinek w probówce, uczony z niego człowiek - wyjaśnił Miziak kapralowi, przysłaniając ręką słuchawkę. - Melduję - zawołał służbiście - że mamy tu podejrzaną osobę, pseudo "Jolanta", ale nie chce nic gadać! - Sam bym ją zbadał, ale nie mam, kurwa, czasu - odrzekł Borewicz, który jako swój chłop posługiwał się luźnym językiem dnia codziennego. - W dodatku, kurwa, bezpartyjny jestem - dodał bez sensu, tak jak to robił we wszystkich odcinkach serialu. - To co mamy robić? - zmartwił się sierżant. Borewicz parsknął krótkim, męskim śmiechem. - Powiem wam tylko sierżancie, że w łóżku każdemu rozwiązuje się język! - i położył słuchawkę, bo do jego sypialni dobijała się już następna podejrzana, złotowłosa trucicielka ze stołówki w Zakładach Produkcji Zabawek im. Feliksa Dzierżyńskiego. - Modliszka! - rozkazał sierżant Miziak. - Ja wychodzę, a wy macie się przespać z zatrzymanym! - Nigdy! - załkał kapral. - Dostanę od tego adidasa! - W takim razie - zawyrokował po chwili namysłu Miziak - odprowadźcie go do starego Kociorupy. Jak go sobie kupił, to niech się teraz o niego martwi!
Wpisał(-a): Małgorzata "Zuzanka" Krzyżaniak
